Archiwa tagu: Wydawnictwo Czarna Owca

„Kwiat, który zakwita o zmierzchu” Kopano Matlwa

668691-352x500„Jedno zgniłe jabłko psuje całą beczkę. To wina beczki. Nie moja. Beczka była już przegniła, zanim się w niej znalazłam. Jestem zdrowym jabłkiem, naprawdę. Przegniłam od beczki, przegniłam do samego środka”.

Bohaterka książki, Masechaba, jest lekarką. Bardzo wierzącą, każdy rozdział poprzedzony jest cytatem z Biblii, co akurat mnie dość denerwowało. Jej matka jest również gorliwą chrześcijanką, a Masechaba sama należy do Grupy Biblijnej, w której zastanawia się, jak bedzie w niebie. Poza tym, jest lekarką, która jakoś lekarką być nie chce. Męczy ją zajmowanie się pacjentami, babranie się w krwi, moczu i innych wydzielinach. Momentami czuje się nieprzydatna, beznadziejna i bezduszna, „Dlaczego nic nie czuję? Chyba powinnam?” albo „Mam w sobie coś podobnego do piekła. Pochłania mnie ono […] Nie mogę znaleźć spokoju. Ani w głowie, ani w sercu, ani w duszy, ani nigdzie”. Jej duszą zawładnęły jakieś demony, które nie pozwalają jej normalnie funkcjonować. Czuje się niepewna,  sporo w niej różnych lęków i uprzedzeń, które nasilają się z dnia na dzień coraz bardziej. Przyjaźń z Nyashą, która jest mocno zaangażowana politycznie, sprawi, że Masechaba będzie musiała nagle zabrać głos w pewnej sprawie, postawić się po czyjejś stronie. Jej decyzja będzie miała swoje konsekwencje. Jakie? Na pewno dużo się wydarzy w jej życiu i to bardzo szybko. Czy kobieta będzie potrafiła przekuć tragedię w coś optymistycznego dla siebie i swojej przyszłości? 

Ważne jest tu tło powieści. Akcja dzieje się w RPA, o którym wiem niewiele, ale gdzie nadal pobrzmiewają echa apartheidu. Wielu ludzi żyje w nienawiści. Czarni nienawidzą białych i odwrotnie. A Masechaba w tym wszystkim czuje się bardzo źle, czuje się też tchórzem: „Gdyby nadal panował apartheid, byłabym jednym z tych milczących białych, którzy tylko stali z boku i patrzyli na to, co się dzieje”. Ciężko jest jej w tym wszystkim się odnaleźć, zrozumieć sytuację i postępowanie ludzi wokół. Dlatego musi coś zrobić. A później, pewnego dnia powie „Nieważne, że mam wyższe wykształcenie, jestem lekarzem […] Mam pochwę. Tylko to ma znaczenie”. No właśnie… Co takiego się wydarzy? 

To zwięzła, zaledwie 160-stronicowa książka, w pewnym sensie ważna, w innym -dziwna. Nie wiem co o niej myśleć. Przeczytałam ją bardzo szybko, bywało, że męczyła, bywało, że wręcz strzelała do mnie celnymi zdaniami i emocjami. Niepokojąca lektura. Sugestywna.

„Kwiat, który zakwita o zmierzchu” Kopano Matlwa, tłumaczenie Magdalena Słysz, wydawnictwo Czarna Owca 2018.

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” Dorthe Nors

png„Stoi w bocznej uliczce w stolicy, w mieście, które jej nie obchodzi. Ale jest też gdzieś daleko, na łonie przyrody. Jest dorosła, próbuje pilnie odgrywać swoją rolę. Ale jest też dzieckiem, dzieckiem, które nie chce odrobić lekcji, nie chce się dostosować, nie chce być takie jak inni, nie chce myśleć jak inni, niech ci inni myślą sobie, co chcą, ona chce mieć spokój, chce być wolna, dlatego schodzi im z drogi”. 

Taka jest Sonia – główna bohaterka książki „Lusterko ramię kierunkowskaz”. Rozdarta, zagubiona, poraniona i smutna.

Warto wspomnieć na początku, że Dorthe Nors, duńska pisarka, była finalistką The Man Booker International Prize 2017, jej książka z dziwnym tytułem jest, wydawałoby się, kompletnie pozbawiona akcji, ale jednak wywołała u mnie mnóstwo emocji. Głównie smutek. Sonia jest tłumaczką ze szwedzkiego brutalnych kryminałów jednego autora, które ją brzydzą i straszą. Jakiś czas temu, rozstała się z partnerem. Dawno temu opuściła też rodzinne miasteczko Balling, w którym „było wielu dorosłych, którzy nie kochali swoich dzieci. Poza tym nie używali słowa kochać. W Balling można było kogoś lubić, to był szczyt możliwości. Co nie znaczyło, że nie było tam miłości. Ani że miłość tam była”. Sonia „ma czterdzieści lat i jest jednocześnie w dwóch miejscach”, bo choć wyjechała do nowoczesnej, wielkiej Kopenhagi, gdzie próbuje nauczyć się jeździć samochodem, nie potrafi się w tym mieście odnaleźć i tęskni za rodzinną Jutlandią. Chodzi na kurs prawa jazdy, ale nie idzie jej zbyt dobrze. Jytte, nerwowa i dość surowa w obyciu instruktorka jazdy nie wpływa dobrze na już i tak rozedrganą psychikę Sonii. Kobieta nie może nauczyć się najprostszej zmiany biegów, podobnie jak nie potrafi obrać dobrego kierunku w swoim życiu. Cały czas jest jedną nogą w Balling, gdzie mieszka jej siostra, z którą swego czasu urwał się kontakt. To również stanowi dość mocny wątek w tej opowieści.

Z tej króciutkiej powieści bije ogromna chęć wolności, niezależności, ale jednocześnie to wszystko tłumione jest przez jakieś ograniczenia wynikające z przeszłości. Sonia bardzo chciałaby być kochana, ale boi się odważyć. Tęskni za dotykiem, dlatego chodzi na masaże do dziwnej Ellen, jednocześnie za chwilę jej unikając. Jest niezdecydowana w swoich pragnieniach, czegoś szuka, wszystko jest dla niej zbyt pogmatwane: ludzie, związki, a nawet głupia jazda samochodem. Do tego zawroty głowy, które dopadają ją w najmniej odpowiednich momentach….

Czy Sonia odnajdzie spokój i odważy się pokonać samotność i wszystkie swoje lęki? Kim stanie się dla niej przypadkowo spotkana Martha? I skąd taki dziwny tytuł? 

To taka książka – perełka. Niby się nic nie dzieje, ale ten emocjonalny świat aż kipi. Dla jednych być może nuda i dziwna bohaterka. A mnie ona urzekła i stała się bliska, bo takie rozchwianie znam, monotonię rzeczywistości również, a chęć wyrwania się z różnych skomplikowanych relacji czy sytuacji była i u mnie. Z tej opowieści przebija też straszliwa tęsknota bohaterki za dawną beztroską dzieciństwa, bez różnych uraz rodzinnych czy cierpkich wspomnień. Rozumiem ją. 

„Lusterko ramię kierunkowskaz” Dorthe Nors, tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny, wydawnictwo Czarna Owca 2018.

„Uwolniona. Jak wykształcenie odmieniło moje życie” Tara Westover

dwrwrw3Pochłonęłam! Ta powieść wyzwoliła we mnie szereg emocji, od ogromnego zainteresowania, poprzez nerwy, złość, frustrację, obrzydzenie, aż do niebywałego podziwu dla głównej bohaterki (autorki książki, bo to powieść autobiograficzna)- jej siły i wiary w siebie budujących się mozolnie ale konsekwentnie.

„Uwolniona” (z ang. „Educated”) to bardzo dobre słowo na tytuł książki. Symbolizuje tak wiele. Pokazuje w jak wielu aspektach życia i własnej psychiki jesteśmy więźniami. Nasze blokady i strach przed zmianami często nas hamują w działaniu, dostarczają stresu i nie pozwalają na samodoskonalenie się. A wystarczy naprawdę chcieć. Samodyscyplina, chęć poznawania ludzi, świata i różnych jego aspektów, determinacja i pewność swego, potrafiły wyrwać Tarę ze szponów fanatycznie religijnego ojca i zalęknionej, ale też zdziwaczałej i wierzącej w cuda i boże znaki matki. Pranie mózgu, jakiego doświadczyła Tara w dzieciństwie, żyjąc w tradycyjnej mormońskiej rodzinie, gdzieś w dalekim Idaho, na odludziu, niedaleko Góry (zwanej „Księżniczką”), spowodowało, że jej poglądy i wiedza były bardzo, bardzo ograniczone. Ja nawet nie wiem, jak opisać to wszystko, z czym przyszło się mierzyć Tarze. 

Ojciec pracuje na złomowisku, mocno wierzy w Boga, przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są,  ma swoje zatwardziałe poglądy i nie myśli, że może tym zaszkodzić sobie i innym, a nawet podupaść na zdrowiu czy umrzeć w wyniku niektórych sytuacji, które mu się przytrafią. Matka, posłuszna mężowi, zajmuje się ziołami, a z czasem, staje się samozwańczą akuszerką, która niby wspiera swoich siedmioro dzieci, ale tak naprawdę wiecznie się boi, zarówno męża, jak i tego, że dopadnie ją kara boska. Sześciu braci Tary z czasem pójdzie swoją drogą, ale właściwie większość wybierze tę po ciemnej stronie mocy. Dlaczego ciemnej? dlatego, że nie ma w niej miejsce na naukę, na przysłowiowy kaganek oświaty, który dostarczyć dziecku powinna szkoła.

W tradycyjnej mormońskiej rodzinie, szkoła nie istnieje, bo tam szerzy się kłamstwo, a do tego sprośność, nieskromność i rozwiązłość. A skoro szkoła nie istnieje, to tak jakby i człowiek nie istniał. Nie ma dokumentów, świadectw, baaa, nawet aktu urodzenia, bo wszelkie urzędy i szpitale to dla ojca Tary – iluminaci, którzy tylko czyhają,by sprowadzić kogoś na złą drogę i mu zaszkodzić. Według niego, trzeba być samowystarczalnym. I najlepiej jeszcze zbudować schron i zbierać zapasy na nadchodzace Dni Ohydy, czymkolwiek one są. 

Można o tej książce wiele pisać, ale zdradziłabym za dużo, choć może i tak zdradzam. Najważniejszy w niej jest przekaz i kobieca siła. Tara, która mimo, iż poszła do szkoły dopiero w wieku siedemnastu lat, z własnej woli i chęci, wobec sprzeciwu rodziny zdała wszystkie egzaminy, okupiła je bardzo ciężką pracą, aby w końcu wylądować na studiach doktoranckich w Cambrigde i również studiować na Uniwestytecie Harvarda. Profesorowie zachwyceni, ona sama przerażona, że ciągle nie pasuje do tego świata. Czy znajdzie swoje miejsce? 

Z tej książki i jednocześnie z historii Tary płynie informacja, że edukacja jest dla każdego, że pozwala na rozwój, na stanie się świadomym człowiekiem. To również ogromna szansa na zmianę postrzegania rzeczy, które towarzyszy człowiekowi w przechodzeniu w dorosłość. To co mówi Tara „Przeszłość była duchem, niematerialnym, niemającym znaczenia. Liczyła się tylko przyszłość” jest dla niej znamienne i bardzo ważne, bo można wtedy „kupić sobie ten jeden przywilej: widzenia i doświadczania większej liczby prawd niż te, które otrzymałam od ojca, i wykorzystywania ich do ukształtowania własnej mentalności”. Tara, dzięki edukacji, bardzo się zmienia. Czy udaje się jej uciec od siebie z lat nastoletnich, od tej dziewczynki zmuszanej do pracy na złomowisku ojca, której starszy brat Shawn wykręcał ręce i wkładał głowę do toalety, bo taki miał kaprys, od tej, która nigdy wcześniej nie wiedziała czym jest „holokaust” i wreszcie od tej, która ciągle mówiła „nie wiem” i której życie opowiadali jej zawsze inni? „Ich głosy były silne, dobitne, nieznające sprzeciwu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mój głos może być równie mocny jak ich”. 

Tę książkę trzeba przeczytać. Daje niesamowitego kopa, sprawia, że otwieramy oczy i mówimy sobie „Czemu narzekam na takie pierdoły? na to życie jakie mam? Pomyśl, jakim jesteś szczęśliwym człowiekiem, bogatym w wiedzę, w możliwości. To tylko od ciebie zależy, co z tym zrobisz i jak to wykorzystasz”. WARTO!!!! Trzeba. Ogromnie polecam!

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Nowości)

„Uwolniona. Jak wykształcenie odmieniło moje życie” Tara Westover, tłumaczenie Barbara Szelewa, wyd. Czarna Owca 2019

„Zniknięcie Annie Thorne” C.J. Tudor

67883658_2348017768581003_8877146992183083008_n„Ludzie – szczególnie jeśli chcą sprawiać wrażenie bardzo mądrych – lubią powtarzać, że  niezależnie od tego, jak długą pokonamy drogę, nigdy nie zdołamy uciec od samych siebie. Gówno prawda. Wystarczy znaleźć się odpowiednio daleko od relacji łączących nas z innymi, od ludzi, którzy nas definiują, znajomych widoków i rutynowych czynności sprawiających, że jesteśmy tym, kim jesteśmy, żeby bez większego trudu uciec od samych siebie, przynajmniej na jakiś czas. Jaźń to tylko konstrukt, który można rozłożyć na kawałki, zdemontować i na nowo poskładać. Pod warunkiem, że nigdy nie wrócimy tam, skąd przyszliśmy, bo wtedy nowa tożsamość spadnie na nas niczym szaty cesarza, obnażając wszystkie nasze wady i popełnione błędy”.

Joe Thorne, aktualnie nauczyciel, powraca do swojego rodzinnego miasteczka Arnhill, które skrywa niejedną tajemnicę z przeszłości. Jego życie jest zagrożone. Ściga go kobieta pracująca dla tajemniczego Fatmana, u którego Thorne ma ogromny dług. Jego słabością jest hazard, a właściwie był, bo teraz Joe próbuje skupić się na spokojnym i normalnym funkcjonowaniu. Znajduje pracę w swojej dawnej szkole i musi jakoś zdobyć pieniądze. Wynajmuje opuszczony dom, w którym samobójstwo popełniła pewna kobieta, najpierw mordując własnego syna. Joe domyśla się dlaczego to zrobiła, mieszkańcy Arnhill nie bardzo. No i Joe ma plan.

Trzeba dodać, że Joe nigdy nie znalazł ukojenia po wydarzeniach ze swojej przeszłości, czyli wypadku, w którym stracił swoją ukochaną, ośmioletnią siostrę, Annie oraz ojca. Tylko, czy aby na pewno ten wypadek był aż tak istotnym wydarzeniem? 

Na terenie miasteczka znajdują się tereny starej kopalni. To niebezpieczne i tajemnicze miejsce. W 1992r. kiedy Thorne był nastolatkiem, jego paczka odkryła pod ziemią coś dziwnego i przerażającego, a jego mała, kochana siostrzyczka Annie, przepadająca wprost za swoim bratem, który tylko w niej tak naprawdę znajdował wsparcie i miłość, zniknęła na 48h. Przepadła jak kamień w wodę. Po dwóch dniach wróciła, ale kompletnie odmieniona. Przerażająca. „To, co powraca, nie zawsze jest tym samym, co odeszło”. Dlaczego? Gdzie zniknęła? Co się wydarzyło, dlaczego Joe chce się zemścić na swoim dawnym koledze, który teraz jest bogatym przedsiębiorcą? Jaką tajemnicę kryje tajemniczy właz? 

Pierwszą książką, jaką przeczytałam tej brytyjskiej autorki, był „Kredziarz”, podobała mi się. Tu założenie jest podobne: hipnotyzujący thriller. Jeśli czytaliście jednak „Smętarz dla zwierzaków” Stephena Kinga, to właściwie możecie się domyślić fabuły. Jest bardzo podobnie. Czytało mi się dość dobrze i w sumie, gdyby nie dziwaczne, nieco „przedobrzone” zakończenie mogłabym powiedzieć, że nawet bardzo dobrze. Coś tu jednak nie zagrało do końca. Zamysł był, choć lekko „zerżnięty”. Akcja prowadzona była ciekawie i w napięciu, ale zgrzytało, jakby autorka się w tym wszystkim pogubiła. Podsumowując: przeciętnie, ale można.

„Zniknięcie Annie Thorne” C.J. Tudor, tłum. Grażyna Woźniak, wyd. Czarna Owca 2019.