„Śmiech na linie” Ivan Bajo

smiech-na-linie_www

Dokładnie. Książka „Śmiech na linie” to faktycznie banialuki i bazgraniny ze wspinaczkowego świata Ivana Bajo. Publikacje autorstwa Ivana Bajo w słowackiej prasie górskiej „Krasy Slovenska” w latach 60-80 zostały zebrane i wydane właśnie w książce „Śmiech na linie”. Nie wiem jak jest z obrazkami jego autorstwa, ponoć w słowackiej wersji było ich więcej (gdzieś przeczytałam), ale tutaj też towarzyszą one tekstom i to prawie na każdej stronie.

Ivan Bajo to słowacki taternik, alpinista, rysownik, publicysta. Kilka przykładów jego słodkiej i humorystycznej twórczości poniżej:

Książkę czyta się wyśmienicie. Każdy felieton zawiera sporą dawkę humoru i autoironii. Autor od początku podkreśla, że jego humor zrozumie tylko taternik, bo nietaternicy żyją w innym świecie i nie są w stanie zrozumieć świata wspinaczy. To prawda – niektóre smaczki są faktycznie mało śmieszne dla zwykłego człowieka, ale dla kogoś kto choć trochę interesuje się górami i wspinaniem, będzie to świetna rozrywka. Oczywiście pamiętajmy, że wszystkie te felietony były publikowane lata temu, wtedy była inna rzeczywistość, inny sprzęt, inne możliwości.  Ivan Bajo jest gawędziarzem, nie pisarzem. Nie dba o formę czy ortografię, jak mówi, „proszę nie traktujcie tych zebranych nowelek jako utworów literackich, lecz raczej jako pogawędkę na taternickim biwaku lub w przytulnym, wieczornym Zbójnickim Schronisku, Schronisku pod Rysami”

Ogrom tu opowieści o partnerskich wypadach w góry, o zabawnych historiach, które miały miejsce na kursach wspinaczkowych, o narciarzach, którzy chcąc się załatwić w krzakach ustawiają narty równolegle do trasy, po czym podmuch wiatru każe im jechać w pozycji kucznej z wypiętym gołym zadkiem, jest gawęda o kierowniku wyprawy w Himalaje, który z wyprawy z grupą osób wrócił sam, bo reszta albo się upiła i gdzieś polazła, albo się pochorowała i gdzieś w szpitalu leży ;) a on sam mówi „Wspinać się nigdy nie wspinałem, chyba ze na palce alebo schodami z piwnicy. To przeca głupota, cłowiek sie młoze gdziesi wygrzmocic. A zdrowie najwaźniejse – na zdrowie!” No i jak tu nie parsknąć śmiechem?  Są historyjki o grotołazach, grzybiarzach (bo Bajo również lubi i taką formę aktywności – na Słowacji ponoć nawet wymyślony zawody w zbieraniu grzybów ;)), jest opowiadanie o ceprze pospolitym, czy bombach kalorycznych spożywanych „w ścianie”, które potem niestety muszą być jakoś wydalone z organizmu, najczęściej odbywa się to ku uciesze oglądających wspinaczkę gapiów. I wiele, wiele innych historii, które można sobie dawkować.

Bajo ma świetne wyczucie, zmysł obserwacji, lubi wyszukiwać stare ogłoszenia czy informacje. Przykład? „Odbywający służbę wojskową taternicy wyjaśniali swoją trzydniową nieobecność twierdzeniem, iż spędzili dwa i pół dnia w małej jaskini skalnej otoczeni przez stada wściekłych świstaków”. Spisuje złote myśli o taternikach typu „Taternictwo jest matolstwem a taternicy to matoły!”, ale potrafi też pisać poważniej i pięknie. Takim rozdziałem, który bardzo mi się spodobał, był ten zatytułowany „Włóczęgi, czyli wprost przed siebie z dziesięcioma „N”. Zwięzła metodyka błąkania się”. Czym jest dziesięć „N” nie zdradzę, ale samo wyjaśnienie błąkania się mnie ujęło. Przykład prostoty i aktywności jaką preferuję. Łażenie bez celu, spokojne, kontemplowanie natury, leżenie na trawie czy też wybór tej czy tamtej ścieżki, to gwarant wypoczynku i spokoju, przewietrzenia głowy. 

To bardzo przyjemna w odbiorze lektura. Nie ma tu większych tragedii, nie ma tego całego napięcia związanego z niebezpieczeństwami, a jeśli nawet to podane są z humorem i sarkazmem. Autor skupia się na mniej istotnych, choć równie ważnych detalach, obserwuje to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, docenia przyjaciół, śmieje się ze świata, ma do niego dystans i choć urodził się w 1935r. (!) to zapewne nadal jest pełen energii i cudownego poczucia humoru. Polecam.

Śmiech na linie”, Ivan Bajo, wyd. Stapis 2017, przekład Janusz Opyrchał-Bojarski

Reklamy

„Cmentarz Symboliczny pod Osterwą. Duchy miejsca” Hubert Jarzębowski

Hubert Jarzębowski – przewodnik tatrzański, filolog słowiański, polonista, tłumacz, kolekcjoner płyt i kaset z heavy metalem oraz miłośnik przedzierania się przez kosówkę w dzikich ostępach Tatr Zachodnich. Tak się przedstawia tego człowieka, autora m.in powieści „Carolus Victor” inspirowanej życiem Karola Englischa – wielkiego taternika i szpiega, o której niebawem również.

cmenDzisiaj kilka słów o cienkiej, ale bardzo interesującej książce, która nie jest niczym innym niż „odnaukowioną” wersją drugiej pracy magisterskiej (jak mówi autor). Tematem, jak można sądzić po tytule, jest słowacki cmentarz. Ale nie taki normalny, jak definiuje się go w wielu źródłach jako: „instytucjonalnie ukształtowany wycinek przestrzeni o programowo założonym grzebalnym przeznaczeniu, zorganizowanym zaś wedle pewnych dyrektyw – reguł kulturowych, związanych tak ze zrytualizowaniem form grzebania zmarłych, jak i z istnieniem pewnej tradycji sposobu utrwalania pamięci o nich.” Jest to cmentarz wyłącznie symboliczny, na którym mieszczą się 333 (dane z 2014r.) pamiątkowe tablice upamiętniające 471 osób, zawieszone na granitowych głazach w siedmiu sektorach, oraz 77 drewnianych, rzeźbionych krzyży. „Na cmentarzu upamiętnieni są ludzie, którzy zginęli w Tatrach, oraz osoby szczególnie zasłużone dla tatrzańskiej turystyki, wspinaczki czy też ratownictwa, które zginęły w innych pasmach górskich świata. Warunkiem upamiętnienia w postaci tablicy jest tragiczna śmierć w górach”.  Tablice zawierają imię, nazwisko, datę śmierci, miejsce i przyczynę. Często też jakiś cytat lub dodatkową inskrypcję w zależności od życzenia bliskich. Niezwykłe miejsce, którego nigdy nie widziałam niestety. Poniżej kilka zdjęć z internetu, które obrazują, jak ten symboliczny cmentarz wygląda.

(zdjęcia pochodzą z różnych ogólnodostępnych stron)

Książka opisuje bardzo szczegółowo historię powstania cmentarza, artystyczne zamierzenie małżeństwa Štáflów, którzy byli pomysłodawcami takiego, a nie innego wyglądu miejsca: „przez skupienie tabliczek ofiar w jednym miejscu turystom miał być oszczędzony ewentualny dyskomfort wywołany natknięciem się na nie przy szlaku”; autor poświęca również sporo uwagi dla tak zwanego „genius loci” czyli „ducha opiekuńczego” danego miejsca w przestrzeni, który je chroni, o ile to miejsce zaistnieje w pamięci kulturowej. To miejsce akurat zaistniało. Skupia wszystkich, nie tylko taterników i ratowników, również tych zwykłych ludzi, turystów, którzy stracili życie w Tatrach (polskich i słowackich) z różnych innych powodów: zamarznięcia, upadku, zgubienia się, lawiny, podczas jazdy na nartach, na skutek porażenia piorunek, przecenienia własnych sił, lub zwykłego pecha. Są też upamiętnieni samobójcy, i ci którzy stracili życie w ataku terrorstystycznym pod Nanga Parbat w 2013r. Nieważne kto się czym parał, tutaj wszyscy są traktowani na równi. Łączyły ich jedynie góry.

„Martwym na pamiątkę, żywym ku przestrodze” takie hasło określa cmentarz pod Osterwą. Autor książki skupia się też na tożsamości tego miejsca, jego znaczeniu, przytacza przykłady śmierci niektórych z upamiętnionych na tablicach osób, zastanawia się jakie znaczenie ma ten symboliczny cmentarz w naszej kulturze i czy odwiedzenie tego miejsca zmienia coś w zwykłym turyście. Nie jest to jedyny taki cmentarz na Słowacji – istnieje ich wiele i upamiętnia się na nich wiele różnych postaci: speleologów, pracowników leśnych.. etc. Niezwykłe. I może nie powinnam, ale przytoczę ostatnie wersy książki, bo są piękne (niech one posłużą za zachetę do sięgnięcia po tą skromną, ale pełną różnych ciekawych informacji książeczkę):

„Turysta, który nie przyszedł na Cmentarz Symboliczny pod Osterwą, w żadnym konkretnym celu, ani by odwiedzić konkretne miejsce, ani z przewodnikiem historycznym w ręce, lecz trafił tu z jakiegoś innego powodu – z ciekawości, by umilić sobie popołudnie noclegiem w schronisku lub przypadkiem – jeśli tylko będzie uważnie patrzył, dostrzeże wiele śladów. Śladów dławiących gardło i wymykających się opisowi, nie tylko tragicznych, ale też związanych ze spełnieniem, szczęściem i najpiękniejszymi doświadczeniami w życiu wielu ludzi, które kryją się za metalowymi tablicami. Na niektórych zobaczy dłonie kurczowo trzymające się skały, walczące o życie dłonie taternika Josefa Kubata oraz wyciągniętą w stronę potrzebującego dłoń ratownika Janusz Śmiałka. Ujrzy znaki ukazujące tragiczne wydarzenia w sposób dosłowny – jak rozbity helikopter na tablicy Milana Fabika – oraz ich metaforyczne sugestie jak spadający w dół krzyż ratowników zabitych w katastrofie w Dolinie Olczyskiej, bezkształtną bryłę śniegu na tablicy Karłowicza, zerwaną linę Jerzego Kukuczki. Przechadzając się po cmentarzu zobaczy wiele smutnych miejsc pamięci po ludziach młodych, przeczyta „jedynemu synowi tata” na tablicy Grzegorza Axentowicza oraz „miał 26 lat, rodzice” na tablicy zmarłego w tej samej lawinie na zboczach Rysów Stefana Glińskiego. Potem jednak zobaczy uśmiech Petra Vidana, a wesoły Jan Cech będzie go częstował z tablicy herbatą, a nawet papierosem – jeśli oczywiście turysta jest palaczem. W końcu dojdzie do tablicy Bela Kapolki, gdzie przeczyta słowa: Nech clovek vie, że żije”. jeśli podniesie głowę – ujrzy góry. Nie będzie się ich bał. Nie będzie się bał żyć”.

„Cmentarz Symboliczny pod Osterwą. Duchy Miejsca” Hubert Jarzębowski, wyd. Stapis 2016