„Strupki” Paulina Jóźwik

strupki„Nie znam Boga ani ludzi, ale wiem, że są tacy, co żyją i umierają po cichu. Cichą śmierć miała moja babka Hanna. Cichą śmierć miał jej brat Stefan. W ciszę zamienialiśmy nasze rozmowy. W milczenie wkładaliśmy to,co nas najbardziej bolało. Po cichu kochaliśmy tych, którzy byli nam przeznaczeni. Sprawy załatwialiśmy tak, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał. To, co ważne, nosiliśmy w sobie, jak najcenniejszy skarb ukryty w koszach pełnych zboża, w które nikt nie miał odwagi włożyć ręki. Żyliśmy na utrzymaniu strachu. Po cichu uciekałam z rodzinnej wsi. W drodze gubiłam korzenie, ale one były jak pępowina, która oplotła mi wnętrzności grubym supłem. Mogłam uciekać jak najdalej, ale wciąż czułam jej ucisk. Przeszłość, która swymi mackami dopadała mnie w każdym możliwym miejscu i pozbawiała schronienia przed tożsamością”.

Już ta pierwsza strona mnie zachwyciła. To piękna powieść. Napisana pięknym językiem i opisująca kruchość i sekrety relacji rodzinnych w niezwykły sposób. Jest tu i tęsknota za dzieciństwem, i smutek utraconej miłości, właściwie niespełnionej, mocno niedopowiedzianej, a może źle zrozumianej? Są też związki duszone w zarodku i takie, które rodziły się z przymusu otoczenia. Wszędzie sekrety, stare, tajemnicze zdjęcia, a w tym wszystkim Pola, kobieta, która próbuje zrozumieć samą siebie, odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, od której uciekła. Po prostu szuka domu, swoich korzeni, jakiejś przynależności i prawdy. Czy to odnajdzie?  

Pola przyjeżdża do rodzinnej wsi na pogrzeb swojej babci, która umarła tak naprawdę już parę lat temu. „Śmierć siedziała na wózku, w serdaku, grubych rajstopach i góralskich kapciach, i poruszała ledwo widoczną linią warg. […] Myślałam o tym, na co babce były te wszystkie modlitwy, te pacierze, klękanie każdego wieczora i ranka. Na co te różańce, nabożeństwa majowe. Na co te msze, roraty i litanie. Na co to jej „Jak Bóg da”. Na co to wszystko, skoro tak wyglada koniec”. Alzheimer nie zna litości i babka Hanna od kilku lat nie była już tą samą babką. Właściwie nie wiadomo, kim się stała. Mówiła od rzeczy, ciągle widziała swojego zmarłego brata Stefana, ukrywała jakieś zdjęcia.. Jaka tak naprawdę była historia babci Hani? bo na pewno nie taka, jaką do tej pory znała Pola. 

Sama Pola nie potrafi pogodzić się ze śmiercią babci, podobnie jak nie potrafi zapomnieć śmierci swojej matki i nie bardzo akceptuje, że jej ojciec znalazł sobie nową kobietę. Relacje Poli z ojcem są bardzo trudne, podobnie jak relacje z siostrą Irką, która mieszkała z babcią i która ma żal do Poli, że zostawiła ją samą i uciekła do miasta robić karierę ilustratorki, zamiast pomóc w opiece nad chorą. Rodzinna wieś stała się kiedyś dla Poli miejscem przytłaczającym, przypominającym o beznadziei losu, o dzieciństwie, w którym wydarzyło się coś, co stało się drzazgą w sercu. Wszystkie te wydarzenia z przeszłości, choć kiedyś były ranami, teraz są na dobrym etapie do zagojenia się. Strupki jak te na kolanie, kiedy zdzieramy skórę, przewracając się na rowerze, kiedyś odpadną, ale ziarenka piasku, jakie wniknęły w tkankę, mogą dalej uwierać. „Ile musi minąć czasu, żeby mieć naprawdę już pewność, kim się jest?”

To cudowna powieść, historia opowiedziana z czułością i wrażliwością, pełna wyrazistych postaci i emocji. Na długo zostanie w mojej pamięci. Bardzo dobry debiut.  Świetny klimat wsi, natury, z aurą wspomnień z dzieciństwa, no i jeszcze pies Blues.. No i piękna okładka projektu Anny Niklewiz.

Czekam z niecierpliwością na kolejne książki pani Pauliny. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Strupki” Paulina Jóźwik, wydawnictwo Znak, 2019

„Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk

87392128_2729305240452252_7868219879696891904_o„W Radziłowie są dwie ważne postacie: ksiądz i wójt. Jak podpadniesz, ludzie traktują Cię jak powietrze, obmawiają, dokuczają. Ja tam przyjeżdżam od święta, to gówno mnie obchodzi czy odpowiedzą mi dzień dobry, czy nie, chcę tylko by moja rodzina czuła się ta dobrze. Pierwszy raz usłyszałam o Żydach, gdy miałam czternaście lat, na wycieczce szkolnej z nauczycielem z gimnazjum. Obchodziliśmy wszystkie miejsca pamięci w Radziłowie. Pod pomnikiem poświęconym ofiarom wojny bolszewickiej złożyliśmy kwiaty, odczytaliśmy referaty, nauczyciel wygłosił prelekcję. W miejscu po spalonej stodole, pod pomnikiem z tablicą ustawioną w latach siededziesiątych, kazał przeczytać tekst, który był na niej wyryty: „W sierpniu 1941r. faszyści zamordowali 800 osób narodowości żydowskiej, z tych 500 osób spalili żywcem w stodole. Cześć ich pamięci”. Koniec lekcji. Nie wyjaśnił, że napis jest fałszywy, że zabijali miejscowi”.

Wszystko zaczęło się od jednego zdjęcia, grupy młodych dziewcząt, Żydówek w ludowych, polskich strojach. Dziewczęta pochodziły ze Szczuczyna, jednego z miasteczek na Podlasiu. Mirosław Tryczyk próbuje odnaleźć coś na temat historii życia tych dziewczyn, a to z czym się zderza, jest trudne do ogarnięcia rozumem i sercem. Pogrom Żydów, w którym brał udział dziadek autora, okazuje się nie jedynym pogromem dokonanym w 1941r. w podlaskich wioskach. Im głębiej zaczyna są drążenie i dociekanie prawdy, tym trudniej jest zrozumieć to, co się wydarzyło. 

Autor korzysta z wielu źródeł, artykułów, starych zdjęć, równiecześnie stara się przełamać istniejące od lat milczenie i przekonać miejscowych do rozmowy.  A ludzie boją się i wstydzą o tym mówić.  Nie chcą wracać do przeszłości, boją się, że ktoś może ich źle ocenić, wykluczyć z miejscowej społeczności. I choć faktem jest, że pokolenie dokonujące mordu Żydów już praktycznie wymarło, to pokolenie następujące po nich, które przecież nie pamięta tamtych wydarzeń, nadal jest traktowane jako winne tych zbrodni.  Mirosław Tryczyk nie chce nikogo oceniać, chce po prostu dowiedzieć się prawdy, chce by ludzie otworzyli się na nią, by nie czuli się zaszczuci i nie uginali się pod ciężarem nieswoich win. Chce również, by w historii Polski zawarto wreszcie prawdę i by pomordowani odzyskali swoją godność i zostali upamiętnieni. „Co ja mam powiedzieć” mówi proboszcz Radziłowa „w momencie kiedy ja nie wiem co się stało. Ja mogę mówić, że Pan Jezus potępia zabójstwo i to powiem, tylko nie wiem, kogo ja za zabójstwo Żydów mam potępić. Jak nie uczono mnie w szkole o Katyniu, tak teraz nikt nie uczy o pogromie w Radziłowie. Nie znam prawdy” [….] „Pan tylko o tych Żydów pyta, a teraz tu się dużo w naszych stronach mówi o żołnierzach wyklętych, bo ich też dużo w naszych stronach było i też po wojnie się ukrywali. Za partyzantów uważa się tu tych wojennych, do wyzwolenia, a o tych powojennych to raczej mówią „bandyci”. Wszystko jest subiektywne.

Zamierzeniem autora jest pewnego rodzaju „spowiedź”, choć jak sam przyznaje, nie da się żyć, bez „przytłaczającego cienia przeszłości”, a kłamstwo powtarzane tysiące razy często jest uznawane za zatrutą prawdę. 

Osoby z którymi rozmawia Tryczyk, to dzieci, wnuki czy też prawnuki tych, którzy brali udział w pogromach. Oni usilnie chcą chronić pamięć o swoich dziadkach, pradziadkach czy rodzicach. Tyle że, ta ochrona pamięci o nich wiąże się z dźwiganiem ciężkiego brzemienia wstydu i winy, co z kolei naturalnie jakby prowadzi do kłamstw i do wyparcia. Rozmowa z bohaterami książki ma być takim wentylem dla ujścia wiecznie skrywanych uczuć, wyrzutów sumienia, rozdarcia pomiędzy miłością a nienawiścią. No bo jak kochać osobę, która była dla nas cudownym dziadkiem czy pradziadkiem, a która jednocześnie potrafiła zapędzić grupę Żydów do stodoły i ją podpalić, jak kochać dziadka, który gwałcił Żydówki, albo pradziadka, który bił młotkiem po głowie Żydów i wrzucał półżywych lub martwych do wykopanego dołu i zasypywał. Nie lepiej jest wyprzeć takie prawdy i pamiętać dziadków jako tych kochających swoje żony, sadzających na kolanach swoje wnuczki czy wnuków i opowiadających im bajki? 

To bardzo trudna w odbiorze książka, tak jak trudna jest każda o tego typu wydarzeniach (dla mnie nie tylko o pogromach mniejszości żydowskich, ale o pogromach/uprzedzeniach do jakiejkolwiek innej mniejszości narodowej/seksualnej). Mocno emocjonalna, ciężka i wzruszająca. Poczucie winy zrzucane z pokolenia na pokolenie uwiera niczym tytułowa drzazga. Winy pradziadków i dziadków to ciągle jątrzące się rany. Potomkowie zbrodniarzy nie są przecież winni zbrodni, tylko dlatego, że są ich potomkami. Czy może jednak są uwarunkowani jakoś genetycznie do popełniania podobnych czynów? Czy więzy krwi mogą być podstawą do kontynuacji nienawiści i szkalowania? Jak żyć z takim brzemieniem, w ciągłym lęku, jak rozmawiać o historii, która w świadomości wielu po prostu przestała istnieć, została wyparta? 

„Zawsze chodzi o to samo, o obronę dobrego imienia, o tę opinię ludzką, o to, jak się wygląda w oczach sąsiadów, a nie można wyglądać źle, niezgodnie z obowiązującymi w plemieniu normami. To świat pełen hipokryzji, powierzchownego i podwójnego życia, kłamstw. Do dziś ukrywa się przed sąsiadami to, że ktoś się rozwiódł albo że młoda kobieta ma dziecko bez ślubu. I oni mieliby się przyznać, że ich dziadkowie spalili Żydów? Musieliby się jednocześnie przyznać, że dziadkowie byli źli, zburzyć ołtarze, jakie im zbudowali, a przecież o rodzinie nie wolno mówić źle”.

To ważna książka i dla Autora i dla nas wszystkich, ukazująca jak nienawiść i uprzedzenia prowadzą do podziałów, agresji i zbrodni. Dlaczego jesteśmy tacy właśnie? Czy jest recepta na to, jak być tolerancyjnym wobec człowieka? 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk, wydawnictwo Znak, 2020

„Trzy Bieguny. Dotknąć niemożliwego. Leszek Cichy, Marek Kamiński” Julia Hamera

82804480_2676015559114554_9068640174954512384_o„Temperatura powietrza sięga minus pięćdziesięciu stopni. To dla mnie czysta abstrakcja, czuję się jakbym był na Księżycu. Wszystko jest inne, ciało jest wyziębione, a wokół krajobraz jak z innej planety. Każdą najdrobniejszą czynność trzeba planować, bo wystarczy zdjąć rękawice, żeby ryzykować przemarznięcie albo utratę palców. Gdy się ruszam, jest w miarę ciepło, lecz jeśli stanę, to koniec, żadne ubranie nie pomoże, bo przecież samo z siebie nie grzeje […] Życie jest najważniejsze. Nic nie ma znaczenia poza tym, by zjeść, wypić i nie zamarznąć”.

Ta książka przedstawia pokrótce, bo nie są to według mnie standardowe biografie, sylwetki i osiągnięcia dwóch znanych (i żyjących!!) pasjonatów: Leszka Cichego (himalaisty) oraz Marka Kamińskiego (podróżnika, zdobywcy biegunów). Mówię „pokrótce”, bo są tu tylko ważniejsze wyprawy obu panów. a temat jest potraktowany w ten sposób, bo chyba założeniem książki było pokazanie, że dwie różne, jakby nie było, pasje są sobie wbrew pozorom bardzo podobne do siebie i dzięki nim można nawiązać prawdziwą, męską przyjaźń.

Cytat z początku wpisu padł z ust, no właśnie, kogo? Himalaisty czy zdobywcy bieguna? Nie można tego odgadnąć, bo obaj mogliby powiedzieć właściwie to samo. Niemniej jednak, podpowiem, te słowa należą do Marka Kamińskiego, który tak opisuje drogę na biegun północny. Ale.. Cichy siedząc gdzieś w namiocie, gdzieś na wys. 7000, mógłby stwierdzić to samo. 

Autorka oddaje głos obu panom. Ci, z własnej perspektywy opisują swoje cele, sukcesy i porażki. Okazuje się, że nawet ich życiorysy są podobne, już od dziecka byli odważni, samodzielni i mieli wielkie pragnienia eksploracji świata. Dojrzewają, próbują sił w różnych pracach, zwiedzają świat, i marzą o trzech biegunach. Jeden o północnym i południowym, a drugi o tym trzecim, najwyższym – Mount Evereście.

I tak, czytając tę książkę widzimy jak Kamiński idzie samotnie przez bezkres białej przestrzeni, ciągnąc za sobą 200 kg sanie, zdobywa oba bieguny w jednym roku, próbuje trawersu Antarktydy, przechodzi na nartach Grenlandię i 800 km pustyni Gibsona w Australii w 46 dni. Leszek Cichy z kolei, pnie się w górę potężnego Everestu i tym samym zdobywa go zimą razem z Wielickim w 1980r., wcześniej jest Shispare czy Gaszerbrum II, potem Elbrus, Aconcagua, Lhotse i Korona Ziemi, a potem świat finansów i bankowości. Obaj niezmordowani, pragnący nowych wyzwań, żyjący pasją i ryzykujący życie. Różnica jest taka, że jeden idzie prawie po płaskim, a drugi w górę. 

Aby połączyć to ze sobą, zdecydowali się na wspólną wyprawę, która jest tu ciekawie opisana. Ma to być wspólne wejście na masyw Vinsona – najwyższy szczyt Grenlandii.  Ale jak, skoro Kamiński się nie wspina, a Cichy nie ciągnie sań po lodzie? Cóż, wszystkiego można się nauczyć. Ciekawy jest opis tej wyprawy, bo słuchamy obu panów. 

Leszek mówi „Marek potrafi zniknąć na dwie – trzy godziny. Fizycznie jest obecny, widzę, że siedzi w kącie namiotu, jednak cała jego uwaga skupia się na trzymanej w rękach książce. Ja, wiedząc, że przyjdzie nam czekać, zabrałem małe podróżne szachy. Czekanie wpisuje się w rzeczywistość wypraw, wtedy lepiej mieć coś do roboty. Rozmawiamy głównie o sprawach bieżących, o pogodzie, o tym, co zjemy, w co się ubrać, kiedy ruszymy. Kalkulujemy, ile czasu może nam zająć wspinaczka”.

Marek zaś: „Instynktownie się zaprzyjaźniamy. Mieszkamy w jednym namiocie i porozumiewamy się bezkonfliktowo, niemal intuicyjnie. Właściwie nie ma dla mnie znaczenia, jakie obowiązki mi przypadną – podczas samotnych wędrówek przywykłem do tego, że robię wszystko. Leszek sprawia wrażenie perfekcjonisty. Wydaje mi się, że ja pewne sprawy traktuję bardziej na luzie, lecz tym bardziej komfortowo czuję się w jego obecności. Zanim gdziekolwiek wyruszymy, udziela mi rad dotyczących wspinaczki.”.

Obaj, mimo odmiennych charakterów, pokazują w tej książce, że wspólnie można wiele zrobić, ale trzeba się zaakceptować, szanować, wspierać i razem patrzeć w jednym kierunku. Ta książka to obraz duetu indywidualistów, odmalowany w interesujący sposób i przedstawiający sporo „smaczków” z życia obu panów. Nawet Wielicki, po lekturze tej książki powiedział, że „Dziś dopiero poznaję, jak Leszek trafił na ścieżkę górską, mimo że znamy się jak „łyse konie”‚. Jedni mogą pytać, po co taka książka, nie lepiej sięgnąć po rzetelniejsze, oddzielne biografie obu panów? Być może, ale zabieg wydania „Trzech biegunów” wydaje mi się ciekawym pomysłem, czytało mi się to bardzo dobrze. Wiele się dowiedziałam (bo przykładowo, nigdy nie czytałam niczego autorstwa Marka Kamińskiego, teraz mam ochotę sięgnąć po jakieś jego książki) i zachwyciły mnie opisy Antarktydy. Ze swojej strony polecam, choćby tym, którzy zaczynają przygodę z książkami o himalaiźmie czy podróżach ekstremalnych.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

„Trzy Bieguny. Dotknąć niemożliwego. Leszek Cichy, Marek Kamiński” Julia Hamera, wydawnictwo Znak, 2019

Stosik styczniowy

Rozpoczynamy kolejny miesiąc nowego roku, a mnie dawno na blogu nie było. W styczniu przeczytałam tylko jedną książkę, czyli Włoskiego nauczyciela Toma Rachmana i jakoś czas zszedł na innych sprawach, a czytanie idzie mi bardzo powoli, ale już niebawem wracam do pisania recenzji. Jutro ukaże się recenzja książki „Bezwład”, której autorką jest Jessica Barry, a którą otrzymałam od wydawnictwa Rebis. Widnieje ona również na poniższym stosie, który znów prezentuje się okazale. 

DSC08060

Jest tu kilka moich zakupów jeszcze z grudnia i stycznia, no i kilka książek od wydawnictw wybranych przeze mnie w ramach współprac recenzenckich.

I tutaj, do recenzji mamy kilka górskich, czyli coś co tygrysy lubią najbardziej: „Wolne miasto Zakopane 1956-1970” od wyd. Znak, zaczęłam, ale to książka mocno historyczna, pisana przez Pana Profesora Jerzego Kochanowskiego, dlatego jest bardzo ciężka dla mnie w odbiorze, na pewno chcę ją skończyć, ale wymaga to czasu. Dalej, od wyd. Agora „Przeżyć” Elisabeth Revol, a od księgarni Tania Książka „Piekło mnie nie chciało. Wielicki” oraz „Trzy Bieguny. Leszek Cichy. Marek Kamiński”. O „Bezwładzie” było już słowo wyżej, a kolejnym thrillerem, tym razem od wyd. Editio Black jest „Mroczne Jezioro” Sarah Bailey. Ostatnią książką do recenzji jest powieść z serii dzieł pisarzy skandynawskich od wyd. Poznańskie „Życie Sus” Jonasa T. Bengstonna (tu, już nie mogę się doczekać lektury).

Reszta książek ze stosu to książki zakupione przeze mnie. Kilka w księgarni Świat Książki w rabatowych opcjach -42-45% od ceny, oraz w taniej księgarni Skup Szop gdzie ceny oscylują od 5-20 zł mniej więcej ( za 7 książek ze stosu po lewej zapłaciłam bodajże 50 zł).  Są okazje, więc łapię. Nieznośne jest tylko to, że tyle rzeczy mnie interesuje i chcę wszystko naraz :) Zachłanność książkowa! :D

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu.

„Włoski nauczyciel” Tom Rachman

DSC08051

Trudno było mi się na początku przebić przez tę prozę, nie wiem właściwie dlaczego, może trochę przez styl autora i sposób narracji w trzeciej osobie, jednak nie poddałam się. I zaskoczyło! Okazuje się, że to książka, która na pewno zostanie ze mna na długo, a jako pierwsza, ukończona w nowym roku lektura, nie umknie mojej uwadze przy kolejnym podsumowaniu roku. Nie czytałam „Niedoskonałych”, czyli debiutu powieściowego autora, a teraz jestem go bardzo ciekawa. Ktoś z Was czytał może?

Akcja „Włoskiego nauczyciela” dzieje się w latach 1955-2018 w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Anglii i Francji. Tytułowa postać to Pinch, a dokładniej, Charles Bavinsky, syn Bear’a Bavinsky’ego, amerykańskiego malarza, jednego z bardziej tajemniczych, modernistycznych, eksperymentujących geniuszy, fikcyjnych oczywiście. Czy naprawdę był geniuszem, czy może tylko tak siebie postrzegał i kreował? Kim był i dlaczego jest tak ważną postacią? 

Pinch od dziecka jest pod ogromnym wpływem swojego ojca. Ojca, który jest uparty, a wręcz zawzięty w swoich postanowieniach, zasadach i samoocenie, to cyniczny egocentryk, który ma głeboko gdzieś swoją żonę, syna, a w przyszłości również kilka innych żon i wiele innych dzieci, które spłodzi. Dla Bear’a najważniejsze jest malowanie,  jego obrazy nie mogą zostać sprzedane zwykłym marchandom, czy podrzędnym. nowojorskim galeriom sztuki. Bear marzy o największych muzeach świata. Uznaje tylko swoje racje. „Wszystko zawsze kręci się wokół jego sztuki – narzeka Birdie. – A prawdziwe dzieła, które stworzył, go nie obchodzą”. Birdie, to żona Bear’a, jedna z wielu, para się ceramiką, chce być w tym dobra, ale niestety żyje w cieniu męża, który skutecznie buduje swoje ego. Birdie prawdziwymi dziełami nazywa dzieci, w tym oczywiście Pincha, syna, który w pewnym momencie zostanie niejako „wybrany” przez ojca, ale do czego: do pomocy, czy do pracy dla niego? 

Seria obrazów Bavinsky’ego „Żywe natury”, które Bear stworzy w wielkiej udręce swojej ciągłej niedoskonałości, ujrzy światło dzienne, a właściwie „wystawiennicze” dopiero po jego śmierci. Choć czy faktycznie? Obrazy namalowane przez Bear’a i cały czas skrywane w jego pracowni, gdzieś we Francji, staną się przyczyną, celem i konsekwencją pewnych wydarzeń, które będą niejako zadośćuczynieniem, odkupieniem, a może zemstą Pincha? Albo zwyczajnie próbą jego poradzenia sobie ze sobą i ze światem? 

Czy Pinch zawalczy o siebie, czy pogrąży go cień swojego ojca? Czy w świecie sztuki, gdzie rządzą się całkiem inne prawa (co zresztą jest świetnie przedstawione) liczy się tylko wyrazista, dobrze kalkulująca osobowość, a talent schodzi na drugi plan? Czy z obrazu namalowanego przez jakiegoś twórcę, poznajemy prawdę o nim samym? A może to tylko iluzja? Pewności nie ma nigdy. 

Pinch vel Charles, to świetnie zarysowana postać. Poznajemy jego dzieciństwo i śledzimy jego losy aż do śmierci. Ten inteligentny, nieśmiały i wrażliwy człowiek, desperacko pragnący kogoś do kochania, samotny w swoim świecie, próbujący naśladować ojca, uczący się malować, budzi nasze współczucie, smutek, sympatię, kibicujemy mu. Nieważne, czy ma talent, czy tylko chciałby go mieć, jego postać „boli” czytelnika. „Nigdy nie zostanę swoim ojcem, bo zawsze byłem swoją matką” – powie, i to jest jedno z najsmutniejszych zdań, jakie przeczytałam w tej powieści. W nim jest wszystko, co określa Pincha i jego matkę. Bear to również genialnie przedstawiona postać – wzbudza tyle emocji, raczej negatywnych, że ma się ochotę naprawdę momentami wyrzucić tę książkę za okno, tak bardzo jest irytującym człowiekiem. 

To świetna powieść, z klimatem, z genialnie zbudowanymi postaciami, wzbudzająca wiele emocji, polecam. 

P.S. Każdy rozdział rozpoczyna się stroną z tytułem rozdziału i z notką na dole, typu „olej na płótnie (172x406cm) reprod. za zgodą spadkobierców autora”. Oczywiście na tejże stronie nie ma żadnego obrazu. Maluje go autor książki, a czytelnik, albo go ujrzy takim, jakim jest, albo zinterpretuje, jak będzie chciał.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Włoski nauczyciel” Tom Rachman, tłum. Jerzy Kozłowski, wydawnictwo Znak, 2019.

„Frankenstein w Bagdadzie” Ahmed Saadawi

DSC06883-001„Tak osobiście, głęboko w środku – nie zależy mi, żebyście mnie słuchali i poznawali. Nie przybyłem tu dla sławy. Nie chcę, by obraz mojej misji został wypaczony, dlatego, żeby uniknąć niepotrzebnych problemów, czuję się zmuszony wydać to oświadczenie. Zrobili ze mnie przestępcę, zbrodniarza. Zrównali mnie w ten sposób z tymi, na których zamierzam się zemścić. To wielka niesprawiedliwość. Moralny i ludzki obowiązek nakazuje mi stanąć w swojej obronie. Chcę zaprowadzić sprawiedliwość w tym świecie zniszczonym kompletnie przez chwciwość szaleńców stojących u władzy i ich pragnienie przelewu krwi, które narasta, lecz nigdy nie zostanie zaspokojone”.

Kim jest tytułowy Frankenstein? Możemy się domyśleć. W kultowej już książce Mary Shelley, Frankenstein był istotą stworzoną z pozszywanych fragmentów różnych ludzkich ciał i ożywioną przez doktora Wiktora Frankensteina. W książce Saadawiego jest podobnie. Hadi, wynędzniały i zapijaczony sprzedawca staroci nocami zbiera i zszywa fragmenty rozerwanych w eksplozjach ciał. Wybuchy samochodów pułapek z terrorystami samobójcami stały się w Bagdadzie czymś bardzo codziennym. Zaogniają się konflikty między Szyitami, Sunnitami, rządem Iraku i Amerykanami, dlatego atmosfera w mieście przepełniona jest strachem, a zło i widmo wojny stają się z dnia na dzień bardziej upiorne. Eksplozje zabijają coraz więcej niewinnych ludzi, a Hadi zbiera ich członki i zszywa je w jedno ciało, bo mu żal. „Uczyniłem je ciałem, żeby nie zamieniło się w śmieci. Żeby było szanowane, jak inni zmarli, żeby zostało pochowane”. Nie spodziewa się jednak, że w to ciało wniknie dusza niejakiego Nahima, który zginie w wybuchu i z jego własnego ciała nie pozostanie zupełnie nic. Będzie musiał znaleźć sobie inne, by odnaleźć spokój. Nie zazna go jednak. Dlaczego? Dlaczego nagle stanie się „Frankensteinem”? Istotą, która zacznie się mścić, która poczuje, że ma do spełnienia pewną misję? 

Nie czytałam nigdy książki, w której wojna przedstawiona jest w taki groteskowy i dziwny sposób. Wszystko ukazane jest z wielu perspektyw, bo i mamy tu wiele postaci. Całą galerię ciekawych osobowości. Jest wspomniany Hadi – sprzedawca staroci, który uwielbia zmyślać niestworzone historie, jest staruszka Eliszeba, czekająca od lat na powrót zabitego w wojnie iracko-irańskiej syna Daniela, która rozmawia z obrazem. Jest również ambitny dziennikarz Mahmud, który skrycie kocha się w pewnej reżyserce filmowej, jest wredny Faradż, handlarz nieruchomości, który chce wykupić praktycznie wszystkie domy w dzielnicy Bagdadu: Batawin. No i jeszcze jest generał Surur Madżidż, który jest Dyrektorem Generalnym Wydziału Inwigilacji i Ścigania kochającym odświeżacze powietrza o zapachu jabłek. Jest jeszcze kilka innych postaci, które mieszkają w dzielnicy Batawin i których losy połączą się w różny sposób. Ba, pojawi się nawet Autor książki. 

Ciekawa pozycja. Piszą o niej, że napisana z humorem godnym Tarantino, ja tu humoru nie widzę. Widzę raczej smutek i niebo nad Bagdadem rozbłyskujące wybuchami. Gorzka historia, w której wszyscy właściwie są ofiarami.

„Frankenstein w Bagdadzie” Ahmed Saadawi, tłum. Magdalena Zawrotna, wyd. Znak 2019

„Płynąc do domu” Deborah Levy

qqqqWiem, o czym myślisz – powiedziała. – Jedyny powód, dla którego warto żyć, to nadzieja, że potem będzie lepiej i wszyscy wrócimy bezpiecznie do domu. Ale ty próbowałeś i wcale nie wróciłeś do domu cało. W ogóle tam nie dotarłeś. Dlatego właśnie się tu pojawiłam, Józefie. Przyjechałam do Francji, żeby ocalić cię przed twoimi własnymi myślami”.

No właśnie. Kitty Finch, młoda, lubiąca paradować nago, rudowłosa botaniczka, pojawia się nagle w basenie willi na francuskiej riwierze. Przyjeżdża i myśli, że jak zawsze, może pomieszkać trochę w willi swoich przyjaciół. Niestety nie jest ona pusta. Mamy letni sezon i okazuje się, że w willi rezydują już inni: Joe, a właściwie Józef, poeta, polskiego pochodzenia mężczyzna po 50-tce, ocalały dawno temu z Zagłady Żydów, jego żona Isabel, korespondentka wojenna, której ciągle jest w podróży, oraz ich nastoletnia córka Nina. Rodzina przyjęła pod dach również swoich przyjaciół: Mitchella i Laurę. Dozorcą willi jest dziwaczny Jurgen, noszący dredy plotkarz, a wścibską sąsiadką, starsza Pani Madeleine, która dobrze zna Kitty i nie ukrywa, że jej nie lubi. Dlaczego?

Wszyscy są zaskoczeni i trochę zdenerwowani niespodziewaną wizytą nieznajomej, jednak Isabel proponuje jej wolny pokój na tyłach willi. Ta decyzja zaważy na spokoju, jaki do tej pory panował wśród przyjaciół. Każdy z nich zacznie odczuwać pewien dyskomfort powodowany obecnością tej tajemniczej dziewczyny, która bez problemu zaakceptowała możliwość zamieszkania razem z nimi. Okazuje się, że dziewczyna pisze wiersze, nie jest zbyt zdrowa, gdyż cierpi na depresję, może być lekko niebezpieczna i generalnie jest dziwna. Największy wpływ wywrze na Joe i Isabel. Jaki? Co się wydarzy pomiędzy małżonkami i czy przypadkiem nie było to zaplanowane z góry? Nawet jeśli podświadomie… Co oznacza tytuł książki i jak zakończy się cała historia?

Moim zdaniem pojawienie się Kitty w tak bezpiecznej dla przyjaciół do tej pory rzeczywistości, stanie się bodźcem stymulującym do wniknięcia w ich własną psychikę, do przypomnienia sobie własnych przeżyć, traum i grzechów, które do tej pory były skrywane gdzieś w zakamarkach mózgu. Nagle, okaże się, że każdy skrywa w sobie jakiś mrok, który może być bardzo niebezpieczny.
Może nie do końca dobrze odbieram tę powieść, ale takie właśnie mam przemyślenia. Generalnie to by
ła dla mnie ciężka w lekturze, choć krótka powieść. Dziwacznie napisana, momentami „płaska” i o niczym, ale może taki jest styl autorki? Albo brak stylu… Nie znam jej wcześniejszej powieści wydanej u nas „Gorące mleko”, dlatego nie mam porównania, czy ta książka jest lepsza czy nie. Mam wrażenie, że jest tu swoisty chaos, a jednocześnie prostota z mnóstwem niedopowiedzeń, trochę „psychotycznym” językiem, czasem zbyt dziecinnym, czasem silącym się na filozofię. Sama nie wiem, jak to ocenić. Jakiś zamysł na pewno był, ale nie trafiło to do mnie. Przyznaję, że zmęczyło mnie trochę.

Bardzo jestem ciekawa, jakie jest Wasze zdanie, czy czytaliście i czy macie podobne odczucia? 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Nowości)

„Płynąc do domu” Deborah Levy, tłumaczenie Marcin Sieduszewski, wyd. Znak 2019