„Szelest” Małgorzata Oliwia Sobczak

Całkiem niezły thriller, choć nie tak dobry jak poprzednie książki autorki z cyklu „Kolory zła”. Nie powiem, że czytało mi się źle, bo całkiem wciągnęło i w sumie było okey, ale trochę irytowała mnie główna bohaterka. Alicja Górska jest dziennikarką, ale pracuje w dość podrzędnej gazecie i pisze takie se artykuliki, bardziej porady na różne tematy, zapchajdziury i generalnie nudne rzeczy. Nie jest to zbyt ambitne, z czego dobrze sobie zdaje sprawę i podskórnie pragnie tematu, który stałby się sensacją. Niestety, póki co nie może na to liczyć. Dodatkowo jej życie prywatne jest dość skomplikowane. Alicja zachowuje się trochę jak taka femme fatale: przygodny seks (który tu według mnie zupełnie nie był potrzebny), faceci na chwilę, zapomnienie w mrocznych klubach to część jej natury – okey, ale…. dla mnie było tak wkurzające, że uch.

Szef gazety pewnego dnia zleca Alicji przetestowanie aplikacji Place to Rest, która naprowadza człowieka na ciekawe miejsca, mające w zamyśle dać mu wytchnienie od codzienności. Co dziwne i raczej nierealne (wydawałoby się) aplikacja ta podobno prawie że czyta w myślach i dostosowuje te miejsca do fantazji poszukującego, odkrywając jego najgłębsze pragnienia. Cóż, Alicja nie ma wyjścia, z braku laku bierze temat i zaczyna test, który poprowadzi ją w jej najmroczniejszą przeszłość.

Co takiego się wydarzy? Pojawią się zwłoki zamordowanej studentki – tu śledztwo prowadzi niejaki Oskar Korda. Mężczyzna zna Alicję, spotkają się teraz przypadkiem, po latach. Ale.. czy to faktycznie przypadek? Co morderstwo studentki ma wspólnego z aplikacją testowaną przez Alicję? Czy zginie ktoś jeszcze? Co kryje przeszłość Górskiej? I co to za tytułowy szelest?

Narracja dwutorowa, dwie płaszczyzny czasowe, wciągająca akcja i sekrety – wszystko to sprawia, że jest ciekawie. Wciągnęłam się w to stopniowe odkrywanie przeszłości Alicji, zaskoczyła mnie końcówka, bo typowałam kogoś innego na mordercę. Wszystkie wątki się dość sprawnie połączyły, no jedynie te zapędy z seksem mnie nieco denerwowały…. Górska nie jest postacią, którą polubiłam. Korda za to wydaje się być bardziej interesujący i liczę na więcej jego obecności w dalszych perypetiach (o ile takowe będą). Pojawiły się tu też postaci z trylogii „Kolory zła”, co było miłym akcentem. No i akcja książki dzieje się w Trójmieście, które tworzy fajny klimat. Podsumowując, całkiem niezła rozrywka kryminalno-thrillerowa ;)

„Szelest” Małgorzata Oliwia Sobczak, Wydawnictwo W.A.B., 2021

„Gra w kłamstwa” Ruth Ware

„Gra w kłamstwa” to kolejna niepokojąca książka Ruth Ware, którą przeczytałam. Nie umywa się ona do „Pod kluczem” czy „Śmierć pani Westaway”, ale i tutaj tajemnice, które przez lata skrywane są przed światem w pewnym momencie wychodzą na jaw i burzą spokój bohaterek: czterech przyjaciółek z lat szkolnych.

Isa, Fatima, Thea i Kate poznały się lata temu, kiedy uczęszczały razem do szkoły z internatem w Salten. Isa – narratorka powieści – najpierw poznaje Kate. Kiedy w pociągu do Salten dołączają do nich Thea i Fatima, dziewczęta są już wydaje się połączone cienką nitką jakiejś energii, która nie pozwoli im się szybko rozstać. Stają sie przyjaciółkami, paczką, do której nikt nie ma dostępu, wszędzie razem, na zawsze i za każdą cenę. „Wzięłam głęboki wdech i skinęłam głową. Czułam się tak, jakbym miała skoczyć z bardzo wysokiej trampoliny. Gdy dźwignęłam walizkę i ruszyłam za oddalającą się Theą, nie miałam pojęcia, że ta jedna niepozorna decyzja na zawsze odmieni moje życie”. Tytułowa gra w kłamstwa, początkowo traktowana jako zabawa polegająca na okłamywaniu innych (ale nie siebie nawzajem) i punktacji w zależności od rodzaju kłamstwa, przerodzi się w grę, która okaże się tragiczna w skutkach i zwiąże dziewczyny sekretem na długie lata.

Kiedy jednak po wielu latach w Salten, niedaleko Młyna (domu Kate, tak niegdyś nazywanego) pewna kobieta natrafi na szczątki ludzkich zwłok, a Kate wyśle do przyjaciółek sms „potrzebuję was”, wówczas każda z nich nie bacząc na swoje osobiste plany, sytuację spakuje się i przyjedzie, bo to sygnał, że coś się zaczęło dziać. Coś co może byc bardzo niebezpieczne w skutkach dla przyszłości kobiet. Isa bierze dziecko pod pachę, zostawia męża kłamiąc, że jedzie na spotkanie absolwentów szkoły, pozostałe kobiety również rzucają wszystko, by zjawić się u Kate, która jest przerażona. Czyje zwłoki zatem odkryto? Co takiego wydarzyło się przed laty i jaki będzie finał historii?
Nie muszę mówić, że autorka umiejętnie prowadzi nas przez całą fabułę, dzięki narracji Isy, która wspomina życie w internacie i wszystko to, co się wówczas wydarzyło. Stopniowo dochodzimy do rozwiązania sekretu, a w finale i tak nasze przypuszczenia biorą w łeb. Zaskakujące zwroty akcji to specjalność Ruth Ware, powolne dogrzebywanie się do prawdy również – cenię to bardzo, bo czytało się dzięki temu, tę książkę wyśmienicie.

Świetnie pokazana jest tutaj zbiorowa odpowiedzialność za czyn, to, jak bardzo wpływa ona na późniejsze życie, jakie konsekwencje wywołuje, w tym jak wielkie jest przerażenie przed ujawnieniem prawdy. Dodatkowo widzimy jak lojalność, która początkowo doskonale jest podtrzymywana w relacjach między kobietami, zostaje nadwątlona zupełnie niespodziewanie. Gra w kłamstwa już nie jest grą. Staje się walką o przetrwanie, a prawda okaże się kompletnie inna, niż przypuszczano.

Polecam, to dobra książka, choć zdecydowanie bardziej podobały mi się wspomniane na początku tytuły, a niebawem zabieram się za najnowszą powieść „Jedno po drugim”, którą już mam na półce.

„Gra w kłamstwa” Ruth Ware, tłumaczenie Ewa Kleszcz, wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2019.

„Pod kluczem” Ruth Ware

Wow, ależ to było dobre. Niedawno pisałam o książce „Śmierć Pani Westaway” i obiecałam sobie, że niebawem sięgnę po „Pod kluczem” – tak też zrobiłam. Kolejna lektura na wdechu. Uwielbiam takie książki, które powywają mnie do innego świata i pozwalają zapomnieć o wszystkim, co rzeczywiste.

Książka rozpoczyna się dość charakterystycznie, jest listem pisanym przez osadzoną w areszcie kobietę, Rowan, do prawnika. Kobieta prosi go o wysłuchanie, obronę i ma nadzieję, że on (choć nieznajomy) jako jedyny, jej uwierzy. W co? W to, że nie zabiła tego dziecka. Z każdą stroną powieści zdajemy sobie sprawę, że jest to wyznanie prawdy, opowiedzenie historii, której zwieńczeniem jest niestety tragiczna śmierć dziewczynki. Dlaczego Rowan została uznana za podejrzaną?

Od początku jest nam żal Rowan, ma się ochotę powiedzieć „Hej, nie martw się, nie pozwolę, by Cię skazano, wysłucham Cię, opowiedz mi co się wydarzyło, po kolei”. Rowan opowiada swoją historię, która okrutnie wciąga, okrutnie…

Początkowo, Rowan pracowała w żłobku, ale pewnego dnia natrafiła na bardzo zachęcające i intratne ogłoszenie o pracę w charakterze niani, w posiadłości rodziny Ellincourtów w Szkocji. Zainteresowała ją i pensja i opcja zakwaterowania, a także sama zmiana otoczenia na cichsze i spokojniejsze niż Londyn. Opieką miałaby otoczyć czwórkę dzieci: to dwie dziewczynki w wieku szkolnym, jedna kilkunastomiesięczna i czternastolatka, która większość czasu mieszka w internacie. Jak można się domyślić rozmowa kwalifikacyjna przebiega świetnie, referencje Rowan robią wrażenia na Sandrze Ellincourt, a dzieci, jak to dzieci – narazie nie reagują przesadnie ciepło. Rowan dostaje pracę, co ją ogromnie cieszy. Problemem jedynie jest to, że musi zacząć właściwie od zaraz, jest rzucona na głeboką wodę, ponieważ państwo Ellincourt musi wyjechać na kilkanaście dni, czy sobie poradzi? Poprzednie nianie nie zagrzały miejsca zbyt długo w ostatnich latach, dzieci są rozczarowane, że ciągle przychodzi jakaś nowa opiekunka, a sam dom na pierwszy rzut oka wydaje się być super azylem, choć jest tzw „smart” domem, gdzie większość rzeczy uruchamiana jest przez cholerne aplikacje i mechanizmy. Rowan nie ma zbyt wiele czasu na poznanie się z dziećmi i „oswojenie” domu, ale decyduje się, że spróbuje.

Dziewczynki nie są przekonane do nowej opiekunki. Maddie ciągle stroi fochy, Ellie wydaje się być bardziej pokorna i posłuszna, ale jest pod dużym wpływem Maddie, malutka Petra nie sprawia większych problemów, a czternostolatki póki co nie ma w domu. To, co zaczyna się dziać w kolejnych dniach a właściwie w nocy… sprawia, iż książka powolutku zamienia się w opowieść grozy. Kiedy jeszcze przy rozmowie kwalifikacyjnej Maddie szepce do Rowan, że ma stąd wyjechać, bo duchom by się to nie spodobało, Rowan nie bierze tego na poważnie, niemniej z upływem czasu, sama zaczyna wpadać w lekkie przerażenie. Dlaczego?

Wiktoriańska posiadłość kryje w sobie sporo sekretów, mimo, iż Ellincourtowie przeprowadzili w niej generalny remont i podłączyli te wszystkie dziwne technologie, kamery i nowoczesne sprzęty, jakaś część domu jest w pewnym sensie zachowana. To, co odkryje Rowan jeży włos na głowie, ale to co odkryje później czytelnik wprawi w osłupienie. Czytałam i w kilku momentach powiedziałam głośno „ale że co????”, „what the fuck??”, „COOOO”? Trzeba przyznać, że Ruth Ware potrafi w thrillery. Potrafi zaskakiwać sposobem prowadzenia fabuły i odkrywa karty w taki sposób, że naprawdę czytelnika mocno to porusza. Cóż, w takich historiach, zwykle wyjaśnienie pojawia się na końcu ksiązki. I zapewniam, że jest to cholernie mocne zakończenie. Czytałam z otwartą buzią. Ciekawi mnie tylko sam finał, bo nie do końca domysliłam się co dalej i jakby czuję lekki niedosyt. Ale to nic.

Ruth Ware ma dar do pisania książek z klimatem grozy, niepokoju, niedopowiedzeń, tajemnicy. I mimo, że akcja tu dzieje się w czasach współczesnych, to ma się wrażenie tej „gotyckości” czasów wiktoriańskich. Dodatkowo dochodzi jeszcze tajemnica z przeszłości tego domu, ogromny „trujący” ogród, który również jest tu takim „niemym” bohaterem. Co się zatem wydarzyło w posiadłości? Dlaczego zginęło dziecko?

Dodam, że poza klimatem książki i napięciem akcji, świetnie też przedstawiona została sama główna bohaterka, jej charakter, to co ukrywa, co odczuwa, jej relacja z matką w dzieciństwie. „Pamiętam jak szlochałam w poduszke „Nienawidzę Cię”, kiedy mama wyrzuciła mi ulubionego misia, jej zdaniem zbyt starego, zbyt sponiewieranego, zbyt dziecięcego na taką dużą dziewczynkę jak ja. „Tak strasznie Cię nienawidzę”. Ale wtedy to też nie była prawda. Kochałam moją matkę. Kochałam ją tak bardzo, że ją to dusiło – a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Te wszystkie lata małych rączek wyplątywanych z rękawów i spódnic, zdejmowanych z szyi. „Już wystarczy, zniszczysz mi fryzurę” i „Na Boga, masz takie brudne ręce” oraz „Przestań się zachowywać jak małe dziecko, taka duża dziewczynka”. Te wszystkie lata bycia zbyt nachalną, zbyt zachłanną, zbyt dotykalską – prób stania się lepszą, porządniejszą, po prostu bardziej kochaną. Nie chciała mnie.”

Warto sięgnąć. Jeśli lubicie tajemnicze thrillery to jak najbardziej polecam.

„Pod kluczem” Ruth Ware, tłumaczenie Anna Tomczyk, wydawnictwo Czwarta Strona, 2020.

„Stan terroru” Hilary Rodham Clinton, Louise Penny

Nie czytam generalnie thrillerów politycznych, bo to nie mój gatunek. Polityka w ogóle wyzwala we mnie odruch wymiotny, choć jest to ciekawa i potężna dziedzina nauki. Trzeba mieć łeb jak sklep, jak to się mówi, niezależnie od tego, czy jest się uczciwym politykiem, czy nie. Wybrałam sobie jednak ten thriller do recenzji od Wydawnictwa Poradnia K, bo chciałam sprawdzić, czy wyjście poza moją strefę komfortu się opłaci i nie będzie stratą czasu, a dodatkowo skusił mnie fakt, że jedną z autorek tej książki jest Hilary Clinton. Sceptycznie podchodzę do książek pisanych przez dwóch autorów/dwie autorki, bo jakoś mi to się dziwne wydaje, ale tutaj szczerze mówiąc to nie przeszkadzało. Może dlatego, że nie czułam żadnej różnicy w pisaniu, a może Hilary po prostu służyła tylko opowieścią/radą/doświadczeniem, a Louise Penny odpowiadała za pióro? W każdym razie, książka powstała, z tego co zrozumiałam, na podstawie pewnego wydarzenia, o którym Hilary opowiedziała Louise; pełniła jeszcze wtedy funkcję sekretarza stanu, kiedy zadzwoniono do niej o trzeciej w nocy. Dlaczego?

W książce główna bohaterka, sekretarz stanu właśnie, Ellen Adams, dołącza do ekipy administracji rządu amerykańskiego. Prezydentem jest Doug Williams, jej dotychczasowy rywal, który jej szczerze nienawidzi za pewne przeszłe działania, można się zatem domyślić, że współpraca Ellen z prezydentem nie będzie łatwa. Dodatkowo, cała poprzednia administracja amerykańskego rządu zostawiła po sobie niezły bałagan, z którym Ellen, już dość prześmiewczo traktowana przez innych, musi sobie poradzić.

Ellen ma swoją doradczynię, Betsy (wzorowaną na prawdziwej postaci, bo Hilary Clinton, również miała doradczynię Betsy), z którą łączy ją prawdziwa przyjaźń. Obie mają swój system komunikowania się, który dla nich jest swego rodzaju szyfrem, oznaczającym różne istotne kwestie. Ich relacja jest naprawdę świetnie przedstawiona, bo w tym męskim świecie, przyjaźń dwóch kobiet musi być naprawdę trwała i prawdziwa. Zaufanie również nie może być zachwiane w żadnej kwestii.

Pewnego dnia dochodzi do trzech zamachów terrorystycznych w różnych europejskich miastach, wcześniej ktoś przesyła zaszyfrowaną wiadomość uprzedzającą o nich, niestety jest już jest za późno. Kto przesłał informację? dlaczego chciał uprzedzić o zamachach? kto podłożył bomby i czemu jeden z zamachowców nie poświęcił swojego życia, jak dwaj pozostali? O co chodzi w tym wszystkim? Dlaczego zaszyfrowana wiadomość ląduje u Anahiry Dahir – referentki w Biurze do spraw Południowej i Środkowej Azji w Departamencie Stanu? Zresztą, gdyby nie refleks Anahity, wiadomość nadal leżałaby w koszu na śmieci.

Dalej fabuła już tylko przyspiesza i gna… Ellen Adams ma przed sobą bardzo trudne zadanie. Musi rozpracować groźny spisek światowy, zapobiec czemuś, co w skutkach będzie dużo gorsze dla Ameryki, niż te ostatnie zamachy, a nawet zamach na WTC. Presja czasu będzie ogromna, nie wszystkim można będzie zaufać, nie każdy będzie tak czysty i godny zaufania jak Betsy. Czy Ellen Adams sprawdzi się na swoim stanowisku sekretarza stanu i uda się jej zapobiec katastrofie? Jak rozwiązane zostaną kwestie polityczne pomiędzy Ameryką, Iranem, Rosją, Pakistanem? bo w tych wszystkich krajach się znajdziemy razem z bohaterami książki?

Podsumowując, podobało mi się. Książka jest bardzo „filmowa”, myślę, że mógłby powstać na jej podstawie jakiś dobry film akcji / thriller. Czyta się szybko, akcja wciąga. Nie wszystkie polityczne kwestie rozumiałam, ale nie szkodzi. Po takiej lekturze człowiek zastanawia się nad tym całym politycznym światem, co jest prawdą, co fikcją, kto kim manipuluje, a kto faktycznie trzyma władzę. Dociera do człowieka brutalna prawda, że czasem trzeba coś / kogoś poświęcić, by obronić swoje własne poletko. To straszny świat. Przerażający.

„Stan terroru” Hilary Rodham Clinton, Louise Penny”, tłumaczenie Paulina Braiter, Wydawnictwo Poradnia K, 2021.

„Czarne morze” Karolina Macios

Książkę kupiłam już jakiś czas temu, ale jakoś o niej zapomniałam. Teraz pojawiła się kolejna powieść tej autorki, pod tytułem „Nadciągająca fala”, dlatego zanim sięgnę po najnowszą, postanowiłam przeczytać „Czarne morze”. Tytuł jest dość znaczący i symboliczny a cała historia ciekawa i oryginalna.

Joanna i Michał oraz ich córeczka Milena wyjechali na chwilę z Wrocławia. Są w Gdyni, na plaży, przyjechali do rodziców Joanny, ale zanim ich odwiedzą, spacerują szczęśliwi brzegiem morza, odpoczywają, wchodzą na urwisty klif. Nagle, Michał decyduje, że muszą wracać do domu. Teraz, zaraz, już, w tej chwili. Dlaczego? W drodze powrotnej mają wypadek. Joanna ma wstrząs mózgu. Po powrocie ze szpitala musi odpoczywać, brać leki. Michał jest kochającym i czułym mężem, zajmuje się żoną jak tylko potrafi najlepiej. Nie ma jednak z nimi córeczki – Mileny. Dlaczego? Początkowo podejrzewałam coś, co właściwie od razu może przyjść na myśl czytelnikowi. Pomyliłam się. Niemniej jednak, autorka tak kieruje akcją, że właściwie pewnym nie można być niczego.

Cała historia opiera się jednak bardziej na retrospekcjach z życia Joanny, która od dziecka posiada pewną zdolność. Dotykając dłoni innego człowieka widzi obrazy z jego przeszłości i przyszłości. Jedni mówią, że to dar i próbują z niego korzystać jak najczęściej, inni uważają go za przekleństwo. „W małych miejscowościach plotki zawsze rozchodzą się szybciej, zwłaszcza o dziewczynce, która ma dar widzenia przeszłości i przyszłości. Od tamtego ataku w zerówce, kiedy zobaczyłam topielicę, dostałam łatkę cudownego dziecka”. Życie Joanny nie było łatwe, obrazy jakie widziała nie były przyjemne, raczej tragiczne i przerażające. Halucynacje, w których widziała i nadal widzi swoją babcię w koszuli nocnej wpatrującą się w nią nachalnie nie ułatwiały jej funkcjonowania, a do tego Joanna miała i ma cały czas koszmary senne w których pojawia się wspomniana wyżej topielica i tytułowe czarne morze… Co symbolizują? Skąd się wzięły? Wszystko to powoduje, że od dzieciństwa Joanna musi brać leki, a jej życie polega na wiecznym uważaniu na to, by jej przeklęty dar nie wyszedł na jaw. Dorosłe życie również nie obfituje w spokój. Nadal konieczna jest opieka psychiatry.

Wszystko jednak zmienia się po wspomnianym wyżej wypadku. Otępienie i halucynacje wydają się być bardziej nasilone. Coś niedobrego zaczyna dziać się z kobietą, a co najważniejsze, ona zaczyna to zauważać i podejrzewać, że coś w jej życiu, od wizyty w Gdyni jest baaaardzo nie tak. Co? Dlaczego Joanna czuje, że jej mąż coś ukrywa, jeśli tak, to co? Dlaczego ona sama plącze się w swoich odczuciach, ma luki w pamięci, jaką tajemnicę skrywają jej koszmary?

To interesująco poprowadzona historia. Czytało mi się bardzo dobrze, choć czasem retrospekcje i psychotyczne reakcje głównej bohaterki męczyły i wybijały z rytmu, ale zaskoczenie w finale było spore i na tym polega dobry thriller… tyle, że czytałam ich już w swoim życiu naprawdę dużo i chyba niewiele jest w stanie mnie bardzo zachwycić. Owszem uważam, że to bardzo dobra książka, ale za jakiś czas pewnie o niej zapomnę. W każdym razie, sporo jest w niej też wątku dotyczacego rodziny i jej zmagania się z traumatyczną przeszłością, o której czytelnik dowiaduje się stopniowo. To ważny temat i bardzo ciekawy, jeśli chodzi o ewolucję i eskalację uczuć, jakie czasem w rodzinach występują i obrazują „Historię zduszonych oskarżeń, głębokiej urazy, ukrytego bólu i cierpienia, które rosło w ciemności przez lata, pęczniało, zamieniając się w zimną, czystą nienawiść”.

Ogólnie polecam fanom dobrego thrilleru.

„Czarne morze” Karolina Macios, wydawnictwo Wielka Litera, 2020

„Bezwład” Jessica Barry

bezwlad-w-iext54756136„Uciekaj, musisz uciekać. Potykam się, krok mam ciężki. Ruszam do przodu, deszcz płynie mi po twarzy, brudne włosy przylepiają się do czoła, zasłaniają oczy. Deszcz jest rzęsisty, rzuca się gniewnie na ziemię, niczym wściekły dwulatek. Próbuję zrobić głęboki wdech, ale ksztuszę się wodą. Dobra. Przeczekaj to. Ciskam torbę na ziemię. Aż chlupocze przy lądowaniu. Palce znów zaczęły mi sinieć, więc wtykam je sobie pod pachy, żeby jakoś je ogrzać. Tak szybko zrobiło się tak strasznie zimno, a drzewa tylko trochę osłaniają mnie przed wiatrem hulającym po lesie. Czuję jak cierpną mi palce w przemoczonych butach, zakończenia nerwowe pieką, nim zupełnie tracę w nich czucie. Nie mogę się zatrzymywać. Jeśli się zatrzymam, umrę. A za dużo już przeszłam, żeby teraz umrzeć”.

Alison cudem uchodzi z życiem z katastrofy lotniczej małego samolotu. Pilot ginie na miejscu. Poznajemy Alison w momencie, kiedy pokiereszowana i ledwo żywa rozpoczyna ucieczkę z miejsca wypadku. Przed nią surowe tereny Gór Skalistych, dzikie lasy i przestrzeń, w której ciężko spotkać jakiegoś człowieka, no chyba, że tego, który na pewno ją ściga. Co takiego zrobiła, że musi uciekać, by przeżyć? Kto ją ściga? Kto wie, że w ogóle przeżyła? Dlaczego musi się ukrywać? 

Maggie, matka Alison, mieszka w spokojnym miasteczku Owl’s Creek w stanie Maine. Dowiaduje się o wypadku, ale od początku nie wierzy, że jej córka zginęła. Policja i służby działające na miejscu katastrofy nie odnalazły ciała, mówią, że być może spłonęło. Nie ma jednak pewności, choć nikt, poza matką Alison nie wierzy, by ktoś mógł przeżyć taki wypadek. W przygotowaniu uroczystość żałobna, ale Maggie nie czuje się gotowa na pożegnanie córki. Z miejsca katastrofy policja przywozi jej znaleziony złoty medalion, który córka zawsze nosiła. To jedyna pamiątka po niej. Nie gasnąca nadzieja matki prowokuje ją do rozgrzebania przeszłości, zarówno swojej, która jest bardzo bolesna, jak i przeszłości córki, która wcale nie była lepsza.

Z racji tego, iż autorka serwuje nam dwutorową narrację (raz mówi Alison, raz Maggie), to książkę czyta się ciekawiej. Obie kobiety wspominają swoje życie i tajemniczą przeszłość. W miarę jak Alison ucieka i próbuje przetrwać w surowych okolicznościach, matka drąży, wypytuje, szuka informacji o swojej córce i jej przyszłym mężu, Benie, z którym Alison się zaręczyła i który, jak podają media, był pilotem feralnego samolotu i jednocześnie znanym, bogatym biznesmenem. Dlaczego matka nie wiedziała o zaręczynach córki? Dlaczego nie wiedziała właściwie niczego o jej dorosłym życiu? „Bycie matką dorosłego dziecka to jednocześnie podziwianie osoby, którą ono się stało, i opłakiwanie wszystkiego tego, czym się nie stało”.

Czytelnik stopniowo dowiaduje się, że obie kobiety nie miały ze sobą kontaktu przez długi czas. Poznajemy przyczyny rozpadu tej relacji, a także te doświadczenia życiowe, które wpływają na ponowną chęć odnowienia tej relacji. Poznając ich życie jest nam łatwiej zrozumieć, dlaczego ta więź okazała się tak trudna, co takiego wydarzyło się przed katastrofą i dlaczego Alison musi uciekać. W tej książce widać też dobrze jak cienka jest granica między miłością a nienawiścią, zarówno w relacji matki i córki, jak i też relacji w związku kobiety i mężczyzny.

Jakie tajemnice skrywa Alison i jak potoczą się jej losy? Czy uda jej się spotkać z matką?Czy prawda może być niebezpieczna i jak rozumieć tytułowy bezwład? 

Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę. Oczywiście to thriller, gatunek, w którym niewiele nowego da się wymyśleć, by było wielkie WOW, ale jeśli gwarantuje dobrą rozrywkę i wciąga, to znaczy, że spełnił swoje zadanie. Uważam, że fabuła została świetnie poprowadzona: poprzez retrospekcje do finału, który zaskakuje. Postaci nie są niewiarygodne, może troszkę nazbyt powierzchownie potraktowane, ale przecież to ma być thriller, tu chodzi o dobrą akcję, napięcie – a to było. Dwa wieczory i po lekturze. Jeśli lubicie tego typu książki – polecam.

„Bezwład” Jessica Barry, przekład: Maria Smulewska, wyd. Rebis, 2019

„Pustelnik” Mads Peder Nordbo

78647113_2558431454206299_4179078611518619648_o-001Świetna okładka – to tak na początek. „Pustelnik” to trzecia książka z serii kryminalnej z dziennikarzem Matthew Cave i Grenlandką Tupaarnaq w rolach głównych. Pierwsze dwie części „Dziewczyna bez skóry” i „Zimny strach” przeczytałam z ciekawością, zachwyciło mnie tło mrocznych śledztw, czyli Grenlandia i tu jest podobnie. Dostajemy też wreszcie rozwiązanie kilku tajemniczych spraw, o których czytaliśmy w poprzednich częściach, bo te wszystkie zbrodnie i osoby za nimi stojące, łączą się w bardzo skomplikowany sposób, jak się okazuje. 

Matthew Cave, jak wspomniałam, jest dziennikarzem. Tuparnaaq – buntownicza dziewczyna z tatauażami, niczym „Lisbeth Salander”, ma mroczną przeszłość, która powróci do niej i w „Pustelniku”, ma też więzienie za sobą i wiele zbrodni na swoim koncie. Czy jest morderczynią? Tak, ale dlaczego zabijała? Musi być powód, prawda?

W „Zimnym strachu” Matthew i Tuparnaaq poszli ze sobą do łóżka, co teraz odbija się konsekwencjami (tęsknota i wiele niewiadomych) na życiu Matthew, bo Tuparnaaq znów znika (znów musi). Podczas gdy Matthew pisze artykuł o martwym wielorybie wyrzuconym na brzeg w Nuuk, w odizolowanej osadzie grenlandzkiej Sandnæs, w pobliżu wikińskich ruin, znalezione zostaje ciało mężczyzny. Nie dość, że leży on w głębokiej studni, to ma w kieszeni zakrwawiony nóż, a jego dłoń jest odcięta. Wszystko wskazuje na to, że został do tej studni wepchnięty, ale czy zrobił to któryś z myśliwych? Wątpliwe, bo nikt w te tereny się nie zapuszcza. Opcją dość karkołomną i dziwaczną, choć prawdopodobną pozostaje „Qivittoq”, czyli ogólnie mówiąc: pustelnik, czyli osoba która z pewnych powodów opuściła swoją społeczność. 

„Było to jedno ze stworzeń, którego Grenlandczycy bali się najbardziej. Może dlatego, że z historycznego punktu widzenia takie postaci rzeczywiście istniały – ludzie, których porzucono, wykluczono, lub zostawiono na pastwę losu w bezludnych górach – i bardzo nie chciano ich spotkać na swojej drodze. [..] Wyobrażano sobie, że pustelnicy z czasem nabiorą z czasem cech przypominających cechy zwierząt w postaci silnie rozwiniętych zmysłów i ponad naturalnych zdolności; na przykład wierzono, że qivitooq po śmierci żyje nadal jako duch”.

Dlaczego zginął ten mężczyzna? I skąd na nim świeży ślad odcisku palca kobiety, która nie żyje od kilku miesięcy? Czy zatem qivittok istnieje? Kim jest? I czy skończy się na jednej ofierze? No nie. W pewnym momencie nie tylko Matthew zacznie wierzyć w qivittoq; cała społeczność Nuuk będzie sparaliżowana strachem, co pokazuje, jak silnie oddziaływują na człowieka pewne tradycje i wierzenia. Teraźniejszość połączy się z przeszłością, a przyjaciele okażą się wrogami, bo każdy ma swoje sekrety, za które gotów jest zabić i przywdziewać maski. Poleje sie krew, akcja się rozpędzi a wszystkie wątki zamkną się w interesujący sposób.

To dobra historia. Czytana z tomu na tom naprawdę daje dobrą, kryminalną rozrywkę. Może męczyć, tylko jeśli nie znamy lub zapomnieliśmy treści z poprzednich części. U mnie tak właśnie było. Poprzednie dwie części czytałam już jakiś czas temu. Nie pamiętałam wielu szczegółów, dlatego momentami było to wszystko dla mnie zbyt skomplikowane; do tego pojawiały się też nazwiska i wspomnienia osób, które brały udział w dawnej, tajnej akcji o nazwie „Tupilak” w wojskowej bazie w Thule, a także wydarzenia w Gothåb (czyli w dawnym Nuuk) w 1973r. Ale.. mimo, iż nieco się zmęczyłam i pogubiłam, to książka jest dobra. A Grenlandia, jako tło do takich mrocznych powieści, sprawdza się świetnie. 

„Pustelnik” Mads Peder Nordbo, tłumaczenie Justyna Haber-Biały, Agata Lubowicka, wydawnictwo Burda Książki, 2019.