Archiwa tagu: wydawnictwo vesper

„Żywiołaki” Michael McDowell

Dwie rodziny spowinowacone ze sobą: Savage i McCray spotykają się na pogrzebie seniorki rodu Savage’ów: Marian. Pogrzeb nie byłby dziwny, gdyby na jego końcu dzieci Marian nie wbiły jej w serce sztyletu. Dlaczego to zrobiły, dowiemy się w trakcie lektury, niemniej to już zapowiada dość niepokojącą fabułę. Po pogrzebie wszyscy zbierają się w Beldame – miejscu nad oceanem położonym na uboczu, aby spędzić tam lato. Obie rodziny są bardzo bogate, że właściwie mogą sobie pozwolić na taki długi okres nic nie robienia. Nie będę tu pisać, jakie relacje łączą wszystkie postacie, ale dodam, że są one dość istotne. W każdym razie główną rolę odegra w tej książce trzynastoletnia India oraz Odessa – czarnoskóra pomoc i kucharka rodziny Savage’ów, która od lat również przyjeżdża do Beldame.

Samo Beldame to właściwie cypel piachu, zwykle odcinany od lądu przez przypływ, z trzema identycznymi, wielkimi, wiktoriańskimi rezydencjami wybudowanymi w XIX wieku przez rodzinę Savage’ów. Dwie z nich zostały w czasach Wielkiego Kryzysu sprzedane i jedną zakupiła wtedy rodzina McCray, trzecią natomiast – nie wiadomo kto. To ta trzecia właśnie jest opuszczona i od wielu lat stanowi zagadkę. Nieustannie i powoli jest zasypywana niesionym przez wiatr piaskiem, coraz bardziej niknie w oczach. Jednak to nie jest tylko pusty dom…. Coś z nim jest nie tak, gdyż przybywający do Beldame członkowie rodzin robią wszystko, by na niego nie patrzeć, do niego się nie zbliżać, a nawet wybierają pokoje, których okna nie wychodzą na ten trzeci dom. Co poniektórzy nie wierzą w złe moce, które być może nawiedziły rezydencję, inni z kolei coś dawno temu widzieli, poczuli i boją się do tego stopnia, że w nocy robią wszystko, byle tylko nie zasnąć jako ostatni.

Co się w tym domu wydarzyło? albo może, czy coś w nim się dalej dzieje? India – dziewczynka, która pierwszy raz jest w Beldame i nie zna przeszłości tego miejsca, wykazuje ogromną ciekawość poznania historii domu i razem z Odessą, która lata temu w tragicznych okolicznościach straciła w Beldame córeczkę, będzie próbowała rozwiązać tajemnicę trzeciej rezydencji. Co się wydarzy? Czym są tytułowe „żywiołaki”?

Poza warstwą stricte niepokojącą, straszną i duszną momentami, widzę również warstwę mocno społeczną. Autor poprzez postać Odessy pokazuje nam, jak bardzo na „Głebokim Południu” widać było różnicę między ludźmi innej rasy. Nie dlatego, że Odessa jest jakoś źle traktowana przez rodzinę. Bynajmniej! Właściwie ona sama usuwa się w cień, woli pełnić rolę pomocy domowej, kucharki, do tego jest przyzwyczajona, tak ją wychowano i mimo, że wszyscy ją w obu rodzinach uwielbiają, ona sama stawia w tych relacjach pewne granice. Dodam, że obie rodziny są bardzo bogate, co z kolei dość mocno je określa. Ich komiczne i często kompletnie jałowe dyskusje, oparte na plotkach lub wzajemnym przerzucaniu piłeczki stanowią właściwie pierwszą część książki. Akcja się tu toczy dość leniwie. Najpierw omawiają pogrzeb, potem wylegują się w upalne dni na hamakach, werandach, ziewając i leniuchując od śniadania do lunchu, a potem kolacji. Niby okey, bo tak też można żyć na „urlopie”, ale oni wszyscy są pełni jakiejś takiej buty i uważają, że wszystko im się należy, że nie powinni się w niczym ograniczać. Po co na przykład na pogrzebie Marian rezygnować z kwiatów, a w zamian przeznaczyć datki na cele charytatywne, skoro Marian na pewno jest szczęśliwa widząc kościół pełen pięknych kwiatów?

Sama w ogóle istota rodziny jest tu dość kluczowa, dlatego na początku wspomniałam, że relacje między bohaterami są ważne. India mówi „Naprawdę dziwnie jest mieć rodzinę. Wszyscy ci ludzie, z którymi człowiek nie ma nic wspólnego poza tym, że jest z nimi spokrewniony”. To, jak wszyscy się traktują, jak się do siebie zwracają, daje ciekawy obraz wzajemnych relacji. Również postacie poboczne, go uzupełniają. Sam autor o tych rodzinach powiedział „Myślę, że są dominujące i myślę, że są przytłaczające. Uważam również, że potrafią doskonale manipulować ludźmi”.

Wracając natomiast do „Żywiołaków” jako do gatunku, to jest to na pewno literatura grozy. Są momenty, w których można się wystraszyć, a są i takie, w których właściwie nic się nie dzieje, ale ten podskórny niepokój jest cały czas, gdzieś z tyłu głowy, niczym ta osamotniona rezydencja, na którą każdy boi się spojrzeć. Atmosfera staje się coraz bardziej duszna, zupełnie jak ten biały piach zasypujący trzecią rezydencję. I do tego wszechogarniający upał, który odbiera zdolność racjonalnego myślenia.

Polecam. Wyszłam ze swojej strefy komfortu, bo zwykle nie czytam tego typu książek – i podobało mi się. Może znawcy horrorów i literatury grozy spojrzą na tę powieść inaczej, ale ja uważam, że to niezła historia. Interesujące jest też to, że autor dorastał w Alabamie, czyli właśnie w regionie „Głębokiego Południa”, gdzie umiejscowił akcję książki. To w tym regionie Stanów Zjednoczonych było widać zawsze największe spory i nierówności rasowe, biedę, wzmożoną aktywność Ku Klux Klanu, a ludzi z tych rejonów, traktowano generalnie jako „wieśniaków” ze śmiesznym akcentem. W „Żywiołakach” mamy sporo kulturowych odniesień właśnie. Trzeba również dodać, że książka po raz pierwszy została wydana w 1981r. pod tytułem „The Elementals„, zatem klimat lat 80-tych ma tu zdecydowanie rację bytu.

„Żywiołaki” Michael McDowell, tłumaczenie Tomasz Chyrzyński, wydawnictwo Vesper, 2021

„Chata na krańcu świata” Paul Tremblay

91703940_2819088941473881_7229989530512654336_o

Książka miała trzymać w napięciu, a tak naprawdę to miałam ochotę ją pod napięcie włożyć, żeby coś w tę opowieść weszło. Nie wiem, może ja jestem za stara, albo za głupia na takie historie, ale nie czułam tu ani grozy, ani żadnego klimatu nadchodzącej apokalipsy, która w założeniu miała być głównym tematem tej książki. Podobało mi się za to coś innego, a mianowicie przedstawiona tu w bardzo normalny sposób rodzina, która składa się z dwóch tatusiów i adoptowanego dziecka. To bardzo rzadki przypadek, by w książkach pojawiały się rodziny homoseksualne, w dodatku z adoptowaną dziewczynką, i to z Chin!

Mała Wen wraz ze swoimi tatusiami właśnie wyjechała na kilka dni na obrzeża stanu New Hampshire, do chatki, która znajduje się na całkowitym uboczu, by tatusiowie mogli się zresetować, odpocząć od pracy, pobyć na tak zwanym „biwaku” bez dostępu do internetu, bez zasięgu – słowem jak najdalej od miasta, ludzi i obowiązków. Wen jest spokojną dziewczynką, kocha obu tatusiów: Erica i Andrew. Oni obaj też się kochają, lubią ze sobą przebywać, szanują się i pasują do siebie. Pewnego dnia, kiedy Wen łapie do słoika swoje ukochane pasikoniki, zaczepia ją młody mężczyzna, który pojawia się znikąd. Leonard wydaje się sympatyczny i niegroźny i choć Wen wie, że nie powinna rozmawiać z nieznajomymi, zaczyna się z nim bawić i przekomarzać. W pewnym momencie Leonard mówi dość tajemnicze rzeczy o tym, że tatusiowie Wen muszą podjąć ważne decyzje, by ocalić świat, i że koniecznie muszą wpuścić go do domu jego wraz z  jego przyjaciółmi, którzy zaraz przyjdą. Po prostu nie ma innej opcji. Tak musi być. Inaczej stanie się coś bardzo złego. 

Wen ucieka do domu. Zaczyna się bać, chce ostrzec tatusiów. I o ile do tego momentu napięcie rosło, i będzie rosło jeszcze przez chwilę, dopóki Leonard i jego znajomi, (których jak się okaże, tyle co poznał na portalu społecznościowym) nie wedrą się do chatki, to potem to napięcie kompletnie oklapnie, a akcja przetykana jakby na siłę jakimiś retrospekcjami i wspomnieniami, stanie się byle jaka i trochę moim zdaniem niedopracowana. Ciekawiło mnie w sumie jakie to decyzje muszą podjąć Eric i Andrew, co się dalej wydarzy (a krew lała się gęsto) i o co w ogóle chodzi z tą apokalipsą -przyznaję jednak, że się zmęczyłam czytając tę książkę i właściwie nie wiem, po co powstała.

Zamysł jest ciekawy, jednak wizja końca świata, jeśli nie zrobimy tego czy tamtego, poświęcenie dla dobra ogółu, by ocalić innych to już bardzo dobrze ograne tematy i tutaj nie zrobiły na mnie wrażenia. Bardziej śmieszyły. Porównanie czterech nieznajomych do czterech jeźdźców apokalipsy byłoby może udane, gdyby nie nijakość tych postaci i niewyjaśnione do końca motywy ich zachowania, oraz dziwnych rytuałów, do jakich zaczyna dochodzić w chatce. Przybysze twierdzą, że wcześniej mieli takie same wizje, że zmuszono ich do przekazania pewnych informacji właśnie Ericowi i Andrew, ale dlaczego akurat im? Skąd te wizje, czy to od Boga, czy nie, czy to Bóg ich zmusił i dlaczego akurat wybrano ich? To wszystko jest dziwne, choć może takie miało być? Nie wiem. 

To książka, którą nie wiem nawet jak określić, bo ani to horror, ani thriller, ani powieść grozy… Jedyne co czułam podczas lektury, to obojętność, choć początek był całkiem niezły. Nic mi ta książka nie dała. Już nawet nie pamiętam zakończenia.

„Chata na krańcu świata”, Paul Tremblay, tłumaczenie Paweł Lipszyc, Wydawnictwo Vesper 2020

stosik marcowo-świąteczny

Obiecałam resztę książek recenzenckich, jakie do mnie przyszły w marcu, więc wrzucam. Kilka przyszło w pierwszych dniach kwietnia, ale to już bez znaczenia. Jedna z nich autorstwa Katarzyny Tubylewicz, to wygrana na stronie FB „I cóż, że ze Szwecji-ambasada Szwecji w Polsce”. 

I tak: od samego dołu mamy: „How To. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów” autorstwa Randalla Munroe od wyd. Czarna Owca, dalej dwie książki od wyd. Poznańskie („Wierzyliśmy jak nikt” i „Kraj nie dla wszystkich”), następnie trzy książki od Księgarni Tania Książka („Była sobie rzeka” będzie czytana niebawem, Przełęcz Diatłowa” – recenzja tutaj, „Czarne Miasto” – recenzja tutaj), dalej cegła kryminalna „Himalaistka” od Wydawnictwa Zysk i S-ka, potem dwie świetne powieści od Wydawnictwa Poradnia K („Filip i hydra” – recenzja tutaj, a „Unorthodox” właśnie kończę czytać, recenzja na dniach). Następnie wspomniana wygrana, potem książka od Wydawnictwa Seqoja, autorstwa Jarka Czechowicza: „Winne”, kolejna to „Chata na krańcu świata” od Wydawnictwa Vesper i „Szwajcaria” Joanny Lampki od wyd. Pascal. 

Kolejne pięć to moje ostatnie zakupy w Świecie Książki, które rzutem na taśmę odebrałam dziś z paczkomatu.

Akcja #zostańwdomu trwa nadal, więc z czytaniem nieco lepiej, choć też nie tak, jakbym chciała :) tym bardziej, że po urlopie, jaki się skończył, zaczynam po Świętach pracę zdalną z domu, co mnie dość mocno irytuje, bo jakoś sobie tego nie wyobrażam.

W każdym razie, życzę Wam spokoju i nadziei na ten dziwny czas, jaki nastał. Jeśli obchodzicie Wielkanoc, spędźcie ją w miarę radośnie i przyjemnie, na tyle ile można aktualnie. Jeśli nie obchodzicie Świąt, odpoczywajcie, czytajcie, spędzajcie miło czas. Najlepszego.

dsc08596

 

„Gałęziste” Artur Urbanowicz

galeziste-artur-urbanowicz-oprawa-twarda„Zdziwisz się, co jeszcze tutaj zobaczysz i co przeżyjesz. Zdziwisz się, jaka jest inwencja lasu. Odwoła się do twoich najgłębiej zakorzenionych lęków, o których nawet nie miałeś pojęcia i przed którymi nie masz szans się obronić. Zdziwisz się, że można niszczyć twój umysł jeszcze bardziej, w momencie, gdy sądziłeś, że już i tak niewiele z niego zostało. Pożerać go bez pośpiechu, komórka po komórce, jak nowotwór. A przede wszystkim zdziwisz się, do czego będziesz zdolny i jakie bariery będziesz w stanie pokonać. Ani się obejrzysz, a zamienisz się w zwierzę. No, chyba że wcześniej znajdziesz sposób, by się zabić”.

Akcja „Gałęzistego” dzieje się na Suwalszczyźnie. Podobnie było w książce „Inkub”, którą już czytałam i która bardzo mi się podobała. Urbanowicz dobrze wpisuje się w nurt horroru i grozy, i choć w „Inkubie” podobało mi się więcej, tak tutaj też nie jest źle. Książka „Gałęziste” ukazała się już na polskim rynku w 2016r. w ramach selfpublishingu, ale w listopadzie, dokładnie 13-tego, wychodzi jej wznowienie, które będzie przeredagowane przez autora i uzupełnione o ilustracje Michała Loranca. Nie czytałam wydania pierwszego, więc nie mam porównania i mogę wypowiedzieć się tylko o tym nowym, które otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Vesper.

aaa

Klimat jest. Przyznaję, że czytając historię dwójki studentów: Karoliny i Tomka – momentami stawiałam się na ich miejscu, a że często bywam w różnego rodzaju lasach, tak teraz mogę mieć lekkie obawy, kiedy będę w nie wkraczać. Bo las potrafi być złowrogi, w lesie może czaić sie zło, las może się przemieszczać, nagle gęstnieć, ukrywać ścieżki i na powrót je odsłaniać, nie pozwalać z niego wyjść, a niewielkie jeziorka leśne mogą spływać trupią krwią i cuchnąć topielczymi zwłokami. Las może również stanowić siedlisko pogańskich bogów i rytuałów. Tutaj akurat, autor przywołuje pogańskiego Boga – Leszego, władcę lasu, któremu składano ofiary z chrześcijańskich dziewic (najlepiej). Bardzo dobrze w ten „wymóg” wpisuje się właśnie wspomniana Karolina, której ni stąd ni zowąd zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.

Para studentów, o których mowa, przyjechała spędzić Wielkanoc właśnie na Suwalszczyźnie. Oboje pochodzą z Warszawy i chcą trochę się wyrwać, pozwiedzać, pobyć na łonie natury, w cichym i odludnym miejscu. Przypadkiem trafiają do maleńskiej wioski Białodęby, o której mało kto słyszał. Pod dach przyjmuje ich pewna piękna Natalia, która wcale nie jest tym kim się wydaje, a od momentu ich przyjazdu zaczyna się dziać wiele niedorzecznych i strasznych rzeczy. Niedaleko jest tajemnicze cmentarzysko Jaćwingów, oraz piękny, pachnący i niezwykły las, który z czasem stanie się najbardziej niebezpiecznym miejscem na świecie. Dlaczego? Dodatkowym wątkiem książki jest lekarka Anna, która jadąc w odwiedziny do matki, wjeżdża do wspomnianego lasu i ślad po niej ginie… Niemniej jednak, jeszcze ją spotkamy… I nie będzie to przyjemne. Uwierzcie. Dlaczego?
Dlaczego Karolina i Tomek będą w niebezpieczeństwie? Kim są przedziwni mieszkańcy Białodębów? Momentami naprawdę miałam ciarki.

Denerwowali mnie jednak trochę bohaterowie. Tomek – ateista (co ważne akurat) wiecznie naburmuszony i sfochowany, chamski i bezczelny, myślący często inną częścią ciała niż głowa i Karolina – naiwna i dobroduszna, silnie wierząca i praktykująca katoliczka (to ważne również). Te ich ciągłe kłótnie, dogryzanie sobie i słowna walka w wywlekanie tego, co było i co jest, bardzo mnie irytowały. No ale, ludzie często zachowują się w ten sposób, więc po części można to zaakceptować. Momentami miałam wrażenie lekkiej sztuczności dialogów, a zakończenie, które mnie ogromnie zaskoczyło, wydało mi się trochę przesadzone. Ale… czytało się fajnie, szybko, wciągająco. Miała być rozrywka i groza – była, choć nie taka jak w „Inkubie”.
Sam klimat Suwalszczyzny – świetny, cała topografia, miejsca warte odwiedzenia (które zwiedzali bohaterowie) to bardzo ciekawy aspekt książki. Dużo ciekawostek dotyczących lokalnych legend, dawnych wierzeń, kurhany i litewskie modlitwy – cudeńko.
Poza tym, interesującym momentem książki jest dyskusja (choć może dość powierzchowna), jaka wywiązała się pomiędzy bohaterami na temat religii i wiary. Dlaczego ktoś wierzy w Boga, a ktoś inny nie, no i przede wszystkim, dlaczego jedna osoba wybiera jednego Boga, a druga innego?

Wznowione wydanie „Gałęzistego”, jak pisałam, ma premierę 13 listopada, ale prapremiera przewidziana jest na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie w dniach 24-27 października. Jeśli lubicie takie klimaty, polecam.

Ps. Świetna okładka!

„Gałęziste” Artur Urbanowicz, wydawnictwo Vesper 2019

„Matka” S. E. Lynes

aaPrzeczytawszy tę powieść, kompletnie zgłupiałam. Lubię takie pokręcone historie, ale to, co się tu wydarzyło, szczególnie na końcu, ale też i na samym początku, zbiło mnie z tropu i chyba do tej pory nie wiem, kto był kim i co było prawdą. Nie wie tego również chyba sam bohater, ani jego matka, która od czasu do czasu pojawia się jako narratorka. Normalnie obłęd jakiś :)

Książka opowiada historię Christophera, który mieszka w małym miasteczku Morecombe w Anglii. Jest nastolatkiem, który dopiero rozpocznie studenckie życie w większym mieście. Ale zanim wyjedzie na studia, dowie się przypadkiem, że został adoptowany. Oczywiście rodzice również mu o tym powiedzą, ale dopiero za jakiś czas. Wiadomo, co chłopak poczuje: rozgorycznie, żal, smutek, strach. Kim jest? Kto jest jego prawdziwą matką? Dlaczego został porzucony, oddany, osierocony? Wszystkie te pytania będą gnębić Christophera bardzo długo, aż postanowi poszukać prawdziwej matki. 

Jego spokojny charakter jest tylko pozorny. Wewnątrz wszystko się gotuje, buzuje i zaciska w grubą linę, która ciągle mu przeszkadza, dusi go i nie pozwala zaczerpnąć oddechu, poczuć wolności bycia sobą, bo ciągle nie zna swoich korzeni, nie czuje przynależności , nie potrafi odnaleźć się również w kontaktach damsko-męskich. Czasem wydaje mu się, że nie wie co robi, że jest potworem zdolnym do najgorszych czynów.  Nowe życie w nowym mieście, z nowymi znajomymi nie będzie łatwe, rzeczywistość niebezpieczna z powodu grasujacego mordercy kobiet, a tęsknota za miłością i czułością nadal ogromna. 

Kiedy chłopak dowiaduje się nieco więcej o swojej historii  i o adopcji, wszystko toczy się już bardzo szybko. Ogrom uczuć i prawdziwie wielka miłość do odnalezionej matki biologicznej, która kompletnie różni się od tej, która go wychowała, eksplodują nie tylko z jego strony. Od pierwszego listu i pierwszego spotkania, uczucie jakim się obdarzą może się wydawać nawet dość kontrowersyjne, lekko nawet na granicy erotyzmu, a słodycz tej nagle odnalezionej miłości będzie spływała z każdej kartki książki.

Też do czasu. Nagle wydarzy się coś, co całkowicie zaburzy podejście Christophera (który, już nosi kompletnie inne imię) do rzeczywistości. Zaskoczenie, szok i niedowierzanie. A do tego tragedia, jedna za drugą. Czyżby jednak potwór w ludzkiej skórze? Czy może jednak zwykłe zagubienie i nadmiar emocji? „Zawsze wiedziałem” – mawiał. Jak bardzo te słowa były prawdziwe; jak mało z nich rozumiałam”. 

Czytało mi się świetnie. Były emocje, zaskoczenie, zagubienie, pytania z brakiem odpowiedzi… Polecam, dobry thriller, choć początkowo jest zwykłą, obyczajową historią. 

„Matka”, S.E. Lynes, tłum. Marek Król, wyd. Vesper 2019.

„Inkub” Artur Urbanowicz

53781142_2095943347121781_6928564606805737472_n„Im dłużej Vytautas i Mateusz przemierzali wioskę, tym bardziej zdawał się narastać półmrok. Jakby od dawna zapadał zmierzch, choć elektroniczny zegarek w samochodzie wskazywał godzinę przedpołudniową. Natężenie światła idealnie pasowało do scenerii wokół – pagórkowatych. ogrodzonych splątanymi drutami pól, pojedynczych, pozbawionych liści drzew i krzewów, szaro-brązowych, bo na pewno nie zielonych łąk i wreszcie czasem tradycyjnie drewnianych, czasem murowanych, rozrzuconych w dużych odległościach od siebie domów z rdzewiejącymi blaszanymi dachami i na wpół zrujnowanymi dobudówkami. Gdzieniegdzie sąsiadowały z nimi spróchniałe, grożące zawaleniem stodoły. Tu i ówdzie walały się porzucone, zardzewiałe, od dawna nieużywane narzędzia rolnicze z poprzedniej epoki – sieczkarnie, brona, kopaczki, siewniki, manysze, zgrabiarki, kosiarki, pługi, kultywatory i opielacze. Na niektórych zdążyły wyrosnąć krzaki i drzewa, oplatające je jak pajęczyna lub połączone z nimi na stałe niczym pasożyty albo syjamskie bliźnięta. Podręcznikowy koniec świata. Albo lepiej, miejsce, gdzie diabeł mówi już nie tylko „dobranoc” ale i „na zdrowie” i „smacznego”! Idealne, by strzelić sobie w łeb. Albo kogoś zamordować.”

Przytoczyłam ten fragment ze strony 93, po to by przybliżyć klimat wioski Jodoziory na Suwalszczyźnie, gdzie autor umiejscowił akcję „Inkuba”. Niezwykle mroczna sceneria, smutna, przytłaczająca, surowa, w swej burości beznadziejna i w swym ponuractwie wyzwalająca najgorsze instynkty. Ta wioska to miejsce pełne grozy, a czasem objawiająca się w tych rejonach zorza polarna wyzwala dziwne zachowania wśród ludzi. Nie tylko teraz. Podobnie było w latach 70-tych, do których przenosimy się również, bo autor zaserwował akcję dziejącą się dwutorowo. Tajemnicze zielone światło zorzy miesza się z zielonym światłem „wypływającym” z jednej z chatek. Krąży legenda, że kiedyś mieszkała tam czarownica. Jest też inny dom, który uznany jest za nawiedzony. Zamknięty na cztery spusty, otoczony ogrodzeniem, jakby był w klatce. Dlaczego? 

W Jodoziorach znalezione zostają ciała pary staruszków, ciała zamienione jakimś dziwnym sposobem w popiół, a po przyjeździe policji, ni stąd ni zowąd wali się nagle ich dom. Młody policjant badający sprawę ich śmierci nagle popełnia samobójstwo. Tylko czy na pewno to samobójstwo? Wątpi w to Vytautas Cesnauskis, pseudo Vitek lub Czesław – policjant litewskiego pochodzenia, sprowadzony do pomocy w śledztwie w Jodoziorach. Wraz ze swoim przyjacielem Mateuszem (również policjantem i świetnym kompanem słynącym z genialnych żartów) próbują rozwikłać sprawę śmierci młodego. Vitkowi coś nie daje spokoju. Intuicja podpowiada mu, że tu chodzi o coś znacznie większego, ważniejszego, ale i bardzo tajemniczego. Zamknięta, mała społeczność smutnych, chorowitych ludzi naprowadza go powoli na trop. Ale wszystkiemu towarzyszyć będzie groza, niepokój, demoniczny klimat i dziwne zjawiska oraz dziwne ludzkie zachowania. Przytaczana historia z lat 70-tych oraz obraz mieszkańców wioski w tamtych czasie niewiele odbiega od aktualnego. Również wtedy Jodoziory były wylęgarnią najgorszych instynktów, zła i chorób. Jakby sam diabeł zamieszkał w tym miejscu…. Hmmm…

Ta książka ma ponad 700 stron, ale czyta się ją bardzo szybko. Autor zamyka czasem rozdział takim jednozdaniowym twistem, że nie ma szansy na odłożenie lektury choćby na chwilę. Niesamowicie mnie wciągnęła ta historia. Rzadko czytam horrory, czy książki grozy i przyznaję, że „Inkub” nie był dla mnie czymś BARDZO przerażającym, czymś BARDZO strasznym i historia sama w sobie nie sprawiła, że bałam się w nocy iść do łazienki, niemniej jednak ta gęsta atmosfera niepokoju i grozy podczas lektury jest dla mnie dużo bardziej fascynująca. Utrzymać akcję na tylu stronach w takim klimacie nie jest proste. Owszem, pojawiają się wątki lżejsze, typu zauroczenie Vitka Sylwią i jego miłosne, nieśmiałe przemyślenia, ale to dodaje uroku bohaterowi. To ciekawa i sympatyczna postać trzydziestoletniego, niezwykle skutecznego, upartego i ambitnego policjanta, ale nieśmiałego i trochę pogubionego w życiu prywatnym jeszcze chłopaka. No i przyznaję, że końcówka książki tak mnie zaskoczyła i skołowała, że chyba będę musiała przeczytać ją jeszcze raz, co nawet sam autor w posłowiu sugeruje :)

Bardzo polecam miłośnikom dobrej powieści grozy. Nie dość, że świetne napisane, z ciekawymi wątkami (zaczerpniętymi z prawdziwych opowieści i podań), to jeszcze nasze, polskie. Warto! Premiera książki 3-go kwietnia!

„Inkub” Artur Urbanowicz, wydawnictwo Vesper 2019