Archiwa tagu: wydawnictwo poznańskie

„Linie krwi” Jesmyn Ward

„W delcie Missisipi ziemia była tańsza, więc wzdłuż wybrzeża rozprzestrzenili się czarni Kreole. Łamaną angielszczyzną i francuszczyzną targowali się o swoje hektary. Jednak i oni, i ich sąsiedzi z białej biedoty utrzymywali się z roboty dla bogaczy, zupełnie tak samo jak w Nowym Orleanie: budowali sezonowe rezydencje wzdłuż plaży dla majętnych wychodźców z Nowego Orleanu, sprzątali je, pielęgnowali ogrody, a do tego łowili ryby, krewetki, zbierali ostrygi. Tu jednak mieli przestrzeń, mieli ziemię. Tworzyli własne, zwarte społeczności, zawierali małżeństwa z podobnymi do siebie, na rdzawej glinie wznosili nieduże, koślawe domki. Siali i zbierali niewielkie plony. Hodowali konie, kury, świnie. W lasach za domami montowali tycie bimbrownie, słynące z czystości produktu, jego mocy, oleistej konsystencji, która przepalała gardło na wylot. Parcele dzielili potem między dzieci, a bywało ich w stadku siedmioro albo i tuzin. Dzieciaki od małego uczyli strzelać i kierować autem, posyłali je do jednoizbowych szkół, gdzie nauka kończyła się na siódmej klasie. Ich dzieci budowały własne, koślawe domki, zawierały małżeństwa jako siedemnastolatki czy czternastolatki i zakładały rodziny. A Bois Sauvage nazywały Bożym Zakątkiem”.

W takiej rzeczywistości śledzimy losy bliźniaków mieszkających ze swoją babcią. Chłopcy: Christophe i Joshua właśnie kończą szkołę i chcą znaleźć pracę. W domu jest bieda, babcia prawie ślepnie, matka wyjechała dawno temu i zostawiła synów pod jej opieką, a ojciec jest narkomanem, który właśnie wyszedł z odwyku i ćpa znów. Chłopcy są ze sobą bardzo zżyci, pomagają babci jak mogą, ale zależy im na znalezieniu pracy, by mogli dokładać się do domowych wydatków, by nie musieli jeść tylko kanapek z dżemem czy krewetek złowionych przez sąsiada, które już wychodzą im bokiem. Wszechogarniający upał wysysa z mieszkańców Bois Sauvage siły, nadal w głowach mają oni wspomnienia związane z huraganem Catrina, choć żyją wszyscy w miarę zgodnie i spokojnie, doceniając to, co mają. W miasteczku jedyną rozrywką jest spalenie blanta, mecz koszykówki czy walki psów. Kiedy jeden z braci znajduje pracę w porcie, drugi z nich przeżywa głębokie rozczarowanie. W końcu obaj składali tam CV. Czyżby był gorszy? On przecież też chce uczciwie zarobić. Niestety ta porażka sprawia, że chłopak zajmuje się sprzedażą narkotyków. Czy nie przeszkadza mu to, że jego ojciec jest ćpunem? Czasem zazdrość o to, że komuś lepiej się układa, bywa złym doradcą, a może po prostu chłopak chce być zauważony?

Książka jest debiutem Jesmyn Ward. Wydano ją w tym roku, choć wcześniej ukazały się już inne książki tej autorki: „Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie” i „Zbieranie kości”. Podobnie, jak w poprzednich historiach, akcja dzieje się znów na Głębokim Południu Stanów Zjednoczonych, w tym samym miasteczku Bois Sauvage, którego klimat niejednokrotnie zawarty jest w opisach. I właśnie sednem tej książki są opisy, siła tkwi w szczegółach miejsc, emocji, czynności. Podoba mi się taka niespieszna, pełna melancholii i nostalgii narracja, która jest też bardzo plastyczna. Czytelnik jest w stanie bez problemu poczuć żar słońca, suchość trawy, zapach wody morskiej z portu, brzęczenie owadów nocną porą, pot na koszulkach bliźniaków, kłęby dymu ze spalonych blantów.

Sama historia dotyka głównie potęgi braterstwa, więzów, czy też „linii krwi”, które mimo, iż życie podkłada pod nogi różne kłody, są silniejsze od wszystkiego. Wszystko najlepiej widać w finale powieści, którego ostanie strony wzruszają. Piękna jest też postać babci, która mimo swojego słabego zdrowia tak wspaniale opiekuje się chłopakami, zawsze ma dla nich miłe słowo, liczy się z nimi, a i ich relacja z nią jest pełna szacunku i miłości, mimo, iż jako nastolatkowie mają swoje za uszami. Podobała mi się ta powieść.

Polecam.

„Linie krwi” Jesmyn Ward, tłumaczenie Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Poznańskie, 2021.

„Tylko matka” Roy Jacobsen

Z książkami Jacobsena nie jest łatwo. Jego specyficzny styl pisania i sama fabuła nie odpowiadają każdemu. Tym razem jestem na nie. Zmęczyłam się lekturą, szczerze mówiąc. Przeczytałam do końca, bo gdzieś mi ta ulotność i piękno wyspy Barroy pasuje klimatem, magią, surowością, ale z drugiej strony sama historia już mniej.

Główna bohaterka, którą już znamy z poprzednich części, Ingrid, jest tutaj postacią, która trzyma całą wyspę w garści. Wszyscy mieszkańcy (a jest ich niewielu) stanowią właściwie rodzinę (mieszały mi się imiona, nie bardzo już kojarzę, kto jest kim dla Ingrid). W katastrofie kutra rybackiego ginie mężczyzna, zostawiając synka Matthiasa, który zostaje przygarnięty przez Ingrid. Matthias ma jakąś rodzinę, ciotkę, ale jakoś nikt go nie chce. Chłopiec trafia zatem na wyspę, zostaje najpierw na kilka dni, potem na zawsze. Początkowo małomówny, zaczyna się oswajać, dorastać, zaprzyjaźnia się z małą Kają. I tak sobie wszyscy żyją powoli i spokojnie na wyspie. Choć czy na pewno spokojnie?

Ingrid jest na tej wyspie kompletnie odcięta od świata. Nie bardzo wie, co się dzieje w Norwegii. Wojna już się dawno skończyła, kraj powoli wraca do życia, choć nie jest łatwo. Mieszkańcy jeszcze nie wiedzą jak rozumieć nową rzeczywistość. „Wojna pokazała nam, jak wyglądamy nadzy, pokazała, że to nie zawsze piękny widok”. Ingrid o wielu sprawach dowiaduje się z listów otrzymywanych głównie od swojej znajomej, tej, która również kochała rosyjskiego żołnierza (kochanka Ingrid – odsyłam do poprzednich tomów). Ingrid zastanawia się dlaczego właściwie utrzymuje kontakt z tą kobietą. No bo właściwie po co? Z drugiej strony jednak pragnie mieć taką przyjaciółkę.

Ta książka to dla mnie jeden wielki chaos. Nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej o pozostałych bohaterach, kompletnie mylę ich imiona, ich korzenie, nie wiem już kto zginął, kto się wyniósł z wyspy, a kto na nią wrócił, kto jest czyją córką, siostrą, ciotką – tego jest dla mnie za dużo. Może nawet nie tyle za dużo, co słabo to wszystko jest przedstawione. Nawet jeśli zna się poprzednie tomy, to i tak się nie pamięta wszystkiego, bo one są pisane w podobny sposób. Co do fabuły: są tu fragmenty ujmujące, na przykład ten w którym dochodzi do kolejnej katastrofy kutra: kruchość życia jest wręcz namacalna, a sam fakt, że Ingrid jest bardziej świadomą matką, sprawia, że kobieta głębiej odczuwa lęk. Są fragmenty, które pokazują zwykłe życie – zarzucanie sieci, łowienie, wybieranie puchu z gniazd edredonów – ale naprawdę to tylko fragmenty. Właściwie nie wiem o czym jest ta książka.

Poprzednie tomy podobały mi się, ale też nie było to dla mnie coś rewelacyjnego, ale ten tom kompletnie nie jest dla mnie kameralną i nastrojową powieścią. Zmiany czasów z przeszłego na teraźniejszy i odwrotnie, strasznie oszczędne dialogi, a nawet nie pisane w formie dialogów, tylko opisów tychże dialogów, są do zabicia. No nie da się tego czytać jak powieść, bardziej jak sprawozdanie z czegoś. Sam klimat powieści w jakiś sposób odurza, sprawia, że chce się wracać na tę wyspę, ale jak już się wróci, to można się tylko zastrzelić. Sorry, ale po kolejne tomy (jeśli będą) już nie sięgnę.

„Tylko matka” Roy Jacobsen”, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie, 2021.

„Fiva. Przekroczyć granicę strachu” Gordon Stainforth

„W naszych głosach słychać strach, którego nie potrafimy ukryć, jest zaraźliwy. Infekujemy się wzajemnie swoimi wątpliwościami. W ciągu ostatnich kliku minut wydarzyło się coś niezwykłego: cała nasza pewność siebie jakby rozpłynęła się w rozrzedzonym powietrzu. Jezu, zaledwie sześć tygodni wcześniej w mrozie i śniegu robiliśmy skrajnie trudne drogi w starych butach turystycznych! A teraz co? Nagle nie jesteśmy w stanie się ruszyć. Straciliśmy impet i z trudem odrywamy stopy od ziemi… Na drodze, która po raz pierwszy została zrobiona w 1931r.! Co się dzieje? Skąd pochodzi ta magnetyczna siła, która zmusza nas, byśmy się cofnęli? Jest silniejsza od grawitacji, bo z niej się wywodzi, łączy się z nią i współgra. Teraz musimy stawić czoło i naszym wątpliwościom i górze. Można by pomyśleć, że droga się z nami drażni. Nic już nie jest oczywiste. Nad całym naszym przedsięwzięciem unosi się mgiełka tajemnicy. Kopiec dowodzi, że przed nami z całą pewnością byli tu ludzie, a jednak skała nad nami wydaje się triumfalnie niezdobyta. Trudno to wyjaśnić. Aura, którą emanuje góra, sugeruje, że nasza droga nie prowadzi powyżej kamiennego kopca, Równie dobrze może on oznaczać „Nie ma przejścia” albo „Nieupoważnionym nowicjuszom wstęp wzbroniony”, albo… „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”.

Świetna książka, napisana tak plastycznie historia wspinaczki dwóch braci – bliźniaków, Johna i Gordona Stainforthów, że czyta się to jak thriller. PIerwszoosobowa narracja jest tu atutem, według mnie. Emocje, jakie udzielają się braciom, którzy w wieku 19 lat porwali się na tak trudną wspinaczkę, drogą „Fiva”, dość chaotycznie opisaną w posiadanym przez nich przewodniku, są ogromne.

Norweska Ściana Trolli jest aktualnie słynna i znana w świecie wspinaczy, ale jeszcze nie była taką wtedy, kiedy wspinali się Stainforthowie, a był to rok 1969 (ten sam w którym z sukcesem odbyła się misja Apollo 11 wspomniana również w tej książce).

Jestem pełna podziwu dla tych młodych ludzi, którzy zdecydowali się na taką trudną wspinaczkę, oczywiście sami nie zdawali sobie sprawy z tego, że potoczy się to zupełnie w innym kierunku. Nie tak, jak sobie zaplanowali. Nie tak, że wejdą szybko i szybko zejdą i zajmie im to jeden dzień. Nie pomyśleli o tym, jakie warunki panują w skale, nie wzięli zbyt dużo jedzenia, a ich sprzęt i ubranie wiadomo, że nie były tak wypasione, jak są aktualnie. Wyposażeni w kilka kostek, listków, nylonową linę, jeden młotek i jeden czekan ruszyli w górę. Wejście i zejście zajęło im w sumie około 50 godzin, do tego doszła poważna kontuzja kolana Gordona, z którą musiał się wspinać, bo nie było odwrotu, potem jeszcze, po zdobyciu szczytu, zejście w mocno eskponowanym i nieznanym terenie (bo chłopcy pobłądzili) okazało się być cudem. Bez jedzenia, wyczerpani, przemoczeni, bez snu przez ponad 2 doby, nie wiedzieli, czy uda im się dojść żywymi do namiotu. I przyznaję, że bardzo to przeżywałam.

Droga wspinaczkowa „Fiva” biegnie gdzieś mniej więcej koło tych śnieżnych pól, na lewo od nich, przechodząc przez straszny żleb zwany „Trumną”, zbawienną (wówczas) dla chłopaków „Grań z Niespodzianką”, ale i tak do szczytu jest jeszcze daleko…. W całkowitym pionie to około 1700 m niegościnnego miejsca, z którego sypią się kamienie, a wielka ściana nie oferuje zbyt często możliwości chwytu czy wpięcia przelotu, już nie mówiąc o utworzeniu stanowiska.

Mogłabym pisać i pisać o tej książce, bo wzbudziła we mnie wiele emocji. Podziwiałam odwagę braci, z drugiej zaś strony irytowali mnie swoją brawurą, ale też szanowałam ich zacięcie, szacunek do ściany i pokorę, której nabrali w trakcie wspinaczki. Można powiedzieć, że przez moment czuli się jak astronauci z Apollo 11 stąpający pierwszy raz w dziejach ludzkości po Księżycu.

Świetna, trzymająca w napięciu książka. Ukazała się w Serii Reporterskiej Wydawnictwa Poznańskiego w 2017r., ale udało mi się ją dopiero niedawno kupić. Bardzo dobrze mi się czytało, polecam fanom górskich wyczynów.

„Fiva. Przekroczyć granicę strachu” Gordon Stainforth, tłumaczenie Jakub Jedliński, Wydawnictwo Poznańskie, 2017.

„Wierzyliśmy jak nikt” Rebecca Makkai

„Zaczynasz się czegoś bać i już po chwili boisz się wszystkiego”.

Nie wiem jak mam ocenić tę książkę. Z jednej strony to ważna pozycja, dotyka ciekawego tematu i przedstawia rzeczywistość amerykańskiej społeczności LGBTQ, głównie homoseksualistów w latach 80-tych w początkach epidemii AIDS. Z drugiej zaś strony jest według mnie za długa, trochę przegadana, a niektóre wątki uznałam za kompletnie niepotrzebne. Mamy dwie osie czasowe: drugą połowę lat osiemdziesiąt oraz czas – trzydzieści lat później. I ten drugi właśnie okres uważam za zbędny i wsadzony trochę na siłę. Nie dość, że czasem przez to zbyt szybko wiemy, co się wydarzyło te trzydzieści lat wcześniej, zanim o tym przeczytamy w kolejnym rozdziale, to jeszcze wątek Fiony szukajacej swojej córki w Paryżu (ta, kiedyś od niej uciekła, weszła w jakąś sektę etc) był dla mnie od czapy. Dla mnie istotniejsze było to, że Fiona kiedyś znała wszystkich tych młodych chłopców, o których czytamy w rozdziałach poświęconych latom 80-tym. Jej bratem był Nico, kóry zmarł na AIDS i na pogrzebie, którego spotykają się wszyscy w 1985r. To zresztą od pogrzebu zaczyna się ta powieść. Od śmierci, która będzie się unosiła cieniem nad całą historią. I nie będzie to oczywiście jedyna śmierć.

Ważnymi postaciami są też Yale i Charlie – para gejów, którzy tworzą dość szczęśliwy związek. Charlie pracuje w redakcji gazety poświęconej LGBTQ, a Yale w galerii sztuki przygotowując wystawę szkiców i obrazów znanych artystów lat 60-70tych. Wątek tejże wystawy i spotkań z kobietą, która chce ofiarować wszystkie szkice i obrazy galerii był bardzo interesujący. Dodawał nadziei i optymizmu smutnej rzeczywistości, nad którą uniosło się nagle widmo wirusa HIV i w której wszyscy znajomi Yale’a (przede wszystkim najpierw jego chłopak) okazują się być zarażeni. Jak zatem poradzi sobie z tym Yale? Czy sam uniknie choroby? Co będzie się działo w jego głowie, emocjach, uczuciach? To niezmiernie mnie ciekawiło, wzruszało i naprawdę podobało, o ile mogę tak powiedzieć w tym przypadku.

Ważne tu było też powolne dochodzenie do swoistej prawdy, a mianowicie, że czasem człowiek w tak młodym wieku po prostu odchodzi, bo nie istnieje jeszcze szansa na wyleczenie, że traci on szanse na dalszy rozwój, na poznawanie świata, na kolejną miłość, na uczestniczenie w życiu, po prostu. Dlaczego? Przez pecha? własną lekkomyślność? nieświadomość?

„Żyłem w złotym wieku, Fiona, a o tym nie wiedziałem. Sześć lat temu chodziłem po mieście, żyłem, tyrałem jak osioł i nie wiedziałem, że to nasz złoty wiek. – A co byś robił, gdybyś o tym wiedział? – Yale nie miał pojęcia”. Czy żyłby jak do tej pory, w miarę statecznie, czy bardziej korzystałby z życia? Idealnie do tej powieści pasuje tutaj tytuł książki, chyba zaczerpnięty z „Mojego pokolenia” F. Scotta Fitzgeralda, skoro fragment zamieszczono na samym początku powieści: „Nikt tak nie wierzył, jak myśmy wierzyli. Nigdy nie kochałem nikogo tak bardzo, jak mych rówieśników, którzy przeżywali swoje pierwsze wiosny w ten sam czas co ja, którzy patrzyli już w oczy śmierci, lecz dostąpili łaski – i teraz brną przez to długie, burzliwe lato”.

Dodatkowo tło, jakim jest Chicago jest doskonałe. I choć praktycznie wszystkie miejsca wspominane przez autorkę są (jak pisze w podziękowaniach) fikcyjne to ciekawym doświadczeniem było dla mnie wyszukiwanie w internecie, jak wyglądało Chicago w latach 80-tych, jak wyglądali ludzie, jak się ubierali, co faktycznie miało miejsce, a co nie. Znalazłam na Youtubie fragmenty demonstracji i marszu pod siedzibę ATM w 1990r. (teraz nazwano by to paradą równości), podczas której główny bohater ksiażki, Yale został ranny, choć nie to jest istotne, bardziej istotne jest to, co działo się wtedy w jego życiu, w którym pojawił się strach, wielkie niewiadome i ogromny smutek przeplatany gdzieś jeszcze z nadzieją. Gdzieś w tle mamy utyskiwanie na rządy Reagana, brak tolerancji dla osób mających inną orientacją seksualną, a w drugim wątku czasowym nawet zamach terrorystyczny w Paryżu w sali koncertowej Bataclan (który rzeczywiście przecież miał miejsce).

To wciągająca powieść, dobrze napisana, poruszająca aktualne problemy, ale jak wspomniałam wcześniej, według mnie, ma trochę wad, pewnych rzeczy jest za dużo, niektóre wątki są dla mnie „zapchajdziurą” (niewiele się dzieje w Paryżu, Fiona szuka cały czas córki, to dopiszmy zamach w Bataclan). Generalnie jednak to dobra książka, na pewno ważna, i na pewno świetnie przedstawiająca chaos naszych czasów.

„Wierzyliśmy jak nikt” Rebecca Makkai, tłumaczenie Sebastian Musielak, Wydawnictwo Poznańskie, 2020

„Dziewczyna, kobieta, inna” Bernardine Evaristo

To jest fantastycznie napisana powieść. Początkowo miałam z nią problem. Brak znaków interpunkcyjnych, poza przecinkami czy pytajnikami, brak dużych liter i nie wyszczególnione dialogi, sprawiały mi trudność w czytaniu. Ale… okazało się, że to tylko kwestia przyzwyczajenia. Po kilkunastu stronach, zupełnie przestała mi przeszkadzać struktura powieści, jej wygląd, zdania, które powinny być w jednym wersie, a są w trzech. Wszystko to uwypukla tylko wyjątkowość tej powieści. Czyta się to tak płynnie, tak szybko i z zachwytem dla języka, który jest tu bardzo bogaty, pełny „odcieni”, emocji, a także zwięzłości, celności i puent. Ewidentnie to lekkie pióro Bernardine Evaristo, ale również ogromny talent tłumaczki: Agi Zano, która naprawdę (choć nie znam oryginału) zrobiła z tą powieścią coś niebywałego. Uważam, że język niewątpliwie jest tu ogromnym atutem. Jest piękny, bywa potoczny i prosty, świetnie ukazując różnice kulturowe bohaterów i bohaterek, ich pochodzenie czy przynależność do danej struktury społecznej.

„Dziewczyna, kobieta, inna” to książka opowiadająca historie dwunastu kobiet. Ich życia tętnią, ich problemy są ważne i poważne, ale przede wszystkim uniwersalne. Pochodzenie etniczne, rasa, kolor skóry, przynależność klasowa – to główne kwestie poruszane w tej powieści. Czasem miałam wrażenie, że jest tego za dużo, tak jakby autorka zebrała wszystkie możliwe i istniejące na świecie problemy kobiet i wrzuciła do jednego wora. Ale, czy faktycznie tak należy na to patrzeć? Wydaje mi się, że jednak ważnym jest tak duże skondensowanie tych wszystkich problemów w jednym miejscu, bo to pokazuje czytelnikowi o co tak naprawdę człowiek powinien walczyć i jak się czuje, gdy na jego drodze pojawiają się bariery związane z kolorem skóry czy pochodzeniem. Same bohaterki (których imion już nawet nie pamiętam) nie są tu chyba aż tak istotne, choć gdyby o każdej napisać osobną książkę, to każda z nich byłaby na pewno bardzo ciekawa. Myślę, że bardziej należy się skupić na opisanych przez nie traumach, niesprawiedliwościach, traktowaniu – tak przynajmniej ja to odbieram.

Każda z kobiet, nieważne w jakim jest wieku i na jakim etapie życia, boryka się tu z czymś, co każe jej walczyć o siebie. Jedna w wieku trzynastu lat przeżyła gwałt zbiorowy, inna (lesbijka) była w toksycznym związku, który dusił ją do granic możliwości, inna (z racji tego że jest kolorową kobietą) walczyła przez wiele lat, by wyreżyserowany przez nią spektakl „Ostatnia Amazonka Dahomeju” (zresztą symbolicznie ważny dla każdej kobiety – wojowniczki) został wystawiony w londyńskim The National, jeszcze inna z kolei dorasta i szuka własnej drogi, uczy się czym jest tożsamość seksualna, walczy o prawa osób niebinarnych czy nieheteronormatywnych, a jeszcze inna próbuje nauczyć swoje dzieci odwagi, by przestały się bać tego, że są „kolorowe”. Są tu matki, córki, kochanki, babki, które tworzą wspólnotę dziewczyn, kobiet, innych. One pragną być kochane i akceptowane, i mieć pełne poczucie własnej tożsamości i wartości, w którym kolor skóry przestaje być istotny. To co tu jest bardzo ważne to „czarne braterstwo i siostrzeństwo”. Ale nie tylko historie kobiet są tu obecne, jest też opowieść o Rolandzie, kolorowym geju, który uważa, że „niby dlaczego to on miałby dźwigać na swych barkach ciężar reprezentowania tej tożsamości, skoro ona i tak będzie mu jedynie kulą u nogi? od białych oczekuje się tylko, że będą reprezentować samych siebie, a nie całą swoją rasę”.

Podobało mi się, że wszystkie te historie w jakichś malutkich szczególikach łączą się ze sobą i tak naprawdę można by uznać, że ta powieść jest zwyczajnie o aktualnym społeczeństwie, o CZŁOWIEKU. Możemy go nazywać transpłciowym, lesbijką, gejem, transkobietą, transmężczyzną, sychnogenderem czy polygenderem, ale za każdym razem jest to człowiek, istota ludzka, której należy się po prostu szacunek. „o, być jedną z uprzywilejowanych tego świata, którzy za coś oczywistego biorą swoje prawo do surfowania po całym globie, niezakłócenie, niepodejrzanie, z poszanowaniem”.

Ważnym tłem jest Londyn czy inne miejsca a Wielkiej Brytanii. Opisy ulic, spelunek, klubów, sklepów, squatów, wszystko to jest idealnie wpasowane w historię, co czasem dodaje mroku psychodelii a czasem też schronienia przed złem tego świata.

Świetnie przedstawiony świat, pełen różnych hierarchii, brudu i kontrastów, a z drugiej strony pełen życia, pulsujący wręcz siłą i różnorodny tak bardzo, jak tylko mógłby być, gdyby nie był tłamszony przez władców naszego świata, którzy kwestie tolerancji, rasy, tożsamości seksualnej, wyznania, upychają w najgłębsze czeluście, lub pałują, bo zwyczajnie boją się inności, chcąc władzy nad zerojedynkowym światem, który przecież nigdy taki nie był i nie będzie.

„Dziewczyna, kobieta, inna” Bernardine Evaristo, tłumaczenie Aga Zano, Wydawnictwo Poznańskie, 2021

„Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon” Marc Bowden

„Zaginięcie Sheili i Kate od lat domagało się sprawiedliwości. To nie byla wyłącznie kryminalna zagadka, ale też lokalna trauma. Napełniające nas największym przerażeniem zbrodnie to te, do których dochodzi, gdy wszyscy czujemy się bezpieczni i szczęśliwi. Ta zbrodnia stanowiła cios w samo serce lokalnej społeczności, była wstrząsem dla każdego, kto kochał swoje dziecko lub pamiętał, jak sam był dzieckiem. Dla Wydziału Policji hrabstwa Montgomery było to również źródło wstydu, plama zarówno na zawodowym, jak i osobistym honorze. Na zawodowym, ponieważ śledztwo pozostawało nierozwiązane i należało do najgłośniejszych tego typu spraw w historii wydziału w ostatnim półwieczu. Na osobistym zaś dlatego, że jeden z dwóch braci dziewczynek, Jay, gdy dorósł, wstąpił do policji, Za sprawą panujących wśród policjantów silnych braterskich więzi zniknięcie sióstr stało się dla nich rodzinną tragedią. Śledztwo to było niczym kamyk w bucie dla całego wydziału”.

Marc Bowden, amerykański dziennikarz, autor m.in. książki non fiction „Polowanie na Escobara”, napisał tym razem reportaż o siostrach Lyon, który czyta się jak najlepszy kryminał. Zaczęłam i przepadłam, ponad 520 stron połknęłam w jakieś 3 wieczory. Dwie dziewczynki, 10 i 13 lat, przebywały w 1975r. w centrum handlowym Wheaton Plaza, z którego po prostu nie wróciły do domu. Całkowicie zaginął po nich ślad. Niewybrażalna sytuacja…. a jednak. Policja po długim czasie poszukiwań, przesłuchań, zawiesza śledztwo, a papiery odkłada do archiwum. Jednak po latach, w 2013r. śledztwo zostaje wznowione. Czy pojawiło się zatem coś nowego w sprawie? Czworo śledczych z policji z hrabstwa Montgomery: Chris Homrock, Dave Davis, Katie Leggett i Mark Janney zauważa w aktach pewien jednostronicowy raport z przesłuchania Lloyda Welcha, młodego meżczyzny, który w 1975r. zgłosił się na policję, by zeznać, że widział dwie dziewczynki, które wsiadły do samochodu pewnego człowieka z magnetofonem, chodzącego wcześniej po centrum handlowym. Jednak…nie wiedzieć czemu, na raporcie z tego przesłuchania w 1975r., oficer Steve Hargrove, dopisał „Kłamie”. Dlaczego zatem śledztwo utknęło? Dlaczego nikt nie skupił się na Welchu bardziej? Co takiego wydarzyło się podczas tamtego przesłuchania, że uznano, iż mężczyzna kłamie. Musiało minąć 38 lat, by sprawa ruszyła z miejsca…

I tu dopiero zaczyna się jazda bez trzymanki. Lloyd Welch zostaje odnaleziony po latach przez śledczych. Przebywa w więzieniu z wyrokiem za różne przestępstwa. Niemniej jednak policja zaczyna przesłuchania… To, co wyjdzie w trakcie tych przesłuchań, a będą się one ciągnąć i ciągnąć… naprawdę mrozi krew w żyłach i wprawia w zdumienie. Muszę powiedzieć, że ten reportaż, to przede wszystkim brawurowy popis umiejętności śledczych. Jak jest napisane na okładce „to krok milowy w dziejach amerykańskiej kryminalistyki” i to chyba fakt. To w jaki sposób śledczy przesłuchują podejrzanego, jak zdobywają jego zaufanie, jak potrafią cierpliwością, precyzyjnością i sprytem wyciągać z niego najdrobniejsze szczegóły, które i tak za każdym razem właściwie są zupełnie inne – to coś niesamowicie fascynującego! A z drugiej strony, równie fascynująca jest osobowość Welcha, który opowiadając po raz kolejny to, co widział, czego nie widział, albo to, co zrobił, czy nie zrobił, przedstawia siebie co rusz w innym świetle. Nie wiadomo już co jest prawdą, a co kłamstwem. Genialnie zostało to przedstawione i opisane przez Bowdena. Całą historię czyta się z niesłabnącym napięciem i właściwie to do samego końca nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło z dziewczynkami.

Poznajemy w trakcie śledztwa wiele różnych postaci, głównie z rodziny Welcha, ale nie ma tu czegoś takiego, że podczas lektury czujemy przesyt imion czy jakiś chaos. Wszyscy mają tu swoje miejsce i każda z postaci jest dokładnie przedstawiona, podobnie jeśli chodzi o osoby śledczych. Sam Lloyd Welch to natomiast osobowość, która ukształtowana została na bazie mrocznych przeżyć z dzieciństwa i lat późniejszych, a trzeba dodać, że pochodził on z mocno „wynaturzonej” rodziny, w której m.in. molestowanie seksualne było na porządku dziennym właściwie od pokoleń. I choć jest to dość „mocny” temat, to ciekawie czyta się (pod kątem psychologicznym) o konsekwencjach/następstwach pewnych zaprzeszłych sytuacji w danej rodzinie i o tym ,jak również była ta rodzina widziana przez sąsiadów, czy innych znajomych. Jedna ze śledczych, Katie, mówi o Welchu „Wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z potworem (…)”, również sam autor reportażu, Marc Bowden spotkał się z Welchem – jakie były jego wrażenia?

To bardzo, bardzo dobrze napisany reportaż. Ogromnie się cieszę, że mogłam go przeczytać przedpremierowo. Kunszt autora i jego pióro sprawiły, że czytało się to jak najlepszy thriller/kryminał i do tej pory (a minął już chyba tydzień od lektury) pamiętam niektóre kwestie wypowiadane przez śledczych czy Welcha. Podziwiam za ogromną cierpliwość obie strony (przesłuchujących i przesłuchiwanego), również za spryt i za zaangażowanie w sprawę, którą udało się w końcu rozwiązać, choć dziewczynek nigdy nie odnaleziono.

Mistrzowski reportaż! Premiera 23.03. 2021 nakładem Wydawnictwa Poznańskie

„Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon” Marc Bowden, tłumaczenie Mariusz Gądek, Wydawnictwo Poznańskie, 2021

„Oczy z Rigela” Roy Jacobsen

„Ingrid Marie Barrøy znajdowała się pośrodku kraju, ponas siedemset kilometrów od domu. Siedziała na skrzyni z piaskiem, liczyła samochody i rowery, słuchała silników, donośnych i cichych głosów, aż wreszcie celem podróży stało się samo licenie. Liczyła dziecięce wózki i matki, widziała lokomotywy z nieprzeliczonym ciągiem wagonów z drewnem. Widziała trzech małych chłopców biegających wśród pyłu przemieszanego z trocinami i kopiących ciężką brązową piłkę, która sięgała im do połowy chudych gołych łydek. A kiedy zobaczyła autobus, mało brakowało, a policzyłaby również i jego. Uświadomiła sobie, że właśnie zapomniała o wszystkim, że nie myślała o tym, gdzie jest i dokąd zmierza, nie myślała już o Aleksandrze ani o ojcu, matce czy Barbro… Wspięła się po stopniach i zagłębiła w ciężki zapach ludzi zamkniętych w zbyt brutalnym cieple, nabrała tchu i znalazła dla siebie siedzenie klejące się do ud, podniosła Kaję do wąskiego okienka pod półką na bagaż, które dało się otworzyć jak klapka, usłyszała śmiech córeczki i kiedy autobus ruszył, zobaczyła, że wiatr bawi się jej włosami”.

Po dwóch poprzednich tomach „Niewidzialni” i „Białe morze” przyszła kolej na „Oczy z Rigela”. Ingrid jest tu główną bohaterką, podobnie zresztą jak w poprzednim tomie, w którym poznała Aleksandra – Rosjanina, który przeżył katastrofę niemieckiego statku wojennego Rigel i spędził z nią na wyspie ukrywając się przed Niemcami jakiś czas. Nawiązało się pomiędzy nimi uczucie, a jego owocem jest córeczka Kaja o oczach Rosjanina, czarnych, głębokich, łatwych do rozpoznania dla tych, którzy znają mężczyznę. Ingrid wiedziona tęsknotą i pragnieniem odnalezienia Aleksandra wyrusza w długą podróż jego śladami. Kiedy nagle opuścił wyspę, poczuła dotkliwą stratę. Teraz pragnie go odnaleźć, chce pokazać mu córkę, chce znów poczuć się bezpiecznie przy nim. Jej siła i motywacja są ogromne. Kobieta pieszo, trzymając dziecko w chuście na piersi, a drogocenną walizkę w ręku wyrusza norweskimi szlakami poprzez surową przyrodę.

Napotkani po drodze ludzie wskazują jej drogę, ci, którzy widzieli żołnierzy, a wśród nich Rosjanina o okaleczonych dłoniach jak Aleksander, pomagają jej, rozrysowują na mapach miejsca, gdzie mógł się przedostać, dotrzeć. Kobieta czasem musi poruszać się pociągiem, czasem rowerem, głównie jednak pieszo. Walizkę zamienia na plecak, śpi pod drzewami albo u przypadkowych ludzi, czasem kilka dni gdzieś pracuje, byle zarobić na jedzenie i bilety. Droga prowadzi przez małe wioski, miasta takie jak n.p. Trodheim, aż do obozu koncentracyjnego Sonderlager Mysen.

Mamy rok 1946, zatem czas tyle co po zakończeniu wojny. „Okupacja Norwegii miała szczególny charakter; w wielu miejscach przypominała formę niemalże współpracy, ludzie się pobrudzili, a teraz usiłują zmyć z siebie ten brud, kraj umywa ręce. Tak, nawet wielu z tych, którzy naprawdę czegoś dokonali, wie, że mogli zrobić więcej, i woli, by im o tym nie przypominano”. Sporo przypadkowych osób jednak pamięta Rosjanina, który chciał się przedostać do swojego kraju. Ślady nie są wyraźne, raczej mgliste i niepewne, ale kobieta niezłomnie wierzy, że wreszcie znajdzie swój cel. Czy faktycznie tak będzie? Czego Ingrid dowie się o Aleksandrze? A czego dowie się o sobie? Jak zakończy się jej podróż?

Najciekawsze dla mnie w tej powieści było jednak jest to, że ta droga, podróż, jak w początkowym cytacie, stała się dla Ingrid czymś w rodzaju ukojenia w ciężkich czasach, i mimo trudności, jakie ta podróż sama w sobie powodowała, to poszukiwanie prawdy „stało się rozpaczliwą pogonią za punktem zwrotnym” wywołującą coraz większą tęsknotę za domem i powrotem. Podróż pomogła też Ingrid uporządkować w głowie pewne rzeczy, a to, czego się dowiedziała sprawiło, że zrozumiała, jak w ogóle ważne jest życie, szczególnie to życie po miłości.

Jacobsen ma swój styl, nieco zdawkowy, dość prosty i chłodny, co może męczyć i momentami męczyło. Klimat wyspy Barrøy gdzieś sie ulotnił, ale nic dziwnego, skoro wyspa pojawia się tylko właściwie na początku i końcu książki. Brakowało mi jej, bo jednak w poprzednich tomach to ona była niezwykłym tłem i jednocześnie kolejnym bohaterem powieści. Tu jednak też nie brakuje przyrody, wędrujemy z bohaterką przez lasy, wchodzimy na wzgórza, z których roztaczają sie widoki na wioski i fiordy, mijamy jezioro Tinnsjøen i patrzymy na Wyspę Boskiej Góry. Ogólnie czytało mi się dobrze, ale nie była to najlepsza powieść Jacobsena, jaką czytałam – jednak najbardziej podobał mi się pierwszy tom „Niewidzialni” (oczywiście warto czytać po kolei).

„Oczy z Rigela” Roy Jacobsen, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie, 2020