„Zbieranie kości” Jesmyn Ward

86440379_2727224807326962_2197861131890982912_oJesmyn Ward to autorka, której książka Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie zrobiła na mnie spore wrażenie w zeszłym roku. Pamietam emocje, to jak ujął mnie język i sama historia, pamiętam gorący klimat miasteczka Bois Sauvage w delcie Mississippi. Nie inaczej jest tutaj. Nawet akcja dzieje się w tej samej mieścinie. Inni są bohaterowie, choć też czarnoskórzy. Nie wiem, jak to robi Jesmyn Ward, ale potrafi pisać tak, że chłonie się jej opowieść całym sobą, czasem jej język jest zwyczajny, opisujący banalną rzeczywistość, a czasem tak potrafi przywalić akapitem, że człowiek mówi sobie „ależ to jest genialne” (był tu taki jeden fragment pod koniec książki, który mnie totalnie rozwalił w sensie zachwytu i właśnie takiego ‚wow, jak ona pisze!!”).

W Bois Sauvage mieszka ojciec z czwórką dzieci. Skeetah jest najstarszy, ma fioła na punkcie swojej Chiny, czyli suki rasy pitbull, która jest śnieżnobiałym aniołem i wygrywa wszystkie walki psów, a teraz tyle co się oszczeniła. Walki psów to wątek tu dość ważny (choć dla mnie trudny w lekturze, bo nie uznaję i nie rozumiem tego „sposobu zarabiania”). Jest Randall, chłopak, który marzy, by zostać koszykarzem i wyjechać na obóz sportowy, ale niestety ciągle nie może, bo brakuje w domu pieniędzy. Jest Junior, najmłodszy z braci, przy porodzie którego, zmarła Matka całej czwórki. No i jest Esch, 14-letnia dziewczyna, która jest narratorką, zachodzi w ciążę z kolegą (choć ogólnie źle się prowadzi od 12-tego roku życia) i ukrywa ją aż do praktycznie finału powieści, kiedy to nadchodzi huragan Katrina. „Nikt się nie domyśla, że mam brzuch. Może Skeet zwrócił na niego uwagę, kiedy wychodziłam z wody i wkładałam ubranie. Sama już nie wiem, ale nie mam zamiaru pokazywać mu brzucha. Nie pokażę go, póki  żadne z nas nie będzie miało wyboru, kiedy wszystko stanie się oczywiste i nie będzie się dało tego uniknąć, oślepnąć i zamienić w kamień”. Jest jeszcze ojciec, lubiący sobie wypić, dość szorstki w obyciu i wywołujący strach i jednocześnie żałość w rodzeństwie, opętany wizją przygotowań do nadchodzącego huraganu, w który mało kto wierzy. 

Sama powieść to obraz rodziny, która po stracie Mamy i Żony stara się żyć normalnie, choć nie jest to proste. Wszyscy tęsknią, ojciec nadal przechowuje jej zdjęcie, Esch cały czas przywołuje Mamę we wspomnieniach, co uzmysławia nam, że kiedyś było im lepiej, prościej. Życie składało się z ważnych drobiazgów i większej delikatności, spokoju, które dopiero teraz mają wartość. „Kiedy byliśmy mali i Mama budziła nas do szkoły, dotykała najpierw naszych pleców. A kiedy poczuła, że poruszamy się pod jej dłońmi, że zmierzamy w stronę poranka, zwracała się do nas przyciszonym głosem, żebyśmy wstawali, że pora do szkoły. Kiedy umarła, a budzeniem zajął się Tata, skończyło się dotykanie w plecy. Walił w ścianę obok naszych drzwi, mocno, i krzyczał: „Pobudka”. Rzeczywistość teraz jest ciężka, jest biednie, skromnie, a lejący się żar z nieba dodatkowo utrudnia funkcjonowanie.

Bois Sauvage jest mieściną gdzie problem koloru skóry nadal jest widoczny, i choć rodzina Esch mieszka na uboczu i właściwie jej życie toczy się wokół gromadzenia zapasów żywności na czas huraganu, albo opieki nad psem i szczeniakami, to bywają sytuacje, że czują się gorsi. Niemniej jednak są ze sobą mocno związani, opiekują się sobą i próbują jakoś żyć. Tylko Skeet lekko odstaje, kocha swoją sukę nad życie, jest je gotów za nią oddać, co widać będzie dobrze w finale. Mamy wrażenie, że ten pies jest dla niego ważniejszy niż rodzina, choć Skeet głupi nie jest i widzi więcej, niż by się wydawało. Z kolei Esch jest przerażona ciążą i załamana, ale jakoś brnie do przodu. Jak na swój wiek jest mądra i świetnie do niej pasuje cytat z początku książki: „Choć jestem mała, wiem wiele, a moje ciało jest nieskończonym okiem, przez które, niestety, widzę wszystko” (Gloria Fuertes, „Teraz”, cytat z pierwszej strony)

Huragan w końcu jednak nadchodzi…. Czy zmieni wszystko? Czy pozwoli rodzinie na nowy początek, czy ją zniszczy? 

Piękna książka. Brutalna rzeczywistość, brudna, surowa, ale pełna emocji. Fantastyczny język, co pewnie w dużej mierze jest zasługą tłumacza. Nie powiem, która z dwóch powieści tej autorki jest lepsza; czy ta, czy „Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie”. Obie mi się bardzo podobały. Z niecierpliwością czekam na kolejne książki Jesmyn Ward. 

„Zbieranie kości” Jesmyn Ward, tłumaczenie Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie 2020.

„Współczesna rodzina” Helga Flatland

flatKolejna powieść z serii skandynawskiej Wydawnictwa Poznańskie, która mnie ujęła.  Co ciekawe, tu właściwie nie ma akcji jako takiej, za to są przemyślenia i analizy a także cały wachlarz uczuć. Bohaterowie to trójka dorosłego już rodzeństwa. Najstarsza Liv, ma męża i dwoje dzieci; młodsza Ellen ma wreszcie faceta, wydawałoby się, że już na poważnie z którym starają się o dziecko; i najmłodszy Hakon, 30-latek z wadą serca, szukający tylko i wyłącznie wolności, negując wszystko, co wiąże się ze związkami i małżeństwem.

Cała trójka wybiera się na krótkie wakacje do Rzymu. Zabierają rodziców, ojciec ma właśnie obchodzić 70-te urodziny i ma to być taki „niespodziankowy”, przyjemny urlop. Spędzają miło czas, a kiedy podczas kolacji rodzice oznajmiają, że chcą się rozwieść, na cały świat trójki rodzeństwa pada cień. Zaskoczenie miesza się z szokiem i niedowierzaniem, a złość ze smutkiem i w końcu rozpaczą. Czy jest sens rozwodzić się w wieku 70 lat? pytają. Czy po 40-stu latach małżeństwa, naprawdę nie można już tego małżeństwa jakoś dociągnąć… do końca? I skąd w ogóle taki pomysł, że się rozwieść, przecież wszystko układało się świetnie? 

Helga Flatland buduje obraz rodziny, która nagle musi zmierzyć się z czymś bardzo trudnym, zaskakującym i nowym. Jest to nie tylko sprawdzian dla Liv, Ellen i Hakona, ale też dla rodziców, którzy nagle muszą (choć chcą) zacząć mieszkać i żyć osobno. Czy faktycznie nauczą się tej wolności i samotności? Będzie to na pewno ciekawy element powieści.

Fascynująca jest umiejętność Helgi Flatland w przedstawieniu każdej z trzech postaci rodzeństwa z osobna, przedstawienia jej perspektywy widzenia świata i całej tej sytuacji, w jakiej nagle się znalazła. Decyzja rodziców jest jak lawina. Pociąga za sobą wiele pytań, burzy i niszczy wszystko, co do tej pory było ukształtowane, do czego Liv, Ellen i Hakon byli przyzwyczajeni. A przede wszystkim wypacza obraz samych rodziców. Czy gdzieś znajdzie się miejsce na zrozumienie ich decyzji? 

Najbardziej cierpi Liv, jako najstarsza i najbardziej wrażliwa, traci nagle całe poczucie bezpieczeństwa, staje się nieobecna w swoim własnym małżeństwie i nie potrafi nad tym zapanować. Zaczyna zastanawiać się nad sobą, nad swoim brakiem poczucia niezależności. Dociera do niej, że jest po prostu słaba. Ale nie tylko.

Ellen, wydaje się być bardziej zdystansowana i twardsza, ale rozwód rodziców też odbiera jej spokój i pewność siebie. Czy to wszystko co istniało do tej pory zatem było kłamstwem? „Zawsze byłam przekonana, że rodzice są wiarygodni, że są naszymi świadkami historii, dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać, że wiele rzeczy mogli podkoloryzować, ukrywać lub zwyczajnie na ich temat kłamać. Zawsze co prawda rozumiałam, że są różni, i nie do końca pojmowałam, jak działa ich małżeństwo – choć nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam – ale byłam przekonana, że dla nich to wszystko ma sens. Że jest między nimi coś, czego ja sama nie widzę i nie rozumiem, coś mieszczącego się poza sferą mojego pojmowania, lecz mimo to istniejącego obiektywnie”.

No i Hakon, najmłodszy, bieniaminek, cudowne dziecko z dziurą w sercu, tak odżegnujący się od związków i deklaracji, nagle czuje potrzebę bliskości tej jednej kobiety, tylko czy nie jest na to za późno? Na nim również odbije się cała ta sytuacja z rozwodem. I właściwie to może on poczuje największy ból i smutek. Dlaczego?

Ta książka jest niezwykle wciągająca. Flatland tworzy genialne portrety psychologiczne. Jeśli ktoś szuka tu ciętych ripost albo szybkiej akcji, to nie ma po co czytać tej powieści. Trzeba się w nią wgryźć, włączyć do krwiobiegu uczuć i emocji, jakie szarpią naszych bohaterów, wleźć z butami w ich głowy i wspomnienia, by poczuć jaka naprawdę jest ta współczesna rodzina. „W ramach rodziny ludzie nigdy nie widzą się nawzajem wyraźnie, patrzą na siebie przez zasłonę łączących ich relacji” – mówi Hakon. I to jest prawda. Kiedy te relacje nagle się zmieniają, kończą, wówczas odkrywamy się, pokazujemy swoje prawdziwe oblicze, widzimy swoje słabości jak na dłoni. Życie w pewnym sensie się wali. Ale każde takie doświadczenie może być wartościową lekcją i to chyba Flatland głównie chciała, moim zdaniem, pokazać. Świetna powieść.

„Współczesna rodzina” Helga Flatland, tłumaczenie Karolina Drozdowska, Wydawnictwo Poznańskie, 2019.

„Początki” Carl Frode Tiller

65585189_2261179777264803_4020483357816127488_o

„Po jakimś czasie zauważyłem, że zapomniałem zapiąć pas. Już chciałem to zrobić, ale gdy paręset metrów przed sobą na wzgórzu ujrzałem TIR-a, rozmyśliłem się. Odczekałem chwilę i zjechałem na przeciwległy pas ruchu. Ilekroś zdarzało mi się fantazjować o tym, że z sobą kończę, wyobrażałem sobie uroczysty, rytualny wręcz czyn – w tym list pożegnalny, garnitur i ważne dla mnie miejsce. Dlatego ostatnią moją myślą, która przyszła, gdy w nagłym ataku paniki próbowałem ostro skręcić, było to, że mogłem trochę bardziej się postarać”.

Tiller sportretował tutaj rodzinę, której główny bohater, Terje – mąż, syn, brat, próbuje popełnić samobójstwo. Zaczynamy czytać tę opowieść jakby od końca. Terje jest w śpiączce, nie zabił się, nie postarał się zbyt mocno, jak mówi w powyższym cytacie, leży w szpitalu. Obok niego czuwa matka i siostra Anita. Obie rozmawiają ze sobą dość zdawkowo, choć wyczuwa się między nimi jakieś dawne animozje i spięcia. Terje, którego świadomość najwyraźniej zdaje sobie sprawę z sytuacji, patrzy na nie, ale one go nie widzą, ich wzrok przechodzi przez niego na wskroś, on już nie istnieje, leży i umiera, ale czy kiedykolwiek istniał naprawdę? Czy był ważnym członkiem rodziny, lubianym, kochanym, zauważanym? Jego relacje z bliskimi są naprawdę bardzo skomplikowane. Niewiadomego pochodzenia pretensje do siostry, pogmatwana osobowość matki, która wiąże się z dziwnymi mężczyznami, sprawiają, że obraz tej rodziny staje się dość ponury.

Opowieść Terjego to chaotyczne, wybiórcze bardzo, fragmenty z życia, które wspomina będąc w śpiączce właśnie. Czasem cofamy się o kilka dni, czasem o kilka lat, a czasem o kilkanaście. Retrospekcje są dość nieskładne, nie zawsze się ze sobą łączą kontekstowo, ale mnie to nie przeszkadzało. Ten pozorny chaos pokazuje, że wyobcowanie Terjego i jego pogrążanie się w depresji, w mroku i obojętności istniało od zawsze. Niezależnie w jakiej sytuacji osobistej czy zawodowej się znajdował, jego neurotyczna osobowość skazywała go od samego początku na katastrofę. Dlaczego i skąd się to wzięło? Trudno powiedzieć.

To nie jest bohater, którego da się lubić. Jest cyniczny, okrutny i złośliwy. Docinki i pretensje, jakie wiecznie ma w stosunku do siostry, matki, czy żony Turid naprawdę nie są niczym przyjemnym. I choć bywa, że jego ironiczne poczucie humoru może być śmieszne, to generalnie jest to dość przykre i męczące na dłuższą metę. To człowiek, który nie dość, że zniechęca do siebie innych, to dodatkowo zniechęca też siebie do siebie. Idiotyczne prawda? A może nie? Może neurotycy właśnie tak mają, że niszczą się w każdym momencie swojego życia, a ich wewnętrzne demony powoli biorą ich w posiadanie? Walka z nimi staje się ponad siły i właściwie niczego już się nie pragnie, chce się tylko zniknąć. Czasem tylko czuje się czyjąć obecność za plecami, a kiedy oglądamy się za siebie, oczywiście nie ma tam nikogo. Tak zwane „feeling of presence” towarzyszy Terjemu bardzo często, od dzieciństwa do czasu kiedy stał się już dorosłym mężczyzną. 

Oglądając dokument o amerykańskich więźniarkach, Terje mówi: „Czasem łapałem się na tym, że sam pragnę siedzieć w więzieniu. Nie takim jak to, ale w typowym norweskim więzieniu, gdzie osadzeni mieszkają w jednoosobowych celach wyposażonych w łóżko, telewizor, laptop i ciężkie metalowe drzwi tłumiące wszelkie dźwięki. Jednak to nadal więzienie, a ja rozumiałem, że moje pragnienie jest raczej tęsknotą za ucieczką od oczekiwań, zarówno tych, które miałem wobec siebie samego, jak i cudzych oczekiwań w stosunku do mnie”. Szczerość Terjego może dla innych wydać się wygodnictwem, ot, będę robił co chcę, nie mówcie mi jak i co, to moje życie. No tyle że, zwykle tak się nie da. Życie wymaga od nas dostosowania się do sytuacji, do ludzi. I choć to nierzadko sprzeczne z naszą osobowością, czasem musimy się temu poddać. Terje nie chce, nie umie, być może się boi. Jego egzystencjalne dramaty powodują, że Terje nie potrafi się odnaleźć ani w roli dobrego syna, ojca, męża i brata. To dla niego zbyt trudne, wyczerpujące, męczące.

Z zaangażowaniem za to zajmuje się walką w imię przyrody, z ochroną ekosystemów, jest specjalistą w tej dziedzinie, często marzy, by stać się muchą czy motylem, by rozłożyć skrzydła i wzlecieć gdzieś wolny. Widać, że się spełnia w swojej pracy, i choć wie, że każdy z gatunków zwierząt czy roślin w przyrodzie jest niezbędny i nie wolno ich tępić, bo bez nich łamie się cały łańcuch ekosystemu, to sam tępi i niszczy bliskich, z którymi przebywa, niszcząc tym samym własną rodzinę, niszcząc siebie.

Mimo tego wszystkiego, mimo tego destrukcyjnego klimatu i cynizmu, czytałam o Terjim z zapartym tchem. To chyba talent Tillera w przedstawieniu człowieka i jego odczuć. Genialnie to zrobił moim zdaniem. Nie mogłam się oderwać. Z jednej strony, bohater mocno mnie irytował, z drugiej mu współczułam, chciałam pomóc. Jego życie pędziło ku unicestwieniu i śledziłam to z najwyższym zainteresowaniem, co jest dość kontrowersyjne w sumie… Widziałam, że Terje momentami chce się ocalić, zastanawia go, dlaczego nienawiść do wszystkich tak go piecze pod skórą, dlaczego pozwala na to, by zwierzę w nim przejmowało nad nim kontrolę… a mimo to pogrąża sie coraz bardziej i bardziej.

To doskonała, hipnotyzująca powieść. Dająca do myślenia, pokazująca człowieka od tej najbardziej mrocznej, intymnej strony i jednocześnie zadająca pytanie, czy faktycznie można zauważyć początki depresji u człowieka i czy można zapobiec tragedii? Czy znalazłam na to odpowiedź? Hmmm… żeby to było takie proste… 

„Początki” Carl Frode Tiller, tłumaczenie Katarzyna Tunkiel, wydawnictwo Poznańskie, 2019r.

„Życie Sus” Jonas T. Bengsston

83477387_2670304123019031_2968732294652624896_o-001„Sus tak bardzo nienawidzi. Tak wielu ludzi i tak wielu rzeczy. Chociaż „nienawidzi” nie jest właściwym słowem. Sus gardzi. Gardzi tak bardzo, że niemal ją to wyczerpuje. A mieszka w dzielnicy, w której łatwo jest gardzić.”

Sus mieszka w bloku, na duńskim osiedlu, które z opisów bohaterki wydaje się być paskudnym miejscem, gdzie nie ma zasad, a wygrywa ten, kto silniejszy i bardziej się stawia. Dziewczyna cały czas podkreśla, że jest „z bloku”. Ci z bloku, niczego nikomu nie ułatwiają, stawiają opór, żyją po swojemu nie przyjmując od nikogo pomocy.

Sus jest młodą dziewczyną, która nie wygląda na swój wiek, dużo pali, pije śmietanę, by przytyć, ćpa i cały czas testuje siebie. Testuje swój strach i swoją silną wolę. Testuje motywację i odporność na ból. Dąży do perfekcji, chce być jak najlepszy bokser, zaczyna sprzedawać dzieciakom narkotyki i chce być w tym najlepsza, nie myśli o konsekwencjach, bo zależy jej na pieniądzach. Chce kupić pistolet i chce być dobra w zabijaniu, choć jej życiem kieruje nieustająca chęć „zapomnienia o wszystkim, zwinięcia się w małą, naćpaną haszyszem kulkę i oglądania w telewizji programów dla dzieci”.

Dlaczego dziewczyna tak bardzo chce nauczyć się zabijać? Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że tak bardzo pragnie zemsty na swoim ojcu, który niebawem ma wyjść z więzienia? Dopóki nie ma pistoletu, to noże są jej przyjaciółmi. Ma ich sporo, lubi je czyścić i liczyć. Kiedy przygarnia małego kotka, mówi „Niewiele różnisz się od noża […] i ty i on jesteście tylko narzędziami”. Wydawałoby się, że Sus jest kompletnie pozbawiona ludzkich uczuć, gdy tak surowo myśli o zwierzęciu i o tym, co chce mu zrobić. Co wrażliwsi czytelnicy poczują gęsią skórkę, ale Sus tak naprawdę jest wrażliwą dziewczyną. To tylko trauma, jaką przeżyła w dzieciństwie sprawiła, że Sus jakby zatrzymała się w dorastaniu, zarówno psychicznie jak i fizycznie. „Za sprawą noży jej ręce stają się dłuższe, przeczą jej wzrostowi i wadze”.

Cała opowieść to jakby kolejne etapy, jakie pokonuje Sus, by być gotową do starcia z ojcem. Wzrastanie w siłę i jednocześnie w obojętność nie wróży dobrze. Wszystko jest tu takie surowe, odarte z uczuć, nie dające nadziei. Sus budzi współczucie, ale jednocześnie odrazę i strach. Jej agresja wybija się mocno ponad tęsknotę za lepszym życiem. Czy aby na pewno tylko ojciec jest tu potworem? 

Bengsston pisze krótkimi zdaniami. Celnie, cynicznie, prawdziwie. Nie zostawia złudzeń ani nie upiększa. Podaje rzeczywistość duńskiego osiedla taką, jaka jest: bestialską, bezwstydną, beznadziejną. Tu nie ma szczęśliwego hygge. Tu jest mrok, pustka i cierpienie. Tu jest życie Sus. A takich Sus na pewno jest wiele. W każdym kraju… co daje do myślenia.

Świetna proza!

„Życie Sus” Jonas T. Bengsston, tłumaczenie Iwona Zimnicka, wyd. Poznańskie, 2020

„A co wyście myślały. Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja

e036d548-31a6-49d5-9b38-07f348ff97ad_900x„Wyglądacie normalnie, wcale nie jak panie z miasta. Jak was zobaczyłam, pomyślałam, że jesteście z Sanepidu. Bo co by tu obcy robił? To nie jest fajne miejsce – sklep byle jaki, na zewnątrz kosz na śmieci i pijaki. Nic ciekawego tu nie ma, żadnych rozrywek. Jedna osoba potrafi do mnie z dziesięć razy przyjść. Drobną rzecz kupuje i za trzydzieści minut wraca po następną. Żeby tylko się coś działo. Główną atrakcją tygodnia jest kościół w niedzielę. Wszyscy pędzą na mszę, bo niby tacy wierzący, a gdyby tylko mogli, łby by sobie pourywali. Dziwnie tu jest, serio. Chleba może mi zabraknąć, herbaty może zabraknąć, czekolady, ale wódka być musi”.

Autorki objeździły wiele wsi w województwie mazowieckim, które przecież jest dość rozległe i w każdym właściwie rejonie poglądy, zachowania i podejście ludzi do życia mogą się różnić, Objeździły te wsie, których nazw nie wymieniają, po to, by porozmawiać ze zwykłymi kobietami, napotkanymi gdzieś a to w polu, a to przed domem, a to na rowerze w drodze do sklepu, a to w sklepie, na manicure itd. Można się domyślić, że pytają je o to, jak im się na wsi żyje, jak było kiedyś, co sądzą o mieście, jak żyją, bo czytamy już tylko monologi/odpowiedzi tych kobiet. Czasem pojawiają się też krótkie informacje od ekspertów z dziedzin antropologii, etnologii czy socjologii, co nie do końca zawsze mi pasowało, bo trochę gryzło mi się z prostym językiem mieszkanek wsi, ale z drugiej strony czasem się przydawało do szerszego objaśnienia pewnych zagadnień. Czasem też autorki wtrącają krótkie akapity swoich wspomnień związanych z wsią.

W tych opowieściach mamy wszystko: jak to było dawniej na wsi, jak teraz się wieś postrzega, że ci miastowi to tacy mądrzy i wykształceni i zarozumiali, myślą, że na wsi same tępaki mieszkają, słowa „A co wyście myślały?” powtarzają się w kilku wypowiedziach, żeby nie było, że kobiety na wsi to gorsze są, że gorzej żyją i że nie potrafią myśleć. Mówi się o tym, że jedni wyjeżdżają do miast za pracą, bo na wsi już nie opłaca się prowadzić gospodarstw, to nie to co za PGRów, kiedy lepiej płacili. Mówi się o tym, że wiejskie kobiety nie mają aż takiego obycia jak te miastowe, ubierają się w jednym, wiejskim sklepie w to co jest, bo do miasta jechać za daleko a i wydatek większy. Ale niektóre lubią zrobić sobie manicure czy pójść do fryzjera. Czasem, bo generalnie na wsi zawsze jest robota i nie ma sensu zbytnio dbać o wygląd zewnętrzny.

Ta książka równie dobrze mogłaby odnosić się to jakiejkolwiek wsi w Polsce, nie tylko do tych z województwa mazowieckiego. Widać i nawet autorki same piszą w posłowiu, że nie chciały w żaden sposób wyciągać wniosków czy analizować wypowiedzi kobiet. Chciały po prostu ich wysłuchać, oddać im głos, pokazać, że są interesujące. Tylko co dalej? Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o tych kobietach. Mam wrażenie, że to trochę zbyt powierzchowne, no ale z drugiej strony skoro taki był zamysł… 

Podobały mi się te historie. Nie ma w nich zbytniego narzekania, czy skarżenia się na swój los.., choć czuć czasem żal za minionym, albo żal, że nie wiedziało się tego, czy owego, bo mogłoby się wtedy życie inaczej potoczyć. Widać, że ludzie pogodzeni są ze swym losem, że jest im dobrze na wsi, że żyją po swojemu, nawet jeśli ciężko trzeba pracować, bo przez to więcej doceniają i szanują. „My z nieba nie wyszlim. Ale może przez to mniej nam dziś trzeba”.

„Nie jesteśmy jak te cielęta. Mamy swoje zainteresowania, pasje” – mówi jedna z kobiet, która kocha czytać książki. Bo to nie tak, że jak ktoś ze wsi, to już tylko ze świniami w chlewie, albo w chuście w kościele. Dużo tu jest takich zdań, którymi kobiety za wszelką cenę chcą pokazać, że wcale nie są niewykształconymi, ciemnymi „wieśniarami” (jak stereotypowo się mówi). Bo nie są, choć niektórzy wyjeżdżają do stolicy, żeby w sobie takie kompleksy wyleczyć. Bywa, że czasem bardziej wieśniacki jest ktoś, kto z tak zwanej warszawki przyjedzie, dom sobie na wsi wybuduje i siedzi w nim jak panisko jakieś, kontaktu z sąsiadami nie chce, albo się obnosi.

To ciekawy obraz polskiej wsi, ale nie tylko. To również świetna lekcja pokory, szacunku do pracy i ojcowizny. Dzięki tym, niby na pozór chaotycznym, wypowiedziom mogłam się wzruszyć, docenić to, co mam, przypomnieć moje wakacyjne wyjazdy na wieś do rodziny, bo choć wszystko w tej książce jest właściwie oczywiste i niczego nowego się nie dowiecie, to warto czasem zajrzeć za płot do innych, by przypomnieć sobie, jak różni są ludzie i jak mylące są stereotypy.

„A co wyście myślały. Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja, wydawnictwo Poznańskie, 2019.

„Posełki. Osiem pierwszych kobiet” Olga Wiechnik

701708-352x500W 1919r. pierwszy sejm wolnej i zjednoczonej Rzeczypospolitej Polskiej został uznany za otwarty, a weszło do niego po raz pierwszy, osiem kobiet. Marszałek nadal nie umie się przestawić i mówi „Życząc Panom powodzenia….”. „Problem ma też prasa: „posełki”, „posełkinie”, „posłowie kobiecy”, może „poślice”? Nie jest łatwo nazwać kogoś, kto przed chwilą jeszcze nie istniał.

Ta książka to fantastyczna skarbnica wiedzy o kobietach walczących o prawa i godne życie kobiet po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, a nawet i wcześniej, przed I wojną światową. Olga Wiechnik przedstawia każdą z nich w sposób niezwykle interesujący: Zofia Moraczewska, Zofia Sokolnicka, Irena Kosmowska, Maria Moczydłowska, Jadwiga Dziubińska, Anna Piasecka, Gabriela Balicka, Franciszka Wilczkowiakowa wywodziły się z różnych środowisk, miały różne pochodzenie, poglądy czy to lewicowe, czy prawicowe,  doświadczenie życiowe, ale każda z nich była jak lwica. Zmotywowane, zmęczone panującą sytuacją, pewne siebie i pragnące zmian, miały dość niesprawiedliwości i poniżającego traktowania. Wiadomo, że aktualnie prawa kobiet są  i tak mocno podważane, czy ograniczane, ale należy uznać za wielki sukces sam fakt, że kobieta w wielu sferach przestała być zależna od mężczyzny, stała się samodzielną jednostką, uznaną za „myślącą”.

Podobał mi się sposób przedstawienia historii każdej z tych kobiet. Prym wiedzie zdecydowanie Zofia Moraczewska, której życie poznajemy najbardziej szczegółowo i pozostajemy z nią do końca książki, ponieważ występuje w każdym rozdziale. Poprzez listy pisane do swojej siostry Heleny, widzimy jak napięty był jej tryb życia i jaka ona sama była. Pisze m.in. „Wiesz, jedyna – odkryłam – że jest w tym życiu o własnych siłach jedna, wielka korzyść… Ogromnie się wyrabiam pod każdym względem. Co dzień prawie widzę postęp – uczę się energii, spokoju, szybkiej decyzji i organizowania się w każdej sytuacji. Zaczynam być naprawdę całym człowiekiem”. Jej mąż, Jędrzej Moraczewski, również jest mocno zapracowany, żyją praktycznie oddzielnie, a życie ich nie oszczędza. Dzieci rodzą się i umierają, a pomiędzy tym wszystkim Jędrzej, od posła w parlamencie austriackim staje się premierem w rządzie powołanym przez Piłsudskiego, po ustąpieniu Daszyńskiego. Ale nie o nim miało być, choć to ważna, wspierająca we wszystkim żonę, postać. Zofia do końca swoich dni pracuje, zostaje odznaczona Krzyżem Kawalerskim i Oficerskim, a także Orderem Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Niepodległości. Jest niezwykłą kobietą, o której w ogóle wcześniej nie słyszałam (wstyd).

Książkę czyta się jak dobrą powieść z pełnokrwistymi bohaterami, tym bardziej świadomie, że istnieli naprawdę. Czuję ogromny szacunek i podziw. Historycznie, Polska była przecież cały czas na rozdrożu: I wojna światowa, bolszewicy, potem okres międzywojenny, II wojna światowa, ale n.p. Jadwiga Dziubińska znajduje środki i siłę, by utworzyć szkołę dla dziewcząt ze wsi w majątku Kruszynek. Maria Moczydłowska w podkaliskim Liskowie pracuje w szkole rolniczej ucząc wszyskiego, co tylko może pomóc w rozwoju i życiu, nie tylko kobiet, a we współpracy z tamtejszym księdzem Wacławem Blizińskim, wieś rozwija się tak bardzo, że „stawiana jest za wzór w całym Królestwie, jak miejsce z bajki”. Irena Kosmowska zaś to kobieta „o kryształowym charakterze i wielkim sercu, która nie miała rannych pantofli, ale wydeptała ruchowi ludowemu setki ścieżek na swojej rodzinnej ziemi”.

Mogłabym tu wymieniać zasługi wszystkich ośmiu kobiet, o jakich mowa w „Posełkach”, ale musiałabym streścić ksiażkę, a nie o to chodzi. Wspomnę jeszcze tylko o: powstaniu Ligi Kobiet, tajnym nauczaniu, sprowadzaniu jeńców wojennych zesłanych do rosyjskich obozów, uświadamianiu kobiet, co do walki o to, by mogły w przypadku rozwodu być niezależne i mieć prawo do godnego życia, by mogły zawierać umowy, a nawet mieć prawo do utrzymania swojego nazwiska i że ich rolą nie musi być tylko rodzenie dzieci i sprzątanie domu.

Każda z kobiet – ośmiu posełek – znajduje swoje miejsce w kolejnych rozdziałach. Każda z nich warta jest uwagi. Każdej życie to nie tylko pasmo sukcesów politycznych czy społecznych, ale też nieszczęścia, bieda i trudności. Niemniej jednak, skąd brały w sobie tę siłę do walki o swoje prawa i przyszłość kraju? Nie wiem…. Jest to naprawdę godne podziwu i najwyższego szacunku. To także wielka odwaga i upór, by w kraju rządzonym przez mężczyzn, umieć przeforsować swoje racje, kiedy to generalnie, uważa się, że „kobiece mózgi są zbyt małe, żeby mogły pojmować nauki ścisłe, a narządy rodne uniemożliwiają racjonalne myślenie. Niektórzy przestrzegają nawet, że od intensywnego wysiłku umysłowego, wysychają piersi, a dzieci rodzą się wątłe i chorowite”.  

Chapeau bas. Jeden z lepszych reportaży w tym roku, jakie czytałam. Napisany sprawnie, płynnie i ciekawie, przy pomocy sporej ilości źródeł, bez oceniania, bez nadmiernych egzaltacji i peanów. Te kobiety są przedstawiane wręcz w skromny sposób… Ogromnie polecam.  I cieszę się, że ulica, na której mieszkam, nosi imię jednej z posełek właśnie.

„Posełki. Osiem pierwszych kobiet” Olga Wiechnik, wyd. Poznańskie, 2019

„Jej wysokość gęś. Opowieści o ptakach” Jacek Karczewski

Desktop9

Kolejna książka o przyrodzie, jaką przeczytałam z wielką ciekawością i przyjemnością. Razem z egzemplarzem otrzymałam kalendarz na 2020r. ze zdjęciami ptaków autorstwa Arka Glaasa, którego zdjęcia również znajdują się w książce, obok fotografii Agaty i Mateusza Matysiaków. Zawiśnie u mnie na ścianie w styczniu oczywiście. Fotografie są piękne, bo i ptaki to urocze stworzenia, które zachwycają ubarwieniem, śpiewem czy ogólną prezencją.

Słowo o autorze? Jacek Karczewski ma niesamowity dar przekazywania swoich obserwacji i jego ptasie opowieści urzekają detalami, humorem i obrazowością. Jest, jak napisano na stronie jestemnaptak.pl: „Całym sercem oddany idei ochrony przyrody. Sam o sobie mówi,  że ma „odlot na punkcie ptaków”. Kaszub, najprawdopodobniej urodzony w gęsim gnieździe”. Uwielbiam ludzi, którzy potrafią z czułością i miłością mówić o zwierzętach, którzy interesują się ich losem, przejmują się środowiskiem i robią wszystko, by chronić przyrodę. Świetnie mi się tę książkę czytało, nie spodziewałam się, że aż tak miło spędzę czas przy lekturze. 

Zawarto tu ogrom ciekawostek, smakowitych przykładów ptasiej mądrości, a także wiele danych, które oszałamiają, bo czymś niesamowitym dla mnie jest wiedza, ile par ptaków z danego gatunku żyje w danym obszarze, ile lat ze sobą są, jakie mają potomstwo, kiedy odlatują do ciepłych krajów i czy wracają w tym samym składzie, jaki jest ich szlak lotu, czy odpoczywają po drodze, czy nie. To lata cierpliwych obserwacji, doświadczeń i odważnych przedsięwzięć (tu przykład Sachy Dench i jej podróży paralotnią podczas której śledziła migrację łabędzi z Wielkiej Brytanii do Rosji), które Jacek Karczewski opisuje, wspominając ludzi z brytyjskiej organizacji WWT (założonej przez Petera Scotta w celu ochrony mokradeł dla dzikiej przyrody i ludzi), czy ornitologów zjeżdżających się nad Biebrzę czy na Farne Islands.

Opisy różnych gatunków i zachowań ptaków czyta się jak dobrą powieść okraszoną humorem i często ciekawymi przypisami. „Bo jak nie wzruszyć się na widok mknącego niemal na wyciągnięcie ręki maskonura? Przecież on sam wygląda, jakby był wzruszony. Jeśli jest jakiś ptak, do którego ma się ochotę podejść i przytulić, to jest to właśnie maskonur”. Dokładnie tak :) Albo : „Bąk, tajemniczy kuzyn czapli, to ptak, którego całym światem jest trzcinowisko, a jedynym życiowym celem – dobrze się w nim ukryć. Sam wygląda jak trzcina. Zobaczyć go możemy, tylko gdy się porusza. Gdy się zatrzyma, to tak jakby się rozpłynął”. Czy wiedzieliście w ogóle, że istnieje taki ptak jak bąk?? 

To tylko niewielki wycinek… Ptaków są niezliczone ilości. Są łabędzie, oczywiście tytułowa gęś, cietrzewie, gołębie, czaple, nurzyki, kawki, sójki, które wcale za morze nie latają, dzięcioły, które wystukują swoje dziuple nie zwracając uwagi na mizdrzące się do nich samice, przepiękne, malutkie biebrzańskie wodniczki rekordzistki, głuptaki, wróbelki, wiele gatunków kaczek, edredony, których puch zbiera się tonami, mewy, świergotki, remizy, słowiki, które śpiewają najpiękniej, cudne szpaki i łyski.. etc. Wielu ptakom ornitolodzy nadają imiona, tworzą one przeważnie pary hetero, ale bywają i pary homo wysiadujące jaja. Opisy treli mogą zwieść niejednego ornitologa, bo ptaki, jak się okazuje, potrafią naśladować inne ptaki. Niektóre żyją krócej, inne ponad 30 lat, przemierzają tysiące kilometrów podczas swoich migracji, niektóre giną zastrzelone bezsensownie przez myśliwych, inne tracą pisklęta w szponach drapieżników. Jak się rozpoznają? Jak trafiają w odpowiednie miejsce lęgowe? Co przekazują sobie swoim śpiewaniem, chrząkaniem, skrzeczeniem, mową ciała, ubarwieniem piór? Ciekawostek jest tu mnóstwo i mogłabym pisać o nich jeszcze długo…

Ta książka to skarbnica wiedzy o ptakach, podana w przystępny sposób, bez naukowego zadęcia, z humorem, ale to też pozycja, która unaocznia nam, jak ważna jest przyroda dla człowieka. Jak bardzo trzeba dbać o otoczenie, w którym żyjemy i chronić gatunki, które jeszcze mogą na naszej planecie zrobić wiele dobrego dla środowiska. Pięknie wydana książka, ale i pełna mądrości z otaczającego nas świata przyrody. Cenna wiedza. Bardzo polecam.

„Jej wysokość gęś. Opowieści o ptakach” Jacek Karczewski, wyd. Poznanskie, 2019.