Archiwa tagu: wydawnictwo agora

„Niech to szlak! Kronika śmierci w górach” Bartłomiej Kuraś

„Tacy prawdziwi turyści, co to chcą ino styrmać się po wierchach, to zwykle po zakopiańskich hotelach czy pensjonatach nie siedzą, ino po schroniskach śpią. Jak wracają z gór, to na pożegnanie kupią owczy ser dla rodziny. Tacy z tańszych pensjonatów to głównie po dolinach łażą, czasem zajdą po oscypka, by sobie przy piwie zagryzać. A tacy z droższych hoteli to w ogóle w Tatry nie chodzą. Myślą sobie: „Styrmać się? A po co, kiedy w Zakopanem przyjemniej czas leci”. Najwyżej na Kasprowy Wierch kolejką się przejadą. Bardziej im dansingi w głowie, na dyskotekach do wczesnego rana siedzą, po karczmach się włóczą. A oscypki to im raczej w ogóle nie podchodzą”.

Maria Gruszkowa, handlująca oscypkami na Krupówkach podzieliła turystów na takie właśnie trzy grupy, jak w cytacie. A czy ten podział wpływa jakkolwiek na to, kto w górach może zginąć szybciej? gdyby przyszło obliczyć prawdopodobieństwo, sądzę, że byliby to ludzie bezmyślni, źle przygotowani, bez odpowiedniego sprzętu, ale… często doświadczeni turyści, wspinacze, mogą również mieć pecha i na przykład: stracić raki w śliskim terenie, poślizgnąć się na kamieniach, dostać nimi w głowę, albo zginąć w jaskini przez nagłe jej zalanie (weźmy choćby za przykład zeszłoroczną akcję ratunkową w Jaskini Wielkiej Śnieżnej). Oczywiście jednym z zagrożeń jest również pogoda, która w górach, a szczególnie tych wysokich zmienia się bardzo szybko i tutaj najważniejsze są rozum i rozsądek, ale też szczęście. Przykład? zeszłoroczna burza na Giewoncie – wiele osób szło na szczyt wiedząc, że zaczyna padać i idą chmury, niektórzy blisko szczytu nie zawrócili, gdy pogoda zaczęła się pogarszać, innych po prostu burza zaskoczyła i nie zdążyliby uciec, ale wiele osób mądrze zawróciło ze szlaku. Inny przykład? w tym roku, para doświadczonych górołazów rozbiła namiot na przełęczy – nie dlatego, że zastała ich ulewa, burza i nie mieli wyjścia, ale dlatego, że mieli zamiar nocować w górach. Nie przeżyli. Bezmyślność czy pech?

Nie ma mądrych i nie ma mocnych na warunki atmosferyczne w górach. Nie każdy musi znać się na stopniach zagrożenia lawinowego, choć wiedząc, że takowe istnieje nie powinien w te góry iść (chyba, że z doświadczonym przewodnikiem tatrzańskim i odpowiednim sprzętem). Nie każdy musi być wytrawnym wspinaczem, by chodzić po Tatrach, ale KAŻDY powinien wiedzieć, że góry to nie przelewki i przede wszystkim powinien zdawać sobie sprawę ze swojej kondycji, warunków, siły i wytrzymałości. Szacunek do gór i natury jest niezwykle ważny. Czytając książkę Kurasia widzimy, jak co poniektórzy traktują górskie szlaki. Przykład? kiedy ojciec z małym dzieckiem bez przygotowania idzie na Orlą Perć, a potem wzywa TOPR, bo nie wie co dalej, kiedy ludzie wybierają się w góry zbyt późno i nagle zastaje ich zmrok? albo kiedy latem idąc na wysokie szczyty nie zabiera się kurtki, bo przecież „jak to, że tam na szczycie jest śnieg?”.

Ale książka Kurasia to nie tylko książka o wypadkach i tragicznych śmierciach. To kronika (jak w tytule), a właściwie taki misz-masz wielu historii, opowieści i wydarzeń. No bo mamy na przykład historię powstania TOPR-u (oczywiście pokrótce), historię krzyża na Giewoncie, odwołania do wydarzeń sprzed lat, takich jak śmierć ratowników górskich, czy rodzeństwa w źlebie Dredge’a. Jest też sporo o fasiongach i tych biednych koniach wożących turystów, ale przede wszystkim, co mi się bardzo podobało, a jakby jest nieco oderwane od tytułowej kroniki śmierci w górach, jest tu sporo o przyrodzie tatrzańskiej i o szacunku do niej. Mamy zatem rozdziały o tym, jak zwierzęta odpoczęły w momencie ogłoszenia pandemii, kiedy na szlakach pojawiło się o wiele mniej turystów niż zazwyczaj, jest dużo o Tatrzańskim Parku Narodowym, o świstakach, niedźwiedziach, kozicach, przyrodzie i sławnej Encyklopedii Tatrzańskiej, o budowie kolejki linowej czy przygotowaniach do olimpiady, które oczywiście swoim rozmachem zagrażały tatrzańskiej naturze, a w szczególności mogły zakłócić sen zimowy niedźwiedzi. No i jest też rozdział o małym niedźwiadku, którego pewni młodzi ludzie utopili w potoku tłukąc kamieniem w głowę, bo uznali go za zagrożenie (i jeszcze nagrali filmik wrzucając go do internetu, myśląc, że dzięki temu pokazali jacy są hardzi i odważni) ….. Taki to szacunek do natury – do tego dochodzi śmiecenie na szlakach, hałas… itp. itd. Można by długo wymieniać.

To bardzo ciekawa pozycja choć wydaje się być taka „pokawałkowana tematycznie” i niekoniecznie związana w całości z tytułem książki, niemniej jednak, jak to kronika, jest rejestrem bieżących i historycznych wydarzeń, i są to bardzo ważne rzeczy. Pozaznaczałam sobie mnóstwo ciekawostek, opisy gór przez Karłowicza, czy też porady ratowników górskich. Fajna, dobra i przeciekawa pozycja dla każdego fana turystyki górskiej czy miłośnika literatury górskiej – na pewno warta polecenia.

I na koniec niby banalna, ale ważna rzecz dla idących w wyższe (i nie tylko) góry: „Zabierz jaskrawą kurtkę. Gdy coś się stanie i będzie trzeba cię szukać, łatwiej wypatrzyć ze śmigłowca czerwoną plamę. Zapisz nuer 601 100 300 w telefonie. W kryzysowej sytuacji połączysz się z ratownikami. Telefon naładuj przed wyjściem, a plecak mądrze spakuj. Ciepłe ubranie, kanapki, czekolada, apteczka z opatrunkami, termos z gorącą herbatą – to minimum. Mów dokąd idziesz. Rodzinie lub znajomym opowiedz o planowanej trasie wycieczki. Jeśli wybierasz się wysoko w góry, zapytaj dyżurujących w schroniskach ratowników o warunki. Gdy odradzają wyprawę – posłuchaj”.

„Niech to szlak. Kronika śmierci w górach”, Bartłomiej Kuraś, wydawnictwo Agora, 2020.

Stosik marcowy

Sytuacja w kraju wiadomo jaka jest. Ja również siedzę w domu od dzisiaj, narazie nie wiem jak długo i jak się potoczy dalej sytuacja w pracy, niemniej jednak, lepiej zapobiegać, jak to mówią. Przy okazji jest czas na nadrobienie lektur, seriali itp., no i na odpoczynek, jakby nie patrzeć, którego mi bardzo brakowało. I choć pogoda nie zachęca do siedzenia w domu, to pamiętajmy, że lepiej cierpliwie unikać zatłoczonych miejsc i korzystać ze uroków zbliżającej się wiosny rozsądnie.

Zdobycze książkowe, jakie napłynęły do mnie w ostatnich marcowych tygodniach prezentują się poniżej. Pierwszych pięć książek od dołu to egzemplarze do recenzji od wydawnictw (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Muza i Skarpa Warszawska : „Boski znak” z autografem autora!!), za które serdecznie dziękuję. Resztę kupiłam w promocji około -35-44% na Świecie Książki (na samej górze „Lekarze w górach”, bo słabo widać tytuł). Czekam jeszcze na parę innych książek do recenzji, ale pokażę je już na koniec miesiąca.

No to miłego czasu. Dbajmy o siebie!

DSC08568

„Podpalacze” R.O. Kwon

podpalacze„Unikałam tłuczonego szkła, rozdartych torebek aluminiowych. Świeżych plam psiego gówna. Stawiałam kroki, meandrując między nimi. Wschodziło słońce. Kiedy byłam mała, nie wolno mi było wyjść na zewnątrz bez kremu przeciwsłonecznego na twarzy. Matka wklepywała ochronną substancję w moje policzki delikatnymi, chłodnymi dłońmi, Mocowała kapelusz o szerokim rondzie, podwiązując mi go pod brodą za pomocą solidnej, równej kokardki, Ileż wkładała wysiłku w to, bym stała się kimś lepszym, niż jestem.”

Główna bohaterka Phoebe, młoda dziewczyna, mająca za sobą traumatyczne przejścia, jest bardzo pogubiona i nie wie jak żyć dalej, po tym co przeszła. „Chciała cofnąć stratę, zaleczyć śmiertelną ranę”, jak mówi Will, kolejny bohater, a zarazem chłopak Phoebe. Oboje spotykają się przypadkiem i zakochują w sobie. Bezradni i zamknięci w swoich skorupach zatracają się wręcz w sobie. I choć oboje cierpią w tym związku z różnych przyczyn, są dni kiedy bywają naprawdę beztroscy i szczęśliwi. Niemniej jednak oboje żywią się bólem, ich relacja jest dość trudna. 

Will za wszelką cenę pragnie niezmąconej niczym bliskości, Phoebe potrzebna mu jest niczym oddech, to dzięki niej otwiera się przed nim świat pewności siebie i radości z detali. „Przez całe miesiące nie opuszczało mnie wrażenie, jakbym żył odgrodzony od świata szklanymi ścianami. Nie potrafiłem się przez nie przebić. Mogłem tylko przystanąć samotnie na chodniku i zajrzeć do wnętrza, gdzie bawili się inni. Dzięki Phoebe ściany się rozstąpiły”.  Ona z kolei całe życie błądzi, i nawet kiedy znajduje Willa, tak jej oddanego, z jednej strony chce z tego korzystać i czuć się szczęśliwą, a z drugiej wyrywa się, ucieka i w końcu … trafia do sekty.

Sekta Jejah, prowadzona przez Johna Leala przeprowadza zamach na klinikę aborcyjną. Prowodyrką jest Phoebe, w zamachu ginie 5 młodych kobiet. O tragedii wiemy już od pierwszych stron książki. Kolejne, to próba zrozumienia przez Willa, dlaczego do tego doszło, czy może miał on w tym swój udział i popchnął Phoebe w „ramiona” sekty? i co tak naprawdę dalej stało się z dziewczyną. Czytamy ich wspomnienia, poznajemy ich dzieciństwo, dorastanie, początki ich relacji i poprzez narrację prowadzoną dwutorowo, autorka przedstawia nam ich postacie z dość ujmującą, emocjonalną, dokładnością.  Czasem pojawiają się też słowa Johna Leala, który kiedyś uciekł z koreańskiego gułagu, a  jego bose stopy są wyznacznikiem poświęcenia się idei wiary.

Ta kwestia wiary jest tu znacząca. W co wierzy Phoebe? Czego oczekuje od siebie i od  świata? Czy szuka zbawienia, wymazania przeszłości i traumatycznych wydarzeń? Czy faktycznie zawierzenie ludziom, poddanie się ich manipulacji, wykonanie zadania, które zlecają w imię jakichś górnolotnych idei, uwalnia człowieka / ją od poczucia winy? Czy to pokuta? Skuteczna? Nagle świat się zmieni i to zło, które wyrządziliśmy zostanie nam wybaczone?

To książka z dobrą fabułą, ciekawie zarysowanymi postaciami, wywołująca emocje, stawiająca wiele pytań, ale z drugiej strony niezwykle męcząca w odbiorze. Oczywiście, to moje zdanie, może nie byłam na tyle wypoczęta, kiedy ją czytałam… ma niecałe 300 stron, a moja lektura trwała tydzień. Sposób narracji mnie nieco męczył, dialogi wpisane są w treść, nie są wyróżnione, wiec czasem gubiłam się, czy to opis czy dialog. Język momentami bywał przytłaczający, jak sama historia, choć ona sama w sobie jest z kolei bardzo dobra.

Uważam, że to dobra książka, dobry debiut, ale wymagający specjalnego rodzaju skupienia i chyba innego podejścia, bo to nie jest powieść, która „płynie”, ona trochę staje ością w gardle i czasem ma się ochotę odłożyć tę książkę i nie brnąć w to dalej. Niemniej jednak, kiedy ją skończyłam, to cały czas o niej myślę. Jest intrygująca i kto wie, czy nie sięgnę po nią kiedyś drugi raz, żeby już ze spokojną głową, więcej z niej zaczerpnąć i może bardziej zrozumieć bohaterów… o ile w ogóle się da.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Podpalacze” R.O. Kwon, tłum. Łukasz Błaszczyk, wydawnictwo Agora 2020.

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol

DSC08056

„Ściana jest gładka, śliska, jednolita, mróz sięga 50-60 stopni, lód jest strasznie twardy. Czerń nocy ukrywa przede mną dalszą częśc drogi – i całe szczęście! Dzięki temu nie czuję się wessana przez pustkę, wabiona przez otchłań. Poślizgnięcie się na tym polu lodowym oznacza dla mnie koniec, poruszam się więc z najwyższą ostrożnością. Wkrótce zaczynam czuć, że góra emanuje spokojem, a ciemność nocy paradoksalnie mnie zabezpiecza. To wszystko razem wydaje mi się nieprawdopodobne, nierealne. Schodzę w nocy, bez latarki czołowej, drogą, której nie znam, nie mając żadnego sprzętu – ani czekana, ani przyrządu zjazdowego, ani blokera, śrub lodowych czy liny dynamicznej. Nie piłam niczego od co najmniej pięćdziesięciu pięciu godzin. W zasadzie nie spałam od osiemdziesięciu godzin, nie licząc majaczeń i halucynacji zeszłej nocy. […] Moje myśli krążą w kółko – trzymać palce rąk w cieple, ruszać palcami stóp, mrużyć oczy, żeby nie stracić wzroku. Palce w cieple, palce nóg w ruchu, mrużyć oczy, bo wzrok. Schodzić”.

Większość z nas śledziła zapewne styczniową akcję ratunkową na Nanga Parbat w 2018r. To już dwa lata od momentu, kiedy Denis Urubko, Adam Bielecki, Jarosław Botor, Piotr Tomala (członkowie pobliskiej Zimowej Narodowej Wyprawy na K2) heroicznie uratowali ledwo żywą Elisabeth Revol, która razem z Tomkiem Mackiewiczem zdobyła ten himalajski szczyt. Tomka nie udało się uratować, został na zawsze w szczelinie 800m pod szczytem. Jego ostatnie słowa do Revol to „Jest mi zimno. Chcę odpocząć”.

Ta książka (jak zarzuca wielu) wcale według mnie nie jest pędem ku sławie i chęcią zarobienia pieniędzy przez autorkę na tej historii. Obrzydlistwem jest coś takiego mówić. Jak sama autorka przyznaje, i jak też potwierdziła ostatnio żona Tomka Mackiewicza, ta książka jest terapią dla obu pań, a zyski z jej sprzedaży mają wspomóc budowę wodociągu w dolinie Diamir, o czym marzył Tomek. Elisabeth w swojej książce powraca do bolesnych emocji. Konfrontuje się z nimi, wyrzuca je z siebie, ale przede wszystkim mówi jak było, jak się czuła, kiedy musiała zostawić partnera.

Opowiada o swoim uzależnieniu od gór, o uzależnieniu Tomka od gór. O tym jak cudownie się dogadywali, rozumieli i jaka piękna przyjaźń ich łączyła. Jak zatem można zostawić przyjaciela? Skazać go na pewną śmierć, powiedzą inni? Czy to był egoizm? Nie…

Elisabeth zostawiła Tomka, bo cały czas była przekonana, że obiecany helikopter z pomocą ratunkową przyleci. Ona musi tylko zejść niżej, byc „drogowskazem”, ażeby ratownicy z helikoptera mogli wylądować w pozwalającej im na to wysokości, a potem pójść po Tomka. Przez wiele godzin pojono ją tą nadzieją, niedomówienia z urzędnikami pakistańskimi, brak pieniędzy i ogólna opieszałość sprawiły, że helikopter nigdy nie przyleciał. Elisabeth musiała spędzić prawie trzy noce sama, bez namiotu, wody, jedzenia, sprzętu, schodząc w dół, nocą, drogą, której nie znała. Przed nią był kuluar Kisshofera – stromizna, po której nie da się zejść bez lin i całego sprzętu. Ona nie miała nic. Dodatkowo cały czas bała się o Tomka. Miała nadzieję, że w tej szczelinie da radę, ale przecież już wtedy, jak go zostawiała, był ślepy, zamarznięty, z obrzękiem mózgu i krwawieniem z dróg oddechowych. Nie było szans, ale nie docierało do niej, że on umiera. Mimo, że wszedł na szczyt, już nie zobaczył, jaki się z niego roztacza widok…. bo już tam powiedział do Revol, że przestaje widzieć. 

Kto popełnił błąd i kiedy? Czy słusznie oboje zdecydowali, że mimo późnej pory wejdą wreszcie na ten szczyt? Mogli się wycofać te 90 m przed. „Oboje byliśmy odpowiedzialni za tę tragedię, za lawinę drobnych błędów, które doprowadziły nas do katastrofy. Nie umiałam sprowadzić Tomka, to moja wina. Tomek nie był w stanie zrezygnować, zawrócić i zejść – to była jego wina. Ale tylko Tomek zapłacił za to najwyższą cenę i tylko ja została przy życiu”, mówi Revol.

Revol w tej książce pokazuje jak słabą i delikatną jest osobą, choć silną fizycznie i mocno stojącą na nogach, mówi o tym, jak ciężko było jej się uporać z całą tą sytuacją, pogodzić ze śmiercią przyjaciela, stawić czoła wiadrom pomyj wylewanym na nią po powrocie. Czytałam jej zmagania na wstrzymanym oddechu… Niewyobrażalna to dla mnie sytuacja. Niewyobrażalna. Dobrze, że Revol ma kochającego męża, który podczas tych tragicznych nocy cały czas ją wspierał w smsach, podobnie jak jej przyjaciel Ludovico, który informował ją o wszystkim, dawał nadzieję i otuchę, a w internecie relacjonował przebieg całej akcji i dzielił się najświeższymi lokalizacjami Elisabeth. Kolejnym włoskim przyjacielem, wspomnianym w książce przez Revol, jest Daniele Nardi, który niestety rok później razem z Tomem Ballardem zginęli na Nanga Parbat. Jak mówi Revol „Nanga pokazała swoje złowieszcze oblicze”. 

Książka jest próbą przekazania własnymi słowami, emocjami, sumieniem tego co czuła i czuje nadal Elisabeth Revol. Jej pożegnalny list do Tomka i słowa o polskich himalaistach, którzy ją uratowali są naprawdę niezwykle emocjonalne i wzruszają. To również opowieść o niewyobrażalnej woli życia i niezależnie od tego, co myślą ci siedzący na kanapach i mądrujący się z ciepłego domu, to dowód na nieludzką wręcz siłę i odwagę. Jednocześnie, ta „spowiedź” pokazuje również, jak trudna jest walka o wewnętrzny spokój, jak ciężko jest żyć po takiej traumie, jak mocno boli i jak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Revol odrodziła się wchodząc samotnie na Everest i Lhotse w zeszłym roku. Jak mówi, by „skończyć z pasją, która sprawiała, że żyłam intensywnie, ale która mnie pożerała, niewoliła, była obsesją, czasem wręcz czymś poza mną, ode mnie niezależnym. [….] Wyruszyłam na Everest spokojnie, bo szukałam już czegoś innego. Nie byłabym dziś w stanie znów związać się z kimś liną i ruszyć na trudną drogę, a już na pewno nie mogłabym za nikogo brać odpowiedzialności w Himalajach”. 

Ta książka jest potrzebna. Szczera i autentyczna. Żona Tomka, Anna Solska Mackiewicz powiedziała o Revol, że „jej nadludzki wysiłek sprowadzenia go do dzieci i w moje ramiona, do domu nie miały sobie równych, że zrobiła dla niego wszystko, więcej niż ktokolwiek byłby w stanie sobie wyobrazić… „.

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol, tłum. Anastazja Dwulit, wyd Agora, 2019

„Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

82804480_2676015559114554_9068640174954512384_oPierwszy raz czytałam biografię himalaisty, który żyje. To dodatkowa, wydaje mi się, trudność dla autorów, by rzetelnie i obiektywnie przedstawić opisywaną postać. Udało im się to jednak fantastycznie. Czytałam o Wielickim z zapartym tchem, ale ja zwykle tak właśnie czytam książki o himalaistach, czy o tematyce górskiej w ogóle… więc nie jestem zbyt obiektywna.

Krzysztof Wielicki jest jednym z najsłynniejszych polskich „lodowych wojowników”. Pierwsze zimowe wejście (i jego pierwsze w ogóle na ośmiotysięcznik) na Everest w 1980r. z Leszkiem Cichym, a potem stopniowe zdobywanie kolejnych himalajskich szczytów, w tym m.in. samotne, zimowe wejście w gorsecie chroniącym kręgosłup na Lhotse w Sylwestra 1988r, i rekord czasowy w zdobyciu Broad Peak w ciągu jednej doby (wejście i zejście) to niezwykłe wyczyny plasujące Wielickiego w czołówce światowej. Jest tego sporo, co oczywiście jest w książce opisane, niektóre wyprawy mniej szczegółowo, inne bardziej.

Autorzy skupiając się na osobie Wielickiego, dotykają też dzięki niemu innych kwestii: czym jest praca zespołowa we wspinaczce wysokogórskiej, dlaczego czasem pewne zachowania postrzegane są jako egoizm, buńczuczność, indywidualizm z przerostem ego. Wspomniana zostaje słynna gliwicka debata z 1987r. nazwana „szczytem gliwickim”, gdzie spotykają się młodzi wspinacze z tymi już starszymi, doświadczonymi. Dyskusja jest burzliwa ale porusza wiele ważnych kwestii. Wielicki wtedy mówi: „W górach nie ma klarownych, czystych sytuacji. Wiele z nich podyktowanych jest błędem. Można popełnić błąd w taktyce, ale nie zawsze jest tak, że stajesz przed problemem: zostawić partnera czy nie zostawić? Tak się nie dzieje. To dopiero na dole się tak ocenia. Oczywiście można powiedzieć, że jeśli ktoś dojrzał do tego, w ogóle nie powinien chodzić w góry. Ale nigdy nie wiesz, co cię czeka, tam wysoko” […] „Podkreśla, że czasami zostawia się partnera z przyczyn czysto technicznych. I nie myśli się o tym, że to sytuacja nieetyczna”. Ale nie myślcie, że i on nie miał nigdy wyrzutów sumienia… 

Autorzy piszą też o dylematach moralnych i etycznych, jakie wytworzyły się po wyprawach na Broad Peak (gdzie zginął Tomek Kowalski i Maciek Berbeka) oraz na K2 (kiedy to Denis Urubko nic nikomu nie mówiąc wyszedł w kierunku szczytu). W obu wyprawach kierownikiem był Krzysztof Wielicki, który już zarzucił wspinanie się i próbował ogarnąć całość z bazy. Wielu wtedy wieszało na nim psy. Czy słusznie? W tej książce sytuacja jest przedstawiona z kilku perspektyw i właściwie ciężko się jest do całej tej sytuacji odnieść jednoznacznie, bo każdy z uczestników miał swoją rację. I Wielicki i Urubko, i Bielecki… Można dywagować, ale i tak każdy w głębi duszy czuje coś czego żałuje, albo nie żałuje. Nie nam oceniać.

We wcześniejszej wyprawie na K2 w 2002r. Wielicki poznaje Urubkę, który mówi o nim „Potrafi wbrew wszystkiemu dążyć do wyznaczonego celu. Ja jednak wolałbym, żeby kierował wyprawą z bazy, niż wsiadał na białego konia i wymachując szablą, prowadził armię”. Fakt, że bywało kiedy Wielicki szarżował, narzucał tempo, gonił na szczyt jak głupi, a przecież jasne było, że góra poczeka, nigdzie się nie wybiera. Bywał apodyktyczny, co nawet sam o sobie przyznaje, ale też rozsądnie rozdzielał zadania. Oczywiście wiadomo, że kiedy na takiej wyprawie spotyka się wiele indywidualności (bo bywało, że był i Kurtyka, Kukuczka, Rutkiewicz), to musi iskrzyć, bo każdy chce po swojemu. To wszystko jest bardzo trudne, ale te relacje zostały świetnie przedstawione przez autorów książki.

Ta książka bardzo obrazowo przedstawia osiągnięcia Wielickiego, jego porażki i doświadczenia, ale też życie osobiste (trzy związki) w którym pasja bywa ciężka do zaakceptowania przez dzieci, żonę. Dzieci im starsze tym większy czują lęk o tatę. Tata bywa zamknięty w sobie, nie umie okazywać uczuć w sposób, pisze listy, których nie wysyła, pamiętniki, z których fragmenty czytamy w książce. Nie potrafi usiedzieć na miejscu, potrzebuje gór jak tlenu, rodzinę kocha, ale do gór go ciągnie niemiłosiernie. Często znajduje się w sytuacjach, gdzie jest ryzykownie i niebezpiecznie. Jak mówi „Nie powinienem żyć, a wciąż tu jestem”. 

Ta książka bezsprzecznie jest jedną z lepszych biografii, jakie czytałam, ale może to wynikać z mojego braku obiektywizmu (niestety) bo, jak wspomniałam, uwielbiam książki o himalaistach. Mimo to, uważam, że to świetna robota, rzetelna (sporo źródeł), obrazowa,  prawdziwa, pokazująca życie opisywanej postaci od momentu, kiedy w ogóle pierwszy raz zobaczył Tatry, poprzez różne dziwne zajęcia, jakie wykonywał (np. praca na Alasce przy połowie ryb), aż do zdobycia wszystkich 14 ośmiotysięczników i momentów, kiedy musiał żegnać swoich przyjaciół, którzy stracili życie w górach. Wielicki niedawno skończył 70 lat, a w 2019r. otrzymał Złoty Czekan – prestiżową nagrodę za całokształt.  Można powiedzieć – szczęściarz. I nadal żyje. Oby jak najdłużej.

Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski są również autorami biografii o Jerzym Kukuczce i o Mirosławie Hermaszewskim (niebawem będę je czytać). Tu absolutnie widać ich świetny warsztat i przygotowanie reporterskie. Czyta się to jak najlepszą powieść. Serdecznie polecam miłośnikom biografii, no i górskich tematów przede wszystkim. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski, wyd. Agora 2019.

Stosik styczniowy

Rozpoczynamy kolejny miesiąc nowego roku, a mnie dawno na blogu nie było. W styczniu przeczytałam tylko jedną książkę, czyli Włoskiego nauczyciela Toma Rachmana i jakoś czas zszedł na innych sprawach, a czytanie idzie mi bardzo powoli, ale już niebawem wracam do pisania recenzji. Jutro ukaże się recenzja książki „Bezwład”, której autorką jest Jessica Barry, a którą otrzymałam od wydawnictwa Rebis. Widnieje ona również na poniższym stosie, który znów prezentuje się okazale. 

DSC08060

Jest tu kilka moich zakupów jeszcze z grudnia i stycznia, no i kilka książek od wydawnictw wybranych przeze mnie w ramach współprac recenzenckich.

I tutaj, do recenzji mamy kilka górskich, czyli coś co tygrysy lubią najbardziej: „Wolne miasto Zakopane 1956-1970” od wyd. Znak, zaczęłam, ale to książka mocno historyczna, pisana przez Pana Profesora Jerzego Kochanowskiego, dlatego jest bardzo ciężka dla mnie w odbiorze, na pewno chcę ją skończyć, ale wymaga to czasu. Dalej, od wyd. Agora „Przeżyć” Elisabeth Revol, a od księgarni Tania Książka „Piekło mnie nie chciało. Wielicki” oraz „Trzy Bieguny. Leszek Cichy. Marek Kamiński”. O „Bezwładzie” było już słowo wyżej, a kolejnym thrillerem, tym razem od wyd. Editio Black jest „Mroczne Jezioro” Sarah Bailey. Ostatnią książką do recenzji jest powieść z serii dzieł pisarzy skandynawskich od wyd. Poznańskie „Życie Sus” Jonasa T. Bengstonna (tu, już nie mogę się doczekać lektury).

Reszta książek ze stosu to książki zakupione przeze mnie. Kilka w księgarni Świat Książki w rabatowych opcjach -42-45% od ceny, oraz w taniej księgarni Skup Szop gdzie ceny oscylują od 5-20 zł mniej więcej ( za 7 książek ze stosu po lewej zapłaciłam bodajże 50 zł).  Są okazje, więc łapię. Nieznośne jest tylko to, że tyle rzeczy mnie interesuje i chcę wszystko naraz :) Zachłanność książkowa! :D

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu.

„Łańcuch” Adrian McKinty

DSC06883O tym thrillerze jest ostatnio głośno. Miał dość „intensywną” promocję w internetach, nakręcono nawet krótki trailer zapowiadający książkę, który możecie obejrzeć TUTAJ.

Czy faktycznie książka Adriana McKinty’ego jest dobrym thrillerem? Jest. Podobało mi się. Czyta się bardzo szybko, akcja pędzi, szczególnie w pierwszej części, sam główny wątek tytułowego „łańcucha” jest dość nietuzinkowy, fajnie przemyślany i zaskakujący. Czy można domyślić się kto jest kim w tej morderczej akcji o życie? Owszem. Domyśliłam się w drugiej części książki bardzo szybko, ale nie umniejszyło to mojego zadowolenia z lektury.

Rachel, chora na raka piersi, prawdopodobnie ma wznowę choroby. Nie czuje się zbyt dobrze. Musi udać się na konsultacje, ale jej 13-letnia córka Kylie zostaje nagle uprowadzona ze szkolnego przystanku. Rachel, by ją odzyskać całą i zdrową, musi zrobić coś potwornego, coś, co nawet nie chce jej przejść przez myśl. Nie ma jednak wyjścia, ponieważ następstwem niewykonania tej czynności może być coś jeszcze gorszego. Rachel poniekąd zostaje wybrana. Do czego? Nie może zgłosić porwania na policję. Nie może właściwie nic, poza tym, że musi się zgodzić. Na co? Łańcuch nie może zostać naruszony. Nie może się zerwać, bo ucierpi wiele osób. Czym jest łańcuch? Co należy zrobić, by go nie przerwać? Jak wybrnie z tego koszmaru Rachel?

Nie mogę za wiele zdradzić, bo nie miałoby to sensu. Powiem tylko, że to naprawdę świetna historia, która zapada w pamięć. Nadwyręża wszelkie etyczne i moralne normy, jakie sobie w życiu ustalamy. Wydaje nam się, że czegoś nigdy nie zrobimy. Nieprawda. Wydaje nam się, że nie jesteśmy do czegoś zdolni, albo że nie jesteśmy wystarczająco silni. Nieprawda. Wydaje nam się, że nasze życie jest tylko nasze. Też nieprawda. Z małych detali wyłuskanych na naszych profilach na Facebooku czy Instagramie, ktoś może złożyć sobie pełen obraz tego, kim jesteśmy, gdzie mieszkamy, co robimy, gdzie przebywa aktualnie nasz mąż, żona, dziecko. W rzeczywistym świecie niewielu chroni swoją prywatność, większość dzieli się każdą minutą ze swojego życia i nie spodziewa się, że kiedyś, ktoś może to wykorzystać.

„Zatrważająca liczba ludzi zamieszcza publiczne wpisy, które może obejrzec każdy. George Orwell się mylił, myśli. W przyszłości to nie państwo będzie wszystkich monitorować. Ludzie zrobią to sami. Odwalą robotę za aparat nadzoru, nieustannie informując o swoim miejscu pobytu, zainteresowaniach, wyborach żywieniowych, ulubionych restauracjach, poglądach politycznych i zainteresowaniach poprzez Facebooka, Twittera, Instagram i inne serwisy społecznościowe. Jesteśmy naszą własną tajną policją. Odkrywa, że niektórzy aktualizują dane na Facebooku i Instagramie co kilka minut, oferując potencjalnym porywaczom albo włamywaczom konkretne dane o swoim położeniu”.

Bądźmy ostrożniejsi. Ten świat jest pełen psychopatów. Możemy kiedyś trafić na jakiegoś. Może przesadzam, ale bardzo mnie to irytuje, kiedy ktoś na swoim profilu wywala o sobie wszystko jak leci, nie myśląc o konsekwencjach. To jeden z ważniejszych wątków tej książki, tak w ogóle, która może być taką małą przestrogą. Poza tym to bardzo dobrze napisany thriller. Druga część już tak nie pędzi, za to bardziej opisuje psychologiczne aspekty charakterów pewnych osób, które poznajemy właśnie dopiero w drugiej części książki. Cofając się do czasu ich dzieciństwa, widzimy jak przeszłość wpływa na przyszłość, jak traumy wychowawcze odbijają się na psychice ludzkiej, i jak dorośli już ludzie czerpią przyjemność z wyrządzania zła, mszcząc się za zło wyrządzone im kiedyś. 

Jeśli lubicie dobre thrillery, to polecam. Jeden czy dwa wieczory będziecie mieć z głowy. Nawet sam Remigiusz Mróz powiedział (co jest napisane na okładce), że „Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale ta książka wciąga tak, że zapomniałem o pisaniu”. Rozbawiło mnie to bardzo :-) 

„Łańcuch” Adrian McKinty, tłum. Dariusz Żukowski, wydawnictwo Agora, 2019