„Krew z krwi” Przemysław Piotrowski

Śmierć ze mnie drwiła, czułem jej obecność, tak jakby przysiadła mi na barkach, żebym wiedział, że wciąż ze mną jest. Tak jak na moich barkach siadał mój syn, co lubiłem, i razem się wtedy śmialiśmy, a ja udawałem, że jestem statkiem kosmicznym i latamy na różne planety, które były tylko kolejnymi pomieszczeniami w naszym mieszkaniu, a w końcu dochodziło do awarii i śmiejąc się, wspólnie padaliśmy na łóżko, a on naprawiał rakietę i musiałem lecieć dalej. Śmierć, choć niewidzialna i niby bez ciężaru, miała jednak ciężar dużo większy niż syn. Czasem myślałem, że zbyt wielki. Ciężar, który pewnego dnia mnie przygniecie i wszystkie marzenia o udawanym lataniu rakietą z synem na barkach, a potem chodzeniu na grzyby, graniu w piłkę i pływaniu z żółwiami runą jak domek z kart”.

Matko. co tu się wydarzyło??! Piotrowski stworzył opowieść, która rozwaliła mnie swoim finałem. O nim oczywiście nie powiem ani słowa, ale to ten finał właśnie czyni z Piotrowskiego mistrza gatunku. Plot twisty są w jego książkach z Igorem Brudnym, ale ten ?!

Krótko o fabule: mamy pisarza kryminałów, Daniela Adamskiego, który opiekuje się swoim ciężko chorym, pięcioletnim synkiem. Nie dość, że mały cierpi na SMA, to jeszcze przyplątał się okrutny nowotwór mózgu. Czy to nie za dużo dla małego chłopca? Ba, to zbyt wiele nawet dla rodziców. Daniel sam wychowuje syna, bo jego matka uciekła do Indii, przerosło ją to wszystko. Może kiedyś wróci, a może nie. Sam Daniel ledwo sobie radzi z opieką nad dzieckiem. Oczywiście pomocą służy mu mama, ale też w późniejszym czasie i znaleziona opiekunka. Sęk w tym, że do tego dochodzi niebezpieczna gra z pewnym psychopatą, który zaczyna mordować dokładnie w taki sam sposób, w jaki pisze Adamski w swoich książkach. Na kogo zatem pada w pierwszej kolejności podejrzenie policji?

To co jednak będzie ważniejsze, to fakt, że Adamski będzie musiał sprostać wyzwaniu jakie rzuci mu morderca. Jakie to wyzwanie? Jakie to warunki? Czy uda się powstrzymać mordercę?

Wszystko trzyma w napięciu, jak to u Piotrowskiego bywa, ale szczerze mówiąc, jest to w tej książce drugorzędne i zaskakujące. Piotrowski tym razem postawił na coś innego i to wybija się najmocniej (poza wspomnianym wcześniej przeze mnie plot twistem na koniec). To wspaniała książka o miłości ojca do syna. Nie ma tu kolorowych baloników i słodkopierdzących aniołków, jest troska, ból i strach o życie dziecka. Jest niezmierzony ocean uczucia skierowany do odważnego Leosia, który cierpi po kolejnej chemioterapii, który, bywa, że powie, że chce już umrzeć. To wspaniale ukazana relacja, wzruszająca i piękna, bo przecież za wszelką cenę trzeba chronić tego, który jest przecież krwią z krwi. „Poświęcilibyście życie innego człowieka, aby uratować chore dziecko? Swoje dziecko? Swojego ukochanego syna?” – pierwsze zdanie powieści wcale nie jest tak symboliczne dla czytelnika rozpoczynającego lekturę, ale będzie takim dla czytelnika kończącego lekturę. Niesamowity zabieg.

Poruszająca książka, bardzo dobrze zbudowane napięcie, fabuła. Dla mnie książki Piotrowskiego są na bardzo wysokim poziomie, ale to moja oczywiście subiektywna ocena. Kupię i przeczytam wszystko, co wyjdzie spod jego pióra. Już w kolejce czeka najnowsze „Prawo matki”.

„Krew z krwi” Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca, 2021.

„Za nami wszystkimi” Marcin Dudziński

Trzecia, ostatnia część trylogii „Profanum” autorstwa Marcina Dudzińskiego znów bardzo mi się podobała. Mocny kryminał trzymający cały czas w napięciu z zaskakującą końcówką. Po „Przeciwko bratu” i „Z moich kości” to świetna kontynuacja losów braci: Jerzego (komisarza policji w Częstochowie, ostatnio zaginionego) i Stanisława (biskupa częstochowskiej katedry, siedzącego w areszcie za molestowanie kobiet) Walterów. Obaj mają ze sobą na pieńku, stoją po przeciwnych stronach mocy. Jeden jest po stronie dobra, drugi ma zło we krwi. Policjant osądzający własnego brata cierpi z powodów osobistych. A biskup, który powinien czcić to, co święte i mieć nieskalane krwią ręce i niestety działa na przekór zasadom. Współpracuje z seryjnym mordercą Rzeźnikiem, który od pierwszej części trylogii grasuje w Częstochowie i popełnia makabryczne zbrodnie.

W ostatniej części Rzeźnik znów atakuje. Tym razem zwłoki zamordowanej kobiety zostają powieszone niczym na krzyżu na figurze Chrystysa znajdującej się niedaleko trasy DK 1 w Częstochowie. Jest 21 grudzień 2015r., po upalnym lecie nadchodzi okres świąteczny, jest śnieg i mróz. Dwóch pracowników pobliskiego marketu budowlanego idzie do pracy. Przechodząc obok pomnika Chrystusa doznają szoku. I to jest pierwsza scena z książki „Za nami wszystkimi”. Kolejne rozdziały to opowieść o tym, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej. Dopiero w finale czytelnik dowie się kim była zamordowana kobieta i jakie to będzie miało konsekwencje dla bohaterów.

Z poprzedniej części wiemy, że komisarz Jerzy Walter zaginął. Policja prowadzi śledztwo w sprawie morderstw Rzeźnika (nadal nie wyjaśnionych), którego nie ujęto, no ale musi również odszukać komisarza. Naczelnik Marek Marczuk, najbliższy przyjaciel Jerzego trafi na pewne ślady. Własne śledztwo prowadzić będzie też prokurator Edyta Lichota, którą przysłano z Warszawy do tej, według niej, „prowincjonalnej” dziury jaką jest Częstochowa. Jako, że sama mieszkam w Częstochowie zdenerwowało mnie jej podejście, ale z drugiej strony, nie ma się co dziwić porównując moje miasto do stolicy. W każdym razie, jest to fajnie pokazane na przykład w pewnym dialogu między komendantem, profilerem, a panią prokurator właśnie:

„[…] Pali pan? – Rzuciłem lata temu, po przeprowadzce na Śląsk. Tamtejsze powietrze daje podobny efekt. – Chciał pan chyba powiedzieć tutejsze – poprawiła go Lichota. Na twarzy profilera pojawiło się szczere zdumienie. – Właśnie dokonała pani prokurator największej obrazy tego miasta, a mieszkańców spoliczkowała tak mocno, że aż się dziwię, że jeszcze nie idą na nas z kosami! Pan komendant się pewnie ze mną zgodzi – wywołał Kruppa do odpowiedzi. – To prawda. Żadne z nich hanysy. Czestochowa nie ma wiele wspólnego ze Śląskiem, poza województwem oczywiście. – To z czym ma? Bo chyba nie z Bogiem, mimo oczywistych skojarzeń. – Właściwie to nie wiadomo – odparł Krupp. – Mówią, że z Wieluniem, Zawierciem, Krakowem. Parę dni temu czytałem nawet o tym artykuł. Językowo czerpią z kilku gwar naraz. Mają nawet swoje określenie na to, co teraz robimy. Powiedzieliby, że popychamy pierdoły – stwierdził tonem belfra profiler. Ale najbliżej im chyba jednak do Krakowa. Wyżyna, Jura…. – Dziura, a nie Jura raczej – odpowiedziała prześmiewczo. […]”

Nie mogę zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły, bo jak to w kryminale akcja pędzi i wszystko jest ze sobą powiązane. Powiem tylko, że pani prokurator ma też swoje za uszami, choć robi z siebie twardą babkę, postać biskupa Stanisława już nie będzie tak silna, jakby mu się mogło wydawać, mimo, iż opuści on areszt i wróci do miasta, Ktoś będzie pożądał władzy bardziej niż biskup i nie będzie to Rzeźnik, który prawdę mówiąc działa tylko na zlecenie. Czy Jerzy Walter się odnajdzie? Kim naprawdę jest Anna Sztern i dlaczego to od niej wszystko się zaczęło? Dlaczego poznana w pierwszej części Alicja Drylska wróci do Częstochowy? Jak w tym wszystkim odnajdzie się Marczuk?

Wiem, że te nazwiska nie mówią nic osobom, które nie czytały poprzednich dwóch tomów, no ale tylko tak można je poznać – czytając trylogię od początku. Finał „Za nami wszystkimi” nie daje szans na kontynuację, myślę, że zakończenie jest takie, jak powinno być. Wszystko się wyjaśnia i nie byłoby sensu na siłę ciągnąć wątków w kolejnej części. Zresztą, jak sam autor w „Podziękowaniach” nadmienił „Walterowie już nie powrócą. Nawet oni nie daliby rady”.

Podobało mi się tu napięcie i sprawnie poprowadzone historie bohaterów, które się dobrze ze sobą łączyły. Zło jakie dzieje się w Kościele niestety jest tu mroczną częścią historii. Zło również jest w człowieku, co dobrze widać po niektórych wykreowanych postaciach, które autor interesująco przedstawia, wracając do ich dzieciństwa i pokazując, skąd to zło mogło się wziąć i jakie przeżycia mogą doprowadzić do tego, jakim człowiek staje się w przyszłości.

Świetne zakończenie historii, z przyjemnością śledziłam akcję dziejącą się w dzielnicach mi znanych, na ulicach i w miejscach, którymi sama chodzę. Żal, że już koniec, choć faktycznie nie były to łatwe w odbiorze emocjonalnym książki. Jest tu mrok, „ciemność” taka w przenośni dotycząca ludzkiej duszy, brutalność i strach. Kryminały rządzą się swoimi prawami, więc tak to wygląda, ale warto, jeśli lubicie ten gatunek.

„Za nami wszystkimi” Marcin Dudziński, wydawnictwo Czarna Owca, 2021

„Z moich kości” Marcin Dudziński

Czekałam na drugą część trylogii Profanum Marcina Dudzińskiego, a potem jak kupiłam drugi tom, to jakoś zapomniałam o nim. Były inne sprawy i inne książki, ale teraz nabrałam ochoty na kontynuację losów komisarza częstochowskiej policji Jerzego Waltera, którego poznałam w części pierwszej „Przeciwko bratu”.

Brat Jerzego Waltera, Stanisław, biskup pomocniczy częstochowskiej Archikatedry siedzi w areszcie czekając na wyrok za mroczne sprawki, których świadkiem byłam w pierwszej części, ale niestety nie obejdzie się i tu bez jego obecności. Tym razem, Jerzy Walter próbuje nadal otrząsnąć się z tamtej sprawy i poukładać jako tako swoje życie osobiste. Po rozstaniu z Alicją, spotyka się z Kariną, kusztoszką częstochowskiego muzeum i rezerwatu archeologicznego, ale nadal męczy go jakiś taki kryzys…

Mamy rok 2015, który dobrze pamiętam. Sierpień był straszliwie upalnym miesiącem i tak jak w książce Dudzińskiego wszyscy narzekaliśmy na skwar lejący się z nieba. Miasto było wyludnione, mało komu chciało się spacerować po centrum, każdy unikał ponad czterdziestostopniowych upałów, które sprawiały, że rozmazywał się widok przed oczami a asfalt topniał pod stopami. W tym właśnie czasie, w rezerwacie archeologicznym ginie kilka przypadkowych kości i czaszka po trepanacji. Ale na kradzieży się nie skończy. Pierwsze morderstwo jest bardzo brutalne, bestialskie i zaskakujące. Przy zwłokach morderca kładzie kilka z ukradzionych kości i list z wierszem. A potem.. są kolejne morderstwa, równie bestialskie, kolejne kości i kolejne wiersze, które coraz to wyraźniej wskazują na to, że to któryś z policjantów ukrywa mroczną tajemnicę, za którą najprawdopodobniej morderca się mści. Listy ewidentnie kierowane są do któregoś z mężczyzn biorących udział w śledztwie. Jerzy Walter musi rozwiązać tę sprawę jak najszybciej, bo raz, że „góra” naciska, a dwa, że to chyba on jest tym, do którego kierowane są listy….

Dlaczego? Co takiego stało się w przeszłości komisarza, że teraz cała Częstochowa żyje w strachu przed seryjnym mordercą? Czy współpracownicy Waltera będą w stanie zrozumieć o co chodzi? Kto jest mordercą? „Wraca, wraca krok po kroku, wolno się wyłania z mroku, wraca wielka tajemnica, już rumiane czyjeś lica.”

Liczne retrospekcje Waltera z lat młodzieńczych i późniejszych doprowadzą wreszcie do rozwiązania zagadki i przyznaję, że to fantastycznie poprowadzona historia. Wszystkie wątki są po coś. Każdy z nich się świetnie zamyka, choć zakończenie książki jest oczywiście zupełnie nie takie, jakie myślałam, że będzie. Ale… już w marcu nadchodzi trzecia, ostatnia część z serii Profanum „Za nami wszystkimi”, na którą już zacieram ręcę, bo bardzo jestem ciekawa, co dalej! Autor zostawił mnie z poczuciem „kurcze… no.. jak to tak, i co teraz???”.

Świetny kryminał, świetne opisy i klimat Częstochowy, którą znam, bo tu mieszkam przecież. Chociaż… przyznaję, że kompletnie zapomniałam o istnieniu niewykończonej i zapomnianej, starej, drugiej katedry, mieszczącej się przy ulicy Jasnogórskiej. Znalazłam takie zdjęcie autorstwa Filipa Springera, które pozwolę sobie tu wkleić.

aut. Filip Springer

Cały artykuł i wiecej zdjęć a propos tejże katedry znajduje się pod tym linkiem. Polecam. Mnie to ogromnie zainteresowało. Nawet kryminały czegoś uczą :)

Bardzo wciągająca seria, miłośnikom dobrego kryminału serdecznie polecam, ale warto zacząć oczywiście od pierwszej części, żeby zrozumieć, bo będzie dobrym wprowadzeniem do całej historii. Nie mogę się już doczekać trzeciego tomu.

„Z moich kości” Marcin Dudziński, wydawnictwo Czarna Owca, 2020.

„Cherub” Przemysław Piotrowski

Jakie to było dobre! Trzecia część kryminalna z komisarzem Igorem Brudnym znów trzymała poziom. Było brutalnie, akcja pędziła jak oszalała, był świetnie poprowadzony wątek śledztwa i bardzo dobrze zbudowane postacie, które zresztą już były wyraziste w poprzednich częściach. Po lekturze „Piętna” i „Sfory” byłam zachwycona, bo dawno nie miałam tak dobrej kryminalnej rozrywki (choć nie jest to seria dla wrażliwych, bo brutalność i pomysłowość morderców przechodzi pewne granice smaku). Teraz, po lekturze „Cheruba” odczuwam zarówno satysfakcję, że ta część jest równie dobra, co poprzednie, smutek, że niektóre wątki zostały poprowadzone tak, a nie inaczej, i ciekawość, bo z racji na niejako otwarte zakończenie, zastanawiam się, czy ta część jest faktycznie ostatnia? I co tak naprawdę zdarzyło się na kilku ostatnich stronach?

Przede wszystkim postacie jednak są tu naprawdę zbudowane bardzo dobrze. Niektórych można polubić od razu, innych mniej. Zarys ich charakterów i osobowości to właściwie w niektórych przypadkach nie tylko zarys, ale też i analiza zachowań, rozwój uczuć. Igor Brudny – główna postać, to policjant, który jest cholernie „filmowy”. Przychodzi mi na myśl Harry Hole z powieści Jo Nesbo, ale oczywiście obaj różnią się w wielu kwestiach. Chodzi mi bardziej o takie przedstawienie cech charakteru, które sprawiają, że mimo mroku jaki ma w sobie ta postać, i mimo skomplikowanego podejścia do relacji damsko-męskich, ma się wrażenie że to prawdziwy mężczyzna: twardy, nieugięty, ale wrażliwy i z własnymi zasadami, nieco pogubiony i poraniony przeszłością i dzieciństwem jakie spędził w klasztorze sióstr hieronimek, w którym pedofilia i przemoc były na porządku dziennym. Ot, idealny bohater filmu sensacyjnego, kryminalnego (w ogóle te wszystkie książki Piotrowskiego są bardzo filmowe – taka dygresja). Czytając o Brudnym chciałam być na miejscu Julki: policjantki, która skoczy w ogień (co i tu nawet dzieje się dosłownie) za Igorem, która od dawna skrycie kocha się w nim, ale odkłada to uczucie na bok kiedy trzeba i jest całym sercem i duszą przy Brudnym, kiedy ten potrzebuje pomocy. A potrzebuje jej często, bo od początku popada w kłopoty i grozi mu niebezpieczeństwo. To świetnie przedstawiona relacja przyjaźni damsko-męskiej, która jak wiemy w życiu prawdziwym praktycznie nie istnieje, bo jednak zawsze przynajmniej jedna ze stron zaangażuje się bardziej. Jak będzie zatem w „Cherubie”?

Ale nie to jest najważniejsze. W Zielonej Górze, brutalnie zamordowany zostaje prokurator Kotelski. Nie ukrywam, że go nie lubiłam od początku, zresztą żadna z postaci w tej historii nie przepadała za tym człowiekiem: „Wszyscy wiemy, jaki był, co robił i jaką skurwiałą miał opinię” (powie jeden z policjantów). To co go spotkało, jest faktycznie odrażające, a rzeźnia to zbyt „małe” słowo. Należy jak najszybciej złapać mordercę, który wydaje się być bardzo przebiegły, nazbyt inteligentny i niezwykle dobrze przygotowany do kolejnych zabójstw, które zapowiada. Dodatkowo Igor Brudny, który jeszcze pracuje w Warszawie nad sprawą gwałtu pewnej dziewczyny, dostanie list z przesyłką, która przypomni mu znów o jego przeszłości. Dlaczego to się nie może skończyć? Czemu ciągnie się za nim cały czas to dzieciństwo u sióstr? Czy przesyłka ma związek z morderstwem Kotelskiego? Czy mordercą może być któryś z wychowanków sierocińca? Czy może to w ogóle nie ma znaczenia?

Niewiele więcej mogę powiedzieć o fabule, bo zdradziłabym zbyt dużo, niemniej jednak to będzie jedna z trudniejszych spraw do rozwiązania. Ślady będą prowadzić w różne dziwne strony. Prokurator Adela Winnicka, którą poznaliśmy w poprzednich częściach nie okaże się świętą, co mnie dość zaskoczyło, dodatkowo powróci stare, zamknięte już dochodzenie prowadzone przez Igora i Julkę dotyczące tak zwanych „dark klubów”, inspektor Czarnecki (do rany przyłóż człowiek) nie wysiedzi na emeryturze i będzie pomagał w śledztwie, a czeluście darknetu okażą się bardziej niebezpieczne niż ktokolwiek by przypuszczał. A tytuł książki taki jakby „delikatny”…

Autor również ciekawie pokazuje psychikę ludzką, tę zranioną w przeszłości, dopiero co kształtującą się dziecięcą osobowość. To czego doświadczamy, zawsze odbija się na dorosłym życiu. Niektórzy jakoś z tym żyją, piją, wymazują z pamięci, zmieniają miejsce zamieszkania, inni wybierają okrucieństwo, które chcą zadawać innym, a po części też sobie. Jeszcze inni zmieniają nie tylko nazwisko…

Niesamowita to była przygoda, bardzo lubię takie historie, które porywają i dla których zarywa się noc. Panie Autorze Szanowny, ja czekam na kolejne części, nie chcę wierzyć i nie wierzę raczej, że to koniec…. Aha, gratulacje również dla Piotra Cieślińskiego (aka Dark Crayon), który zaprojektował tak genialne, przerażające okładki dla wszystkich trzech części!

Przemysław Piotrowski „Cherub”, wydawnictwo Czarna Owca, 2020.

„Sfora” Przemysław Piotrowski

„Adam pędził ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie i nie zważając na raniące mu policzki gałęzie, Dwukrotnie potknął się o wystające pniaki. Raz zarył twarzą w zmrożone poszycie, paskudnie zdzierając sobie skórę z lewego policzka. Wtedy też odważył się obrócić. Szybko tego pożałował. Sześć sztuk. Dużych. Tuż za nim. Zrozumiał, że ta wyprawa była największym błędem w jego życiu. Zdążył się podnieść, ale gdy tylko zrobił krok, poczuł, jak pierwszy drapieżnik wgryza się w jego łydkę. Ułamek sekundy później drugi wbił kły w pośladek. Adam upadł i chciał krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle. Był zbyt zmęczony. Nie miał sił walczyć. Zanim stracił przytomność, dostrzegł nad sobą żółte ślepia i rozwarty, ociekający śliną pysk. Gdy wilki zaczęły pożerać Adama, półprzytomny Gracjan właśnie znikał w mroku. Instynktownie wbił paznokcie w ziemię, ale kolejne szarpnięcia miarowo ściągały go w głąb nory. Ostatnie, co zarejestrował, to tańczące u jej wylotu płatki śniegu i złowieszczy szum drzew, Zima wracała, a las wkrótce znów mial utonąć w morzu białego puchu”.

Kolejna część z serii z komisarzem Brudnym, po „Piętnie” trzyma wysoki, według mnie, poziom. Czytałam ten kryminał również na wdechu, bo wprost nie dało się go odłożyć. Napięcie związane ze śledztwem prowadzonym przez Brudnego oraz Czarneckiego, których czytelnik poznał już w pierwszej części, jest ogromne. Tłem jest po raz kolejny rodzinne miasto autora, czyli Zielona Góra, ale tym razem poznajemy mroczny las, położony na obrzeżach miastach, w których od niedawna panoszy się sfora wilków, o których krążą sluchy, że napadają na ludzi. Dowód tego mamy w powyższym fragmencie, jaki zacytowałam. Jednak, nie tylko wilki upodobały sobie ludzkie mięso….

Na ciele znalezionej przy lesie zakonnicy są ślady ludzkich zębów. Podobnie jak na odnalezionej przez psa odgryzionej ludzkiej ręce, należącej do zupełnie innej niż zamordowana zakonnica, osoby, o której nic nie wiadomo. Za kilka dni zamordowany zostaje ksiądz…. Zaczyna robić się niebezpiecznie, mieszkańcy boją się, nie chcą zbliżać się w okolice lasu. Czy te brutalne morderstwa to zbieg okoliczności, czy jednak wracamy znów do sprawy sierocińca u sióstr hieronimek, w którym wychowywał się Brudny? Poznałam już dobrze to miejsce i to, co się w nim działo w „Piętnie”. Brudny zaczyna mieć przeczucie, że ofiary mają jakiś związek z tym miejscem, ale nie rozumie jaki. Czy to zemsta jakiegoś wychowanka sierocińca, czy może zwykły szaleniec, psychopata, a ofiary są przypadkowe? Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że kilka z przesłuchiwanych osób twierdzi, iż widziało w lesie wilkołaka. Bo to, że pojawiła się sfora wilków to jedno, ale człowiek wilkołak? to chyba niemożliwe, nawet inspektor Czarnecki, stonowany, konkretny i realnie patrzący na świat człowiek, zaczyna zastanawiać się nad tymi zeznaniami. „Czy ktokolwiek na jego miejscu potraktowałby takie relacje serio? Pana Mietka z osiedla, bezdomnego alkoholika, który przedstawił się jako „łowca trolli”, i dwóch zabobonnych imigrantów z Afganistanu?”.

Niemniej jednak, akcja pędzi na łeb i na szyję. Nie ma czasu na dywagacje, trzeba działać. Team: Brudny i Zawadzka (policjantka, przyjaciółka Brudnego, za którą wskoczyłby w ogień i vice versa) choć zostali poproszeni o dołączenie do ekipy dochodzeniowo-śledczej Czarneckiego, działają po swojemu. Czarnecki jest zachwycony metodami Brudnego, ich relacja staje się coraz bardziej „przyjacielska”, ufają sobie coraz mocniej… Czy jednak metody Brudnego okażą się tak skuteczne i warte zaufania, jak Czarnecki sądził?

To naprawdę świetna historia, widać rozwój relacji między bohaterami, postacie są ciekawie budowane, autor bardzo dobrze pokazuje ich rozwój i osobiste zmagania z problemami, emocjami. Niecierpliwie czekam już na trzecią część, czyli „Cheruba”, który ukazuje się 12-go listopada. Jeśli lubicie dobre, „mięsiste” kryminały, to polecam serdecznie, ale warto zacząć od „Piętna”.

A tutaj: recenzja „Piętna”

„Sfora” Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca, 2020.

„Piętno” Przemysław Piotrowski

Ależ to było mocne i dobre! pochłonęłam w dwa wieczory czytając na wdechu. Tego właśnie oczekuję od kryminału: akcji, świetnie zbudowanych postaci, mrocznej atmosfery oraz zaskoczenia w finale. „Piętno” jest takie, jak okładka zaprojektowana przez Piotra Cieślińskiego, która przywodzi na myśl strach, obrzydzenie, tajemnicę, a jednocześnie daje sygnał, że będzie tu mowa o jakimiś wynaturzeniu i koszmarze.

Autor, mimo ogranych schematów kryminalnych (model głównego bohatera: gburowaty komisarz z mroczną przeszłością, finalny twist, który nie daje czytelnikowi odpocząć i mocno zaskakuje) stworzył książkę niezwykle wciągającą pod względem kryminalnym, ale też, co ważne, poruszającą niechlubny temat pedofilii wśród księży (jest to jedna z wielu kwestii, która od dawna powoduje moją niechęć do wiary i kościoła w ogóle).

Słowo o fabule. Przy zielonogórskich bachusikach (dla tych co nie wiedzą, to takie figurki porozmieszczane w różnych miejscach Zielonej Góry, symbolizujące dzieci Bachusa – Boga Wina, a które są przez wielu uznawane za wesołe duszki miasta, podobnie jak wrocławskie krasnale) porozrzucane zostają ludzkie wnętrzności, a kamera miejscowego monitoringu nagrywa człowieka (jak się potem okaże Filipa Trochana, lekarza), który jest bliźniaczo podobny do Igora Brudnego, komisarza stołecznej policji. Sęk w tym, że komisarz w momencie nagrania uprawia seks ze swoją dziewczyną w warszawskim mieszkaniu, i nic mu nie wiadomo o tym, by miał brata bliźniaka. Aby jednak wyjaśnić całą sprawę, musi udać się do Zielonej Góry, zanim rozpocznie się na niego nagonka mediów. Swoim pojawieniem wywołuje szok i niedowierzanie inspektora Czarneckiego oraz jego ekipy, do tego stopnia, że niektórzy zaczną go podejrzewać o manipulację, fałszywe alibi i o faktyczne popełnienie morderstwa.

Sam Brudny, oglądając nagranie, będzie zaszokowany swoim podobieństwem do Trochana, ale też tym, jak w ogóle można było dopuścić się takiego brutalnego czynu? No i skoro są wnętrzności, to do kogo należą, gdzie są ciała, dlaczego ktoś umieścił organy przy dwóch, z jakiegoś powodu wybranych figurkach? Śledztwo ruszy z kopyta, należy się spieszyć, by nie wystraszyć mieszkańców, a morderca, jeśli to seryjniak, może przecież znów uderzyć. I faktycznie, Zielona Góra będzie musiała zmierzyć się z najgorszym do tej pory zwyrodnialcem.

Śledztwo nie dość, że skomplikowane i zagadkowe, będzie też ścisle związane z przeszłością Brudnego, o której ten nie chce mówić. A skoro faktycznie Trochan jest jego bratem bliźniakiem, to trzeba będzie cofnąć się do przeszłości i odgrzebać koszmarne wspomnienia z dzieciństwa, z sierocińca u sióstr hieronimek. „Miał inne dzieciństwo, ukształtowała go przeszłość. Gdy inne dzieci bały się duchów i potworów, on chował się po kątach na widok ludzi w czarnych sutannach, a w nocy walczył z posępnymi cieniami, które raz za razem próbowały go pochwycić w swoje szponiaste palce. Nie miał wsparcia, kogoś, kto przytuliłby młodego, zahukanego chłopaka i umocnił jego poczucie własnej wartości. Zwłaszcza po tym, co zrobił. Do czego został zmuszony. Gdy przed laty uwolnił drzemiącego demona”. Wspomniałam o pedofilii, więc wiadomo, już dlaczego sierociniec jawi się Brudnemu jako coś najgorszego na świecie, ale to nie tylko to. Jest jeszcze cień bez twarzy. „Od zawsze czuł, że nie jest sam, że w jego umyśle mieszka ktoś jeszcze. Ten ktoś nie miał twarzy i zawsze przychodził we śnie. Niczym mroczne odbicie jego samego, ponury cień z innego wymiaru, który szukał bramy do świata śmiertelników. On go wykorzystał. Aby przetrwać, nauczył się z nim żyć”.

O co chodzi z tym cieniem, co działo wydarzyło się w sierocińcu, o jakim demonie jest mowa, czy Trochan jest faktycznie bliźniakiem Brudnego? dlaczego zatem mają inne nazwiska? jakie tajemnice kryją się w przeszłości obu mężczyzn i czy odkrycie ich pozwoli na ujęcie brutalnego mordercy? o jakim tytułowym „piętnie” jest mowa?

To świetna powieść łącząca wiele wątków. O wielu nie mogę pisać, bo zdradziłabym za dużo. Interesujące postacie, szczególnie osoba Brudnego i Czarneckiego. Obaj są ciekawie wykreowani i ich relacja ewoluuje z czasem. Fabuła pędzi, a finał wymiata. Nie ukrywam, że chciałabym, aby powstał serial / film na postawie tej książki, albo całej serii najlepiej (bo już jestem w trakcie czytania drugiej części „Sfora”, a 12 listopada ukazuje się trzecia „Cherub”). Uważam, że to bardzo filmowa powieść. Nie zgadzam się z innymi opiniami, że przesadzona, przerysowana czy naiwna. A poza tym, myślę, że takiej historii nie dało się inaczej napisać. No ale to moje zdanie, z punktu widzenia czytelnika, który bardzo lubi takie kryminały.

Świetnie pokazana jest też psychika skrzywdzonego człowieka, bo generalnie okrucieństwo i cierpienia, jakich doświadczają molestowani chłopcy przekładają się na ich późniejsze zachowania. Jedni zduszą to w sobie, będą zamknięci i gburowaci, a inni wykorzystają, by wyżyć się i tym samym zniszczyć kolejne osoby w ten sam sposób, w jaki je niszczono. A wówczas zadawane cierpienie eskaluje do potwornych granic okrucieństwa, często je nawet przekraczając (co umiejętnie przedstawił autor).

Bardzo serdecznie polecam. Dla mnie bomba.

„Piętno” Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca, 2020.

„How To. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów” Randall Munroe

4999906640749

Uśmiałam się przy lekturze tej książki. To kompletnie inna bajka, niż to, co zwykle czytam. Popularnonaukowe książki są dość rzadkim zjawiskiem na moich półkach, ale chciałam spróbować i kiedy zaproponowano mi egzemplarz, to stwierdziłam, że czemu nie?

Oczywiście to jest książka do podczytywania, nie ma sensu jej połykać na raz, bo można poczuć przesyt, dlatego czytałam ją dość długo. Często łapałam się za głowę, albo parskałam śmiechem, bo opisane tu są faktycznie tak absurdalne pomysły autora na usprawnienie jakichś kwestii, na rozwiązanie problemów, że aż zachodziłam w głowę, gdzie dawali taką wyobraźnię jak człowiek się rodził??? Niektóre, a właściwie większość z rozwiązań można by uznać za wręcz głupie, bzdurne, niepotrzebne, zastanowić się, po co w ogóle pisać o czymś tak dziwnym książkę?? ale z drugiej strony czemu nie pisać? Właściwie to pomysł na pierwszą książkę „What If?” zrodził się w głowie tego amerykańskiego rysownika, kiedy czytelnicy jego internetowego komiksu „Xkcd”, zaczęli mu zadawać pytania „a co by było, gdyby?”. Podobnie jest i z tą pozycją. Wiele tu niezwykle zabawnych ciekawych i mimo absurdów, podpartych faktycznymi, naukowymi podstawami, rozwiązań codziennych (czy też niecodziennych) problemów.

Książka opatrzona jest różnymi śmiesznymi rysunkami, równaniami matematycznymi, jest tu ogrom wiedzy z wielu dziedzin nauki, pewnie też dlatego, że sam autor przez długi czas pracował jako programista kontraktowy i robotyk dla NASA (stąd logiczne, że wiedzę musi mieć).

DSC_0041DSC_0042

Myślę, że byłby to idealny prezent n.p. dla nastolatka-naukowca (a są przecież tacy), który uwielbia ciekawostki, sam próbuje coś konstruować, zna się trochę na chemii, pociąga go fizyka i różnego rodzaju zagadki z wielu dziedzin nauki, bo nawet jeśli rozwiązań proponowanych przez Randalla Munroe nie wykorzysta, to przynajmniej się pośmieje, ale też dowie się wielu rzeczy.

Czego tu nie ma?! jak zrobić lawę, jak przeprowadzić się z całym domem (w sensie z budynkiem!), jak wylądować promem kosmicznym, jak przedostać się z jednego samolotu do drugiego, który ma więcej paliwa, jak zasilić dom w energię elektryczną (na Marsie!), jak wysłać przesyłkę pocztową z Kosmosu (ten rozdział o kosmosie był naprawdę fascynujący, bo i było o przekraczaniu atmosfery, o programie Apollo, o stacji MIR, itp). Możecie się też dowiedzieć jak rzucać przedmiotami, co mnie mocno rozbawiło, bo nie wiedziałam, że można tu obliczyć prędkość rzucanego przedmiotu (tak, jestem kompletnym laikiem z fizyki!), biorąc pod uwagę długość zamachu ręką, masę ciała i masę piłki na przykład. Można też poczytać o tym, jak naładować telefon bez prądu i czy w ogóle można to zrobić. Są też rodziały poświęcone temu, jak rozpoznać, że urodziliście się w latach 90tych ubiegłego wieku, jak się przyjaźnić, jak poznać kogoś, biorąc pod uwagę geometrię przypadkowych kolizji i przeciętną średnicę ciała człowieka, albo jak udekorować choinkę, jak zdążyć na czas, a wreszcie jak pozbyć się tej książki, jeśli was zirytuje ;)) bo nie wystarczy sprezentować, można ją wystrzelić na słońce, albo wrzucić ją do oceanu, tyle, że hmmm… czy to będzie skuteczne? ;) no i oczywiście jest jeszcze wiele, wiele innych, różnorodnych tematów.

Zatem jeśli lubicie takie ciekawostki naukowe, absurdalny humor i szukacie czegoś dla odstresowania, a jednocześnie poszerzenia, jakby nie patrzeć, swojej wiedzy to polecam :) Fajna rzecz.

Premiera 20.05.2020

„How To. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów” Randall Munroe, wydawnictwo Czarna Owca, 2020