„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz

„Kojarzycie pewnie ten fragment w filmach, gdy koleś lub laska w kominiarce, próbują wykraść drogocenny kamyk z Luwru i natykają się na czerwone lasery szatkujące powietrze. No więc, odkryliśmy, że nasze umęczone dusze i ciała na co dzień były szatkowane takimi własnie czerwonymi laserami. Wszystkie złe siły, przymus konkurencji, konieczność posiadania przyjaciół, posiadania życia, bycia dowcipnym, posiadania zdania, podążania za ściśle wyznaczonym celem, wszystko to były czerwone laserowe promienie, które totalnie nas osłabiały. Byliśmy tym strasznie, niewiarygodnie wręcz zmęczeni. Ale tak jak ta laska lub koleś w kominiarce wzięliśmy się na sposób i znaleźliśmy przycisk wyłączający je wszystkie”.

Właściwie nie wiem co mogę napisać o tej powieści, poza tym, że mi się podobała. Czytałam na wdechu, bo jakoś cała ta rodzinna historia naszego głównego bohatera, Marcina Małysa, bardzo mnie wciągnęła. Nie chciałabym za wiele zdradzać z fabuły, bo samą przyjemnością jest jej odkrywanie, no ale tak ogólnie choć powiem. Marcin ma 30 lat i chyba pecha w życiu, nazywa siebie „artystą wizualnym”, ale mimo angażowania się w różne projekty, nie wiedzie mu się tak dobrze finansowo, jak wcześniej założył. Ma długi i to spore. Napożyczał pieniędzy od wszystkich znajomych, którzy zaczynają w końcu ścigać go smsami, telefonami, a on ledwo ma za co kupić coś do jedzenia. Wstyd mu, nie odpisuje, milczy, ucieka. Liczy cały czas na łut szczęścia, choć z drugiej strony czeka na pieniądze od ojca, który obiecał mu bardzo dużą sumę w pewnym momencie jego życia, do którego już rzut beretem. Niestety, w ostatniej chwili okazuje się, że ojciec cofa daną obietnicę. Dlaczego?

Marcin zostaje z niczym. Postanawia pojechać do rodzinnego domu, do matki, która jest w opłakanym stanie, w depresji po rozstaniu z mężem (a ojcem Marcina). Oboje będą próbowali dotrzeć się, odnowić swoje relacje, które są właściwie w zaniku. Podobnie jest również z relacjami między Marcinem, a jego siostrą i bratem, no i oczywiście ojcem. Dodajmy jeszcze do tego, że Marcin jest gejem, więc te relacje, szczególnie z rodzicami są dość skomplikowane.

Druga perspektywa tej powieści to wspomnienia ojca Marcina, który w latach dziewięćdziesiątych rozkręcał swoje biznesy – różnorakie, począwszy od handlu słodyczami sprowadzanymi z Niemiec, po owoce czy ubrania. Jego upór, spryt i zdolności do handlu sprawiły, że z czasem Jan Małys stał się bogatym człowiekiem, mającym kilkanaście zakładów produkcyjnych i koniec końców mnóstwo pieniędzy, do których doszedł własną pracą i wyrzeczeniami. Jego żona Alicja mogła mieć wszystko: najmodniejsze w tamtych czasach ubrania, wyjazdy zagraniczne, biżuterię itp. Typowa rodzina nowobogackich dorobkiewiczów. I ta siła pieniądza jest tutaj ciekawie pokazana. Nie zawsze daje on szczęście – że tak potraktuję to (jak i autor zresztą) banałem i prawdą a la Coelho. Okazało się, że za fasadą pięknego i nowoczesnego, jak na lata 90-te domu, kryła się nieszczęśliwa rodzina, pełna wzajemnych wyrzutów, złych wspomnień i braku zrozumienia. W gruncie rzeczy wszyscy byli tam samotni, choć pozornie tworzyli wzór idealnej rodziny. Czy tytułowe „taśmy rodzinne” nagrywane na kasetach VHS z Marcinem – narratorem, pokazywały tylko miłe chwile, czy też zdradzały pewne rodzinne sekrety, które mogły mieć dodatkowy wpływ na więzi między członkami rodziny?

To dobra powieść, debiut Marcisza (rocznik ’88) i przyznaję, że czasem jest tu może zbyt moralistycznie, albo może właśnie banalnie, ale chyba w tym wszystkim jest jakaś metoda – prawda i normalność, bez upiększeń i bez tworzenia czegoś na siłę. Ot, jedna rodzina i jej powolny rozpad. Takich rodzin zapewne jest wiele, wiele też ich było w tamtych czasach, które przywołane w tej książce, wzbudziły moją nostalgię (mój rocznik ’75), bo ja dobrze pamiętam lata 90-te – choćby wspomniany tu „Piątek z Pankracym”, czy wypożyczalnie video, które rosły jak grzyby po deszczu.

Dobrze spędziłam czas z tą książką. Już czaję się na kolejną tego autora „O przyjaźni”, która niedawno wyszła.

„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz, Wydawnictwo W.A.B. 2021

„Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

„Wchodząc do mieszkania, myślałam o chwili, w której Nick wszedł do sali, podczas gdy cała widownia biła nam brawo. Teraz wydało mi się to idealnym zrządzeniem losu, tak idealnym, że cieszyłam się z jego spóźnienia. Może właśnie dlatego, że na jego oczach okazano mi tyle uznania, poczułam się wystarczająco pewnie, by móc z nim rozmawiać, jakbym sama była ważną osobą z mnóstwem wielbicieli, jakbym wcale nie była gorsza. Tamten aplauz wydał mi się teraz częścią występu, jego najlepszą częścią, najpełniej wyrażającą mój zamiar, a było nim stanie się właśnie kimś takim: osobą zasługującą na uznanie, zasługującą na miłość”.

Sally Rooney, znana ze swojej powieści „Normalni ludzie”, której jeszcze nie czytałam, czy też z filmu/serialu (?) na podstawie tej książki, albo ma swoich zwolenników, albo nie (z tego co się zorientowałam, nie wnikam dlaczego tak jest, nie interesuje mnie to nawet) Ja, zdecydowanie po lekturze „Rozmów z przyjaciółmi” na pewno sięgnę po „Normalnych ludzi” i mogę szczerze powiedzieć, że swoim debiutem Rooney trafiła do mnie i do mojej duszy. Jej pióro jest lekkie i mimo, że gatunkowo „Rozmowy z przyjaciółmi” są powieścią obyczajową z dużą dozą romansu, czy też nawet melodramatu (czego zwykle unikam w książkach), to mimo tej lekkości jest w tym głębia, powaga i bardzo dużo emocji. Oczywiście, jest mnóstwo dużo lepszych książek, bardziej ambitnych, ale nie o to chodzi. W każdej staram się znaleźć coś, co mnie zaciekawi, jeśli nie idzie lektura, odkładam, a tutaj… przeczytałam w dwa wieczory i się nawet parę razy wkurzyłam i wzruszyłam. No bywa.

Główna bohaterka, Frances, ma 21 lat i pochodzi z Irlandii, studiuje, próbuje coś pisać, występuje na slamach poetyckich wraz z Bobbi, która jest jej przyjaciółką, a kiedyś nawet była dziewczyną. Frances nie potrafi jeszcze dobrze określić swojej orientacji seksualnej, przynajmniej takie mam wrażenie. Tworzyła parę z Bobbi, ale czy dlatego, że była w niej zakochana? czy może dlatego, że nie chciała być samotna? Kiedy w życie Frances i Bobbi wkroczy dużo starsza Melissa (dziennikarka) i jej mąż (Nick) wszystko się zmieni. Bobbi będzie zafascynowana Melissą, a Frances, jak to często w jej życiu, stanie się nagle „niewidzialna”, mniej atrakcyjna, odstawiona na boczny tor. Wspólne spotkania całej czwórki sporo namieszają w życiu wszystkich bohaterów. Frances wda się w romans z mężem Melissy…. Co z tego wyniknie?

Myślę, że jednak nie o to w tej powieści chodzi tak naprawdę. Nie o te ukradkowe spotkania, nie o namiętny seks czy kłamstwa związane z ukrywaniem romansu… Frances dzięki wielu różnym sytuacjom, w jakich się znajdzie, będzie musiała stawić czoła konsekwencjom. Jest to dla mnie taka bohaterka „poszukująca”. Czego? Siebie. Jest genialną obserwatorką, potrafi analizować różne sytuacje i zachowania, potrafi stawiać pytania i szukać na nie odpowiedzi. Bywa to nieudolne, czasem banalne, ale kto w wieku 21 lat wiedział wszystko to, co wie w wieku 40, 50 lat? Podoba mi się, że Frances po prostu myśli. Rooney dała jej tę umiejętność. Stworzyła bohaterkę, która dojrzewa, próbuje odnaleźć swoje miejsce, zaakceptować siebie i poznać swoją wartość. Chce być kochana. Chce nie tylko być kimś, kogo się pragnie przez chwilę. Chcę być doceniana zarówno jako kobieta, jak i poetka. Mierzy się ze swoimi słabościami tak jak umie, ale też dużo się uczy, próbuje ogarniać rzeczywistość i walczyć. „Świat był dla mnie jak zwinięta w kulkę gazeta, którą można kopać dla zabawy” pomyśli, albo „Byłam bardzo niezależną osobą z życiem wewnętrznym, do którego nikt nie miał wstępu”.

Podobało mi się też tło powieści, a nawet te nieco nadmuchane dysputy, jakie prowadzą ze sobą bohaterowie, szczególnie Bobbi, która porusza wiele tematów związanych z komunizmem, socjalizmem, rasizmem, wielokulturowością, polityką, literaturą itp. Według mnie siła tej powieści tkwi w jej zwyczajności, bo nie ukrywam, nie jest to wybitne dzieło, ale to znów kolejna książka, o której cały czas myślę. Momentami przypominała mi bardzo moje dylematy życiowe i emocjonalne sprzed jakichś 20 lat. To tak jakby Rooney czytała mi w myślach z „tamtych” czasów. Zdecydowanie sięgnę po „Normalnych ludzi”.

„Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney, tłumaczenie Łukasz Witczak, wydawnictwo W.A.B, 2021

„Wegetarianka” Han Kang

„Ostatnimi czasy nie potrafię zasnąć na dłużej niż pięć minut. Gdy tylko tracę świadomość, śni mi się ten sen. Chociaż nie, trudno powiedzieć, że to sen. To krótkie sceny, które bez ustanku nakładają się na siebie w mojej głowie. (…)”

O jaka to była niepokojąca powieść! Opisana w niej historia przedstawiona jest czytelnikowi z trzech perspektyw: pierwsza to perspektywa męża kobiety o imieniu Yong-Hye, która nagle pod wpływem dziwnego snu postanawia przestać jeść mięso, kolejna perspektywa należy do szwagra tytułowej wegetarianki, a ostatnia, trzecia w rozdziale zatytułowanym „Fotosynteza” należy do siostry Yong-Hye. Każda z tych perspektyw to solidna porcja emocji i pewien obraz natury ludzkiej, która cierpi. Cierpienie to jest powodowane różnymi czynnikami, ale głównie widać tu osamotnienie, chęć wolności, bycia sobą i spełnienia.

Odkąd Yong-Hye przestaje jeść mięso, wszystko się zmienia. Głównie ona oczywiście, ale również rodzina zaczyna się odsuwać od kobiety, zaczyna traktować ją jak dziwadło, jak kogoś, kto nie pasuje do ogólnego obrazu „normalnego” człowieka. Rodzice się złoszczą, ojciec policzkuje ją na spotkaniu rodzinnym, usiłując na siłę wepchnąć jej w usta kawałek mięsa, mąż zaczyna traktować ją jak wariatkę (z czasem kobieta zaczyna zachowywać się bardziej irracjonalnie), a szwagier (dodajmy artysta) od dawna owładnięty obsesyjnym pożądaniem wobec Yong-Hye zaczyna jeszcze usilniej marzyć o organicznym, wręcz zwierzęcym seksie z Yong-Hye. Siostra Yong-Hye z kolei martwi się o nią, bo przecież to nie jest normalne, że człowiek tak nagle przestaje jeść mięso, a potem w ogóle przestaje chcieć jeść, oddychać, żyć i chce się stać…. drzewem? Kiedy Yong-Hye trafia do psychiatryka, często można ją zauważyć, jak stoi na rękach: „- Ja zupełnie nie miałam o tym pojęcia. Myślałam, że drzewa stoją tak samo jak ludzie … Ale w końcu to zrozumiałam. One opierają się o ziemię rękoma.” mówi. Jak skończy się jej historia? Dlaczego w ogóle nagle tak się zmieniła?

Ta książka jest niezwykła. Jak napisałam już, jest niepokojąca, dająca do myślenia, pokazuje z jednej strony jak społeczeństwo odbiera kogoś, kto jest inny niż ogół, kto wyłamuje się z zasad ogólnie przyjętych w „normalnym” życiu, z drugiej strony zaś ukazuje ból jednostki, która ma dość, która nie czuje się „na miejscu”, która chce uciec, przestać być człowiekiem, bo ludzie są źli…. Zupełnie jak ojciec, który w przeszłości przywiązał psa do motoru i „zajeździł” go na śmierć. Czy zatem wszystko wynika z naszego dzieciństwa?

Widać w tej powieści też, jak bardzo kobieta, ogólnie jako człowiek, jest podległa pewnym zasadom i zostaje wpasowana w ramy, w których niby normalnie funkcjonuje, żyje (wychodzi za mąż, uprawia seks, rodzi dziecko, czy też zajmuje się domem), ale tak naprawdę chciałaby czegoś innego, może właśnie uciec do lasu i nie mieć nic wspólnego z dotychczasowym życiem? To wszystko gdzieś tam siedzi w podświadomości. I nagle pojawia się impuls, który budzi tę uśpioną duszę… „Zaskoczyła ją nagła myśl, że tak naprawdę nigdy nie miała szansy sobie pożyć. Święta prawda. Nigdy nie zdołała sobie pożyć. Od kiedy pamięta, jedynie wszystko przetrzymywała.” myśli sobie siostra Yong-Hye. Dzięki szaleństwu w jakie wpadła Yong-hye, jej siostra sama zaczyna chyba chcieć jakiegoś szaleństwa…. Mąż Yong-Hye z kolei, to bohater szalenie irytujący i taki typowy tchórz i prostak, który nie potrafi wesprzeć żony, którego ona zaczyna obrzydzać i zamiast spróbować ją zrozumieć i jakoś pomóc, lub choćby przytulić, to się z nią rozwodzi, bo nie chce żyć z wariatką. Tylko że dla Yong-Hye to już właściwie nie ma znaczenia. Ona już nie chce… Niczego. Albo inaczej: chce zupełnie czegoś innego.

To smutna książka tak naprawdę. Powoduje konsternację, wbija trochę w fotel, a z drugiej strony jest dziwna, szokująca, momentami niezrozumiała, ale na pewno niesztampowa i warta uwagi. Mieszanka snów i rzeczywistości, strachu i odwagi, samotności i chęci spełnienia w byciu sobą, wyzwolenia. Polecam. Premiera książki miała miejsce 10 lutego. Autorka Han Kang jest Koreanką i za tę powieść  otrzymała The Man Booker Prize w 2016 roku. Polecam również jej inną powieść „Nadchodzi chłopiec”, o której pisałam tutaj.

„Wegetarianka” Han Kang, przekład Justyna Najbar-Miller, Choi Jeong In, Wydawnictwo W.A.B. 2021

„Rodziny himalaistów” Katarzyna Skrzydlowska-Kalukin, Joanna Sokolińska

„-Doskonale rozumiem ludzi, którzy idą, zostawiają rodziny. – Naprawdę to rozumiesz? – Rozumiem. -Po tym co przeżyłaś? -Ja bym też poszła… – Ale nie idziesz. – Boję się, że… wiem o tym, że gdybym tam poszła, poczułabym to co oni. Nie idę, nie umiem się wspinać, ale pójdę na trekking pod szczyt w 2026. Dzieci będą starsze, nie idę wysoko i będą mnie prowadzić profesjonaliści, więc to nie to samo. Ale rozumiem tę potrzebę”.

To fragment z felietonu o Magdalenie Bieluń, córce Andrzeja Bielunia, himalaisty, który zginął w 1983r. na szczycie Api. To nawet nie ośmiotysięcznik, więc niewiele o nim wiadomo, rzadko kto się teraz na niego wspina i nie słyszy się o jakichś sponsorowanych wyprawach. To góra mająca 7132 m., ale to polska wyprawa kierowana przez Tadeusza Piotrowskiego jako pierwsza zdobyła ją zimą. Bieluń na szczyt wszedł jako pierwszy w wigilijną noc, niestety zginął podczas schodzenia. Mówi się, że prawdopodobnie został „zdmuchnięty” przez gwałtowny wiatr podczas zawiei śnieżnej. Był człowiek i nie ma człowieka. Pozostała po nim jego rodzina. O nim samym nie mówi się wiele, sama właściwie pierwszy raz usłyszałam to nazwisko, a dzięki jego córce, która za wszelką cenę chciała, aby pamięć po nim nie umarła, to ten felieton z książki „Rodziny himalaistów” najbardziej zapadł mi w pamięć. Jest tu smutek i żal, gniew, że niewiele się o tej wyprawie mówi, jest też chęć poznania ojca, jego planów, charakteru, dzięki wspomnieniom innych, co nie jest już teraz proste, bo większość nie żyje.

Generalnie ta książka to taki zbiór emocjonalnych opowieści o tym, co czują teraz członkowie rodzin himalaistów i co czuli w momencie, gdy dowiedzieli się o śmierci ojca/męża. To przykłady tego, jak teraz radzą sobie z traumą, smutkiem, żałobą, bezsilnością, złością i gniewem. O tych rodzinach mało się mówi, raczej zostawia się je w spokoju i tylko znajome im środowisko himalaistów je wspiera. Autorki ksiażki spotkały się i rozmawiały właśnie z tymi osobami, po to, by pokazać tę stronę himalaizmu, o której niewiele wiemy. Bo tak naprawdę „wspina się cała rodzina, nie tylko jeden człowiek” (słowa Marka Sajnoga).

Poza żonami zmarłych himalaistów (jak żona Tomka Mackiewicza, czy żony zmarłych himalaistów w lawinie pod Everestem w 1989r.) mamy też dzieci, już teraz dorosłe. Jest na przykład pani Magda Bieluń, którą wspomniałam wcześniej, jest Marcin Latałło, którego ojciec Stanisław, operator filmowy, zginął na Lhotse w 1973r., jest też Jerzy Kołakowski, syn Ryszarda, himalaisty, który nie wrócił z wyprawy na Makalu.

Ta książka jest naprawdę smutna, choć z drugiej strony wyziera z niej gdzieś duma i siła. I tak naprawdę nikt tu nie daje konkretnej odpowiedzi na pytanie, po co oni wszyscy poszli w te góry, przecież wiedzieli, że w domu czeka na nich żona z dopiero co narodzonym dzieckiem. Teraz te dzieci są już dorosłe, ale dobrze pamiętają moment, w którym ich matki dowiedziały się o śmierci męża, a ich ojca. Często ta trauma zostaje w nich do końca życia, niektórzy działąją, by pamięć o rodzicu nie zaginęła, a inni po prostu idą w góry, bo też chcą się wspinać. Czy pasję zatem dziedziczy się w genach? Czy raczej chodzi tu o jej zrozumienie, o doświadczenie na własnej skórze, tego za czym tak gonili ci, którzy odeszli?

Kiedy tak czytałam te wypowiedzi, czy to córek czy żon czułam smutek i żal, ale z drugiej strony myślę sobie, że kobieta wiąże się z mężczyzną, który w jakiś sposób ją musi pociągać i fascynować. I odwrotnie. Mężczyzna, który zwiąże się z kobietą – himalaistką nie powinien po ślubie zamykać jej w kuchni przy garach. Pada zatem pytanie, po co w ogóle wiązać się z kimś, kto co rusz ryzykuje życie, kto stawia góry ponad rodzinę? czy takie osoby w ogóle powinny zakładać rodziny? Przytoczona wypowiedź jednego z himalaistów: Aleksandra Lwowa, jest dość trafna, ale czy odnosi się naprawdę do każdego? „Nie należy wiązać się z himalaistami, bo oni muszą prędzej czy później zabić sie w tych górach. […] To tylko kwestia czasu i wytrwałości w dążeniu do celu”. Może niektórzy są po prostu naznaczeni tragicznym konfliktem wewnętrznym? Wspomniany wcześniej Bieluń w swoim dzienniku napisał: „Intensywne życie zniszczyło tak wiele z mojej psyche i ciała. Jestem zmęczony, ale odpoczynku nie pragnę. Ta wielka zmienność wydarzeń i miejsc w mojej pasji odbija się piętnem nieumiejętności przywiązania. Tak bardzo chciałbym czasem to zmienić, ale czy to jest możliwe? Każda pasja jest egoizmem, który nie liczy się z niczyją troską. Moja wymaga od swoich wyznawców niekiedy ceny najwyższej, ceny życia”.

Autorki książki pokazują po trosze życie samych himalaistów (opisując je dość skrótowo) a skupiają się bardziej na tych, którzy po nich pozostali, żywi i walczą z gniewem, tęsknotą, bezsilnością, ale też są pełni dumy i często chcą żyć również przepełnieni pasją.

To jest książka, złożona z felietonów/wywiadów, pisanych raz przez jedną autorkę, raz przez drugą, niektóre spostrzeżenia się czasem powtarzają, co może lekko irytować, ale to ciekawa pozycja. Dla osób początkujących w temacie literatury górskiej, chyba nie będzie idealna moim zdaniem, chociaż z drugiej strony może zachęcić do poszukiwań na temat danych nazwisk i osiągnięć. Jedyne, co mi zgrzytnęło mocno to błąd informacyjny: na litość boską, gdzie była korekta? Mount McKinley leży na Alasce owszem, ale jest najwyższym szczytem Ameryki Północnej, a nie POŁUDNIOWEJ, jak jest napisane w jednym z rodziałów. Brrr…

„Rodziny himalaistów” Katarzyna Skrzydlowska-Kalukin, Joanna Sokolińska, wydawnictwo W.A.B., 2020

„Cios kończący” Mariusz Czubaj

Jak ja lubię takie kryminały: mroczne, z wartką akcją, ciekawą intrygą, smutnym i styranym życiem policjantem. Czubaja czytałam tylko „Dziewczynkę z zapalniczką” w 2018r. Błąd. Zaczęłam od końca przygodę z profilerem z Katowic, Rudolfem Heinzem, a teraz sięgam po najnowszy „Cios kończący”, którego premiera jest dokładnie dzisiaj i który niestety kończy serię książek z tymże policjantem, bluesmanem i karateką w jednym. Nie bardzo łapałam się w szczegółach dotyczących wcześniejszych wydarzeń i spraw z życia Heinza wspomnianych tutaj, no ale na szczęście, nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo w lekturze, a mam na półce poprzednie tytuły, więc będę mogła to nadrobić. No ale do brzegu, jak mówią..

Rudolf Heinz, aktualnie nie pracuje już w policji od dwóch lat. Jest na przymusowej „emeryturze”, ale nie z racji wieku oczywiście. Nie wiem dlaczego, gdyż nie znam poprzednich wydarzeń, ale to nie szkodzi. W policji zjawia się młoda i ambitna, a także niezwykle rezolutna aspirantka Sylwia Świętoń która dnia pewnego znajdzie Heinza i poprosi o pomoc w śledztwie już dawno zamkniętym, ale jakoś nie dającym jej spokoju. W Świętochłowicach zamordowana została niegdyś, w swoim mieszkaniu, młoda kobieta, Justyna: ktoś rozwalił jej głowę młotkiem, a dodatkowo dusił. Sprawcy nie znaleziono. Śledztwo zamknięto. Zupełnie bez sensu. Świętoń uważa, że to niesprawiedliwe, że nikt nie zainteresował się na tyle tą samotną dziewczyną, która wcześniej była wesoła i towarzyska, a przed śmiercią zamknęła się w sobie, wzięła tajemniczy kredyt. Potem tak po prostu ktoś rozwalił jej czaszkę. Dlaczego?

Heinz w swoim sarkazmie i obojętności na życie, „z syndromem wypalenia, otoczony przez wewnętrzne demony, targany wyrzutami sumienia” nie chce znów babrać się w jakimś mrocznym śledztwie, a tym bardziej nielegalnie, w końcu nie pracuje już w policji. Niemniej jednak, gdy Sylwia donosi mu więcej szczegółów, jego ciekawość i intuicja biorą górę. Zbiera się w sobie i razem z policjantką, próbują rozwikłać sprawę dawnego morderstwa. Podejrzanych będzie kilku. Kim będzie morderca?

Mało tego, drugim torem powieści biegnie sobie historia gościa o czarnych oczach. Kim jest? Czy ma związek z morderstwem Justyny? czy może to zupełnie odrębny wątek? „Nawet nie wiemy, kiedy osadza się na nas ludzki syf. I musimy go zmyć. Bo inaczej sami staniemy się częścią tego brudu. Zrastamy się z nim. Tak naprawdę mało kto to dostrzega i potrafi oczyścić się w porę. Niektórzy widzą to za późno, inni, i tych jest zdecydowana większość, nigdy” – powie. Muszę przyznać, że bardzo fajnie został ten wątek wpleciony do śledztwa Heinza i Świętoń. Wszystko się później zazębiło i zagrało jak trzeba. Finalne zaskoczenie i przyspieszone tempo akcji to też, to co lubię w kryminałach.

Czubaj pisze lekkim piórem, stworzył ciekawą postać, w której trochę jest z niego samego, jak sam przyznaje w Posłowiu, choćby ten blues i fascynacja karate. Żal, że to ostatnia już książka z tej serii z Heinzem, ale uważam, że też nie ma sensu ciągnąć czegoś na siłę. Czasem trzeba pozwolić bohaterowi odejść. Już dość się narobiłeś, Heinz, dość przeżyłeś, oszczędzę Ci dalszych zawirowań, wyjedź, spakuj walizkę, zacznij od nowa gdzieś indziej, my Cię tu zapamiętamy.

Ja na pewno niedługo wrócę do poprzednich tytułów, więc dla mnie to nie koniec przygody. Dla mnie bujany fotel z okladki jeszcze się buja :)

„Cios kończący” Mariusz Czubaj, Wydawnictwo W.A.B., 2020

„Kolory zła. Czerń” Małgorzata Oliwia Sobczak

95881969_2893388917377216_6866802165340438528_o

Kolejna po „Czerwieni” bardzo dobra powieść kryminalna, którą przeczytałam ot tak, na pstryk. Bardzo wciąga, jest mroczna, ma interesujących bohaterów i ma tak zwany, klimat, czyli jest to coś, co bardzo lubię, gdy szukam rozrywki kryminalnej. Warto jednak najpierw sięgnąć po „Czerwień”, po pierwsze dlatego, że jest to bardzo dobra książka, a po drugie, ze względu na postać prokuratora Leopolda Bilskiego i postać Anny Górskiej – asesora prokuratorskiego. Tutaj mamy co prawda trochę nawiązań do poprzedniej części, ale relacja między obojgiem będzie łatwiejsza do zrozumienia, kiedy przeczytamy właśnie „Czerwień” jako pierwszą.

Akcja dzieje się w Kartuzach, dokąd zostaje przeniesiony Bilski. Nie jest mu to na rękę, jest załamany. „Zdegradowany trzydziestosiedmioletni prawnik. Zmęczony, rozdrażniony. Skończony”, niemniej jednak wie, że nawalił przy poprzedniej sprawie, i to dlatego musiał zostać oddelegowany z Sopotu. Tam czuł się kimś, tutaj nie potrafi dogadać się z nowymi kolegami, którzy zresztą również nie wykazują ku temu zbytniej chęci. Zresztą Kartuzy? Co to za „pipidówa”? Co się tu może wydarzyć, poza kradzieżą w sklepie? Ha, nic bardziej mylnego.

W Kartuzach trwają poszukiwania 13-letniej Amelii Stępień, cichej, nieśmiałej, śpiewającej w kościelnym chórze, dziewczynki. Wyszła z domu i nie wróciła na noc,  i choć jej się to już zdarzało, to babcia i koledzy mówią, że była ostatnio inna, bardziej wzburzona, dziwna i tajemnicza. Coś tu zatem nie gra, tym bardziej, że niektórzy nie mówią całej prawdy. Sprawą zajmuje się wspomniana Anna Górska z prokuratury w Sopocie.

W tym samym czasie do rodzinnych Kartuz przyjeżdża z Nowego Jorku młoda pisarka, Julita wraz z synkiem Piotrusiem. W Stanach spędziła wiele lat, tam pochowała swojego męża, a teraz osiedla się w domku przy jeziorze. Chce na nowo ułożyć jakoś życie, wrócić do pisania, znaleźć spokój, niestety….  po kilku dniach jej synek Piotruś również nagle znika. Sprawę dostaje komisarz Bilski. Jego śledztwo zacznie łączyć się ze śledztwem prowadzonym przez Annę Górską. Co się stało z dziećmi? Przepadły, zniknęły jak kamień w wodę.

Bilski wraz z Anną natrafią na jakieś ślady, które będą prowadzić w różne strony, ale ciężko będzie pójść krok dalej. Wszystko utknie, nie będzie się czego chwycić, a czas jest przecież nieubłagany. Rodzice Amelii tkwią w beznadziejnym czekaniu na informacje, Julita wyrywa włosy z głowy i zamiast poszukiwanego od dawna spokoju zaczyna popadać w paranoję. Powracamy dzięki retrospekcjom do jej przeszłości, dzieciństwa i dowiadujemy się o wielu strasznych wydarzeniach, jakie wtedy miały miejsce. Nie mogę tu zbyt wiele zdradzić, powiem tylko, że Julita kiedyś, podobnie jak zaginiona Amelia, śpiewała w tym samym chórze kościelnym.  Bilski i jego koledzy zaczną drążyć bardziej. Wyjdą na jaw tajemnice skrywane od lat nie tylko przez Julitę, ale również przez mieszkańców Kartuz. Legendy kaszubskie, machlojki w policji, a do tego stare sprawy, które w dziwny sposób łączą wszystko w kupę, plus psychopatyczne cechy niektórych mieszkańców Kartuz to niezła mieszanka, która odrze to spokojne miasteczko ze swojej spokojnej aury. To tylko fasada, a za nią mrok i czerń. 

Jak zatem potoczy się akcja? Czy Amelia i Piotruś się odnajdą cali i zdrowi? Czy w ogóle żyją? Jakie tajemnice skrywają mieszkańcy Kartuz? 

Bardzo podobała mi się postać mrocznego prokuratora Bilskiego, i choć tych udręczonych życiem policjantów, komisarzy itp, było już wielu w różnych książkach, to co z tego? Bilski jest wrażliwy, trochę pogubiony, ale też nieposłuszny, czasem gburowaty. „Złamał pan wszystkie etyczne aspekty przesłuchania, o czym nie omieszkam poinformować pana przełożonego. – A spierdalaj – odparł Bilski i skierował się do wyjścia”. ;-) Fajne są też postaci policjantów z Sopotu: Pająka i Kity.

Podobało mi się, uważam, że to rewelacyjna historia. Wiadomo, że kryminałów i schematów w nich stosowanych jest na rynku ogranych już tyle, że tak naprawdę niczego nowego miłośnicy kryminałów tu nie znajdą, ale…. świetnie się to czyta. Mam wrażenie, że Pani Sobczak bardzo rozwinęła swój warsztat i liczę na jej kolejne ksiażki z Bilskim w roli głównej i z równie zaskakującymi finałami, jak tutaj.

„Kolory zła. Czerń” Małgorzata Oliwia Sobczak, wydawnictwo W.A.B, 2020

„Doggerland. Podstęp” Maria Adolfsson

87422673_2741810465868396_1262297313565474816_o

„Tutejsza skala kolorów jest daleka od tej zieleni, która dominuje na żyznych terenach w głębi Heimo, albo od złotej żółci piaskowców na Frisel. Tutaj jest równie wiele odcieni co tam, ale tylko wprawne oko może dostrzec bogactwo kolorów w krajobrazie, gdzie granitowoszare płyty skalne stawiają opór stalowemu morzu. Karen je widzi. Jej oczy nauczyły się rozpoznawać różne niuanse, to jak morze mieni się srebrem, cyną i ołowiem. Widzi to delikatne bogactwo kolorów wierzb płożących i sitowia. Widzi fioletowe odcienie szczelin skalnych i zmiany pór roku z zawciągiem pospolitym kwitnącym na przedwiośniu i krwawnicą pospolitą późną jesienią. A teraz, kiedy rośliny więdną na klifach i lato nieuchronnie chyli się ku końcowi, wędruje wzrokie głębiej, w stronę lądu, gdzie wrzosy falują na zboczach. To tutaj jest jej miejsce. I z tą świadomością podnosi się i zaczyna biec z powrotem do domu”.

Wbrew temu opisowi, to nie jest książka o kobiecie, która wypoczywa sobie nad morzem i podziwia przyrodę. To tylko element tła, którym są wyspy Doggerland u wybrzeży Danii, na których dzieje się kryminalna akcja z udziałem komisarz Karen Eiken Hornby. Tło jest fikcyjne, choć źródła podają, iż lądy Doggerlandu łączącego niegdyś Wielką Brytanię z kontynentalną częścią Europy, istniały setki milionów lat temu, ale zostały zatopione przez topiące się lodowce. Tak więc na tej „Atlantydzie” Maria Adolfsson umieściła akcję swojej powieści, która jest częścią pierwszą przedstawiającą losy komisarz Karen i mieszkańców małego miasteczka Langevik. 

Samo miasteczko i jego mała społeczność, której większość spotyka się w barze u Zająca i Wrony, albo gdzieś w sklepikach, porcie, czy barach oferujących pyszne dorsze czy turboty, tworzy bardzo interesujący klimat. Problemy społeczne, historia regionu, a także charakterystyczni mieszkańcy, różniący się od siebie, w zależności z której wyspy Doggerlandu pochodzą, sprawiają, że miasteczko i w ogóle cały rejon wysp wydają się jak najbardziej rzeczywiste. „… w Doggerlandzie odnaleźć można tę samą hierarchię kozłów ofiarnych co w większości krajów – ciężko pracująca północ, beztroskie południe i stolica pełna cwaniaków i zarozumiałych draniów”.

Karen, na chwilę dostaje okazję dowodzenia śledztwem. Jej szef, Jounas, arogancki i złośliwy, zostaje odsunięty od sprawy, gdyż to właśnie jego była żona Susanne Smeed zostaje zamordowana. Mężczyzna jest pierwszym podejrzanym. Ale czy to, że byli po rozwodzie i że Jounas nie ma potwierdzonego alibi na poranek, w którym zginęła Susanne, jest wystarczającym powodem do podejrzeń? Wszystko się okaże. Karen wykona kawał dobrej roboty, mimo, że noc przed morderstwem spędziła w ramionach swojego wyżej wymienionego szefa, co uważa za straszną pomyłkę, i mimo innych swoich osobistych problemów, o których dowiemy się stopniowo podczas lektury. Wystarczy rzec, że Susanne mogła zostać zamordowana właściwie przez każdego z sąsiadów czy współpracowników. Nie była lubiana, była niemiła, zgryźliwa, kłótliwa, z wiecznymi pretensjami. Nawet jej córka Sigrid nie chciała się z nią kontaktować. Kto zatem zabił kobietę? Dlaczego? I co ma z tym wspólnego historia pewnej komuny, która znajdowała się w Langevik w latach 70-tych? Uwierzcie, ale zakończenie będzie ogromnie zaskakujące. 

To w dużej mierze książka typowo skandynawska, gdzie śledztwo kryminalne prowadzone jest w dość specyficzny sposób, z chłodnym oglądem sytuacji i wieloma wątkami obyczajowo-społecznymi, bez których nie zrozumielibyśmy dokładnie wszystkiego. Wszystko jednak tu do siebie pasuje, wszystko się łączy i tytułowy „podstęp” jest naprawdę fajnie przedstawiony. Ciekawe jest to, jak wielką lawinę konsekwencji może wywołać jedna decyzja sprzed lat…. 

Czytało mi się bardzo dobrze, lektura jest wciągająca i może nie tyle mroczna, co tajemnicza. Czekam na kolejną część „Doggerlandu”. 

„Doggerland. Podstęp” Maria Adolfsson, tłumaczenie Agata Teperek, wyd. W.A.B., 2020.