„Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” Małgorzata Sidz

To pierwszy reportaż o Finlandii, jaki przeczytałam. Sporo jest różnych książek o Szwecji, Norwegii, ale o Finlandii jakoś nie wpadło mi nic w ręce. Ciekawa byłam tego kraju, bo wizualnie robi na mnie wrażenie swoją przyrodą, urokliwymi miastami i sporą liczbą wysp, no i oczywiście… Doliną Muminków w Naantali.

Tak w ogóle, to nie sądziłam, że tyle się o Muminkach dowiem, bo czytając kiedyś, dawno temu poszczególne tomy opowieści o tych białych trollach, nie zdawałam sobie sprawy, że każdy z nich razem z postaciami odzwierciedla różne etapy i osoby z życia autorki! To mnie mega zaskoczyło. Może jestem jedną z ostatnich osób, która o tym nie wiedziała, ale czytając rozdział o Muminkach – przeżyłam lekki szok. Nie znam biografii Tove Jansson, więc to też może dlatego. W każdym razie, jest to bardzo ciekawy rozdział.

Czego możemy się dowiedzieć z reportażu, poza tym czym są tytułowe kocie chrzciny albo gaciopicie? Ano wielu rzeczy. Autorka pokazuje różnice między Finami, a Szwedami, a szwedzkojęzycznymi Finami, a fińskimi Szwedami, lekko zarysowuje historię Finlandii, ale skupiając się raczej na wojnach, które Finowie pamiętają i wspominają. Każdy rozdział a jest ich tu sporo, to też opowieści o ludziach, znajomych autorki, czy po prostu ciekawych osobach, jakie opowiedziały jej o sobie. Sporo jest tu imigrantów, są dziewczyny z Japonii, które wyszły za Finów, są studenci, którzy mieszkają (podobnie jak autorka swego czasu) w mieście Turku, które tutaj jest dość dokładnie przedstawione. Jest w tym reportażu też nieco polityki, opowieści o tolerancji (tudzież akceptacji – lepsze słowo) różnych spornych kwestii czy zachowań, jest dużo o osobowości Finów i ich kulturze. Pojawia się nawet rozdział o Marie Boine (znanej wokalistce, artystce pochodzącej z rdzennej ludności Laponii – Saamów).

„Googlowałam” różne miejsca przedstawione w tym reportażu, z ciekawości, by zobaczyć symbol Turku, albo ubrania marki Marimekko, czy posłuchać utworów Korpiklaani, albo rzucić okiem na Wyspy Alandzkie – symbol bogactwa. Jest tu naprawdę wiele, wiele ciekawostek, które pokazują Finlandię w interesujący sposób, a Finów głównie jako naród lubiący imprezować i się kształcić, ale też jako naród niestety zamknięty w sobie, dość depresyjny i stroniący od przyjaźni z obcokrajowcami (choć tolerancyjny – co do Szwedów może mniej), raczej każdy obraca się w gronie własnych przyjaciół poznanych w czasach szkolnych.

Ogólnie sam reportaż wydał mi się bardzo chaotyczny. Nie ma tu raczej jakiegoś konkretnego „scenariusza”, jest wszystko w kupie: mydło i powidło, choć nie ukrywam, że dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Przeszkadzało mi jednak trochę to pomieszanie z poplątaniem. No ale.. wybaczam. Widać tu miłość autorki do tego kraju, może dlatego momentami miałam też wrażenie, że nie jest za bardzo obiektywna. Jednak uważam, że warto sięgnąć, to dobre źródło by „liznąć” nieco Finlandię. Zawsze to dobrze poszerzać swoją wiedzę o innych krajach, choć oczywiście lepiej byłoby samemu tam pojechać, pomieszkać i ocenić subiektywnie…

Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, Małgorzata Sidz, Wydawnictwo Czarne, 2020.

„Mokradełko” Katarzyna Surmiak-Domańska

„- Każda kobieta była w swoim życiu nagabywana przez mężczyzn. Mnie również się to zdarzało za młodu. Ale jeżeli nie chciałam, to zawsze mogłam powiedzieć „nie”. Ja w tej książce nie widzę tego „nie”. Halszka nie zajęła stanowiska szanującej się kobiety, ona się poddawała. Po ludzku nie mogę uwierzyć, że istnieje kobieta, która pozwala się tak zeszmacić i jeszcze ma potrzebę o tym pisać. Jak musi być skonstruowana jej chora psychika? Ona nie rozumie, że godzi sama w siebie. Ja jej nie potępiam. Mnie jest jej autentycznie żal. Zawsze wychodziłam z założenia, że wszelkim nieszczęściom winna jest kobieta. Kobiecie, która się szanuje, która wytworzy wokół siebie odpowiednią atmosferę, tak że nie można jej bezkarnie klepnąć, nie można gdzieś tam pogłaskać, rzadko przytrafiają się podobne przygody. Wbrew temu, co się teraz wszędzie mówi, to do kobiety należy decycja. To ona pozwala albo nie. – Nawet kiedy ta kobieta ma tylko cztery lata? – pytam.”

Wstrząsający reportaż. Został napisany po wydaniu przez Halszkę Opfer (oczywiście to pseudonim) jej słynnej książki „Kato-tata”, w której kobieta postanowiła opisać swoją relację z ojcem. Wykorzystywał ją seksualnie od momentu, kiedy skończyła właśnie 4 latka. Trwało to bardzo długo, matka przymykała oczy, udawała, że nie widzi, co się dzieje, a nawet jeśli widziała, to była tak bezkrytycznie wpatrzona w swojego męża, że i tak nic z tym nie zrobiła. Nie czytałam „Kato-taty” i nie wiem nawet czy chciałabym teraz przeczytać, bo jednak nie jestem odporna na takie rzeczy, jak gwałcenie dzieci i molestowanie seksualne przez rodzica.

W każdym razie, Halszka Opfer wydała tę książkę, osobistą i bardzo szczerą, bo chciała o swojej tragedii powiedzieć światu. Mimo, że jej ojciec już od dawna nie żyje, poczuła potrzebę opowiedzenia historii, by otworzyć oczy, być może, innym matkom, na to, co się dzieje w ich domach. Reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej to rozmowy z mieszkańcami Mokradełka (nazwa fikcyjna), miasteczka, w którym mieszkała Halszka Opfer. To rozmowy z sąsiadkami, sąsiadami, teściową (to właśnie ona wypowiada się w cytacie z początku mojej notki), koleżankami, bratową, lekarzem pierwszego kontaktu, pasierbicą, i wreszcie matką. Książka już została wydana, reakcje na nią są przeróżne, emocje buzują, szczególnie w Mokradełku.

Co wynika z tych rozmów przeprowadzonych przez autorkę? Niedowierzanie, osądzanie, krytykowanie. Głównie to. Bo przecież prawdziwa ofiara przemocy seksualnej nie chodzi i nie rozpowiada o niej wszystkim, nie pisze o tym książki, nie udziela na ten temat wywiadów w telewizji, najlepiej jakby siedziała zamknięta w swoim domu, płakała w poduszkę i bała się najmniejszego szmeru. Tak ludzie właśnie postrzegają innego, skrzywdzonego człowieka, który według nich, nie ma prawa już ułożyć sobie życia, uśmiechać się i zachowywać normalnie. Bo po co było robić sensację? Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło, skoro Halszka teraz według opinii jednych lubi seks,a według opinii drugich ubiera się nazbyt wyzywająco? To świetny obraz małej społeczności, w której każdy się niby zna, ale tak naprawdę bardziej żyje plotką niż prawdą i widzi tylko to, co chce widzieć.

Dodatkowo genialnie jest pokazana relacja Halszki i jej matki, która nadal nie dopuszcza do siebie całej historii, unika tematu, zbywa Halszkę. Widzimy to oczami autorki, która towarzyszy Halszce w jej spotkaniach z matką. Widzimy, że obie kobiety zachowują się bardzo dziwnie. Jedna zbyt kompulsywnie pragnie miłości i zrozumienia, druga w tej swojej obojętności i niezłomności nieśmiało niby rozumie, niby przytuli, ale w gruncie rzeczy cały czas ucieka od prawdy. Czy faktycznie nie akceptuje tego co się wydarzyło, czy po prostu bardzo się boi przyjęcia odpowiedzialności za swoje „nic niezrobienie”?

Świetny reportaż. Bardzo dobrze napisany, obiektywny, mocny w przekazie. Polecam.

„Mokradełko” Katarzyna Surmiak-Domańska, Wydawnictwo Czarne, 2012.

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer

Jedna z najgroźniejszych organizacji terrorystycznych na świecie – nigeryjska Boko Haram, która w 2014r. uprowadziła z internatu w mieście Chibok ponad 276 dziewcząt i przetrzymywała w pobliskim obozie założonym w lesie Sambisa, to temat, którym zajął się Wolfgang Bauer w swoim przejmującym reportażu. Autor jest dziennikarzem i korespondentem wojennym i przez ponad pół roku rozmawiał z dziewczynami / kobietami, którym udało się od islamskiej organizacji uciec.

Na okładce jest Sadiya, miała 38 lat i pięcioro dzieci, była przetrzymywana w obozie przez dziewięć miesięcy, przymusowo została wydana za mąż, a uciekła będąc w ciąży z jednym ze swoich oprawców. W książce są też zdjęcia innych kobiet czy dziewczynek, których historię poznajemy. Jest między innymi zdjęcie córki Sadiyi: Talatu, która w momecie wywiadu miała 14 lat i została również uprowadzona z matką i wydana pod przymusem za mąż. Historie tych kobiet wzruszają, sprawiają, że człowiekowi się jeży włos na głowie i zastanawia się nad tym, jak bardzo mężczyźni z organizacji terrorystycznych są pozbawieni empatii, sumienia, rozumu??

Autor w tym króciutkim reportażu nie tylko przedstawia historie tytułowych porwanych, ale też historię samej organizacji, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej niebiezpieczna. Porywane kobiety zmuszane są do podporządkowywania się mężczyznom. Są tylko „naczyniami dla genów”, albo „środkiem płatniczym”. Niektóre z nich są szkolone do przeprowadzania zamachów samobójczych. W głowie się to nie mieści. Sama organizacja Boko Haram poprzysięgła wierność Państwu Islamskiemu, a w jej szeregi wchodzą często nieletni chłopcy mamieni wieloma obietnicami. Boko Haram walczy o utworzenie w Nigerii kalifatu, wiele operacji przeprowadzanych przez Boko Haram przypominało akcje oddziałów ISIS w Iraku – szybko, brutalnie. Mamy tu sporo informacji, jak powstała Boko Haram, jak wygląda sytuacja polityczna i społeczna Nigerii, jak żyją ludzie w okolicznych wioskach i miastach, czego się boją i dlaczego myślą tylko o tym, by ratować siebie, często nie patrząc na innych członków rodziny? Reportaż Bauera jest nasycony informacjami i przeplatny wywiadami z porwanymi kobietami.

Jak pisze autor „I każdego tygodnia Boko Haram uprowadza kolejne. Koniec tej książki, to nie koniec historii. Bo właśnie teraz, w tym momencie, wszystko zaczyna się od nowa, w małej wsi, która nie jest zaznaczona na żadnej mapie”. I podobnie jak w epilogu można byłoby użyć słów „a co mnie to obchodzi, jakaś tam wioska w Nigerii”? ale autor ma na to prostą odpowiedź: „Świat zmalał. Fala uderzeniowa odległych eksplozji bombowych też szybko nas dosięgnie”. Warto przeczytać, warto by wstrząsnęło, bo trzeba interesować się światem i rzeczywistością jaka nas otacza. „Kobiety, których historie zbiera ta książka, nadal zmuszone są uciekać z domów i spędzać noc w polach”. Wyobrażacie sobie żyć w ten sposób?

A u nas? Może trochę z innej bajki stwierdzenie ale… uchodźców odgradzamy drutem kolczastym od granicy naszego cudownego państwa i patrzymy jak umierają. Jesteśmy lepsi?

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer, tłumaczenie Elżbieta Kalinowska, wydawnictwo Czarne, 2017

„Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” Beata Szady

„Czy widać po nim, że jest z ulicy? Czy porządny strój nie wystarczy? Silvia z „Los minos de la calle y su mundo” mówi: „To jest tak, jakbyśmy mieli jakiś znak na czole, że jesteśmy z ulicy. Naprawdę. Nawet jak byłam dobrze ubrana, to rozpoznawali mnie po zachowaniu, sposobie chodzenia, po tym, jak mówiłam i jak się bawiłam. Zawsze dziwnie na mnie patrzą, jakbyśmy byli podludźmi”.

Beata Szady, dziennikarka, która naukowo zajmuje się reportażami z Ameryki Łacińskiej w XXI wieku, napisała reportaż, który ściska za serce. Właściwie można by powiedzieć: „a co mnie tam obchodzi życie ludzi w Peru, skoro ja sobie żyję w Polsce i właściwie na swoim życiu powinnam się skupić”. Otóż nie. Zawsze uważałam, że trzeba się interesować światem, problemami w innych krajach, mieć oczy szeroko otwarte, bo za chwilę pewne rzeczy mogą zadziać (albo już się dzieją) w tej „mojej” Polsce.

Tutaj mamy reportaż przedstawiający stolicę – Limę. Dużo po lekturze (i w trakcie) „googlowałam” szukając ulic, dzielnic, nazw miejsc wymienianych w książce. Lima – ta ukazana tutaj, czyli biedne dzielnice powstałe z dala od centrum, nie zachwycają wizualnie, w przeciwieństwie do dzielnic bogatych (jak n.p. Miraflores). W książce są opisane przykładowo: plac Grau, gdzie dzieci śpią na ulicy, wąchając klej (terokal), najbardziej zaludniona i biedna dzielnica San Juan de Lurigancho gdzie „wiatr tańczy z blachą”, centrum handlowe Unicachi przy alei Abancay, gdzie na przykład „przechodzą chłopak z dziewczyną. Jemu brak kilku przednich zębów. Niesie dziecko opatulone kolorowym kocykiem. Ona chuda, zniszczona, brudna. Ma na sobie markowe buty, ale spodnie przepasane sznurkiem i rozpięty rozporek. Trzyma jakieś papiery. Może idą do RENIEC-u? Innych uliczników nie widać. Za wcześnie. Pewnie jeszcze śpią”. i inne dzielnice : Rimac, La Victoria, Puente Piedras. Wszędzie tam spotykamy ludzi, którzy są bezdomni, którzy czasem próbują swoje życie zmienić, ale koniec końców zawsze wracają na ulicę. Tak już jest. To wchodzi w krwiobieg.

Autorka niczego nie upiększa, opisuje wszystko bardzo obiektywnie, oddając głos bohaterom reportażu, przebywa z nimi, pomaga w drobnych sprawach, ale zawsze zostaje w cieniu, co mi się bardzo w reportażach podoba. Poza historiami ulicznych złodziejaszków, biednych kobiet ledwo wiażących koniec z końcem, ludzi, którzy starają się o wyrobienie dowodu osobistego (bo bez tego dokumentu jest się przecież jeszcze bardziej nikim i nie ma żadnych praw, a nie jest to zbyt proste w Peru), poza tymi, którzy lądują w więzieniu czy piją, by zapomnieć, poznajemy też pewnego człowieka, Martina (streetworkera) który od wielu lat pracuje na ulicy, ale też pomaga wszystkim „ulicznikom” – bardzo ciekawa postać, dla którego „trudne przypadki, to dla niego chleb powszedni”.

Pomiędzy historiami z życia bohaterów, pisanych krótkimi, celnymi zdaniami, wplecione są też mikro rozdziały opowiadające o historii, geografii, wydarzeniach z Peru, co też daje czytelnikowi większą wiedzę. Bardzo dobry jest ten reportaż. Krótki, ale treściwy, dający do myślenia, wstrząsający i pokazujący do czego prowadzi wykluczenie, bieda i wszelkie nietolerancje oraz nierówności społeczne. To zawsze dzieli ludzi. Zresztą dobrze to widać w każdym kraju, nawet u nas. Coraz bardziej.

„Do ludzi z ulicy trzeba podchodzić bardzo indywidualnie – mówi Martin – Każdy ma inne potrzeby, inny charakter, inne doświadczenie. Nie ma jednego schematu działania. A my zachowujemy się trochę tak, jakbyśmy chcieli wcisnąć wszystkich w ubrania tego samego rozmiaru. Nie myślimy o tym, że na jednego będzie pasowało, a na innego już nie. Rękawy okażą się za długie albo puszczą szwy, bo ubranie będzie za małe. Ale my powiemy, że to ten człowiek poniósł porażkę. Że jest antyspołeczny, że nie chce się zmienić. A to nieprawda. To my dobraliśmy nieodpowiednie narzędzie”.

Polecam.

„Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” Beata Szady, wydawnictwo Czarne, 2016.

„Łaskawszy niż samotność” Yiyun Li

„Wieczorem w blasku księżyca wracała pieszo do domu. Mgła znad zatoki nadciągnęła w głąb lądu, a po przeciwnej stronie kanionu w oknach zapłonęły pomarańczowe światła, w sam raz na tyle rozmyte, że sprawiały oniryczne wrażenie. Ruyu przez trzy wieczory w tygodniu siedziała w sklepie aż do zamknięcia. Gdyby ktoś szedł z nią teraz pod górę, mogłoby to wyglądać pięknie, lecz gdy tak wędrowała w pojedynkę, ludziom znającym ją z widzenia musiała wydawać się osamotniona. Ale uczucie osamotnienia podobnie jak miłość opiera się na złudnej wierze w ważność świata: kiedy człowiek postanawia być samotny, jest tak jak wtedy, gdy postanawia kochać i wydrąża obok siebie pustą przestrzeń, którą ktoś powinien wypełnić. Może to być przyjaciel, kochanek, miniaturowy pudelek lub skrzypek z radia. Ruyu przez całe swoje życie wierzyła, że potrafi odeprzeć miłość i samotność. Jej sekret polegał na tym, że nie pozwała teraźniejszości zbyt długo trwać.”

Ruyu przedstawia swój świat z dwóch perspektyw: nastolatki, wychowywanej przez ciocie-babcie, która pewnego razu zostaje przez nie wysłana do Pekinu, do rodziny, w której ma zamieszkać, by móc uczęszczać do tamtejszej szkoły. Ciocie-babcie uważają, że jej talent gry na akordeonie da dziewczynce lepszą przyszłość. Ruyu jest to obojętne. Rodzina w której ma zamieszkać, nie jest bogata, ma ciasne mieszkanie, a ich córka Shaoai ma „charakterek” i zupełnie inne poglądy niż jej rodzice, bardziej liberalne, buntownicze i nie ukrywam, że jest w tym dość irytująca. Ruyu zaczyna dzielić z nią pokój i łóżko (bo jest tylko jedno) i poznaje znajomych Shaoai: chłopca Boyanga i dziewczynkę Moran.

Druga perspektywa to ta, ukazana oczami dorosłej już Ruyu, żyjącej w Ameryce, będącej po dwóch rozwodach, kompletnie nie umiejącej kochać i cały czas wpominającej stare czasy, w których doszło do tragedii. Jeszcze w Pekinie, w tych beztroskich nastoletnich czasach, Shaoai zostaje otruta. Jej ciało, mózg przestają funkcjonować. W końcu po 21 latach umiera. Nie jest to żaden spojler, bo już na początku książki trafiamy na jej pogrzeb. Przez kogo została otruta dziewczynka? Podejrzani są wszyscy, zarówno Ruyu, Boyang i Moran. Każdy z nich mógł mieć motyw. Ogromna tajemnica ciąży na życiu każdego z nich przez wiele lat, co wpływa na ich przyszłość.

To książka, która nie jest kryminałem. Tu nie ma śledztwa, nie ma policji. Są tu tylko nastolatkowie, którzy żyją z dnia na dzień, chodzą do szkoły, przyjaźnią się. Kiedy dołącza do nich Ruyu – ta dziwna, nieczuła na wszystko, zdystansowana do świata i ludzi, obojętna właściwie na uczucia, jakby ktoś wyszarpał jej serce i zastąpił kamieniem, wówczas wszyscy się zmieniają. Ich relacje zaczynają się komplikować. Dlaczego?

Yiyun Li napisała piękną książkę o samotności i o jej wpływie na ludzkie życie. O tym, jak bardzo niektórzy pragną spokoju i nie chcą wchodzić w żadne relacje, z tylko im znanych powodów. O tym, jak inni z kolei zazdroszczą im tej ekstrawagancji i chcą zdobyć mimo wszystko ich uwagę i przyjaźń, a może nawet miłość. O tym, jak ciężko jest walczyć o swoją wolność : myśli, charakteru, bycia sobą. „Wydawało jej się, że wszyscy mieszkańcy Pekinu, których poznaje, koniecznie chcą ją w jakiś sposób zmienić, jakby ważne było nie to, kim jest, lecz to, w jakim stopniu pozwala ludziom wyobrażać ją sobie jako kogoś zupełnie innego”.

Ta książka uzmysławia, jak bardzo żyjemy pod wpływem innych ludzi, jak trudno jest faktycznie nie dać się podporządkować, szczególnie nastolatkom, którzy właściwie przecież jeszcze nie wiedzą dokładnie kim są i czego pragną, kształtują się dopiero i wszystko co przeżywają, czego doświadczają wpływa na ich zachowanie, decyzje. Niektórym otwierają się oczy na krzywdy tego świata nieco wcześniej niż innym, a niektórzy mimo, że je widzą, pozostają obojętni i robią nadal co chcą, bo tak właśnie chcą w danej chwili. Nic nie jest wtedy ważniejsze. Tyle, że czasem przez takie zachowania, niszczy się wszystko wokół siebie. „Każda więź, jaką tworzył między nią a sobą ktoś inny – czy to przypadkiem, czy rozmyślnie – należało unicestwić. Pielęgnowała wokół siebie próżnię, swój jedyny skarb”. Czy wówczas faktycznie jest się tylko egoistą czy jednak można to traktować jako walkę o swoją wolność? Skomplikowane.

Bardzo mi się podobała ta książka, było w niej co prawda wiele takich banalnych frazesów, które autorka wplatała w fabułę, ale one właściwie nie przeszkadzały mi. Pasowały do zamysłu książki. To taka pozycja, która wygrzebana gdzieś z półki, bo kupiona w 2015r. dała mi wiele satysfakcji z lektury, sprowokowała do myślenia, zastanowienia się, bo to niby taka spokojna opowieść ale gdzieś tam mroczna i tragiczna. Poznajemy tych naszych bohaterów w wieku nastoletnim, a potem juz dorosłym i widzimy, jak przeszłość odbiła się na ich teraźniejszości. Wnikliwa i w sumie bardzo smutna to opowieść o samotności, poszukiwaniu miłości, o splotach losu… No i oczywiście sporo obrazów z życia, kilka historycznych elementów związanych z wydarzeniami w Chinach dopełniają wyjątkowości tej książki. Polecam.

„Łaskawszy niż samotność” Yiyun Li, tłumaczenie Michał Kłobukowski, wydawnictwo Czarne, 2015.

„Roztopy” Jędrzej Pasierski

„Roztopy” to drugi tom z serii kryminalnej z podkomisarz Niną Warwiłow, którą poznałam w „Domu bez klamek” (recenzja tutaj). Tamta książka była ciekawa, choć poprawna, nic rewelacyjnego właściwie. Tutaj jest już nieco lepiej. Bardziej mnie wciągnęła sama fabuła, klimat beskidzkiej wsi Bukowce i pobliskich Gorlic, gdzie społeczność niewielka, aczkolwiek z ciekawą historią związaną na przykład z przesiedleniami Łemków. Wieś Bukowce naprawdę nie istnieje, ale mogłaby, wydaje się być wiarygodna i bardzo realnie przedstawiona.

Pasierski w „Roztopach” wprowadza nas w dalsze losy Niny Warwiłow, skutecznej i energicznej babki, która pracując w policji na Pradze -Północ musi mieć twardy tyłek i konkretne podejście. Aktualnie przebywa na urlopie macierzyńskim po urodzeniu córeczki ze związku z facetem, z którym już w tamtym tomie się rozstała. Teraz jej obecnym partnerem jest prokurator. Właściwie nie byłoby to istotne, ale sporo jest tu odniesień do życia Niny (co determinuje książkę w sumie bardziej jako obyczajową, aniżeli kryminał) która boryka się z pewnymi osobistymi rozterkami i właściwie to sama nie wie czego chce. Nieco irytująca była w tym tomie, no ale kobiety często z natury lubią tak dywagować, myśleć, analizować….

Przechodząc do fabuły. Do Bukowców przyjeżdża młoda lekarka- dermatolog, Joanna Pascho. Kobieta zdecydowała się rzucić pracę w korporacji medycznej w Warszawie, sprzedać mieszkanie i przeprowadzić się na wieś, w góry. Beskid Niski wydaje się idealny, dlaczego? W każdym razie, dom jaki kupiła okazuje się kompletną ruderą, wymagającą właściwie odbudowy a nie remontu. Jej marzenia o sielskim życiu nieco przygasają, ale kobieta jest w miarę dobrej myśli, powoli poznaje społeczność wsi, która wydaje się być nieco ostrożna i nieprzyjazna. Dochodzi do pewnych dziwnych zdarzeń, a potem nagle pstryk i Joanna znika. Ślad po niej ginie, zostają narty porzucone w śniegu. Śledztwo zaczyna prowadzić miejscowy glina, Karpiuk, który jest bardzo złożoną postacią. Właściwie to on ciekawił mnie najbardziej. Jego życie jest życiem po prostu smutnym. A dlaczego?

Nina przyjeżdża do Bukowców, bo Joanna okazuje się być jej koleżanką z jogi. Mimo swojego urlopu, kobieta zostawia 3-miesięczną córkę pod opieką ojca i partnera (bo sama nie może się zdecydować, kto lepiej się zajmie dzieckiem) i postanawia rozwiązać sprawę zaginięcia koleżanki. To oczywiście jej się udaje, bo jej zmysł łączenia faktów i wątków jest rzeczywiście niesamowity. Końcówka mnie totalnie zaskoczyła. Musiałam czytać ją dwa razy, bo nie wierzyłam. Sprawa okazała się tak zagmatwana i początkowo kompletnie dla mnie niewiarygodna.. ale właściwie po zastanowieniu, dochodzę do wniosku, że Pasierski się naprawdę postarał i stworzył całkiem godny finał.

Ogólnie, dostałam to czego oczekiwałam po kryminale. Nie ma tu żadnej brutalności, za to jest sporo „rozkminiania”, kto, co, z kim, i dlaczego. Postacie, które były poboczne okazują się bardzo istotne, a sama sprawa bardzo ciekawie poprowadzona. Karpiuk jest bardzo dobrą postacią wprowadzoną do tej historii. Dzięki niemu cała fabuła nabiera kolorytu, jeśli mogę tak powiedzieć. Dużo tu też sekretów, mrocznej i smutnej przeszłości, tragedii wpływających na ludzkie życie. Jedyne co mnie irytowało to, jak już wspomniałam, zachowanie Niny – chociaż z drugiej strony często jest tak, że w pracy jest się zdecydowanym i konkretnym, a w życiu prywatnym się miota. To też trochę taka książka o samotności, jakimś braku czegoś, co czyniłoby życie lepszym – kilku bohaterów tutaj ma z tym ewidentnie do czynienia.

Dobra lektura. Niebawem zapewne sięgnę po „Czerwony Świt”.

„Roztopy” Jędrzej Pasierski, Wydawnictwo Czarne, 2019

„Dom bez klamek” Jędrzej Pasierski

Debiut Jędrzeja Pasierskiego jest według mnie poprawny. Nie urywa niczego, ale był dla mnie dobrą rozrywką i mimo tego, że niczego mi nie urwało, to chętnie poznam kolejne tomy serii z podkomisarz Niną Warwiłow, bo to ona jest właśnie główną bohaterką.

To kobieta przed czterdziestką, aktualnie na rozdrożu swojego wieloletniego związku ze swoim facetem, Tomkiem. Jej życie osobiste to porażka, zapewne będzie musiałą opuścić wypasiony loft i przenieść się do mniejszego mieszkania, nadal musi zajmować się ojcem pijakiem, który często zasypia gdzieś na ławce i w swoim otępieniu alkoholowym albo jej nie poznaje, albo rzuca się do bicia. Jedynie w przypływie nostalgii pogrywa na bałałajce, głównie ze względu na swoje rosyjskie korzenie. Nina zatem nie ma się z czego cieszyć, a do tego jej aktualne samopoczucie wskazuje na prawdopodobną ciążę…..z Tomkiem właśnie, tym, który tyle co, się wyprowadził.

Nina Warwiłow ma jednak cięty język, jest bardzo energiczna, konkretna i skuteczna w działaniach policyjnych. Rozwiązała już wiele spraw, być może zawdziecza to genom, bo jej ojciec, ten wymieniony wyżej pijaczyna, był kiedyś bardzo dobrym policjantem, a na pewno swojemu sprytowi. Trzeba przyznać, że świetnie odnajduje się ona w środowisku mężczyzn, twardych policjantów, którzy nierzadko potrafią zajść mocno za skórę (jak na przykład podkomisarz Białek, który z nią rywalizuje o stołek komisarza, choć właściwie Nina ma to stanowisko gdzieś). To naptawdę ciekawa postać, taka z krwi kości, zwyczajna, nie żadna superbohaterka.

W pierwszym tomie, Nina musi rozwiązać zagadkę morderstwa pacjenta szpitala psychiatrycznego w Weseliskach. Wiele ran kłutych na brzuchu na pewno nie zostało zadanych przypadkiem. Zrobił to ktoś, kto na pewno chciał zamordować, być może zemścić się za jakąś przeszłą krzywdę? Podejrzani są współpacjenci z sali, a w trakcie śledztwa podejrzanym stanie się również personel, pielęgniarki, a nawet sam ordynator Barwiecki. Kto tu kłamie i kręci? Nina dokopie się do wydarzeń, jakie zaszły w przeszłości zamordowanego Piotra Setnika. Te z kolei, wywrócą do góry nogami wszelkie wcześniej stawiane przez Ninę hipotezy. Bardzo pomocny okaże się aspirant Chodkowski, który faktycznie jest zadatkiem na świetnego śledczego. Niestety, nie każdy okaże się tutaj tym, za kogo się go wcześniej uważało. Nawet komisarz Matkowski ma swoje za uszami.

Cała druga połowa książki to totalne zamieszanie, trzeba być mocno skupionym, by połapać się w zawiłościach przeszłości Setnika i osób z jego otoczenia. Dlaczego Setnik został zamordowany? Kto się tego dopuścił? I w ogóle kto jest kim?

Jak wybrnął Pasierski z zamieszania, jakie wprowadził? Ano według mnie, wybrnął bardzo dobrze. Można się momentami pogubić, bo pojawia się sporo postaci, ale nie jest to jakieś przekombinowane, czy naciągane. Zakończenie zaskakujące i w sumie uważam, że ciekawie poprowadzone zostały wszystkie wątki. Postać Niny na tyle mnie zainteresowała, że chętnie sięgnę po kolejne części w tej serii. A wyszły już „Roztopy”, „Czerwony Świt”, a 27 stycznia wychodzi „Kłamczuch”. Ponoć z tomu na tom Pasierski wypada coraz lepiej.

„Dom bez klamek” Jędrzej Pasierski, wydawnictwo Czarne, 2018.