„Żywiołaki” Michael McDowell

Dwie rodziny spowinowacone ze sobą: Savage i McCray spotykają się na pogrzebie seniorki rodu Savage’ów: Marian. Pogrzeb nie byłby dziwny, gdyby na jego końcu dzieci Marian nie wbiły jej w serce sztyletu. Dlaczego to zrobiły, dowiemy się w trakcie lektury, niemniej to już zapowiada dość niepokojącą fabułę. Po pogrzebie wszyscy zbierają się w Beldame – miejscu nad oceanem położonym na uboczu, aby spędzić tam lato. Obie rodziny są bardzo bogate, że właściwie mogą sobie pozwolić na taki długi okres nic nie robienia. Nie będę tu pisać, jakie relacje łączą wszystkie postacie, ale dodam, że są one dość istotne. W każdym razie główną rolę odegra w tej książce trzynastoletnia India oraz Odessa – czarnoskóra pomoc i kucharka rodziny Savage’ów, która od lat również przyjeżdża do Beldame.

Samo Beldame to właściwie cypel piachu, zwykle odcinany od lądu przez przypływ, z trzema identycznymi, wielkimi, wiktoriańskimi rezydencjami wybudowanymi w XIX wieku przez rodzinę Savage’ów. Dwie z nich zostały w czasach Wielkiego Kryzysu sprzedane i jedną zakupiła wtedy rodzina McCray, trzecią natomiast – nie wiadomo kto. To ta trzecia właśnie jest opuszczona i od wielu lat stanowi zagadkę. Nieustannie i powoli jest zasypywana niesionym przez wiatr piaskiem, coraz bardziej niknie w oczach. Jednak to nie jest tylko pusty dom…. Coś z nim jest nie tak, gdyż przybywający do Beldame członkowie rodzin robią wszystko, by na niego nie patrzeć, do niego się nie zbliżać, a nawet wybierają pokoje, których okna nie wychodzą na ten trzeci dom. Co poniektórzy nie wierzą w złe moce, które być może nawiedziły rezydencję, inni z kolei coś dawno temu widzieli, poczuli i boją się do tego stopnia, że w nocy robią wszystko, byle tylko nie zasnąć jako ostatni.

Co się w tym domu wydarzyło? albo może, czy coś w nim się dalej dzieje? India – dziewczynka, która pierwszy raz jest w Beldame i nie zna przeszłości tego miejsca, wykazuje ogromną ciekawość poznania historii domu i razem z Odessą, która lata temu w tragicznych okolicznościach straciła w Beldame córeczkę, będzie próbowała rozwiązać tajemnicę trzeciej rezydencji. Co się wydarzy? Czym są tytułowe „żywiołaki”?

Poza warstwą stricte niepokojącą, straszną i duszną momentami, widzę również warstwę mocno społeczną. Autor poprzez postać Odessy pokazuje nam, jak bardzo na „Głebokim Południu” widać było różnicę między ludźmi innej rasy. Nie dlatego, że Odessa jest jakoś źle traktowana przez rodzinę. Bynajmniej! Właściwie ona sama usuwa się w cień, woli pełnić rolę pomocy domowej, kucharki, do tego jest przyzwyczajona, tak ją wychowano i mimo, że wszyscy ją w obu rodzinach uwielbiają, ona sama stawia w tych relacjach pewne granice. Dodam, że obie rodziny są bardzo bogate, co z kolei dość mocno je określa. Ich komiczne i często kompletnie jałowe dyskusje, oparte na plotkach lub wzajemnym przerzucaniu piłeczki stanowią właściwie pierwszą część książki. Akcja się tu toczy dość leniwie. Najpierw omawiają pogrzeb, potem wylegują się w upalne dni na hamakach, werandach, ziewając i leniuchując od śniadania do lunchu, a potem kolacji. Niby okey, bo tak też można żyć na „urlopie”, ale oni wszyscy są pełni jakiejś takiej buty i uważają, że wszystko im się należy, że nie powinni się w niczym ograniczać. Po co na przykład na pogrzebie Marian rezygnować z kwiatów, a w zamian przeznaczyć datki na cele charytatywne, skoro Marian na pewno jest szczęśliwa widząc kościół pełen pięknych kwiatów?

Sama w ogóle istota rodziny jest tu dość kluczowa, dlatego na początku wspomniałam, że relacje między bohaterami są ważne. India mówi „Naprawdę dziwnie jest mieć rodzinę. Wszyscy ci ludzie, z którymi człowiek nie ma nic wspólnego poza tym, że jest z nimi spokrewniony”. To, jak wszyscy się traktują, jak się do siebie zwracają, daje ciekawy obraz wzajemnych relacji. Również postacie poboczne, go uzupełniają. Sam autor o tych rodzinach powiedział „Myślę, że są dominujące i myślę, że są przytłaczające. Uważam również, że potrafią doskonale manipulować ludźmi”.

Wracając natomiast do „Żywiołaków” jako do gatunku, to jest to na pewno literatura grozy. Są momenty, w których można się wystraszyć, a są i takie, w których właściwie nic się nie dzieje, ale ten podskórny niepokój jest cały czas, gdzieś z tyłu głowy, niczym ta osamotniona rezydencja, na którą każdy boi się spojrzeć. Atmosfera staje się coraz bardziej duszna, zupełnie jak ten biały piach zasypujący trzecią rezydencję. I do tego wszechogarniający upał, który odbiera zdolność racjonalnego myślenia.

Polecam. Wyszłam ze swojej strefy komfortu, bo zwykle nie czytam tego typu książek – i podobało mi się. Może znawcy horrorów i literatury grozy spojrzą na tę powieść inaczej, ale ja uważam, że to niezła historia. Interesujące jest też to, że autor dorastał w Alabamie, czyli właśnie w regionie „Głębokiego Południa”, gdzie umiejscowił akcję książki. To w tym regionie Stanów Zjednoczonych było widać zawsze największe spory i nierówności rasowe, biedę, wzmożoną aktywność Ku Klux Klanu, a ludzi z tych rejonów, traktowano generalnie jako „wieśniaków” ze śmiesznym akcentem. W „Żywiołakach” mamy sporo kulturowych odniesień właśnie. Trzeba również dodać, że książka po raz pierwszy została wydana w 1981r. pod tytułem „The Elementals„, zatem klimat lat 80-tych ma tu zdecydowanie rację bytu.

„Żywiołaki” Michael McDowell, tłumaczenie Tomasz Chyrzyński, wydawnictwo Vesper, 2021