„Pszczoły i grom w oddali” Riku Onda

89603319_2774555642593878_8540865269248032768_o„Gdyby zapytać, czy można przekładać sztukę na punkty, każdy pewnie się zgodzi, że nie sposób. Każdy to rozumie. W głębi serca jednak pragnie się takiej oceny. Ludzie chcą widzieć tych wybranych, zwycięskich, ten talent, który został dany tylko garstce. Im więcej wkłada się w to wysiłku, tym bardziej poruszają radość i łzy, tym większa ekscytacja. Ludzie ponad wszystko chcą widzieć proces, który do tego wiedzie. Chcą oglądać tych, którzy stoją skąpani w świetle reflektorów, a także łzy tych, którzy odchodzą w cień”.

Książka „Pszczoły i grom w oddali” japońskiej pisarki Riku Onda, to opowieść o pasjonatach muzyki klasycznej, pianistach i pianistkach, którzy stają do Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Yoshigae. Są wśród nich młodzi studenci, jak przystojny i bardzo zdolny Masaru, są tacy, którzy kiedyś byli na dobrej drodze do sławy ale coś im w niej przeszkodziło, jak Eiden Aya – młodziutka ale niegdyś zwana genialnym dzieckiem, kobieta, jest także Takashima Akashi – pracownik sklepu muzycznego, który chce udowodnić wszystkim i sobie, że ma talent.

Pojawia się też Kazama Jin – nastolatek, który nie skończył szkoły muzycznej, jest biednym synem pszczelarza, nie mającym nawet w domu fortepianu do ćwiczeń. Jedyne, co go kwalifikuje do eliminacji, to list polecający od zmarłego niedawno, słynnego profesora Hoffmana, postrzeganego w świecie muzyki jako ta najwyższa półka. Zaszczytem i honorem było być kiedykolwiek jego uczniem. Wiedzą to głównie jurorzy. List polecający jest dość zaskakujący i tajemniczy, a Kazama Jin faktycznie staje się  objawieniem konkursu. Nie dość, że posiada niezwykłą umiejętność grania ze słuchu (a ten słuch ma ponadprzeciętny) nawet najtrudniejszych utworów, co z jednej strony wywołuje w jurorach zachwyt i ekstazę wręcz, a z drugiej uważane jest za bezczeszczenie muzyki i niestosowność, to jeszcze gra tak swobodnie, wręcz trójwymiarowo, że na przesłuchania konkursowe zaczynają przychodzić tłumy. 

Marzeniem Kazamy Jina jest wygranie konkursu, bo tylko wtedy będzie mógł kupić sobie fortepian. To skromny dzieciak, ale bardzo wrażliwy i inteligentny. Wydaje się, jakby w ogóle nie stresował się konkursem, podczas gdy wszyscy inni ćwiczą zawzięcie i modlą się o spokój wewnętrzny. Jego podejście do muzyki jest niespotykane. On nie chce tylko grać, bo to kocha.

„Rozmawiałem z profesorem, wiesz. Teraz na świecie pełno jest najróżniejszych dźwięków, ale muzyka jest zamknięta w pudełku. A dawniej świat opływał w muzykę.

– Aaa rozumiem. Dawniej zapisywali muzykę, którą słyszeli w świecie. Dziś nikt już nie słyszy w naturze muzyki. Wszyscy myślą, że muzyką jest to, co mają pozamykane we własnych uszach.

– Właśnie, dlatego nauczyciel powiedział, żebym zamkniętą muzykę zwrócił na jej pierwotne miejsce. Jak to zrobić?”

Cała fabuła książki to trzy etapy konkursu i finał, który będzie najtrudniejszym etapem dla tych, którzy przejdą. Będziemy towarzyszyć im w zmaganiach, chłonąc przepiękne opisy granych utworów, poznając przeszłość uczestników i ich problemy. Niemniej jednak, to co się wydarzy w tym konkursie, zmieni na zawsze jego uczestników. Dodam tylko, że to właśnie przez postać Kazamy Jina. Co zatem się wydarzy? 

Ta książka to rarytas dla miłośników muzyki klasycznej. Sama nie mam zbyt dużego pojęcia o utworach tego gatunku, wiedzy o: glissando, tremolo czy trylu. Znam nazwiska kompozytorów wymienionych w powieści, ale nie znam ich utworów. Obracam się w dość ciężkich klimatach muzycznych, ale uwierzcie, że podczas lektury tej książki szukałam na youtube wymienianych kompozycji i słuchałam niektórych koncertów, recitali. To było niezwykłe przeżycie. Podziwiam Riku Onda za wiedzę muzyczną, za umiejętność przedstawienia muzyki w tak piękny, obrazowy, choć prosty sposób. Po przeczytaniu tej książki i posłuchaniu na przykład „La Valse” Ravela (baaaardzo trudny utwór) albo Piano Concerto no.2 Prokofieva (!), doceniam, szanuję i ogromnie podziwiam kunszt pianistów, ich umiejętności, lata ćwiczeń techniki, znajomość nut, które są dla mnie kosmosem. Wielki, wielki PODZIW dla tej zupełnie nieznanej mi do tej pory, sfery muzyki. To wszystko dzięki tej książce. To 460 stron muzycznego wszechświata, ale też poszukiwania siebie. I mimo, że to nie był mój wszechświat, to zrozumiałam choć w części jego zasady.

Polecam.

„Pszczoły i grom w oddali” Riku Onda, tłumaczenie Katarzyna Sonnenberg-Musiał, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020.

Stosik marcowy

Sytuacja w kraju wiadomo jaka jest. Ja również siedzę w domu od dzisiaj, narazie nie wiem jak długo i jak się potoczy dalej sytuacja w pracy, niemniej jednak, lepiej zapobiegać, jak to mówią. Przy okazji jest czas na nadrobienie lektur, seriali itp., no i na odpoczynek, jakby nie patrzeć, którego mi bardzo brakowało. I choć pogoda nie zachęca do siedzenia w domu, to pamiętajmy, że lepiej cierpliwie unikać zatłoczonych miejsc i korzystać ze uroków zbliżającej się wiosny rozsądnie.

Zdobycze książkowe, jakie napłynęły do mnie w ostatnich marcowych tygodniach prezentują się poniżej. Pierwszych pięć książek od dołu to egzemplarze do recenzji od wydawnictw (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Muza i Skarpa Warszawska : „Boski znak” z autografem autora!!), za które serdecznie dziękuję. Resztę kupiłam w promocji około -35-44% na Świecie Książki (na samej górze „Lekarze w górach”, bo słabo widać tytuł). Czekam jeszcze na parę innych książek do recenzji, ale pokażę je już na koniec miesiąca.

No to miłego czasu. Dbajmy o siebie!

DSC08568

„Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata

pobrane„Już się pani zestarzała, a ciągle pracuje dorywczo, kandydata na męża pewnie też brak, Dziewica, ale warta tyle, co używany towar. Coś okropnego. W neolice błąkała by się pani po wiosce, za stara na rodzenie dzieci, bez mężczyzny. Balast dla społeczeństwa. Ja to co innego, jestem facetem, jeszcze mogę się odkuć, ale dla pani już przecież nie ma ratunku”.

Japońskie społeczeństwo rządzi się swoimi zasadami. Zresztą, nie tylko japońskie. W każdej zbiorowości ludzkiej istnieje pewien narzucony odgórnie system reguł, który ma czemuś służyć. Każdy człowiek w takiej zbiorowości, społeczności musi znaleźć swoje miejsce, a nie zawsze jest to proste. Indywidualizm jest przeszkodą. Są osoby, które nie chcą podporządkowywać się zasadom, chcą żyć po swojemu, pewnie i bezpiecznie, nie spełniając wymogów innych: rodziny, przyjaciół, ludzi z pracy. Chcą być częścią systemu, ale na własnych zasadach. Nie zawsze tak się da. Czasem trzeba dokonywać trudnych wyborów. Okazje ku temu pojawiają się nagle lub nie, wtedy sami musimy do tego dojrzeć. Ale też wszystko zależy od perspektywy. To jak nas widzą inni, nie zawsze zgadza się z tym czego my pragniemy.

Sayaka Murata pokazuje właśnie taki świat. „Świat normalnych ludzi nie znosi odmienności. Obce elementy są po cichu likwidowane. Ci, którzy nie pasują, zostają usunięci”. 36-letnia kobieta, niezamężna, nie mająca dzieci, nie potrzebująca właściwie niczego do szczęścia, poza miejscem, gdzie czuje się dobrze, bezpiecznie i pewnie, to właśnie Keiko. Tym miejscem jest konbini, czyli całodobowy, malutki sklepik wielobranżowy, który musi lśnić, musi być idealnie zorganizowany, jeśli chodzi o obsługę klienta, reklamę, czy też sezonowe promocje. Keiko pracuje w nim dorywczo od 18 lat. Właściwie nigdy nie przeszło jej przez myśl, by zmienić pracę, by zmienić słowo „dorywczo” na „etat”. Bo niby czemu miałaby o tym myśleć, skoro tam pracując właśnie dorywczo czuje się spełniona i szczęśliwa? Dlaczego ma ulegać presji rodziny czy koleżanek i szukać na siłę męża i płodzić dziecko, skoro tego nie chce i nie potrzebuje? Czy nowy chłopak, Shiraha, który zostanie zatrudniony w sklepie, zmieni jej podejście? Czy to co się później wydarzy, zmieni podejście Keiko do swojego życia?

To nie jest książka o tym, że nagle pojawia się książę i wyrywa podstarzałą dziewicę z zapyziałej roboty i żyją długo i szczęśliwie. Wręcz przeciwnie. On uzmysłowi Keiko, co jest tak naprawdę dla niej ważne, choć w sumie ona dobrze o tym od początku wie. Mimo, że od dzieciństwa jest uznawana za dziwaczkę i osobę mającą problemy z emocjami, to wie czego chce. Czy do bólu poukładanego życia i bycia nadal trybikiem w zorganizowanej machinie sklepu, czy może jednak nie? Czy warto może coś zmienić i tym samym wpasować się w ogólny obraz współczesnej kobiety? A może po prostu lepiej zostać sobą i mimo presji, mieć święty spokój i robić to co się chce, bez poczucia bycia kimś gorszym?

Świetna, prosta z pozoru, opowieść, która na zaledwie 142 stronach, daje nam lekcję nieoczywistego poczucia normalności i siły w tym trudnym, zaprogramowanym i śpieszącym się donikąd świecie. Polecam ogromnie.

„Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata, tłumaczenie Dariusz Latoś, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Budząc lwy” Ayelet Gundar-Goshen

DSC06435„Może zawsze tak jest. Spotyka się dwoje ludzi,a tak naprawdę jest ich czworo. Każdy nosi ze sobą obraz tego drugiego takim, jaki jest w jego pamięci. Chwila rozczarowania, kiedy ten, którego pamiętaliśmy, okazuje się ładniejszy od tego, którego spotykamy. Chwila zachwytu, kiedy ten, którego spotkaliśmy, jest nieporównanie bardziej imponujący od tego, którego zapamiętaliśmy. Ułamek sekundy, w którym się rozstajemy, jeden z radością, a drugi z żalem, z człowiekiem, którego nosiliśmy w głowie. Człowiek stoi i patrzy na ojca, którego się bał, na ukochanego, którego pragnął, na dziecko, które sadzał sobie na kolanach. I nawet jeśli rozstał się z nimi wczoraj, to przecież wystarczająco długo, żeby ojciec nagle wyglądał drażniąco, a ukochany irytująco przeciętnie, a dziecko zadziwiająco dorośle. I tak, jeszcze zanim w ogóle rozpocznie się spotkanie, człowiek naprzeciwko już musi przepraszać za swą zdradę, za to, że odważył się być tak bardzo inny niż jego wyobrażona postać”.

Kim tak naprawdę jesteśmy? Jak bardzo siebie znamy i czego możemy się po sobie spodziewać? Czy wiemy na pewno, jak zachowamy się w sytuacji dla nas bardzo trudnej, wymagającej szybkiego działania, przerażającej lub niebezpiecznej? Wydaje nam się, że wiemy, ale są to tylko domysły, wyobrażenia. Dla nas często stuprocentowo pewne, mówimy: „nie, ja bym się tak nie zachował/a”. Tyle, że to bardzo złudne i względne. Dopóki nie staniemy oko w oko z wydarzeniem, wydaje nam się, że wiemy. Nie, nie wiemy.

Przykładem tego, jest Ejtan – neurochirurg ze szpitala Soroka w Beer – Shewie w Izraelu. Pewnego wieczoru, po ciężkim dyżurze, postanawia pojeżdzić swoją terenówką po opustoszałych drogach, żeby się wyluzować, odpocząć, poczuć przyjemność z jazdy. Ta decyzja zaważy na całym jego życiu.

I akurat pomyślał sobie, że jest to najpiękniejszy księżyc, jaki w życiu widział, kiedy uderzył w tego człowieka”. Czerwony cień przed samochodem na okładce idealnie to obrazuje. Wysiądzie z auta, podejdzie do tego człowieka, który na niego spojrzy, ale którego mózg już prawie wypłynął z czaszki. Ejtan zrozumie, że nie może mu pomóc, jest przecież neurochirurgiem i wie, co nastąpi za chwilę. Człowiek umiera, a Ejtan podejmuje decyzję o ucieczce z miejsca wypadku. Za chwilę przyjdzie czas na pytania: przyznać się czy nie, czy ja naprawdę byłem zdolny to zrobić,  dlaczego odjechałem, dlaczego zostawiłem go na drodze, czy dlatego, że był czarny, że był Erytrejczykiem, wkurzającym uchodźcą, który pewnie nawet nie umie mówić po hebrajsku? „Ale prawda jest taka, że przejechał Erytrejczyka i uciekł, i od tamtej pory zastanawia się, jak się z tego wyplątać. Do czegoś takiego nie można się przyznać. Coś takiego budzi odrazę. A jednocześnie w nim budzi wstręt do tych odpychających ludzi”.

Żona Ejtana, Liat, pochodząca z Hajfy, jest policjantką, której przyjdzie zająć się śledztwem w sprawie potrącenia Erytrejczyka. To też bardzo ciekawa postać, zagubiona, niepewna swojej przynależności, bo choć Żydówka, to o orientalnym pochodzeniu, dobra matka i żona. Prowadzone śledztwo jest dla niej okazją „by udowodnić sobie, że nie jest jedną z tych, dla których wszyscy czarni są tacy sami. Albo z tych, dla których dobry Arab, to martwy Arab, a dobry Beduin to Beduin w więzieniu”. Więc jaka jest naprawdę Liat? Jak zmieni się jej życie i podejście do męża w najbliższym czasie?

Ejtan z kolei poniesie karę, która nie tylko będzie dla niego wyczerpująca fizycznie, ale też psychicznie, bo zostanie zasądzona przez szantażującą go żonę zmarłego Erytrejczyka: Sirkit. Ta kara, jaką wyznaczy mu kobieta, wywoła w nim uczucia, o jakie by się nie posądzał. Okaże się również, że mimo zbrodni jaką popełnił Ejtan, uciekając z miejsca wypadku, może jeszcze zrobić coś dobrego dla innych i zostać nawet za to uhonorowany. Z jednej strony, popełniając błąd, przestępstwo, pociągamy za sobą pewne negatywne konsekwencje, które siłą rzeczy muszą się wydarzyć i dzieją się zarówno w rzeczywistości nas otaczającej, jak i w psychice. Z drugiej zaś strony, te konsekwencje mogą obudzić w nas lwa, który żądny chwały i uznania, za wszelką cenę będzie odważnie i ryzykownie czynić dobro. „Są przypadki, w których człowieczeństwo jest przywilejem”.

To książka nie tylko o zbrodni i o karze. Nie tylko o skrywanym pożądaniu czy obcości między dwojgiem ludzi. To również książka pokazująca problemy świata, (w tym Izraela) które są nadal aktualne: uchodźcy i ich traktowanie, wykluczenie, bieda i brak dostępu do normalnej opieki medycznej, brak szacunku i tolerancji dla „obcych”, patrzenie na imigrantów z góry. Sirkit i inni występujący w tej powieści ludzie „przybyli z różnych wiosek, z różnych plemion, z różnych kierunków. Jeśli mieli jakiś wspólny mianownik, to było to określenie, którym nazywali je inni, ci innego koloru.[…] Jeśli człowiekowi ciężko wyemigrować, to przecież tylko dlatego, że trudno jest kroczyć po świecie z całym krajem przyczepionym do kostek więzami, ciągnącymi się za tobą, dokądkolwiek byś się nie zwrócił”.

To bardzo dobra książka, opowieść gęsta od treści, pisana z kilku perspektyw, powieść przez którą momentami ciężko przebrnąć, ale paradoksalnie, nie sposób odłożyć. Uczucia i emocje bohaterów budują dość mroczną atmosferę, a ludzie przedstawieni są często jako zwyczajna kombinacja skóry+kości+wydzielin. Bywa surowo, dosłownie, ale i pięknie. A przede wszystkim ta powieść daje do myślenia i zachwyca dogłębną analizą psychologiczną. Polecam.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Nowości)

Budząc lwy Ayelet Gundar-Goshen, tłum. Marta Dudzik-Rudkowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2019.