„Sprawa Sary” Karolina Głogowska

„Kiedy stałem za nią w kolejce do budki z lodami, miałem wrażenie, że jej sukienka pachnie jeszcze rozgrzanym żelazkiem. Widziałem, jak spod jasnego, wysokiego kucyka Sary spływa jej na plecy kropla potu. W tym odświętnym ubraniu, białych skarpetkach, lakierowanych sandałkach i gładkiej fryzurze nie pasowała do naszej czwórki. Nie pasowała do żadnego realnego miejsca, które znałem jako trzynastolatek.”

To dobry thriller. Akcja dzieje się w 1993 roku, oraz teraz. 40-letni dziennikarz śledczy, Witek Wedler, wspomina swoje dzieciństwo we wsi Brzeziniec, gdzie wraz z rodzicami spędzał wakacje. Miał tam swoje towarzystwo, wokół las, jezioro, leśniczówka – czego chcieć więcej w wieku 13 lat? Sara była inna: to dziewczynka zamknięta w sobie, nieco odpływająca myślami, nie do końca akceptowana przez kolegów Witka. Niemniej jednak to właśnie Sara zostaje pierwszą miłością chłopaka. Spędzają wspólnie czas, chodzą nad jezioro, Witek uczy Sarę pływać… Jednak ostatniego dnia pobytu w Brzezińcu Witek nie ma możliwości pożegnania się z dziewczynką. Razem z rodzicami wyjeżdża wcześnie rano do Gdańska. Jest przybity tym faktem, wręcz załamany. Już w Gdańsku, dowiaduje się, że dziewczynka zniknęła. Jakim cudem, przecież ostatniej nocy, kiedy byli ukradkiem wykąpać się w jeziorze, odprowadził Sarę pod sam dom?!

Teraz, minęło 27 lat, Witek jest na chorobowym, ma problem neurologiczny, który nie daje mu spokoju. Dużo wolnego czasu na zwolnieniu lekarskim oraz pewien przypadek sprawiają, że sprawa zaginięcia Sary wraca do niego po latach. Mężczyzna postanawia odgrzebać jeszcze raz swoje wspomnienia i zbadać całą sprawę od początku. Nawet nie wie, ile uda mu się odkryć, ile rzeczy go zaskoczy i kogo spotka na swojej drodze. A czytelnik w finale dostanie dodatkowo informację, której kompletnie się nie spodziewał.

Cała fabuła jest dobrze wykreowana, społeczność Brzezińca również, mamy ciekawie zarysowanych bohaterów i intensywne tło psychologiczne. Pewne wydarzenia i zachowania determinują życie trzynastolatka / trzynastolatki (no bo życie bywa bardzo ciężkie, szczególnie, kiedy jest się wysoko wrażliwą osobą). Również toksyczne relacje rodzinne (głównie mam na myśli matkę Sary) mogą mieć poważne konsekwencje. Karolina Głogowska napisała wstrząsającą historię. Wiem, że podobnych thrillerów pewnie jest dużo, że wielu powie „nic nowego”, ale na naszym polskim „poletku” cieszy pojawienie się nowej, utalentowanej w tym kierunku pisarki.

Premiera książki 11 sierpnia.

„Sprawa Sary” Karolina Głogowska, wydawnictwo W.A.B. 2021

„Jesień. Pory roku. Tom 1” Ali Smith

„Minutę temu był czerwiec. Teraz pogoda jest wrześniowa. Zboża rosną wysoko, czekają na skoszenie, jasne, złociste. Listopad? Niewyobrażalne. Został już tylko miesiąc. Dni są wciąż ciepłe, powietrze w cieniu przenikliwsze. Noce zapadają wcześniej, są chłodniejsze, światła za każdym razem trochę mniej. Ciemno o wpół do ósmej, ciemno piętnaście po siódmej, ciemno o siódmej. Zieleń drzew przygasa od sierpnia, a tak naprawdę od lipca. Za to kwiaty wciąż się rozwijają. Żywopłoty wciąż brzęczą. Szopa jest już pełna jabłek, a drzewo jest nadal nimi oblepione. Ptaki siedzą na liniach wysokiego napięcia. Jerzyki odleciały już kilka tygodni temu. Są już setki kilometrów stąd, gdzieś nad oceanem”.

Jesień. Niech was jednak nie zwiedzie cytat. Ta książka nie jest otulająca jak ciepły kocyk, kolorowa, jak złote liście na drzewach. Jest smutna, nostalgiczna, z jednej strony piękna, a z drugiej bardzo specyficzna i dziwna. Nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak sądziłam, że będzie, choć przyznaję, że od momentu jak ją skończyłam, to dużo o niej myślę.

Mała Elisabeth pewnego dnia ma napisać zadanie domowe, w którym ma zadać jakieś pytanie sąsiadowi i zapisać jego odpowiedź. Mama nie pozwala jej tego zrobić, każe jej wymyśleć odpowiedzi, byle tylko nie mieć nic do czynienia z dziwnym, starszym panem z mieszkania obok, który pewnie jest niebezpiecznym dla małych dziewczynek gejem. Dlaczego tak o nim myśli? Elisabeth jednak mimo wszystko i z upływem czasu, zaprzyjaźnia się ze staruszkiem. Dzieli ich ogromna różnica wieku, ale dogadują się niezwykle łatwo. „Nikt nie mówił tak jak Daniel. Nikt nie milczał tak jak Daniel”. Ich spacery to wymiana metafor, skojarzeń, zabawy słowem, opowieści o starych obrazach, które Daniel zapamiętał i opisuje w genialny sposób dziewczynce. Skąd jego miłość do takiej dziwnej (bo te obrazy są dziwne) sztuki? Dlaczego akurat mówi o nich z takim smutkiem? Co się wydarzyło w jego młodości? „Nigdy nie można uciec z graciarni swojego „ja””.

Daniel Gluck, bo o nim wyżej właśnie mowa, niegdyś piszący teksty do popularnych piosenek, teraz ma już 101 lat. Przebywa w domu opieki, a trzydziestoletnia już Elisabeth nadal go odwiedza. Jej wizyty parę razy w tygodniu polegają na czytaniu mu książek, podczas gdy Daniel głównie śpi. Pielegniarki myślą, że to wnuczka odwiedza dziadka, nie domyślają się, że łączy ich inna relacja. Jaka? Czy to przyjaźń? Miłość? Elisabeth wie, że ta relacja jest wyjątkowa, mimo iż do tej pory dość krytykowana przez jej matkę. Nie ma w tej przyjaźni nic zdrożnego czy kontrowersyjnego. Nigdy z nikim tak dobrze jej się nie rozmawiało, nigdy nikt jej tak dobrze nie rozumiał. I właściwie to czytelnik ma wrażenie, że Daniel, mimo swojego wieku, czuł i czuje podobnie. Kiedy Elisabeth przypadkiem natrafia na album z obrazami pop-artowej, niedocenianej malarki lat sześćdziesiątych, Pauline Boty, zaczyna zagłębiać w historię jej krótkiego życia, bo jej obrazy dziwnie przypominają jej te, wspominane na spacerach w dzieciństwie przez Daniela. I tu, pojawiają się pytania o tożsamość kulturową, o kwestie bycia kobietą, pojawia się analizowanie własnych emocji, uczuć, na tle rozpadajacego się poniekąd kraju, który stoi przed widmem brexitu, choć to słowo nie pada tu wcale. „Nadszedł czas, kiedy ludzie mówią do siebie różne rzeczy, ale nic z tych rzeczy nie zamienia sią w dialog”.

Ta książka to dość chaotyczny momentami zapis wspomnień obydwojga bohaterów. Są tu częste retrospekcje, strumienie świadomości, słowa płynące nie wiadomo skąd i dokąd, sny, w których człowiek ukrywa się w pniu drzewa, albo z którego wyrastają liście (co możemy odnieść do sztuki „Burza” Szekspira, którego Daniel lubił). Czasem pojawiają się opisy jesieni, jak w powyższym cytacie, bo pory roku są i były zawsze takie same, tu akurat nie ma niespodzianek, to życie i spojrzenie na życie się zmienia. Często trzeba się dostosowywać do aktualnej rzeczywistości, lub też buntować, bo w końcu brakuje cierpliwości, zupełnie jak w przytoczonej historii z robieniem przez Elisabeth zdjęcia do paszportu, czy też w historii wspomnianej Pauline Boty. I jeszcze matka Elisabeth, która początkowo uważana przez córkę za niezbyt inteligentną osobę, po latach zyskuje w jej oczach. Dojrzewanie Elisabeth i jej przyjaźń z Danielem, sprawiają, że dziewczyna patrzy na świat w bardziej wrażliwszy sposób, widząc więcej i rozumiejąc więcej.

To mądra książka, ale chyba nie jestem odpowiednim odbiorcą i nie jestem w stanie bardziej docenić tak zachwalanego kunsztu Ali Smith. Częściowo mi się podobało, ale bardziej zmęczyłam lekturę, choć tak jak wspomniałam wcześniej, zostawiła ta książka coś w mojej głowie, bo cały czas o niej myślę. Hmmm. Przeszkadzał mi ewidentnie ten chaos i styl pisania, który zaburzał mój odbiór. No nie wiem… Na pewno jest to intrygująca powieść.

Recenzja powstała w ramach współpracy z księgarnią Tania Książka.

„Jesień. Pory Roku. Tom I” Ali Smith (wyd. W.A.B., 2020) w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego, możecie nabyć w tej właśnie księgarni, w dziale „Beletrystyka i literatura piękna”. Może akurat docenicie ją lepiej?

„Nadchodzi chłopiec” Han Kang

„Jak myślisz? Czy dusza nie istnieje? A może przypomina szkło? Szkło jest przecież przezroczyste i łatwo się tłucze. To leży w jego naturze. Dlatego z przedmiotami wykonanymi ze szkła należy obchodzić się ostrożnie. Jeśli pękną, albo się stłuką, nie nadają się przecież do użytku, trzeba je wyrzucić. Kiedyś mieliśmy szkło niepotłuczone. Było autentycznie przezroczyste i twarde, choć nikt nigdy nie zbadał, czy to naprawdę szkło. Roztrzaskując się na kawałki, pokazaliśmy innym, że mamy duszę. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy ludźmi z prawdziwego szkła”.

W maju 1980 w Kwangju w Korei Południowej doszło do potężnych demonstracji, w których brały udział dziesiątki tysięcy mieszkańców, głównie młodych i bardzo młodych, często dzieci, którym po prostu dawano karabin i mówiono, że mają stawić opór wojsku. Te dzieci nawet nie wiedziały jak się strzela, co oczywiście jest normalne, bo niby skąd miałyby to wiedzieć? Protest był skierowany przeciwko zamachowi stanu z 12 grudnia 1979 i rządom wojskowej dyktatury generała Chon-Doo Hwana. Na tej właśnie historii opiera się książka koreańskiej autorki.

Główną postacią i osią powieści jest czternastoletni chłopiec Tong-Ho, który został zastrzelony, mimo iż wyszedł naprzód z uniesionymi w poddańczym geście, rękami. Postacie, które są narratorami w kolejnych rozdziałach, albo znały chłopca, albo szukają jego zwłok, albo traktują jako symbol właśnie. Cała powieść Han Kang ukazuje okrucieństwo wojska, które zabijało cywili bez skrupułów, strzelając do nich z każdego możliwego miejsca. Wielu studentów, pracowników fabryk, zginęło na miejscu. Innych dobijano w miejscach, do których wywożono zwłoki. Innych jeszcze wywlekano z domów i również zabijano, lub wtrącano do więzień czy aresztu, gdzie w bestialski sposób ich torturowano. Im bardziej okrutnie, tym większa zasługa. Ale czy wszyscy żołnierze byli tacy bezlitośni? Czy zło należało do ich natury, czy po prostu działali zgodnie z rozkazami?

W wyniku pacyfikacji miasta, jak oficjalnie podają strony rządowe, zginęło 165 osób, ale według danych nieoficjalnych ofiary liczy się w tysiącach. Han Kang opisuje właściwie nie samą masakrę, ale głównie skupia się na odczuciach postaci, którzy ją przeżyli, lub utracili w niej bliskich.

Mamy tu zatem matkę Tong- Ho, która rozpaczliwie tęskni za synem, a w przypływie gniewu wraz z innymi matkami zabitych w demonstracjach, rozwiesza transparenty nawołujące do zamordowania dyktatora i depcze do krwi swoich stóp jego portret z szklanej ramie. Mamy samego Tang-Ho, który opowiada swą historię z perspektywy duszy ulatującej z ciała leżącego na samym dole stosu innych ciał. Mamy też młodzież, która pomagała w sali gimnastycznej Sangmungwan układać znoszone z ulic ciała. Mamy osiemnastoletnią Kim, która pracuje w wydawnictwie próbującym wydać książkę o rzezi mieszkańców, a którą non stop się cenzuruje. Mamy też historię dziewczyny niegdyś pracującej w fabryce włókienniczej, biorącej udział w działalności związkowej, która później jest torturowana. „Czy jesteś gotowa zaświadczyć, że dziesiątki razy wpychali ci do pochwy drewnianą linijkę o długości trzydziestu centymetrów? Że rozdarli ci szyjkę macicy kolbą od karabinu?”

No i są jeszcze inne postacie, które opisują, co przeszły w więzieniu, czy podczas przesłuchań, a co niestety jest tak straszne, że aż wszystko człowieka boli: „Sznurowali nam ciało, zakładali ręce za głowę i ciągnęli je liną tak, że plecy wyginały się w łuk, a ramiona przybierały kształt naprężonej cięciwy. Nazywali to zakładaniem szpili. Metoda na kurczaka z rożna polegała na tym, że ofairę podwieszano na rurze za spętanie ręce i nogi. Torturowano nas wodą i prądem”.

Te historie tworzą powieść na poły realistyczną, na poły magiczną. Pisana krótkimi zdaniami, często z narracją w drugiej osobie, historia łączy ze sobą brutalność z tęsknotą za beztroską i normalnym życiem, których ofiary masakry i ich rodziny już nie przeżyją. Książka ma w sobie mnóstwo smutku, melancholii i miłości, bo osoby szukające swoich bliskich mówią o nich tak pięknie i z taką delikatnością. Z drugiej zaś strony, miałam wrażenie, że ta książka jest dość specyficzna i dziwna, że czasem nie rozumiem konstrukcji, że te krótkie rozdziały, w których narratorami są różne osoby mieszają mi się i nie bardzo już wiem, kto do kogo mówi, kto kogo wspomina, tym bardziej, że koreańskie imiona są dość podobne.

Podsumowując, uważam jednak, że to ważna pozycja. Ma swój specyficzny nastrój, a autorka mówi nam w niej o tym, jak ważna jest godność człowieka, którą w tak prosty sposób można odebrać. Pokazuje odwagę ludzi, którzy ryzykując życie postanowili walczyć o swoje prawa, sprzeciwić się dyktaturze, poświęcając własne życie w imię wolności i demokracji. Mimo iż, wielu, którzy przeżyli, ma traumę do dziś i pragnie śmierci: „Moje życie jest walką. Codziennie zmagam się ze sobą w samotności. Ze wstydem, że to przetrwałem, że wciąż jeszcze żyję. Z tym, że jestem człowiekiem. Z myślą, że śmierć jest jedyną drogą wyzwolenia”.

Uważam, że reportaż byłby czymś, co dałoby więcej informacji o tej masakrze, bo tu nie mamy zbyt wielu szczegółów, musiałam szukać w internecie czegoś więcej, oglądałam zdjęcia z tych demonstracji (koszmar). Ale… obawiam się, że moje wrażenie po lekturze takiego reportażu, byłoby takie, jak po książce Iris Chang „Rzeź Nankinu”, którą czytałam z 5 lat temu i do tej pory nie napisałam o niej nic, bo na samą myśl o ogromie tej tragedii nadal boli mnie brzuch.

Poruszająca książka.

„Nadchodzi chłopiec” Han Kang, tłumaczenie Justyna Najbar-Miller, wyd. W.A.B, GW Foksal, 2020

„Układ” Igor Brejdygant

DSC06434„Zabiła kogoś, kogo kochała,  a żeby było jeszcze dziwniej i trudniej, kochała go jako dwóch różnych ludzi, w dwóch odmiennych stanach świadomości i na różnych etapach w jej życiu. Uciekając od myślenia o tym, co się stało, zapadała się teraz coraz głębiej w odmęty tamtego życia zostawionego przed laty, cofała się na osi własnego rozwoju, kuliła się coraz bardziej, jakby przepoczwarzała się z powrotem w kokon, z którego kiedyś z tak ogromnym trudem wyszła. Wszystko, co działo się wokół: ginący ludzie, spalone domy, próby prowadzenia dochodzenia, które jak na razie nie dawało żadnych rezultatów, a sprawa, zamiast się wyjaśniać, z każdą chwilą coraz bardziej się komplikowała – wszystko to wydało jej się teraz nagle odbiciem chaosu, który zalewał ją coraz wyższymi falami. Jeszcze chwila i utonę, pomyślała”.

Komisarz Monika Brzozowska, wredna, bezkompromisowa i bezczelna, ale przebiegła i inteligentna kobieta, znana z pierwszej części Rysa (której nie wyobrażam sobie nie przeczytać najpierw) prezentuje się w „Układzie” nieco z innej strony. Pogubiona, wpędzona ponownie w bagno przez demony przeszłości oraz wydarzenia z „Rysy” właśnie, wpada znów w nałóg narkotykowy. Oddalona z pracy na przymusowy urlop, po tym, jak zabiła własnego męża (o którym w ogóle nie wiedziała długo, że go ma) i niedawno jeszcze oskarżana o zabójstwa, wraca do palenia cracku, a w końcu do heroiny. Opisy jej psychiki i stanów emocjonalnych są doskonałe. Widać, że kobieta przestaje chcieć walczyć, nie ma nic do stracenia, stacza się coraz bardziej, samotność ją pokonuje, myśli już coraz częściej, by coś wziąć. Aby całkiem nie spaść na dno, inspektor Matecki (genialna postać :)) przywraca Monikę do pracy. Tym bardziej, że zamordowany zostaje Wacek, główny świadek w sprawie grupy pedofilów, na którą natrafiono wcześniej (w poprzedniej książce).

Cały czas gdzieś w tle cały czas działa prężna siatka ludzi, którzy wszystko wiedzą, widzą, dlatego śledztwo musi być mocno zakonspirowane.  Umoczonych w ten układ jest wielu znanych ludzi: minister spraw wewnętrznych, biskup, biznesmeni, politycy. Każdy może być niebezpieczny. Na każdego są jakieś kwity. Każdy musi zatem współpracować, by nie wypłynęły jego złe uczynki. Kto wie, może nawet matka Moniki z demencją jest jednym z pionków? (również świetna i dość tajemnicza postać). Za sznurki nadal pociąga tajemnicza kobieta z pieprzykiem, która za wszelką cenę chce dopaść Monikę. Dlaczego?

Do śledztwa dołącza kapitan ABW, Czesław Warecki, znany już z pierwszej części. To ważna postać, bo dzięki niemu Monika zacznie pewne rzeczy inaczej odbierać i powoli wychodzić na prostą. Dlaczego akurat on będzie miał na nią taki wpływ? Co zmieni się w życiu Brzozowskiej, czy wyjdzie z nałogu i czy uda się jej uniknąć niebezpieczeństwa? 

Świetna książka. Naprawdę warto, bo choć akcja może toczy się innym tempem niż w „Rysie” i porównując, to trochę więcej tu przemyśleń Moniki, to jednak czytało mi się świetnie i szybko. Bardzo dobrze skonstruowana fabuła, intryga, ciekawe postacie, momentami było wzruszająco, czasem śmiesznie, ale najczęściej dość mrocznie. Polecam bardzo. Ale koniecznie trzeba przeczytać wcześniej „Rysę”. Tak myślę. Bez tego, nie będzie AŻ tak smakowało.

„Układ” Igor Brejdygant, wydawnictwo W.A.B, 2019.

„Rysa” Igor Brejdygant

DSC06433„Niektórzy boją się okoliczności, inni boją się ludzi, ona zawsze najbardziej bała się samej siebie”.

To pierwsza część serii z komisarz Moniką Brzozowską, policjantką z krwi i kości, rezolutną, bezczelną i skuteczną. Ogromnie ją polubiłam, podobało mi się jej sarkastyczne podejście do pewnych spraw oraz inteligentne, genialne docinki, jakie często serwowała swoim kolegom z pracy, co stawiało ją często na równi lub nawet wyżej w hierarchii w tym męskim, pełnym testosteronu świecie policji. 

To kobieta z przeszłością z której niewiele pamięta. Wiele lat temu, bliskie spotkania z narkotykami, a szczególnie z heroiną, wymazały sporą część jej wspomnień. Nałóg, odwyk, ciężkie przejścia i tajemnice odbiją się teraz czkawką. Znaleziony, martwy kloszard, będzie pierwszą ofiarą seryjnego mordercy, lub morderców. Monika będzie musiała szybko działać, bo niebawem pojawi się ofiara kolejna i jeszcze kolejna…. Dziwnym trafem zadźgane bagnetem osoby będą miały wiele wspólnego z przeszłością Brzozowskiej, a ślady znalezione na miejscach zbrodni będą wskazywały na jej obecność przy tych zabójstwach. Co Brzozowska może mieć wspólnego z morderstwami? Dlaczego nic nie pamięta? Przecież już nie bierze, nie „wali po kablach” jak to się mówi. Jej mroczna psychika w połączeniu z mroczną rzeczywistością to naprawdę świetna mieszanka.

„Efemeryda zwana rzeczywistością przejęła nad nią kontrolę, a zasadniczo powinno być odwrotnie, to ona powinna kontrolować świat realny z wszystkimi jego zależnościami i przejawami, powinna go postrzegać w sposób zorganizowany i go ujarzmiać. Czuła, że tak się nie dzieje, że nagle przerwała się jakaś główna arteria łączności z normalnym postrzeganiem, wszystko zaczęło się sypać, a ona dryfowała po powierzchni coraz częściej zasysana w odmęty nierealnego albo realnego inaczej. Gdzie jest ten moment? Gdzie ma szukać miejsca przerwania, pęknięcia, gdzie to wszystko się zaczyna? Gdzie jest rysa?”

No właśnie. Gdzie? Jak dojść do prawdy? Brzozowska uwikła się w bardzo trudną sytuację. Z polującego na mordercę sama stanie się ofiarą i będzie musiała mocno się napracować, by zrozumieć w co się wplątała dawno temu. Jak to się skończy?

Świetna książka, połączenie kryminału z thrillerem psychologicznym, ze świetnymi postaciami (również Stasiak, Wójcik, Warecki). Czyta się z zapartych tchem i szczerze mówiąc, w finale zaskoczenie było mocne. Polecam! Już jestem w trakcie lektury kolejnej części „Układ”, w której już powoli dowiaduję się, co wydarzy się dalej w życiu Moniki Brzozowskiej.

„Rysa” Igor Brejdygant, wyd. W.A.B.2018

Zapowiedzi książkowe

Books stacked by decorative wallpaper antiquePrzeglądając strony różnych wydawnictw, wybrałam książki, które mają się ukazać niebawem lub też jesienią, a które ogromnie mnie interesują. Chętnie bym je wszystkie przeczytała. Pewnie w tak zwanym międzyczasie pojawią się jeszcze inne tytuły, ale narazie podzielę się z Wami tymi, które w jakiś sposób trafiają w mój gust. Polecę wydawnictwami z datami premier. Jeśli coś Was zainteresuje, to zapraszam do klikania w tytuły, które przeniosą Was na opis książki. Może Wy również macie coś ciekawego na oku? 

Wydawnictwo Czarne:
1. Anna Kańtoch „Pokuta”, 31 lipca
2. Agnieszka Lisak „Sielankowanie pod Tatrami”, 7 sierpnia
3. Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak „Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii”, 18 września
4. Paweł Sołtys „Nieradość”, 18 września
5. Marta Sapała „Na marne”, wyszła już 19 czerwca

Wydawnictwo Poznańskie -> tu większość książek jest na jednej stronie z zapowiedziami, więc musicie sobie sami je odnaleźć, co jest zresztą bardzo łatwe:

1. Karen Blixen „Pożegnianie z Afryką”, 14 sierpnia
2. Souad Mehhennet „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu”, 2 października
3. Roy Jacobsen „Białe morze”, 2 października
4. Stasia Budzisz „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”, 4 września
5. Uzodinma Iweala „Ani złego słowa”, 18 września

Wydawnictwo PAUZA:
1. David Vann „Brud” jesienią, o tej książce narazie niewiele wiadomo
2. Ottessa Moshfegh „Mój rok relaksu i odpoczynku”, 8 sierpnia (z okładką autorstwa „Sztuczne Fiołki„!!!)

Wydawnictwo Prószyński:
1. Nermin Yildirim „Sny”, 13 sierpnia

Wydaniwctwo ZNAK:
1. Ahmed Saadawi „Frankenstein w Bagdadzie”, 16 września
2.Joanne Ramos „Farma”12 sierpnia
3. Shobha Rao „One płoną jaśniej”2 września
4. Deborah Levy „Płynąc do domu”, 12 sierpnia

Wydawnictwo Foksal – W.A.B.:
1. Michael Chabon „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya”, 31 lipca
2. Małgorzata Oliwia Sobczak „Kolory zła. Czerwień” tom 1, 4 września

Wydawnictwo Literackie:
1. Julia Philips „Znikająca ziemia”, 4 września

Wydawnictwo Sonia Draga:
1. Ventrella Rosa „Historia porządnej rodziny”, 11 września

„Teoria opanowywania trwogi” Tomasz Organek

60774739_2206948942687887_4550135726871674880_n-001„Niedzielę zwiastuje cisza. W niedzielę w powietrzu wisi dym, ledwo widoczna zawiesina unosząca się nad zgliszczami budowanego z mozołem przez cały tydzień świata. Dzień po dniu, od poniedziałku do piątku, we wszystkie dni robocze świat powstaje, jak sam Bóg przykazał. Rośnie w siłę, mnoży się, rozpiera w posadach, pręży i napina się po to, żeby około soboty już nie wytrzymać. Od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie musi. Na Boga, nie musi. Wtedy spektakularnie ginie. Wyciąga z szuflady drogi, wysadzany diamentami łańcuch, pęta go sobie wokół szyi, osuwa na kolana i mdleje w ekstazie, liżąc jaszczurzym językiem buty właściciela. Wtedy nie wytrzymuje i na własne życzenie idzie na dno. Gwałtownie się kurczy, wyje z bólu i rozkoszy, tapla się we własnej spermie, odchodach i moczu. Jak wisielec wije w konwulsjach, publicznie rozrywa wnętrzności, uwalniając tłoczące go w środku ciśnienie. Dusi własnymi rzygowinami, żeby wreszcie w niedzielę nad ranem po raz kolejny umrzeć. […] Odbija się kebabem z nocy i to już jest koniec. Przemieniło się, stało. spełniło. Transsubstancjacja krwi w kielichu po winie odbija się niestrawioną wódką z red bullem, wysoko gazowanym piwem, dziwką przygodną, śmiercią rozkładaną na raty, rozróbą w dyskotece, rzygiem w taksówce tuż pod domem. Nieprzespaną nocą i wyrzutem sumienia w ubikacji. Nadzieją na to, że wszystko będzie dobrze. Że żona się nie dowie. Że dzieci będą rosły, a kredyt zmaleje. Oto wielka tajemnica wiary”.

Taka jest ta książka. Dziwna, dosadna, realistyczna i czasem przeintelektualizowana, ale też bywa pięknym językiem, subtelnym, pisana i wrażliwością, a także sarkazmem mnie ujmuje. O, jak mi się to podobało! Na początku, nie. Na początku było ciężko, trudno i jakoś tak do bólu. Nie szło mi. Nie mogłam się skupić i wczuć. Myślałam, co ten Organek nawywijał. Przecież on muzyk, artysta, Męskie Granie, długa grzywa i „głupi ja”. A się okazuje, że to obserwator rzeczywistości jak mało kto. On rozdrapuje, pokazuje palcem gdzie i jak jest źle, opowiada monotonię współczesnego, hipsterskiego życia, w sposób mi bardzo bliski.

Debiutant. Teraz każdy pisać może przecież. I artyści, muzycy, aktorzy, sportowcy, celebryci. Każdy ma prawo i każdy pisze jak umie. Nie zawsze dobrze, choć i tak się sprzedaje. A Organkowi zarzuca wielu bełkot. Widziałam recenzje, myślałam sobie, kurcze, strach czytać. Ale… ja będę bronić, bo mi jego pisanie bardze bliskie. Bo ja podobnie często widzę rzeczywistość. Bo mnie też nuży rutyna pracowej rzeczywistości i też czekam weekendu, by wyrzygać ciśnienie z siebie. I wtedy pięknie jest. I wszystko to co zbudowane w tydzień, upada. Zaczyna się nowe, inne życie. Ucieczka, pozorna może, ale jednak. Na chwilę, na moment. Bo chciałoby się „.. do czegoś dojść i przy tym pozostać. I już nie szukać. Nie chodzić, nie łazić, nie dosiadać się, nie pytać. Zostać kimś. A najlepiej sobą, żeby już donikąd nie chodzić. A tak, wiecznie tylko przelotem”. I też ciągle się czegoś boję, o coś lękam, czemuś muszę stawiać czoła.

Borys, 39-letni „korposzczur” traci pracę, jest zmęczony i zniechęcony. Aneta, niegdyś jego wielka miłość, prosi go, bo wpadają na siebie przypadkiem po latach, żeby pojechał z nią na pogrzeb jej ojca. To daleka droga, bo aż nad morze, na wyspę Wolin, a ona sama nie chce. Borys w sumie też nie bardzo, ale że nie ma nic lepszego do roboty zgadza się. Łatwo nie będzie, bo Aneta to Nieta. „Nie ta” kobieta od zawsze. „Nie ta”, ale jednak ta kiedyś jedyna. Też w życiu jej nie wychodzi, lubi alkohol. No ale… I tu zaczyna się taka powieść „drogi”. Ucieczka przed tu i teraz. Strach przed tym, co nastąpi. Aneta boi się spotkania z dawno nie widzianą matką, nie zależy jej właściwie na tym by widzieć zmarłego ojca, ale nie wie jak to będzie. Borysowi zaś nie wiadomo na czym zależy, choć też boi się, czy sprosta zadaniu towarzysza podróży. Dobrze się jest wyrwać, oderwać, coś przeżyć nowego. A nowe będzie. I niebezpieczne. I groźni ludzie po drodze i zamieszanie i nawet strach przed śmiercią. Nagłą. I potem okaże się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. 

Będzie wielkie zaskoczenie, złość i przemiana, ale ciągły lęk pozostanie. Opanowywanie trwogi. Ciągły egzystencjonalny lęk. Bo łatwo w życiu nie jest. Lektura łatwa również nie jest, ale warto. Jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam tę książkę. Organek okazał się być nie tylko świetnym muzykiem, ale też bardzo dobrym (wg mnie) obserwatorem i bliskim mi człowiekiem emocjonalnie i empatycznie. Ma dobre pióro, naprawdę momentami język mnie bardzo zaskakiwał. Gęsto tu od porównań, epitetów, metafor i słów trudnych i niejasnych, jest też trochę charakterystycznych wtrąceń ze Stachury,  czy Kerouaca.

Jest drobiazgowo, realistycznie, błyskotliwie, czasem dziwacznie, posępnie i ironicznie. Będę bronić tej książki i na pewno wrócę do fragmentów, bo wiele z nich jest w punkt. Mój punkt. Tak się złożyło. 

„Teoria opanowywania trwogi” Tomasz Organek, wyd. W.A.B. 2019