„Hajer na kole, czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie” Mieczysław Bieniek

705925-352x500„To, że wszystko nie wychodzi, to normalna sprawa. Czyż wielcy wspinacze zawsze zdobywali szczyty dokładnie wtedy, kiedy to planowali? Wiele razy się nie udawało, wiele razy wracali i próbowali od nowa. I wtedy właśnie pomyślałem, że właśnie z tego składa się życie – z sukcesów i przyjemności, ale też porażek i chwil goryczy. Każda podróż i każda porażka czegoś uczy. Choć to tylko taka drobna refleksja przy zdartych butach”.

Książka jest kolejną z cyklu w tak zwanej „rowerowej serii”. Nie znam wcześniejszych książek więc nie bardzo wiem, gdzie autor jeszcze był i co widział, natomiast tutaj byłam ciekawa tytułowych krajów: Kirgistanu i Kazachstanu, które autor zdecydował się przejechać swoim rowerem – Matyldą. Nie dowiedziałam się właściwie niczego nowego o tych krajach, poza kilkoma ciekawostkami, ale lektura była przyjemna. Czytanie o czyichś przygodach podczas takiej wyprawy, kompletnie nie zaplanowanej w jakichś większych szczegółach, dość odważnej jeśli chodzi o cel i środek lokomocji było naprawdę ciekawe. Zawsze podziwiam i cenię ludzi, którzy decydują się na takie samotne podróże.

Autor rozpoczął i zakończył swoją rowerową przygodę w Biszkeku w Kirgistanie. Przejechane kilometry odczuł zarówno w swoich nogach, jak i płucach, które i tak już mocno nadwyrężone przez górniczą chorobę – pylicę, dały mu się nieźle we znaki podczas podróży. Nie obyło się bez kuracji leczniczych zarówno miejscowej ludności, jak i specjalistycznych lekarskich.

Hajer miał wielkie szczęście, że spotykani na trasie ludzie wykazywali się dużą życzliwością i sympatią, oraz chęcią pomocy.  Mimo, iż oba kraje są znane z gościnności, (choć Kazachstan chyba mniej z tego słynie, a ludzie tam są naprawdę niezwykli), to też wiadomo: wszystko zależy na kogo się trafi. Hajer miał to szczęście, że wszędzie traktowano go jak swojego, karmiono, pojono, proponowano gorące źródła, żartowano z nim, zwierzano mu się, pytano o Polskę, a nawet wnoszono go na szczyt: Pik Komsomołu w Kazachstanie. Zawsze udawało mu się uzyskać pomoc – czy to w wymianie pieniędzy, czy w naprawie roweru, czy w zdobyciu wody podczas podróży przez pustynie,  rzadko rozbijał swój namiot, bo wszędzie proponowano mu nocleg, czy to w jurtach, domach, a i zdarzyło się, że i w bogatym apartamencie pewnego złodzieja.

Autor opowiada o swoich przygodach ze swadą, humorem i pasją. Tu podkoloryzuje, tam rozśmieszy, czasem niewybrednie zażartuje. Taki jest. Emerytowany górnik, ale z ogromną ciekawością świata i ludzi, ich historii, życia, obyczajów. 

Sama książka, poza kilkunastoma literówkami, jest pięknie wydana – na ładnym kredowym papierze z wieloma kolorowymi zdjęciami pokazującymi piękno obu krajów. A naprawdę jest tam co podziwiać: wysokie góry, oceany traw z pięknymi, kirgiskimi końmi, pustynie, przepiękne jeziora – całkowita różnorodność natury, która potrafi być obezwładniająco piękna, nieskażona cywilizacją i przemysłem. Warto sięgnąć po tę książkę i przenieść się na kilka wieczorów w inne, mniej znane zakątki świata. Polecam

„Hajer na kole, czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie” Mieczysław Bieniek, wydawnictwo Annapurna, 2018

„W uścisku Katriny” Kuba Kucharski

7aa184290d696ffd59a1f2fcad7be7a6„Miasto było zalane. Nasz stadion wyglądał jak jakiś cholerny statek na morzu. Drzewa? Zaledwie niektóre wystawały z wody. Samochody pływały, część z nich kołami do góry. Pływały też inne rzeczy – śmieci, blachy… Ale to nie wszystko. W oddali było widać unoszące się na wodzie ubrania. Ubrania albo … ciała. Nie! Zwariowałem, na pewno zwariowałem! Nawet w filmach nie widziałem czegoś podobnego! Starałem się wypierać ze świadomości, że takie sytuacje są w ogóle prawdopodobne! Nie dopuszczałem do siebie takiej myśli, przekonywałem się, że na pewno wszystko wyolbrzymiam. Co się stało z ludźmi, którzy nie uciekli z domów? Ilu zginęło? Bo to, że zginęli, teraz gdy patrzyłem na tonący w wodzie Nowy Orlean, nie ulegało wątpliwości”.

Wszyscy pamiętamy z telewizji migawki z Nowego Orleanu po przejściu huraganu Katrina w 2005r. Wały przeciwpowodziowe przy sile wiatru powyżej 250 km/h nie wytrzymały naporu wody, jaka otaczała miasto. Zalane domy, zniszczone szkoły, budynki, drogi, zabitych 1836 osób, a 705 zostało uznane za zaginione. Mimo zarządzonej ewakuacji miasta wielu mieszkańców nie chciało lub też nie mogło go opuścić (niedołężni, niepełnosprawni starsi ludzie, którzy albo nie zdążyli, albo nie chcieli zostawić swojego dobytku, więźniowie w zamkniętych celach pozostawieni bez wody i jedzenia itd).

O skutkach huraganu Katrina i późniejszej mozolnej odbudowie miasta można poczytać w wielu miejscach w internecie. W tej książce Kuba Kucharski opisuje czas, kiedy jako 20-letni student wyjechał do Stanów w ramach studenckiego programu Work & Travel. Celem miała być praca i podszkolenie języka. Kuba zawsze marzył o Nowym Jorku, a nawet o tym, by tam zostać na stałe. Skierowano go jednak do pracy w parku rozrywki Six Flags w Nowym Orleanie, do obsługi karuzel. Kuba nie wyjechał sam. Z Polski wyjechał z nim jego dobry kolega Marek. A już na miejscu obaj spotkali innych studentów i studentki z Polski. Wśród nich była Sylwia, która Kubie zawróciła w głowie i która aktualnie jest jego żoną. 

Poza początkowymi przygotowaniami do wyjazdu i trudnościami w dostosowaniu się do innej kultury, osłuchaniu z językiem i próbami zaaklimatyzowania się w nowym miejscu, które nie do końca podoba się Kubie (bo jednak cały czas żal, że to nie Nowy Jork), autor opisuje kilka dni spędzonych na stadionie Superdome w Nowym Orleanie – jedynym miejscu, które zostało przeznaczone dla ewakuacji tych ludzi, którzy nie mogli, nie zdążyli, lub nie chcieli opuszczać miasta.

Nieprawdopodobny ścisk, płacz, rozpacz, smród niemytych ciał, duchota i brak dostępu do czystych toalet, brak wody do picia i żołnierskie, ohydne jedzenie, to rzeczywistość w jakiej przyszło spędzić Kubie i jego kolegom / koleżankom te kilka dni. Z racji tego, że byli obcokrajowcami, byli bardziej narażeni na niebezpieczeństwo. Dlaczego? W ludziach, rdzennych mieszkańcach Nowego Orleanu (a była to głównie społeczność afroamerykańska) budziły się najgorsze instynkty, głównie chęć walki o przetrwanie, o butelkę wody, o kawałek wolnej podłogi, a poczucie beznadziei sytuacji i straty dobytku całego życia powodowało niewyobrażalny żal i złość. Taki turysta tego nie zrozumie, przecież za chwilę wróci do siebie, nie będzie musiał odbudowywać swojego domu, opłakiwać śmierci swoich bliskich, więc dlaczego zajmuje miejsce na stadionie? 

Porażająca rzeczywistość. Porażające zdjęcia. Ktoś, kto przeżył coś takiego, na pewno ma teraz inne priorytety w życiu. Widząc ogrom tragedii tylko na zdjęciach, nie doświadczając jej bezpośrednio, nie wiemy tak naprawdę, jak byśmy się zachowali będąc na miejscu któregokolwiek z nowoorleańczyków. W takich sytuacjach budzą się demony. Ujawniają się najgorsze cechy charakteru, albo największe słabości. Kuba miał w sumie szczęście, że przypadkiem udało mu się skontaktować z rodziną, która ruszyła niebo i ziemię, aby wydostać studentów z tego piekła. Nie było to łatwe, ale udało się. Nie udało się za to innym. Wielu nie przeżyło. Kto wie, ile jeszcze czasu musieli spędzić na stadionie? Może tygodnie, a może dłużej? Wielu utraciło swoje domy i nie wiemy czy udało im się je odbudować. Wielu musiało emigrować do innych stanów, bo nie mieli do czego wracać, a nawet nie chcieli. 

Ta książka to zapis emocji. Doświadczenie, które staje się pewną lekcją życia. Ważną, bo ustawia różne sprawy w dobrej kolejności. Człowiek zauważa, jak ważne jest to, by był obok ktoś bliski z kim można się bać. A potem dzielić szczęście. Doświadczać życia, to doświadczać wszystkiego. Złego i dobrego. I poza relacją z samego serca kataklizmu, głównie chyba to było przekazem autora. Warto przeczytać.

„W uścisku Katriny” Kuba Kucharski, wyd. Annapurna 2018 (www.kubakucharski.pl)

„Atak rozpaczy” Artur Hajzer

IMG_20181007_163243Artur Hajzer, „Słoń”, w środowisku wspinaczy, himalaistów był bardzo znany. Zaczynał przygodę ze wspinaczką dość wcześnie, bo w wieku 14 lat i już w 1976r. wspinał się w  Tatrach. Himalaje odwiedził po raz pierwszy na początku lat osiemdziesiątych. Jego partnerem wspinaczkowym bardzo często był Jerzy Kukuczka, ale w ogóle „Słoń” miał to szczęście, by wspinać się z najlepszymi: Wielickim, Rutkiewicz, Wareckim… i uczyć się od nich. Wymieniać nazwiska naszej polskiej, złotej ery himalaizmu można by długo, Hajzer wśród nich był zawsze najmłodszy, ale pełen entuzjazmu i dobry kondycyjnie.

Dużo później został twórcą i szefem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010–2015, w ramach którego udało się przeprowadzić wiele wypraw w góry wysokie. Ostatnią była ta na Gaszerbrum I podczas której, 9 marca 2012 r. Adam Bielecki i Janusz Gołąb dokonali pierwszego zimowego wejścia na ten właśnie szczyt. Rok później, już latem, podczas wyprawy na tę samą górę, Hajzer zginął wycofując się z obozu III do II. Zawsze ostrożny i skupiony, odpadł od jednej ze ścian Kuluaru Japońskiego i spadł około 500 m. PHZ stanęło pod znakiem zapytania, a świat himalaistów stracił kolejnego fantastycznego wspinacza i człowieka.

Czym jest tytułowy atak rozpaczy? Z iloma takimi atakami Hajzerowi przyszło się zmierzyć? O tym dowiecie się z książki pod tym właśnie tytułem, wydanej po raz drugi w 2012r. z dodrukiem w 2014r. Nie znam wydania pierwszego z 1994r. ale z tego co pisze wydawca nie zmienione zostało nic jeśli chodzi o treść, a jedynie lepiej „obrobione” pod kątem interpunkcji i ortografii. Książka jest naprawdę pięknie wydana. Praktycznie na każdej stronie są kolorowe fotografie, a każdy rozdział odróżnia się kolorowym paskiem u góry strony, na którym podane jest dane zagadnienie lub wyprawa, tak by łatwiej było się odnaleźć czytelnikowi. W drugim wydaniu jest również dłuższy wstęp i posłowie autora.

Hajzer, powiedzmy to szczerze, nie był jakimś rewelacyjnym gawędziarzem. Jak sam powiedział „chciałem uniknąć linearnej, autobiograficznej, nudnej i standardowej fabuły. Myślałem wtedy, że mi się udało, i że to będzie COŚ dla czytelnika, okazało się jednak, że nie bardzo. Miało być wielkie BUM a wyszło zdaje się mały PYK”. Nie uważam jednak, żeby to było aż tak małe pyk, owszem czytałam lepsze książki o tematyce górskiej, ale bez przesady. Nie każdy musi być „wielkim pisarzem”, by czytało się dobrze jego książkę.

„Atak rozpaczy” napisany w 1989r. stanowi zapis wrażeń i emocji z kilku wypraw Hajzera w góry wysokie, kiedy to on, jako nowicjusz, nie bardzo jeszcze wtedy doświadczony młodziak, trafia na wyprawy, których ekipy składają się z samych wielkich nazwisk. Odwiedzamy z autorem rejon n.p. Annapurny, Manaslu, Lhotse czy Spitsbergenu. Czytamy o tym wielkim, monstrualnym strachu, który często towarzyszy wspinaczom od samego początku wyprawy, albo czasem tuż przed samym wierzchołkiem zmuszając ich do wycofania się. Czytamy o „jeżdżeniu po trawnikach” i „owczym pędzie” – odsyłam do książki, abyście mogli zrozumieć, jak się mają te wyrażenia do wspinaczki wysokogórskiej. Czytamy o stylach wspinania: tradycyjnym, alpejskim i tym kombinowanym, dziwacznym, wymyślonym przez Kukuczkę i Hajzera. W tle gdzieś cały czas pobrzmiewa „rywalizacja” Kukuczki i Messnera w zdobywaniu ośmiotysięczników. Czy to faktycznie była rywalizacja, wyścig, czy tylko zostało to nadmuchane przez media? Czy w górach istnieje pojęcie ścigania się, czy jest to etyczne, czy kompletnie inaczej rozumie się takie rzeczy w górach? „A choć za pewnik uchodzi, że alpinizm to ściganie się z samym sobą, rosną, doprawdy, skrzydła, kiedy inni zostają trochę w tyle” – napisze Joanna Koźbiel w „Tygodniku Kulturalnym” w 1983r.

Sam Hajzer pełen entuzjazmu, ale też i pokory słucha liderów, obserwuje pracę w zespole, wyrabia sobie własne opinie na temat świata himalaistów, uczy się organizacji, pomaga i ratuje kolegów, zaczyna palić, a po śmierci Kukuczki w 1989r. mówi „wszystko zdechło” i przestaje się wspinać. Wraca do tego po latach. 

To bardzo dobra pozycja literatury górskiej. Taka „naturalna” i młodzieńcza, pełna wspomnień, początków, sukcesów, ale nie tylko. Warto sięgnąć po nią, choćby z szacunku dla Artura Hajzera, który był jednym z najwybitniejszych. Zdobył 7 ośmiotysięczników, a w 2012r. został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Myślę, że każdy fan literatury wysokogórskiej i samej wspinaczki powinien znać tę pozycję, zanim na przykład sięgnie po biografię Hajzera autorstwa Bartka Dobrocha. Polecam.

„Atak rozpaczy” Artur Hajzer, wyd. Annapurna 2012

(zdjęcia: off.sport.pl; ratownictwogorskie.pl; wspinanie.pl)