„Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” Beata Szady

„Czy widać po nim, że jest z ulicy? Czy porządny strój nie wystarczy? Silvia z „Los minos de la calle y su mundo” mówi: „To jest tak, jakbyśmy mieli jakiś znak na czole, że jesteśmy z ulicy. Naprawdę. Nawet jak byłam dobrze ubrana, to rozpoznawali mnie po zachowaniu, sposobie chodzenia, po tym, jak mówiłam i jak się bawiłam. Zawsze dziwnie na mnie patrzą, jakbyśmy byli podludźmi”.

Beata Szady, dziennikarka, która naukowo zajmuje się reportażami z Ameryki Łacińskiej w XXI wieku, napisała reportaż, który ściska za serce. Właściwie można by powiedzieć: „a co mnie tam obchodzi życie ludzi w Peru, skoro ja sobie żyję w Polsce i właściwie na swoim życiu powinnam się skupić”. Otóż nie. Zawsze uważałam, że trzeba się interesować światem, problemami w innych krajach, mieć oczy szeroko otwarte, bo za chwilę pewne rzeczy mogą zadziać (albo już się dzieją) w tej „mojej” Polsce.

Tutaj mamy reportaż przedstawiający stolicę – Limę. Dużo po lekturze (i w trakcie) „googlowałam” szukając ulic, dzielnic, nazw miejsc wymienianych w książce. Lima – ta ukazana tutaj, czyli biedne dzielnice powstałe z dala od centrum, nie zachwycają wizualnie, w przeciwieństwie do dzielnic bogatych (jak n.p. Miraflores). W książce są opisane przykładowo: plac Grau, gdzie dzieci śpią na ulicy, wąchając klej (terokal), najbardziej zaludniona i biedna dzielnica San Juan de Lurigancho gdzie „wiatr tańczy z blachą”, centrum handlowe Unicachi przy alei Abancay, gdzie na przykład „przechodzą chłopak z dziewczyną. Jemu brak kilku przednich zębów. Niesie dziecko opatulone kolorowym kocykiem. Ona chuda, zniszczona, brudna. Ma na sobie markowe buty, ale spodnie przepasane sznurkiem i rozpięty rozporek. Trzyma jakieś papiery. Może idą do RENIEC-u? Innych uliczników nie widać. Za wcześnie. Pewnie jeszcze śpią”. i inne dzielnice : Rimac, La Victoria, Puente Piedras. Wszędzie tam spotykamy ludzi, którzy są bezdomni, którzy czasem próbują swoje życie zmienić, ale koniec końców zawsze wracają na ulicę. Tak już jest. To wchodzi w krwiobieg.

Autorka niczego nie upiększa, opisuje wszystko bardzo obiektywnie, oddając głos bohaterom reportażu, przebywa z nimi, pomaga w drobnych sprawach, ale zawsze zostaje w cieniu, co mi się bardzo w reportażach podoba. Poza historiami ulicznych złodziejaszków, biednych kobiet ledwo wiażących koniec z końcem, ludzi, którzy starają się o wyrobienie dowodu osobistego (bo bez tego dokumentu jest się przecież jeszcze bardziej nikim i nie ma żadnych praw, a nie jest to zbyt proste w Peru), poza tymi, którzy lądują w więzieniu czy piją, by zapomnieć, poznajemy też pewnego człowieka, Martina (streetworkera) który od wielu lat pracuje na ulicy, ale też pomaga wszystkim „ulicznikom” – bardzo ciekawa postać, dla którego „trudne przypadki, to dla niego chleb powszedni”.

Pomiędzy historiami z życia bohaterów, pisanych krótkimi, celnymi zdaniami, wplecione są też mikro rozdziały opowiadające o historii, geografii, wydarzeniach z Peru, co też daje czytelnikowi większą wiedzę. Bardzo dobry jest ten reportaż. Krótki, ale treściwy, dający do myślenia, wstrząsający i pokazujący do czego prowadzi wykluczenie, bieda i wszelkie nietolerancje oraz nierówności społeczne. To zawsze dzieli ludzi. Zresztą dobrze to widać w każdym kraju, nawet u nas. Coraz bardziej.

„Do ludzi z ulicy trzeba podchodzić bardzo indywidualnie – mówi Martin – Każdy ma inne potrzeby, inny charakter, inne doświadczenie. Nie ma jednego schematu działania. A my zachowujemy się trochę tak, jakbyśmy chcieli wcisnąć wszystkich w ubrania tego samego rozmiaru. Nie myślimy o tym, że na jednego będzie pasowało, a na innego już nie. Rękawy okażą się za długie albo puszczą szwy, bo ubranie będzie za małe. Ale my powiemy, że to ten człowiek poniósł porażkę. Że jest antyspołeczny, że nie chce się zmienić. A to nieprawda. To my dobraliśmy nieodpowiednie narzędzie”.

Polecam.

„Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” Beata Szady, wydawnictwo Czarne, 2016.