„Kokon” Joanna Lech

54514871_2111285908920858_5713861346265661440_n

„Kokon” to bardzo smutna książka, która wciąga niczym najgorsze bagno. Brutalna, odarta z wszystkiego, co lukrowane i słodkie. Bolesna do wyrzygu (dosłownie). Totalnie brutalna w swojej prostej formie. Najlepszym opisem jest ten z okładki autorstwa Łukasza Orbitowskiego: „Jako człowiek smutny i zniechęcony do świata przyjaźnie witam pesymizm autorki. Jej książka opowiada o spotwornieniu rzeczy, które mają czelność uchodzić za dobre; o piekle przyjmowania pokarmów, potworności seksu, udręce zabawy”.

Główną bohaterką jest Iga, lub też Jadwiga. Młoda dziewczyna, którą poznajemy na przestrzeni różnych okresów jej życia, głównie czasów szkolnych, tych wcześniejszych i późniejszych, kiedy wkracza się w wiek dorosłości. Iga jest kompletnie zagubiona, traktowana przez rówieśników bardzo źle, wyśmiewana z powodu swojej tuszy, uważana przez rodziców za głupią dziewuchę, która nic nie robi, nic nie potrafi, jest beznadziejna we wszystkim, przynosi wstyd i jest darmozjadem. To traktowanie boli nie tylko Igę. Boli również czytelnika, bo autorka pisze bardzo sugestywnie i obrazowo.

Iga pije, ćpa, puszcza się, ale ciągle marzy o wielkiej miłości, szczęściu, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. „Gdy Iga była mała, chciała jeść śnieg. Stała na środku ulicy z otwartymi ustami, było tak jasno. Płatki śniegu ukośnie spadały w żółtym świetle latarni. Kiedyś Iga myślała, że to niebo kruszy się jak styropian. Wysuwała język i zbierała skrawki nieba. Topiły się na jej rozgrzanych policzkach, łaskotały w rzęsy. Próbowała złapać płatki w ręce. Grudki, które przymarzły do czerwonej rękawiczki, zgniatała w różową kulkę. Piotem ją zjadła. Iga chciała zjeść wszystko. Całe zaspy. Niebo. Cały śnieg.”

Kiedy się zakocha to na zabój. Zrobi wszystko, żeby tę miłość zatrzymać. Wypychana za próg, wyrzucana na ulicę i poniewierana słownie mimo wszystko będzie kochać. Wyć z bólu, ale kochać. Wyć ze strachu, tonąć w swojej beznadziei, co rusz stawać na parapecie, ale kochać. Bez wzajemności. Ciągle odrzucana, wykorzystywana, poniewierana i traktowana jak dziwka, jak najgorsze zło, jak ktoś w ogóle niepotrzebny, jak śmieć… To książka o dziewczynie, która cały czas próbuje żyć, jednocześnie zabijając się powoli. Przepoczwarza się w kogoś, kto staje się coraz bardziej okrutny i nieprzewidywalny. „To nie było tak, jakby Iga zapatrzyła się nagle w ciemne lustro.  Stała przed nim cały czas. Jakby przez wiele lat siedziała w dusznym pokoju, owinięta śpiworem, obgryzając paznokcie. Kuchnia, łazienka, łóżko. Jakby całe życie spędziła w skorupie. Już w nią wrosła. Iga dotknęła twarzy, jej oczy były takie same. Ale w środku Igi coś wzbierało.” 

Jak potoczą się losy dziewczyny spędzającej noce w klubach, z obcymi mężczyznami, dodatkowo wpędzonej w bulimię, ale ciągle szukającej ukojenia, spokoju i miłości. Co dzieje się z tak traktowanym człowiekiem? Jakie ma myśli, czego się boi, jeśli w ogóle jeszcze można się czegoś bać? Jak daleko może się poniżyć i posunąć? 

„Tego co wykluwało się w jej brzuchu, głodnej ćmy, co skrobała mechatymi końcami skrzydeł o ścianki jej żołądka. Iga przełknęła ślinę. Bo wyobraziła sobie. że się w końcu przemieni i nie zostanie nic z dawnej Igi, ani czubka jej nosa, ani palca u nogi, ani kawałeczka z jej ciała, nic.” 

Mocna pozycja. Dla mnie zupełnie coś innego, nowego, dziwnego i niepokojąco narkotycznego. Brutalnie prawdziwe, bolące aż do kości, momentami odpychające, a jednocześnie bardzo wciągające. Premiera ksiażki 3-go kwietnia.

„Kokon” Joanna Lech, wydawnictwo W.A.B. 2019

„Papierowe duchy” Julia Heaberlin

49051933_1999079086808208_8199419960536072192_n

„Mówi się, że przychodzimy na świat z wrodzonym lękiem przed zaledwie dwiema rzeczami: głośnymi dźwiękami i wysokością. Umieszczone na szklanym stole małe dzieci i kocięta nieruchomieją, bo boją się, że spadną; kaczęta nie mają tej obawy, ponieważ wiedzą, że potrafią latać. Instynkt. Podobno. Moim zdaniem przychodzimy na świat z pełnym zestawem lęków i tylko udajemy odważnych, dopóki potwór się nie przebudzi”.

Młoda kobieta wyrusza w podróż po Teksasie. Jej pasażerem jest Carl Louis Feldman, mężczyzna z demencją, który niegdyś był słynnym fotografem. Zabrany ze specjalistycznego ośrodka przez kobietę, która mówi mu, że jest jego córką, a która jednocześnie jest narratorką opowieści, Carl stawia listę warunków, pod którymi pojedzie z nią w tę 10-dniową raptem podróż. Na liście są różne rzeczy, mniej lub bardziej dziwne. Gdzie jadą? Po co? 

Starsza siostra naszej narratorki „kiedy miała dwanaście lat, wpadła do grobu. […] Stała w dziurze i śmiała się”, była niezwykłą dziewczynką, odważną, serdeczną i kochającą, a kiedy miała dziewiętnaście lat, zniknęła. „Jakby z nieba spadło lasso i porwało ją do góry”. Kobieta wpada w obsesję poszukiwań swojej siostry. Trwa to wiele lat, ale nigdzie nie ma po zaginionej śladu. Poczucie straty i zagubienia, a także chęć odnalezienia siostry stają się czymś najważniejszym w życiu kobiety. Trauma, jakiej doznała w dzieciństwie po zniknięciu siostry odbija się na jej życiu, a Carl, który kiedyś był oskarżony o morderstwo pewnej młodej dziewczyny, staje się celem kobiety. Przeczuwa, że to on stoi za zaginięciem jej siostry i dodatkowo za zaginięciami innych młodych kobiet w okolicach. Czy słusznie? Dlaczego zabiera go w podróż? Jakie ma plany?

Mężczyzna ma demencję, jak wspomniałam, ale czy faktycznie nie pamięta nic ze swojej przeszłości? I z czym ma związek zdjęcie dwóch bliźniaczek znalezione kiedyś w domu naszej narratorki? Kto tutaj kłamie, kto okaże się bardziej inteligentny? „Nie wiem, czy kogoś zabiłem, ale zawsze uważałem, że każde zrobione przeze mnie zdjęcie jest jak małe morderstwo.” – mówi Carl. Swoją drogą to bardzo ciekawa postać. Jego niezwykłe halucynacje podczas podróży nie wiadomo czy są prawdą czy kłamstwem. Jego dobre serce nie wskazuje na to by, komukolwiek mógł zrobić coś złego, przygarnia psa i nazywa go Ćmą Barową (który zresztą staje się przyjemnym elementem tej książki).

Ciekawa i zaskakująca książka, czyta się ją dość dobrze, chociaż pierwszoosobowa narracja początkowo sprawiała mi trudność w lekturze, ale przyzwyczaiłam się. Poza tematem takiej totalnej obsesji i prywatnym śledztwem kobiety, można ją też nazwać powieścią drogi, bo bohaterowie cały czas przemieszczają się samochodem po Teksasie: Dallas, Galveston, Waco, Houston, Marfa – przydrożne motele i sklepy, klimat amerykańskich przestrzeni i w ogóle Ameryki.. co mi się bardzo podobało. Nie ma tu też zbyt szybkiej akcji, więcej dzieje się w głowie bohaterki, ale nie znaczy to, że jest nudno. Podobało mi się, zaskoczyło, choć bez fajerwerków, niemniej jednak warto sięgnąć, bo wciąga.

Premiera książki 16 stycznia.

„Papierowe duchy” Julia Heaberlin, tłum. Jacek Żuławnik, wydawnictwo W.A.B, 2018

„Ogrodnik” Agnieszka Płoszaj

DSC04164

Wcześniejsza książka Agnieszki Płoszaj „Czarodziejka” nie podobała mi się jakoś specjalnie. Była to dobra rozrywka, ale uznałam, że jest przegadana i jakoś nie do końca czułam zadowolenie z lektury. „Ogrodnika” natomiast czytało mi się dużo lepiej, mimo że to pozycja dużo grubsza (prawie 600 stron). Sama historia ma tych samych bohaterów, których poznaliśmy w „Czarodziejce”. Akcja książki dzieje się w Łodzi. Mamy klimatyczną, małą kawiarenkę, której właścicielkami są Julia (ksywa Hermes) i Mania. Julia ma mroczną przeszłość, jakieś traumy i wcześniejsze wydarzenia definiują jej wybuchowy i nieokiełznany charakter. Polubiłam tę postać. Odważna, bystra, trochę lekkomyślna, ale wrażliwa dziewczyna. Mania z kolei jest dość pogubiona, roztrzepana, ale przede wszystkim ogromnie boi się swojego byłego faceta. Trzeba jej bardzo pilnować i chronić. 

Kolejne dwie ważne postacie to dwaj przyjaciele, policjanci śledczy: Tomek – chłopak Julii, zakochany w niej zakochany po same uszy, co często nie pozwala mu się skupić na pracy, oraz Kuba, porywczy, nieco zgryźliwy człowiek, lekko uprzedzony do Julii, ale który w tej książce podzieli los zakochanego kolegi i sam wpadnie w sidła pewnej Rudej, co wszystkich niezmiernie zaskoczy.

Mariusz Czubaj określił tę książkę „Petardą z Łodzi”, zatem nie ma opcji, żeby nie było tu wątku kryminalnego. Dotyczy on zabójstwa młodej dziewczyny, Klaudii, której ciało znalezione zostało w parku przez pewnego spacerowicza. Co dziwne, zwłoki zostały dokładnie umyte i ułożone na płatkach kwiatów. Z tym policja jeszcze nigdy się nie spotkała. Kuba i Tomek rozpoczynają śledztwo, w którym przesłuchanych zostanie sporo osób z otoczenia Klaudii. Śledztwo nadzoruje wredny i gruby Dziewoń, który nie pała miłością do swoich podwładnych. Będzie wiele poszlak, niedomówień, zapędzania w „kozie rogi”, ale też powoli sporo rzeczy zacznie się klarować. 

W tak zwanym „międzyczasie”, Julia będzie szantażowana przez dość wpływową w światku gangsterskim osobę. Dlaczego? Tomek poza śledztwem w sprawie zabójstwa Klaudii, będzie badał przeszłość swojej dziewczyny. Dowie się wielu tajemniczych rzeczy i wszystko stanie się niezwykle poplątane, ale jednocześnie nie pozbawione sensu. Dodajmy, że w treści książki pojawiać się będą również dość tajemnicze i egzotyczne zapiski z Samarkandy. Czy da się to wszystko połączyć? Ano da się. Czytało mi się to bardzo przyjemnie, szybko i choć czasem traciłam wątek, to humor i fajne, charakterne postacie to nadrabiały. 

Całkiem przyjemna rozrywka, chociaż nadmiar postaci może czasem męczyć. Niemniej jednak jestem zadowolona z lektury. Zakończenie jest dość ciekawe i właściwie to czekam na kolejną część. 

„Ogrodnik” Agnieszka Płoszaj, wyd. W.A.B. 2018

„Zostać” Judith W. Taschler

DSC03698

To pierwsza książka Judith Taschler jaką przeczytałam. Ukazały się już u nas „Nauczycielka” i „Powieść bez O”. Obie miały pozytywne recenzje i odbiór (z tego co widziałam). Ja nie mogę nic o nich powiedzieć, ale o „Zostać” powiem.

„Zostać” to, według mnie, napisana bardzo dobrze historia opowiedziana z perspektywy czterech osób. Felix, Max, Paul i Juliane – trzech mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy spotykają się wiele lat temu w drodze do Rzymu, a konkretnie w pociągu. Są młodzi i jeszcze beztroscy. Czterej przypadkowi podróżni, którzy po prostu siedzą w jednym przedziale kolejowym. Nie znali się wcześniej. Zaczynają rozmawiać. Podróż płynie szybciej. Ten krótki czas zaowocuje w przyszłości przyjaźnią, miłością, ale też i zdradą, która jest głównym tematem książki.

Felix i Max zostaną przyjaciółmi na bardzo długo, a Paul i Juliane wezmą ślub. Oczywiście nie wszystko tak od razu. Minie sporo lat, aż wreszcie przeznaczenie popchnie całą czwórkę na te same ścieżki, które w końcu będą się musiały skrzyżować.

„Wszystko w naszym życiu ma ze sobą jakiś związek. Jest jak pajęcza sieć, w której jesteśmy uwięzieni. Robimy, co robimy, bo w naszej przeszłości zdarzyło się, co się zdarzyło. Obieg zamknięty. Albo właśnie pajęcza sieć”. 

Albo znów efekt motyla – motyw pojawiający się kolejny raz w czytanej przeze mnie książce. Felix lubi żeglować, Max zostaje fotografem i projektantem stron internetowych, Juliane jest wiolonczelistką, a Paul – znanym adwokatem. Każdy z nich jest inny, każdy ma jakieś swoje marzenia, przeżycia, swoje problemy i traumy, które odciskają się na ich przyszłości.

Każde z nich jest bohaterem osobnych rozdziałów. Raz zwierza się Max. Później Juliane, za chwilę Paul, a potem Felix. Autorka zastosowała ciekawy zabieg, bo każda z postaci zwraca się bezpośrednio do nas, traktując czytelnika jak swojego przyjaciela/ przyjaciółkę: „wiesz?”, „pamiętasz?” „napijesz się jeszcze ze mną”? To niezwykle interesujące i zbliża nas do każdej z postaci, sprawia, że faktycznie zaczynamy wchodzić w pewną interakcję emocjonalną, głębszą niż w przypadku normalnej narracji.

Interesujące jest również to, że od samego początku znamy powód tych zwierzeń: romans dwójki z nich. Kogo z kim? Wiemy od razu. Ale co było przed i co będzie później? Do tego dojdziemy powoli w trakcie lektury, choć chyba tu nie będzie tak jednoznacznie. Poznając wszystkie cztery historie widziane z różnych perspektyw możemy łatwiej zrozumieć motywy działania postaci. I ciągle zadawać sobie pytanie „a co by było, gdyby wtedy …?” 

Cała opowieść to zastanawianie się nad życiem, nad jego sensem, celem. Nad tym co ważne, co i w jakim momencie jest ważniejsze? Jakich lekcji doświadcza się zdradzając ukochaną osobę? Czy można kochać jednocześnie dwie osoby? Czego szukamy w związku, w życiu i jak to jest, gdy tracimy kogoś bliskiego, lub gdy sami wiemy, że niebawem nastąpi nasz koniec? I wreszcie: zostać czy odejść?

Interesująca historia, obyczajowa, psychologiczna, angażująca emocjonalnie, trzymająca w napięciu. Polecam, bo to intrygująca książka, choć na pierwszy rzut oka może dość banalna w tematyce.

„Zostać” Judith W. Taschler, tłum. Aldona Zaniewska, wyd. W.A.B, GWFoksal, 2018.

„Rosario Tijeras” Jorge Franco

rosario-tijeras-Książka kolumbijskiego pisarza wydana była w Polsce w 2005r. przez wyd. Czarne. Aktualnie wznowiło ją wyd. W.A.B. z zupełnie inną, równie ciekawą okładką. Sam Jorge Franco napisał „Rosario Tijeras” bodajże w 1999r.  (różnie podają źródła, mówią też o 1998r.) – w każdym razie to już w sumie 20 lat od narodzenia się tytułowej postaci płatnej morderczyni. Oczywiście, Tijeras, to nie jest jej prawdziwe nazwisko (tego nie zna nikt z bohaterów, my również go nie poznamy). Słowo „tijeras” to „nożyczki” (zręcznie zresztą wplecione w obrazek na okładce), bo Rosario właśnie jest ostra jak one, zabija, przecina linię życia, szczególnie mężczyzn, którzy ją skrzywdzili, bądź krzywdzą. Taka kolumbijska Lisbeth Salander z miasta Medellín, w którym zresztą urodził się autor książki Jorge Franco i działał sam Pablo Escobar. „Życie dla Rosario nie było takie łaskawe; dlatego tak bardzo się kryła, otaczając się zasiekami, bronią i nożyczkami, seksem i karą, rozkoszą i bólem”.

Książka bardzo mi się podobała. Nie tyle sama historia, ale styl opowieści, liczne retrospekcje, realizm pomieszany z jakimś liryzmem, brutalność z czułością, śmierć z miłością. Rosario jest jak kusicielka nieświadoma swoich wdzięków. Kochają się w niej wszyscy, ale to ona wybiera, z kim chce uprawiać seks, a z kim rozmawiać. To smutny, choć piękny ptak, zagubiony gdzieś w przestrzeni, poszukujący, uciekający i broniący się przed światem, a jednocześnie żądny świata. Rosario kiedy chce to jest, kiedy musi – znika. Do nich. Do tych tajemniczych mężczyzn, co rządzą w mieście. A kto rządzi w mieście? Nie od dziś wiadomo, że Medellín słynie z tego, że kiedyś było najniebezpieczniejszym miastem świata i jest jedną ze stolic narkotykowych bossów.

Antonio, narrator – nieśmiały, zakochany niewypowiedzianą i wieczną miłością w Rosario i Emilio, ich przyjaciel, z którym tworzą – no właśnie, co tworzą? Kto tu jest ważniejszy? Ten porywczy i seksowny Emilio? czy Antonio – „parcero”, co w kolumbijskim slangu znaczy tyle co brat, kompan na całe życie, przyjaciel. 

Jaka jest historia tytułowej Rosario? Dlaczego stała się taką, jaką jest ? I dlaczego Antonio snuje swoją opowieść ze szpitala? 

To co mi się jeszcze bardzo podobało, to to, że czuć w tej książce klimat miasta, tego czasu biedy i walki o przyszłość, kiedy na wzgórzach żyją bogaci, a w dole miasta reszta. Tu wszyscy są przegrani. 

„Ze szpitalnego okna Medellin wygląda jak bożonarodzeniowa szopka. Malutkie światełka oblepiają górę i migoczą jak gwiazdy. Na wzgórzach nie ma ani jednego czarnego miejsca, wszędzie jest pełno świateł, od stóp po grzbiet, błyszczy jak sreberko. Oświetlone budynki nadają miastu wygląd kosmopolitycznego tygla, pozór wielkości, przez który wydaje nam się, że pokonaliśmy już niedorozwój gospodarki. Dołem przejeżdża metro i kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy mknące wagony, pomyśleliśmy, że wreszcie wyszliśmy z biedy”.

„Medellin z dwóch stron otoczone jest górami. Taki topograficzny uścisk, zamykający nas wszystkich w tej samej przestrzeni. Człowiek zawsze marzy o tym, co kryje się za górami, choć ciężko nam się wyrwać z tego miejsca; to takie przemieszanie miłości i nienawiści, uczucia stosowniejsze względem kobiety niż miasta. Medellin jest jak te dawne matrony, ma pełno dzieci, jest pobożna, litościwa i władcza, ale jest też uwodzicielską matką, obwieszoną błyskotkami kurwą o obfitych kształtach. Ten, kto odejdzie, wróci, kto się jej wyprze, pokaja się, kto ją obraża, przeprosi, kto jej ubliży, pożałuje. Coś bardzo dziwnego dzieje się z tym miastem, bo choć wzbudza w nas strach, chęć ucieczki – wszyscy to kiedyś odczuwamy – choć tyle razy je zabijaliśmy, Medellin zawsze jest górą”. 

Dawno nie czytałam tak pięknego opisu. Polecam serdecznie tę powieść. To zupełnie coś nowego dla mnie. Egzotycznego. Taki „lekkuchny” Tarantino, ale bardzo lekkuchny. I pamiętam, że wyd. Czarne wydało w 2006r. również inną książkę Jorge Franco „Paraiso Travel”, którą można dostać gdzieś za grosze, ale byłoby super, gdyby wyszła w podobnej szacie graficznej, jak „Rosario Tijeras”, choć w sumie czy to jest aż takie ważne..? 

„Rosario Tijeras” Jorge Franco, tłum. Tomasz Pindel, wyd. W.A.B. 2018

„Dziewczynka z zapalniczką” Mariusz Czubaj

DSC03670Zaczęłam czytać książki Mariusza Czubaja z profilerem Rudolfem Heinzem od końca. Przede mną jeszcze cztery wcześniejsze powieści kryminalne z tą postacią, bo stwierdziłam, że mus znać! No mus!

„Dziewczynka z zapalniczką” to była świetna lektura. Ma według mnie wszystko to, co powinien mieć dobry, trzymający w napięciu kryminał. Jest mroczna postać Heinza przede wszystkim, która ogromnie przypadła mi do gustu. Miłośnik bluesa, grający w zespole, karateka, ale przede wszystkim niezwykle błyskotliwy i inteligentny policyjny profiler z jakimiś osobistymi traumami. „Wyżłobione zmarszczki i popękane od zimna usta dopełniały żałosnego obrazu. Obmył twarz zimną wodą, ale to nie pomogło. Wciąż spoglądał na niego ten sam wyniszczony człowiek”.

Z tego, co wywnioskowałam, nie znając poprzednich części, przyjaźnił się z Jackiem Szymonem, dobrym i zdolnym policjantem, który w tej książce zostaje zamordowany.  „Szymon był krzyżówką policjanta i greckiego filozofa, który poszukuje prawdy między ludźmi, podczas gdy Heinz wolał analityczne i bardziej usystematyzowane metody prowadzenia spraw. Może właśnie dlatego tak dobrze im się razem pracowało. Wydawało się przy tym, że Szymon jest nie do zdarcia. Do czasu”. Dlaczego i kto to zrobił? 

Sarkastyczne poczucie humoru Heinza, to też coś co bardzo polubiłam. No bo jak się nie uśmiechnąć czytając podsumowanie przesłuchania Walusia: „Wysmaruj się pan czekoladowym serum endorfinowym. W blasku wotywnych świec. I szczęść Boże!”  :-) 

Co mamy jeszcze w tej książce? Wspomniane już morderstwo policjanta, bardzo tajemnicze, choć Heinz powoli domyśla się, dlaczego jego przyjaciel został zabity. Powiem tylko, że sprawy z przeszłości powróciły: kwestia zbrodni i kary, bezwzględności w zadawaniu bólu i cierpienia ofiary, której zabiera się wszystko. Ktoś tu jest katem -dlaczego? I co ma z tym wspólnego Hans Christian Andersen i niejaki Fryzjer (bynajmniej nie zajmujący się włosami)? 

Jest tu naprawdę świetnie poprowadzony wątek kryminalny, klimat jest mroczny, a zabójstwo, nie jedno zresztą, okrutne. Śladów jest sporo, ale nie wiadomo jak je połączyć, dopiero wnikliwość Heinza i nowej aspirantki przyniosą rezultaty. I to jakie! Czytało mi się to genialnie, uwielbiam takie książki, choć bywają dość „mocne” w odbiorze. Jest tu też kilka świetnych postaci, jak wspomniany już Waluś, czy grecki mistrz karate Kastoriadis, a także Pocahontas, dziewczyna Heinza. Dodatkowo klimatycznie opisane Katowice, gdzie dzieje się akcja: kluby, osiedle Tysiąclecia i słynne wieżowce zwane „kukurydzami”.

Jak dla mnie bardzo dobry kryminał, który serdecznie polecam miłośnikom gatunku.

„Dziewczynka z zapalniczką” Mariusz Czubaj, wyd. W.A.B. 2018