„Cholerna książka” Magdalena Czmochowska

cholerna-ksiazka-b-iext55290816 Dawno żadna powieść nie wywołała u mnie podczas lektury, łez… ze śmiechu. Historia Marysi jest napisana tak przezabawnie, że śmiałam się często wręcz w głos. Mówią, że książka podobna jest do historii Bridget Jones, ale chyba nie tak do końca, choć owszem, podobieństw jest sporo.

Nasza bohaterka jest rozwódką, ma dwójkę fajnych synków, jest prawie czterdziestolatką, pracuje jako grafik na zlecenie, ledwo wiąże koniec z końcem i … szuka miłości. Ma dość bycia samotną matką. Podobało mi się, że Marysia jest taka normalna. Z jej problemami mogą identyfikować się właściwie wszystkie kobiety w tym kraju. Każda z nas czasem jęczy na za duży brzuch, opadające cycki, za grube uda. Każda z nas czasem przeklina, upija się, wysyła beznadziejne smsy, które autokorekta w telefonie przerabia na tylko sobie znany szyfr – oto przykład, który mnie doprowadził do długiego rechotu: „Dzień dobry Darku. Przepraszam, była u przyjacielski. Niebieski wzięłam telefonami”. Psia kość, nienawidzę autokorekty! Po cholerę ona jest w ogóle, jak człowiek i tak wypisuje takie bzdury? Dobra, jeszcze raz. „Dzień dobry Darku. Przepraszam, byłam u przyjaciółki, nie wzięłam telefonu.” Dżizes […] Wchodzę pod całkiem chłodny prysznic i piszczę z zimna i szoku jak dziewica podczas gradobicia otoczona plutonem wyposzczonych żołnierzy”.

Każda z nas czasem się potyka i rozsypuje zakupy, albo chrapie, albo łazi cały dzień w brudnym dresie, bo się po prostu „nic nie chce”, a kiedy dzieci wyjeżdżają na wakacje, otwiera wino i ogląda seriale, leniąc się całe dnie. Która z nas nie próbowała „jak to jest” na portalu randkowym? Która z nas nie dostawała zbereźnych maili od facetów szukających tylko seksu? Która z nas wreszcie nie miała kilku zaufanych „psiapsiółek” od serca, z którymi można się upić, które cieszą się naszym szczęściem, albo kopią w tyłek, kiedy nie wiemy co dalej i marudzimy, że jesteśmy beznadziejne? Która z nas nie miała też kilku fajnych kumpli – przyjaciół, z którymi można przegadać całą noc bez podtekstów? Tak jest właśnie z Marysią. Szuka szczęścia w miłości, żyjąc jak wiele z nas. Często przytłacza ją rzeczywistość, ale często też budzi się w niej odwaga i wariactwo. Wszystko w zależności od okoliczności. Bywa naiwnie ufna, niedojrzała, czasem dziecinna, sparza się na kilku znajomościach, o których sądziła, że będą już na zawsze, zakochuje się zbyt szybko,  potem płacze, ale z pomocą przyjaciół (Agaty, Manii, Eweliny, Krystiana, Cieszmira (!), Tymona, Balbina…) jakoś daje radę. Jest w tym wszystkim chęć i motywacja, choć bywa, że łapie chandra.

Czy Maryśka znajdzie swoją drugą połówkę? Czego oczekuje od mężczyzn i czy jej wyobrażenia o nich znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości? No, powiem tylko, że będzie się działo. Perypetii wielorakich będzie multum. Przewinie się w życiu Marysi wiele ciekawych postaci. Jedne zostaną z nią, inne nie. Już te wszystkie wymienione wyżej to baaaardzo ciekawe osobowości. Każda z nich jest świetnie przedstawiona i każda odgrywa wielką rolę w życiu Marysi, ale też w życiach pozostałych osób. Świetnie się wszyscy uzupełniają, takich przyjaźni tylko pozazdrościć! A czym jest tytułowa „cholerna książka”?  To też fajny wątek.

To bardzo dobra powieść! Czyta się jednym tchem, zżyłam się z bohaterką i z innymi, do tej pory pamiętam różne śmieszne sytuacje, jakie im się przydarzyły i pamiętam, jak charakterystyczna jest każda z tych postaci, jak ciekawa i jak inna od pozostałych. Krystian jest przegenialny. Balbin również! Wszyscy zasługują na zapamiętanie :) Świetna książka. Nie byłam przekonana do niej na początku, bo jak słyszę „Bridget Jones” to mnie lekko odrzuca, no ale… Maryśka bije Bridget o głowę, albo i dwie. Cudowna postać (dodatkowo świetna według mnie w roli matki). Autorce gratuluję świetnego pióra, poczucia humoru (z którym bardzo się identyfikuję) oraz pomysłu na wszystkie postaci. Bardzo polecam!!!

„Cholerna książka” Magdalena Czmochowska, wydawnictwo Editio, grupa Helion S.A., 2019.

„Nie taka Szwecja lagom. 20 mitów o sąsiedzie z Północy” Maciej Zborowski

szwefa_iTo nie jest książka, którą była szybko przyswajalna dla mnie, szło mi opornie, ale nie dlatego, że tematyka nie jest interesująca (gdyby taka była nie czytałabym w ogóle tego typu książek, a Skandynawia jednak mnie bardzo „kręci”), po prostu momentami było „zbyt” naukowo i nieco „sucho”. Wykresy, statystyki, dane źródłowe – trochę ciężkawo, ale… informacji o Szwecji jest tu jest mnóstwo, a także porównań do Polski w wielu kwestiach. Autor (skandynawista i przedsiębiorca) pokazuje w jakich dziedzinach jesteśmy podobni do Szwedów, a w jakich kompletnie inni. Nie tylko my, jako ludzie, ale my jako kraj, jako zbiorowisko jednostek, rząd, system polityczny.

Zanim przejdę do treści, muszę przyznać, że ta książka jest bardzo ładnie wydana. Niby standardowy format, ale papier jakby nieco grubszy, „treściwszy”, sporo tu różnego rodzaju zdjęć, grafik, malutkich logotypów – naprawdę wizualnie jest bardzo przyjemnie. Natomiast co do treści, to autor przede wszystkim weryfikuje zakorzenione w naszej mentalności stereotypy. Nie pokazuje Szwecji pięknej i rajskiej, wywleka sporo brudu, pokazuje Szwedów, rząd, gospodarkę, politykę, również z tej mrocznej strony. Ale oczywiście nie tylko. Tyle że, nie jest to książka w której się wyłącznie „pieje z zachwytu” nad tym krajem i nie mówi o nim, że tu wszystko jest „lagom”, czyli w sam raz, akurat, równowaga i zen. Nie…

Sporo tu o instytucji Kościoła, której ostatnio rola staje się bardzo marginalna. I choć kościołów w Szwecji jest sporo, to przeważnie mało kto do nich chodzi, zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie w niedzielę jednak większość Polaków idzie na mszę. W Szwecji jest inaczej. Ciekawostka? Proszę bardzo: „W 2009r. Eva Brunne została biskupem Sztokholmu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest zadeklarowaną lesbijką: żyje w konkubinacie z Gunillą Linden i razem wychowują urodzonego w 2006r. synka”. Można?

Sporo tu o wolności słowa, która oczywiście istnieje, ale za to autocenzura w imię politycznej poprawności jest jeszcze większa, o tolerancji płci (tworzenie np. toalet dla osób, które nie potrafią w swoim odczuciu zdefiniować się jako konkretna płeć), traktowaniu kobiet, o rasie, o uchodźcach i ogólnym podejściu do imigrantów, bo nie wszyscy potrafią pomagać im bezinteresownie, o ustroju politycznym, gospodarce, dostatku (rząd szwedzki wychodzi z założenia, że „najpierw trzeba zarobić, by następnie móc wydawać” i to wtedy można mówić o kraju dobrobytu (w przeciwieństwie do naszego kraju, w którym ponoć też dobrobyt jest…)).

Jest też bardzo ciekawy temat szkolnictwa, młodzieży i ich trybu życia, funkcjonowania rodzin i ich problemów. Wszystko jest dość zbliżone do polskich realiów, ale…  jednak nie to samo. Dlaczego? Interesująco autor przedstawia też najbogatszych Szwedów (twórców Skype’a, Spotify czy sieciówki H&M), oraz koncerny, które są znane na całym świecie takie jak: Ericsson, Ikea, Stena Line, Oriflame etc. Wiele się dowiedziałam.  

Ostatnio gdzieś wpadłam na słówko „fika”. Nie wiedzieć czemu, myślałam, że to słowo japońskie. Okazuje się, że to bardzo przyjemny zwyczaj. „Normą w większości krajów Europy jest, że w czasie pracy robi się przerwy, w czasie których pija się kawę. Jednakże bodaj tylko w Szwecji taka przerwa na kawę jest utartym rytuałem dnia codziennego. Ba, można nawet powiedzieć, że tzw. fika — bo to słowo jest w powszechnym użyciu u naszych zamorskich sąsiadów — to instytucja w rozumieniu socjologicznym, czyli bardzo trwały element porządku społecznego, który to zwyczaj ma znaczący wpływ na ludzkie życie. Skąd nazwa fika? Językoznawcy twierdzą, że pochodzi ona z żargonu garbarzy, którzy mieli w zwyczaju przestawiać sylaby — stąd też pierwotne określenie kawy, kaffi, stało się fiką. Obecnie trudno sobie wyobrazić Szwecję bez tego rytuału — często imigranci mówią, że fika to jedno z pierwszych słów, których dane jest im się nauczyć po szwedzku, a z kolei Szwedzi przebywający dłużej za granicami swej ojczyzny twierdzą, że jedną z rzeczy, których im najbardziej brakuje poza ojczyzną, jest właśnie wspólne picie kawy w pracy”. Podobało mi się, że  w rozdziale poświęconym pracy właśnie, autor potrafił pokazać, że w większości, Szwedzi unikają ciężkich wyzwań, nie zostają po godzinach, nie przepracowują się, trzymają się sztywno codziennej rutyny, lubią w trudnych sytuacjach uciekać na zwolnienie, są w pewien sposób bezradni i bierni, żeby nie powiedzieć leniwi i roszczeniowi. Oczywiście to generalizowanie zapewne, ale mimo wszystko…. Pracujący potrafią rozdzielić czas pracy od czasu wolnego, co z kolei bardzo mi się podoba, ale z drugiej strony, chyba zbyt dużo tej „fiki”, skoro w przypadku stresu od razu idzie się na zwolnienie. W Polsce, gdyby tak podejść do sprawy – wszystkie firmy by stanęły, bo nie byłoby komu pracować. 

Sporo tu treści na różne tematy, jeśli kogoś interesuje Szwecja to powinien sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, by może skonfrontować treść z własnymi doświadczeniami i wyobrażeniami… Na końcu każdego z rozdziałów są króciutkie „werdykty” autora, czyli krótkie podsumowanie i odpowiedź na to, czy omawiana kwestia faktycznie jest mitem czy nie. To wcale nie jest taka przytulna i stonowana Szwecja, o jakiej myślałam. To kraj pełen kontrastów, inny krąg kulturowy, który ma swoje atuty, ale też i mroczne strony. Mimo, iż dość długo i momentami bardzo ciężko mi się czytało, to polecam, bo warto. Ja pewnie kiedyś jeszcze wrócę do tej książki, by lepiej się zagłębić w treść, bo to mnie jednak ciekawi mocno.

„Nie taka Szwecja lagom. 20 mitów o sąsiedzie z Północy” Maciej Zborowski, wydawnictwo Editio, 2019

„Miejsce” Dominika Kluźniak

71941596_2539105832804524_7468008779741659136_o„Prawdopodobnie większość z nas przez całe swoje życie nie zaznaje ani razu czegoś takiego – po prostu siedzenia. Sam nie sądziłem, że coś takiego istnieje, taki stan umysłu, niczym niezmącony spokój. Kiedy znajdujesz się poza czasem i nie odczuwasz chęci bycia w jakimkolwiek czasie, kiedy nie masz poczucia jakiegokolwiek obowiązku. Ale jeśli chociaż raz zdoła się tak usiąść, już na zawsze pozostaje się choć odrobinę wolnym”.

M. – mężczyzna, trzydziestoparoletni, z zawodu kucharz, znany z tv i książek, pewnego dnia sprzedaje swoje mieszkanie w Warszawie i kupuje starą chałupę w Karkonoszach, z widokiem na Śnieżkę i Śnieżne Kotły. Chałupa jest po babci, nie ma wygód, ale ma ławkę na podwórzu, przed wejściem. M. nie ma zbyt wiele, poza wspomnieniami Marianny, swojej wielkiej miłości, która jakiś czas temu zginęła w wypadku. Po drodze bierze jeszcze ze schroniska psa, a właściwie Psa. Teraz ma więcej niż tylko wspomnienia.

Pies sprawia, że M. nie czuje się tak całkiem samotnie, pies nie jest człowiekiem, więc to dobrze, bo M. przestał lubić ludzi. Irytują go, ma ich dość, nie chce rozmawiać, nie chce być zależnym od czegokolwiek i kogokolwiek. Chce poczuć się wolny. Ta przemiana dokonała się w nim gwałtownie, ale rodzina (siostra, rodzice) nie bardzo potrafią to zaakceptować i zrozumieć, ciągle licząc, że M. ułoży sobie życie i założy rodzinę. A czy zawsze trzeba w ten sposób? Czasem człowiek pragnie, by być wolnym, by żyć według swoich zasad, nie bacząc na innych, z którymi trzeba byłoby się liczyć. Egoistyczne? Może, ale za to jakże wyzwalające… „Więc nie jestem wariatem, kiedy tak stoję z Psem nad brzegiem strumienia, tylko facetem, któremu się odechciało wielu rzeczy”. A może to depresja? A może to jeszcze pokłosie żałoby? A zresztą… czy w ogóle musi być jakaś przyczyna takiego pragnienia? Nie musi, według mnie. Nawet, jeśli jest.

M. zaczyna przyzwyczajać się do nowego życia. „Nie czuję, że muszę coś robić, że tracę dzień. Jestem. Wstaję. Idę z Psem nad strumień. I to wszystko dzieje się bez zegarka, bez konieczności umieszczania tego w planie dnia. To nie jest żaden punkt pierwszy, drugi ani siódmy, bo takiego planu nie ma”. Totalna beztroska, można powiedzieć. M. ma oszczędności, trochę dorabia przez internet, może sobie na to pozwolić. Przynajmniej narazie. 

Czy zawsze jednak tak będzie? Czy nie zacznie mu brakować rodziny? Znajomych? Kobiety? Czy upora się i pogodzi ze śmiercią swojej ukochanej, kiedy wszystko straciło większy sens? Czy może już zawsze będzie żył wspomnianiami o niej? Jak długo wytrzyma w starej chałupie, siedząc na Ławce (a nie ławce), patrząc na góry, z psem u boku? Czy będzie człowiekiem spełnionym? 

Rany, ta książka mnie wgniotła w fotel. Rozjechała emocjonalnie. Jak ja dobrze się odnalazłam w tym bohaterze. Jak bardzo jest mi on bliski…. Wiem, że ta opowieść już na zawsze ze mną zostanie, będę do niej wracać, podczytywać, rozmyslać, siedzieć jak M. na Ławce, chodzić z Psem w góry, by nie oczekiwać niczego i być dla siebie dobrym, czując spokój, którego często tak brakuje. A później siądę i spojrzę na swoje dłonie, jak M. na końcu książki. Wzruszające to bardzo było … Aż zakłuło.

„Miejsce” jest debiutem aktorki, Dominiki Kluźniak. Ta książka ma zaledwie 160 stron. Kto by pomyślał, że można tu zawrzeć tyle przemyśleń, uczuć, emocji, które biją z monologu prowadzonego przez M. To nie tylko analiza jego dotychczasowego życia, rzeczywistości czy odczuć wobec ludzi. To również opowieść o tym, jak odnaleźć w życiu harmonię i czy w ogóle można (i nie ma to nic wspólnego z poradnikami typu „jak odnaleźć szczęście żyjąc hygge czy inne tam lagom” – to nie ten kaliber).

„Być może coś się kryje i za tym naszym, ludzkim lotem w górę, ku niebu, gdzie jest przecież i nasze miejsce, z pewnością nasze, kogo innego? I w tym locie ku różnym sprawom, ku różnym celom, których sens często widzimy tylko my sami, w naszej krzątaninie, krążeniu w życiu po różnych przestrzeniach, miejscach, relacjach, pragnieniach. Ja też zapewne się miotam. Jestem jak ćma we wszechświecie, choć tego nie czuję. Jestem dla siebie zbyt duży, jestem większy od ćmy, moja bezładność więc jest dla mnie być może bardziej ukryta. Pogardzam ćmą i naśmiewam się z niej, a tymczasem coś większego ode mnie właśnie uśmiecha się pobłażliwie na mój widok…”

Nie wiem jak inni odebrali tę książkę, nie czytałam żadnych recenzji, może inaczej, każdy na pewno ma prawo do własnej opinii. Ja powiem tyle: chapeau bas dla tak pięknie napisanej opowieści o poszukiwaniu własnego miejsca. Ta książka wędruje na podium moich tegorocznych, przeczytanych książek. Jest taka bardzo „moja”. 

„Miejsce” Dominika Kluźniak, wydawnictwo Editio, 2019.

„Jednostka” Ninni Holmqvist

699897-352x500Zaczę od tego, że ogromnie podoba mi się ta minimalistyczna okładka, jej kolor i projekt.

Sama powieść, wbrew kilku już opiniom niezbyt pozytywnym, podobała mi się. Nie jest to może  poważna i ambitna lektura z tematyką dystopijnej rzeczywistości i porównywanie jej do „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood, czy książek Orwella i Huxleya chyba jest nadinterpretacją. Natomiast, czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. 

Momentami czułam się niekomfortowo, bo sama rzeczywistość przedstawiona w historii Dorrit jest dość przerażająca. Autorka pokazuje świat, w którym jest podział ludzi na potrzebnych i zbędnych. Kobieta w wieku 50 lat i mężczyzna w wieku 60 lat, bezdzietni, są klasyfikowani jako zbędni dla społeczności. Muszą udać się do Banku Rezerw, do tak zwanych Jednostek, w których będą żyć dopóty, dopóki ich organizmy będą potrzebne do jakichś celów: testów, badań, eksperymentów, często wyniszczających organizm, donacji organów, aż wreszcie donacji końcowej, czyli de facto śmierci dla dobra innych. Szkoda, że nie jest wyjaśnione dlaczego takie Jednostki powstały, co się wydarzyło, że rządzący tak zdecydowali. Ale właściwie, czy coś musiało się wydarzać? Ktoś, gdzieś na górze zdecydował. To tak jak teraz. Z dnia na dzień zmieniają się regulacje prawne, powstają nowe ulgi dla matek z dziećmi, utrudnienia dla bezdzietnych. Perspektywa takiej przyszłej rzeczywistości, jak w książce Holmkvist, wcale nie jest dla mnie czymś zaskakującym, szczerze mówiąc. Bo dokąd zmierza świat? Jeśli ludzkość nie przetrwa, wszystko inne nie będzie miało sensu.

Każdy z przybyłych do Jednostki wie, co go czeka, jest przerażony, ale zapewnione ma z góry życie w ogromnym komforcie: bardzo dobre jedzenie, butiki z drogimi ubraniami, za które nie trzeba płacić, różnego rodzaju atrakcje i rozrywki. Jednostka, mimo tych wszystkich wygód, jest tak naprawdę więzieniem, z pokojami bez okien, z tarasem pod szklaną kopułą, z brakiem dostępu do świeżego powietrza, światem, z którego nie ma wyjścia. A może jest?  

„Pensjonariusze” tęsknią za swoim dawnym życiem. Prawdziwym, WOLNYM, normalnym. Dorrit śni o swoim psie i spacerach po plaży. Kobiety, które poznała, próbują ją oswoić z życiem tu i teraz, co łatwe nie jest.
„Jesteśmy jak wesołe świnki albo kury wolnego chowu. Jedyna różnica to taka, że świnie i kury nie są, miejmy nadzieję, świadome niczego innego niż chwila obecna”. 

Dorrit w Jednostce odnajdzie miłość, poczuje się potrzebna i kochana. Niestety do czasu. Co takiego się wydarzy? „Kiedyś chyba myślałam, że życie jest moją własnością. Czymś, czym mogę swobodnie dysponować i nikt nie ma prawa zgłaszać do niego roszczeń ani go oceniać. Ale teraz zmieniłam zdanie. Nie jestem posiadaczką mojego życia, ono należy do innych. – Do kogo – zapytał Arnold. Wzruszyłam ramionami: – Do tych, co mają władzę, jak sądzę”.

„Życie i egzystencja nie maw sobie żadnej wartości. Nic nie znaczymy, nawet potrzebni nic nie znaczą. Jedyną rzeczywistą wartością jest to, co wytwarzamy. A co takiego dokładnie wytwarzamy, to odgrywa już mniejszą rolę, najważniejsze, żeby dało się to sprzedać albo zarchiwizować. A najlepiej jedno i drugie”.

Na pewno ta książka byłaby dużo lepsza, gdyby nie nadmiernie przeciągnięty wątek romansu Dorrit z Johannesem. Troszkę powiało mi tanim harlequinem, ale… nie narzekam. Zakończenia się w sumie spodziewałam, choć podświadomie miałam nadzieję na inne.

Podsumowując: interesująca tematyka, która zmusza do postawienia sobie paru pytań, oraz do zastanowienia się nad światem, który z dnia na dzień się zmienia. Nie należy się tu skupiać na tej rozbuchanej miłości między Dorrit a Johannesem, ale na odpowiedzi na pytanie: w jakim stopniu możemy o sobie jeszcze decydować? 

Premiera książki 12 lutego. 

„Jednostka”, Ninni Holmqvist, tłum. Alicja Rosenau, wyd. Editio 2018.