„Śmiech na linie” Ivan Bajo

smiech-na-linie_www

Dokładnie. Książka „Śmiech na linie” to faktycznie banialuki i bazgraniny ze wspinaczkowego świata Ivana Bajo. Publikacje autorstwa Ivana Bajo w słowackiej prasie górskiej „Krasy Slovenska” w latach 60-80 zostały zebrane i wydane właśnie w książce „Śmiech na linie”. Nie wiem jak jest z obrazkami jego autorstwa, ponoć w słowackiej wersji było ich więcej (gdzieś przeczytałam), ale tutaj też towarzyszą one tekstom i to prawie na każdej stronie.

Ivan Bajo to słowacki taternik, alpinista, rysownik, publicysta. Kilka przykładów jego słodkiej i humorystycznej twórczości poniżej:

Książkę czyta się wyśmienicie. Każdy felieton zawiera sporą dawkę humoru i autoironii. Autor od początku podkreśla, że jego humor zrozumie tylko taternik, bo nietaternicy żyją w innym świecie i nie są w stanie zrozumieć świata wspinaczy. To prawda – niektóre smaczki są faktycznie mało śmieszne dla zwykłego człowieka, ale dla kogoś kto choć trochę interesuje się górami i wspinaniem, będzie to świetna rozrywka. Oczywiście pamiętajmy, że wszystkie te felietony były publikowane lata temu, wtedy była inna rzeczywistość, inny sprzęt, inne możliwości.  Ivan Bajo jest gawędziarzem, nie pisarzem. Nie dba o formę czy ortografię, jak mówi, „proszę nie traktujcie tych zebranych nowelek jako utworów literackich, lecz raczej jako pogawędkę na taternickim biwaku lub w przytulnym, wieczornym Zbójnickim Schronisku, Schronisku pod Rysami”

Ogrom tu opowieści o partnerskich wypadach w góry, o zabawnych historiach, które miały miejsce na kursach wspinaczkowych, o narciarzach, którzy chcąc się załatwić w krzakach ustawiają narty równolegle do trasy, po czym podmuch wiatru każe im jechać w pozycji kucznej z wypiętym gołym zadkiem, jest gawęda o kierowniku wyprawy w Himalaje, który z wyprawy z grupą osób wrócił sam, bo reszta albo się upiła i gdzieś polazła, albo się pochorowała i gdzieś w szpitalu leży ;) a on sam mówi „Wspinać się nigdy nie wspinałem, chyba ze na palce alebo schodami z piwnicy. To przeca głupota, cłowiek sie młoze gdziesi wygrzmocic. A zdrowie najwaźniejse – na zdrowie!” No i jak tu nie parsknąć śmiechem?  Są historyjki o grotołazach, grzybiarzach (bo Bajo również lubi i taką formę aktywności – na Słowacji ponoć nawet wymyślony zawody w zbieraniu grzybów ;)), jest opowiadanie o ceprze pospolitym, czy bombach kalorycznych spożywanych „w ścianie”, które potem niestety muszą być jakoś wydalone z organizmu, najczęściej odbywa się to ku uciesze oglądających wspinaczkę gapiów. I wiele, wiele innych historii, które można sobie dawkować.

Bajo ma świetne wyczucie, zmysł obserwacji, lubi wyszukiwać stare ogłoszenia czy informacje. Przykład? „Odbywający służbę wojskową taternicy wyjaśniali swoją trzydniową nieobecność twierdzeniem, iż spędzili dwa i pół dnia w małej jaskini skalnej otoczeni przez stada wściekłych świstaków”. Spisuje złote myśli o taternikach typu „Taternictwo jest matolstwem a taternicy to matoły!”, ale potrafi też pisać poważniej i pięknie. Takim rozdziałem, który bardzo mi się spodobał, był ten zatytułowany „Włóczęgi, czyli wprost przed siebie z dziesięcioma „N”. Zwięzła metodyka błąkania się”. Czym jest dziesięć „N” nie zdradzę, ale samo wyjaśnienie błąkania się mnie ujęło. Przykład prostoty i aktywności jaką preferuję. Łażenie bez celu, spokojne, kontemplowanie natury, leżenie na trawie czy też wybór tej czy tamtej ścieżki, to gwarant wypoczynku i spokoju, przewietrzenia głowy. 

To bardzo przyjemna w odbiorze lektura. Nie ma tu większych tragedii, nie ma tego całego napięcia związanego z niebezpieczeństwami, a jeśli nawet to podane są z humorem i sarkazmem. Autor skupia się na mniej istotnych, choć równie ważnych detalach, obserwuje to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, docenia przyjaciół, śmieje się ze świata, ma do niego dystans i choć urodził się w 1935r. (!) to zapewne nadal jest pełen energii i cudownego poczucia humoru. Polecam.

Śmiech na linie”, Ivan Bajo, wyd. Stapis 2017, przekład Janusz Opyrchał-Bojarski

„Polska odwraca oczy” Justyna Kopińska

z19717737IH,Justyna-Kopinska-Polska-odwraca-oczy-fot-Jakub

Najgorsze przekleństwa cisną się na usta podczas lektury tych szesnastu reportaży. najgorsze. Człowiek jest dosłownie wkurwiony, kiedy czyta o takich rzeczach… Nie jestem w stanie ogarnąć ludzkiego umysłu i zła jakie potrafi się wykluć w człowieku. Zła, bezduszności, braku wyrzutów sumienia, poczucia bezkarności. Pani Justyna Kopińska bardzo dobrze pokazuje mechanizmy działające w naszym państwie, gdzie właściwie jednostka nie ma żadnych praw. Napisane w sposób bardzo obiektywny, zwięzłym i pięknym językiem reportaże ukazują siłę naszego systemu, który w ogóle nie liczy się z człowiekiem. Ludzie cierpią, bo policja nie działa jak powinna, bo sądy są przekupione, bo wzrasta przemoc w wielkich molochach, takich jak szpitale, ośrodki wychowawcze, więzienia, a pracownicy muszą robić to, co każą, ci którzy dyrektorują czy kierują. 

Lenistwo, wygoda, brak reakcji, przekręty wśród tych, którzy powinny podobne przekręty likwidować, papierologia i pilnowanie policyjnych statystyk – to wszystko sprawia, że zamiast ludziom pomagać, zostawia się ich samym sobie. Przykładowo, lepiej potraktować zaginięcie dziecka jako zwykłe zaginięcie niż wszczynać śledztwo podczas którego można sprawdzić o wiele więcej, można traktować zaginięcie jako podejrzanie morderstwa czy choćby uprowadzenia. Ale nie.. statystyki muszą być zawyżane, zaniżane i z korzyścią dla „góry”. Chyba nigdzie takiego dziadostwa jak w Polsce nie ma. Statystyki w policji w ogóle zbyt odgrywają dużą rolę. Dochodzi do absurdów. Na przykład policjanci mają złe wyniki przestępstw korupcyjnych, nie wykryli żadnych ważnych spraw. Więc szukają na siłę (…)Policjanci dla statystyk czepiają się uczciwych ludzi, a bandyci chodzą po ulicach. Było mi wstyd za policję”.

Wśród szesnastu reportaży najbardziej dotknęły moich emocji m.in. ten o Mariuszu Trynkiewiczu i zakochanej w nim ślepo kobiecie (chyba masochistce..?), nie dopuszczającej kompletnie do siebie zła jakie siedzi w tym człowieku. „Jestem dumna z bycia panią Trynkiewicz”, „W 80 procentach ofiary gwałtów i molestowań są same sobie winne”, „to była decyzja tych chłopców, że nie żyją” – jak można?? 

Dalej mamy sławne siostry boromeuszki z ośrodka wychowawczego w Zabrzu, a wśród nich głównodowodząca siostra Bernadetta (o tej historii Justyna Kopińska napisała inną książkę „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, ale nie wiem czy będę w stanie ją przeczytać), które dręczyły dzieciaki, przymykały oczy na gwałty, poniżenia, próby samobójcze wychowanków. Siostry zakonne powinny chyba szerzyć miłość, spokój, pokorę. Nie rozumiem, jak osoby żyjące co dzień w modlitwie mogą torturować dzieci, bić je, głodzić, poniżać i wyżywać się na nich fizycznie/psychicznie. Do jakiego Boga się zatem modlą? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby pozwalać dwóm dwudziestolatkom spoza ośrodka molestować i gwałcić dzieci?  Szlag mnie trafiał i łzy cisnęły się do oczu.

Potem są pracownicy szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim i pani ordynator sadystka, którzy również dręczyli małoletnich pacjentów w taki sposób, że nawet ciężko o tym myśleć. Kolejny szlag trafia…

To książka ciężkiego kalibru. Wali prosto w serce. Miażdży okrucieństwem człowieka wobec człowieka. Dlaczego Polska odwraca oczy od takich sytuacji? Dlaczego organy sprawiedliwości nie stoją na straży praworządności i nie osądzają sprawiedliwie? Dlaczego ci bardziej poważani w środowisku wiążą się ciągle układami z obopólną korzyścią, zamiast być uczciwymi? Dlaczego Polska nie patrzy na krzywdę ludzką? Na te pytania Pani Kopińska nie odpowiada, ale po jej reportażach zapadło kilka wyroków, a kontrowersyjne sprawy zostały uważniej prześledzone. Autorka pokazuje i opisuje, ludzkie historie, nie ocenia nikogo, nie sugeruje co jest dobre, a co złe. Jeśli w czytelniku w odpowiedzi obudzi się wkurw, to znaczy, że jednak coś jest nie tak. A uwierzcie, wiele rzeczy jest BARDZO nie tak… Gdzie jest sprawiedliwość? 

Wczoraj byłam na spotkaniu z autorką.

Spokojna, wyważona, o bardzo przyjemnym głosie, niezwykle miła i mądra kobieta. Słuchałam zafascynowana jej opowieści o pracy nad tymi trudnymi tematami. Jak sobie radzić w życiu codziennym z takim ogromem napotkanego zła? – padło pytanie z sali – Pani Justyna odpowiedziała, że owszem przeszła szereg kursów i szkoleń jak rozmawiać z bohaterami, by skutecznie otworzyć ich i potem zamknąć ich emocje, a także jak panować nad swoimi. Oczywiście, jak przyznała, sama jest tylko człowiekiem, choć obytym z tematem i przyzwyczajonym, to nadal zaskakiwanym przez ogrom brutalności i okrucieństwa, biedy i smutku – gdy nie ma już rady, wówczas dobrym pomysłem jest butelka wina :-) Choć podejrzewam, że na chwilę.

Kolejne pytanie z sali – czy nie obawia się o własne życie rozmawiając z psychopatami, pedofilami, mordercami, skorumpowanymi policjantami czy wysoko postawionymi ludźmi? – owszem, ale tyle już w życiu przeżyła, że nawet gdyby dziś miała umrzeć to nie żałowałaby ani dnia. Kiedyś pedofil podczas rozmowy wyłączył jej dyktafon i zagroził, że jeśli coś opublikuje to nie przeżyje. Wtedy poczuła faktyczny strach, ale strach jest normalnym uczuciem w tym zawodzie i w życiu w ogóle.

Podziwiam ją, bardzo cenię za to co robi, że walczy o dobro ludzkie i o sprawiedliwość. Zasłuchałam się w opowieść o przyjaźni z bohaterem reportażu „Nieśmiertelność chrabąszczy” czy „Beethoven z Murzasichla”, wzruszyłam się słysząc o nowym, rodzącym się w bólach reportażu (bo i Pani Justyna była bardzo poruszona tym o czym pisze, a o czym jeszcze mówić nie może). Będzie on zamykać trylogię reportaży poświęconych przemocy w dużych instytucjach związanych ze zdrowiem i opieką (pierwszy dotyczył ośrodka sióstr boromeuszek w Zabrzu, drugi szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim). Pani Justyna pracuje również nad swoją książką pod tytułem „Obłęd” na podstawie której powstanie film. I będzie to proza inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. I będzie też jeszcze jeden film, o siostrze Bernadetcie, w którym główną rolę zagra Agata Buzek.

Bardzo dobry człowiek z tej kobiety. Wrażliwy, empatyczny a jednocześnie silny i stanowczy, dążący do celu, poukładany i poświęcony bez reszty swojej pracy. Ludziom. Mus czytać.

Justyna Kopińska, „Polska odwraca oczy”, wyd. Świat Książki 2016.

stosik

Troszkę nowych książek przybyło. Właściwie to kupiłam tylko Kamińskiego z polecenia Jarka z Krytycznym Okiem i jego świetnych recenzji tych dwóch pozycji, no i Rhys Bowen (kryminał retro) na próbę w taniej książce, bo chcę sprawdzić czy spodobają mi się przygody Molly Murphy. DSCN8423

Książki „W linii prostej” Damiena Boyda, „Ubezwłasnogłowieni” Stuarta MacBride’a i „Tajemnica wyspy Flatey” dostałam od wydawnictwa Editio Black, „Felicja zaginęła” Jorna Lier Horsta od wydawnictwa Smak Słowa, a „Nie myśl że znikną” Marcina Grygiera i „Odzyskać utracone” Katarzyny Kołczewskiej od wydawnictwa Prószyński i S-ka. No, nic tylko czytać :)

„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” Sumia Sukkar

chłopiec-z-aleppo1-400x600„Po powrocie od razu włączamy wiadomości. Wszystkie światła są wyłączone. Włączam światło w pokoju dziennym. Yasmine nie odwraca się, patrzy w ekran. Kobieta w telewizji ma na twarzy mnóstwo bólu, chciałbym ją namalować. Opowiada o chłopcach, których porwano i spalono. Byli torturowani, wyrwano im paznokcie. Yasmine każe mi wyjść, żebym tego nie słuchał, ale ja nie chcę. Kobieta pokazuje zdjęcie ulic syryjskich, na murach widnieje mnóstwo rysunków i litery układające się w napis „Precz z reżimem!”. Nie wiem co to znaczy i dlaczego dzieci torturowane są z tego powodu. Na myśl o tym ogarnia mnie gniew, zaczynam wyrywać sobie włosy. Yasmine podbiega do mnie, ale ja uciekam i zamykam drzwi do swojego pokoju na klucz. Kiedy jestem wściekły, nie mogę przebywać w pobliżu innych ludzi, czuję się jak nieprzewidywalna reakcja chemiczna, która zaraz skończy się wybuchem. Czuję, jak w moim wnętrzu rośnie nieznane uczucie, jakby pająki pełzały w mojej piersi, właziły do gardła, by mnie zadusić. Nie wiem czemu nagle się tak poczułem, w każdym razie nie mogę oddychać. Czuję wielką potrzebę malowania, już widzę obraz w głowie. Dwaj chłopcy leżą w wodzie, ale ich twarze są zniekształcone, spalone. Nie widać nawet gdzie są oczy, a gdzie nos. To będzie czarno – biały obraz, tylko twarzom nadam całe spektrum barw. Będzie straszny i piękny zarazem”.

Taka jest ta książka, straszna i piękna zarazem. Przypomina mi nieco „Drzewo migdałowe” Michelle Corasanti (recenzja pod tytułem), być może dlatego, że również pisana była z perspektywy chłopca. 12-letni Ahmad – narrator, stał się później mężczyzną, tutaj mamy cały czas 14-letniego Adama z Aleppo w Syrii. Nieco klimatu tamtej książki znajduję w opowieści Sumii Sukkar i jest to opowieść o wojnie, której nikt w Aleppo tak naprawdę nie rozumie, której każdy się boi i która rozdziela rodziny, a wszystko inne, co było dotychczas piękne i normalne, obraca w pył i gruz. Adam tego nie rozumie, żyje w swoim kolorowym świecie pełnym barw z tubek farb. Kocha malować, robi to pięknie, a jego obrazy są dla niego skarbami i czymś co naprawdę przynosi mu wielką radość. Maluje scenki z życia, które po wybuchu wojny już nie będą słodkie i zwyczajne. 

Yasmine jest jego ukochaną siostrą, podobną bardzo do matki, którą dawno temu stracił. Baba to ojciec, który za swą żoną bardzo tęskni, kocha wszystkie swoje dzieci, ale potem zaczyna mu się już mieszać w głowie. I może dobrze, bo nie zdaje sobie sprawy, z tego co się dzieje. Są jeszcze bracia Adama: Isa, Khalid i Tariq. Każdy z nich doświadczy wielu trudnych chwil. Nie wszyscy dożyją końca opowieści. Wojna odbije się na nich i potraktuje w okrutny sposób. Każdy będzie skazany na ten sam ból i los. Yasmine, która jest opoką dla całej rodziny, również wiele przejdzie, trzymałam za nią mocno kciuki, by jej się udało… Komu z nich się uda uciec z ogarniętego wojną kraju? 

Ciężko jest mi sobie wyobrazić to, co przechodzą od dawna mieszkańcy Syrii. Aleppo stało się symbolem wojny, to miasto ciągle pokazywane jest w mediach, jako najbardziej zniszczone, pełne bólu, najbardziej doświadczone cierpieniem dorosłych i dzieci, śmiercią. Ale są też inne miasta w Syrii, o których mówi się mniej, a skala tragedii na pewno jest tam równie duża, o ile nie większa. Aleppo jednak na zawsze zostanie symbolem, podobnie jak w tej książce, w której młodziutka Sumia Sukkar ukazuje los jednej z rodzin żyjącej zwyczajnie.. ale do czasu.  Rodziny, która będzie musiała się odnaleźć w tym trudnym czasie, kiedy zabraknie wody, jedzenia, zamknięte zostaną szkoły, sklepy, na ulicach będą leżeć zwłoki ludzi, dzieci, śmietniki będą śmierdzieć na kilometr mieszając się z zapachem krwi, moczu, strachu…. „Nie podoba mi się, to co wojna robi z moją rodziną. Nie wiem, kogo słuchać, wszyscy mają swoje opinie, a w wiadomościach mówią coś jeszcze innego. Nie chcę słuchać żadnego z nich. Nie chcę, by komuś z mojej rodziny stała się krzywda, nie chcę przymusowej przerwy w szkole, nie chcę krwi na ulicach i umierających ludzi. Chcę prowadzić normalne życie. Nienawidzę wojny”.

Książka jest napisana prostym językiem, krótkimi zdaniami, ale jakże celnymi, pięknymi, często bardzo wzruszającymi. Są to niezwykle trafne i proste obserwacje, takie jakie przychodzą do głowy wrażliwemu chłopcu, i pewnie większości z nas przyszłyby w obliczu takiej trudnej sytuacji: „Ludzie różnią się od siebie, ale kiedy krwawią, wszyscy pachną tak samo”; „Nie chcę wojny pod moim oknem”; „Od wojny kręci mi się w głowie. Nie rozumiem już nawet samego siebie”. 

Powieść Sumii Sukkar jest naprawdę jedną z ważniejszych pozycji i piękniejszych powieści, jakie udało mi się do tej pory przeczytać. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak prostota może być pięknie ujęta. I wcale nie musi być patetyczna. Jak strach, ból, wściekłość, smutek, beznadzieja, odmalowane kolorami, mogą działać na wyobraźnię. Bo tu wszystkie emocje mają kolory. Każdy z bohaterów ma swoją barwną aurę. Potem częściej jest już tylko szarość, jak pył ze zburzonych domów, i biel – jak śmierć. Czy uda się Adamowi zobaczyć jeszcze kiedyś rubinowy kolor? 

„Wyglądamy jak szczęśliwa rodzina, lecz za naszymi plecami widać zawalone budynki, a niebo jest ciemniejsze niż kiedykolwiek dotąd. Nie umiem opisać, jak bardzo jest czarne. Nie widać na nim śladu księżyca, zakrywa je czarny dym. Pewnego dnia, kiedy wojna się skończy, pokażę ludziom swoje obrazy, żeby wiedzieli co się naprawdę wydarzyło. Moje obrazy nie kłamią”.

Uwierzcie, że nadal mam ciarki po lekturze tej książki.

„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” Sumia Sukkar, wyd. Jaguar 2017, przekład Zuzanna Byczek.

 

„Ali i Nino” Kurban Said

ali-i-nino-w-iext49906832 Pierwsze wydanie tej książki miało miejsce w 1937r. choć niektóre źródła mówią o 1934r. Określana jest jako najsłynniejsza love story Kaukazu. Kurban Said, a właściwie Lew Nussimbaum, opisuje miłość między gruzińską księżniczką, chrześcijanką – Nino, a muzułmańskim chanem z Azerbejdżanu – Alim. Historia jest romantyczna i zarazem tragiczna. Namiętna, pełna dylematów, wyrzeczeń i jakby z góry skazana na klęskę. Można kibicować bohaterom w ich miłości, ale wiadomo, że dwa różne światy religijne, przynależność do innych kultur, nie będą w stanie nigdy idealnie ze sobą współgrać. 

Ona czuje się w pełni Europejką, on w pełni Azjatą. Nie widzi potrzeby opuszczenia swojego ukochanego miasta Baku, to w nim się urodził i w nim chce umrzeć. Kocha je i uważa za najpiękniejsze na świecie. „Przede mną wznosiła się okrągła, niezgrabna Baszta Dziewicza, osnuta mnóstwem legend i otoczona nie mniejszą liczbą gotowych do usług przewodników turystycznych. Dalej za Basztą, zaczynało się morze – ołowiane i niezgłębione Morze Kaspijskie, przestrzeń bez kresu i bez historii. Z tyłu domu rozciągała się pustynia – nieregularne skały, piasek i cierniste zarośla; spokojna, głucha, nie do pokonania. Najpiękniejszy obraz na świecie”.

Ona – ciekawa świata, zachowująca się zupełnie inaczej niż do tej pory znane Alemu dziewczyny (nie nosi burki) chce być traktowana na równi z mężczyzną, chce by Ali widział w niej jej duszę, nie tylko piękne oczy. Ale jak Ali ma to zrobić, skoro muzułmanin uważa, że kobiety duszy nie mają? Stara się, próbuje, być może nawet przez chwilę mu to wychodzi, ale nie jest to i nie będzie związek idealny. „Miejsce kobiet jest w haremie, a harem to sprawa domu i gospodarza. Człowiek dobrze wychowany nie mówi o kobietach, nie pyta o nie i nie przekazuje im pozdrowień. Kobiety są cieniem swego męża, chociaż mężczyźni często dobrze się czują tylko w ich cieniu. I tak jest dobrze i mądrze. Mamy takie przysłowie, że kobieta ma rozumu nie więcej niż kurze jajo włosów. Istoty bez rozumu muszą mieć nadzór, inaczej przynoszą nieszczęście sobie i innym. Myślę, że to mądra zasada.” Niezbyt dobrze się to czyta będąc kobietą. 

W kwiecistym i romantycznym stylu Ali również wyraża swoje pragnienie, które zdeterminuje jego los. „Nasze miasto skrywa wiele tajemnic. Jego zaułki pełne są dziwnych cudów. Kocham te cuda, kocham te zaułki, zapadającą ciemność nocy i milczącą medytację w rozpalone upałem popołudnia na dziedzińcu meczetu. Bóg przysłał mnie na świat tutaj jako muzułmanina wyznania szyickiego, szkoły wiernej nakazom imama Dżafara. Jak jest mi łaskawy, niechaj pozwoli mi tu także umrzeć – przy tej samej ulicy, w tym samym domu, w którym przyszedłem na świat. Mnie i Nino, która jest gruzińską chrześcijanką, jada nożem i widelcem, ma roześmiane oczy i nosi cienkie pachnące jedwabne rajstopy”.

Recenzje tej książki są pełne zachwytów. Ale czy ja wiem? Romantycznych historii i tragicznych zarazem, jest wiele. Być może faktycznie, ta, jest jedną z bardziej egzotycznych, ale nie zachwyciła mnie tak, bym piała peany na jej temat i smarkała w chusteczkę ze wzruszenia. Zachwyciłam się jedynie bogactwem historii, bogactwem opisów i klimatem tamtych czasów. Z łatwością można sobie wyobrazić Alego pędzącego na rumaku, Nino, która obmywa stopy swojego teścia, niezwykłe Baku pełne nostalgii i strachu przed I wojną światową, która i tak przecież wybuchnie, cudowne owoce podawane w haremie w Persji, gdzie po ślubie Ali i Nino wyjeżdżają na jakiś czas, by skryć się przed zemstą pewnych ludzi, biedę w wiosce w Dagestanie, gdzie Nino nosi wodę ze studni uśmiechając się do wszystkich. Jest to może nieco banalne, ale na swój sposób piękne.

Dobrze też jest ukazany w tej książce strach przed europeizacją, przed tym, że po wojnie już nic nie będzie takie samo, że Zachód zniszczy to, do czego przyzwyczajeni są mieszkańcy Baku: „Co mnie obchodzi ten świat po drugiej stronie masywu górskiego? Jego wojny, jego miasta, jego carowie, jego troski czy radości, jego czystość czy brud? My jesteśmy inaczej czyści i inaczej grzeszni, mamy inny rytm i inne twarze. Niech sobie ten pociąg mknie na zachód! Ja zostaję.”

A być może nic się nie zmieni? „Im słabsze będą mocarstwa po wojnie, tym bliżsi będziemy wolności. Ta wolność wynika z naszej niespożytej siły, z naszych pieniędzy i z naszej ropy. Nie zapominajcie bowiem, że to świat bardziej potrzebuje nas niż my świata”. Czyż to nie aktualne nadal? 

Z drugiej strony jednak, ciężko mi się tę książkę czytało. Napisana jest prostym językiem, ale czasem za dużo w niej nazwisk, zbyt wielu chanów z dziada pradziada, dialogi między mężczyznami (rodziną Alego) dotyczą tylko polityki i interesów (taki jest zwyczaj) i zwyczajnie mnie od tego odrzucało. Poza tym bogactwo tła historycznego, które z jednej strony zachwyca, z drugiej jest przekleństwem tej książki. Szczególnie dla osób, które o historii Azerbejdżanu, czy Gruzji nie wiedzą nic. Jedyne co mnie łapie za serce to cytaty typu: „Pięknie jest być Gruzinem, nawet jeśli Gruzja przemija.[…] przecież rzeki ciągle płyną, winorośl rośnie, lud tańczy. Piękna jest nasza Gruzja, i zawsze piękna pozostanie, niezależnie od wszelkich beznadziei”. „Gruzin jest jak szlachetna sarna zabłąkana wśród azjatyckich ludów tutejszych lasów”. Nie wiem, na pewno ta książka mnie jakoś nie powaliła, chociaż warto ją przeczytać i wyrobić sobie własną opinię. Warto choćby z tego względu, by uszczknąć dla siebie nieco nostalgii i klimatu tamtych czasów i miejsc, w jakich żyli bohaterowie. Ja uszczknęłam, ale ile się przy tym namęczyłam to moje.

Ciekawostka: w Batumi znajduje się ruchomy pomnik Ali i Nino. Podświetlane postacie łączą się i rozchodzą. Możecie to zobaczyć na filmiku poniżej: 

„Ali i Nino” Kurban Said, wyd. W.A.B 2017, przekład: Agnieszka Gadzała.

„Obserwator” D.B. Thorne

obserwator-b-iext49946864Nie byłam na początku przekonana do tej książki, bo opis na okładce wydał mi się zbyt banalny, ale… zmieniłam zdanie, bo to naprawdę dobry thriller. Dobry thriller powinien trzymać w napięciu, wywoływać dreszczyk grozy i nie pozwalać na nudę. Tutaj to wszystko jest. „Obserwator” to książka, która pokazuje niebezpieczeństwa jakie czyhają na osoby, które lubią „istnieć” w sieci, opowiadać o swoim życiu zbyt wylewnie. Nigdy przecież nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie i to czyta.

Jest to też książka poniekąd pokazująca jak bardzo można skrzywdzić człowieka i doprowadzić go do stanu, w którym nic właściwie nie będzie go przerażało. Będzie czuł się Bogiem, kimś, kogo nie można pokonać, kimś, kto przez swoje cierpienie nauczył się niezwykłej przebiegłości, inteligentnego manipulowania człowiekiem i nie zna strachu ani pokory.

Sophie Fortune jest młodą dziennikarką w pisemku, który zajmuje się głównie skandalami wywoływanymi przez celebrytów, jednym słowem pracuje dla brukowca. Pewnego dnia znika bez śladu, policja nie kwapi się zbytnio do szczegółowego zbadania sprawy, od razu uznaje, że kobieta popełniła samobójstwo. Jej przeszłość naznaczona jest leczeniem psychiatrycznym, wcześniejszą próbą samobójczą, a z informacji na jej temat właściwie nie wynika nic innego, jak tylko to, że miała problemy z psychiką. Ojciec Sophie, który od dawna nie ma z córką kontaktu (czego żałuje, ale jakoś nie umie go od nowa nawiązać), nie wierzy w insynuacje policji. Jego córka nie mogła się tak po prostu zabić. To nie w jej stylu.

On sam w podróżach między Anglią a Dubajem, gdzie pracuje w banku i leczy się na niestety, zaawansowanego już porządnie raka płuc, wie, że chemioterapia nie pomoże mu już zbyt wiele, decyduje, że sam spróbuje odnaleźć córkę. Za wszelką cenę chce poznać prawdę. Przypomina sobie, że kiedy Sophie była małą dziewczynką, zdarzyła się sytuacja, w której obiecał jej, że zawsze po nią przyjdzie, że zawsze ją odnajdzie. Tak ma być również teraz. Niestety samo zaginięcie jego córki to jedno, okazuje się, że z banku w którym pracuje, znikają z kont grube miliony w dość dziwnych kwotach. I to on musi je odnaleźć, a przynajmniej spróbować wytłumaczyć ich zniknięcie. Niestety, Fortune (używa tylko nazwiska) kompletnie nie wie o co chodzi. Nie rozumie również dlaczego pewnego dnia, te pieniądze pojawiają się na jego prywatnym koncie? Ktoś próbuje go wrobić? Dlaczego? 

Fortune odkrywa bloga córki i niezbyt stosowne, bardzo wulgarne i niebezpieczne komentarze od jednego z komentujących jej wpisy. Okazuje się, że „troll” wie o Sophie bardzo dużo, wydaje się jakby ja obserwował, kim jest i dlaczego pała do niej taką nienawiścią. Dlaczego próbuje zniszczyć jej życie? 

Akcja cały czas toczy się dwutorowo: z perspektywy ojca i z perspektywy córki. Wszystko napiera tempa, a czytelnik dostaje wiele informacji, które oczywiście pokazują, jak bardzo to wszystko różni się od tego, co mu się początkowo wydawało. Więcej napisać nie mogę, bo zdradziłabym zbyt wiele z fabuły, niemniej jednak dodam, że bardzo mnie ta książka „trzepnęła”. Jest to mądrze skonstruowane, mógłby z tego powstać bardzo dobry film (thriller), momentami bardzo wzrusza, momentami przeraża. Każe pamiętać, jak ważne w życiu każdego z nas jest dzieciństwo i to czego w tym czasie doświadczymy. Jeśli jest to szczęście to dobrze, jeśli natomiast przemoc – wówczas rodzi się problem. Problem dużego kalibru, który w dorosłym życiu może doprowadzić tylko do tragedii. I pamiętać należy też, by nigdy w sieci zbyt wiele o sobie nie mówić, to może (nie musi) obrócić się pewnego dnia przeciwko nam.

„Obserwator”, D.B. Thorne, wyd. Burda Książki, 2017, przekład Jacek Żuławnik

„Z tej samej krwi” Tobias Olsson

693931722Bardzo dobry thriller mi się trafił. Nie dość, że trzyma w napięciu, to również mądrze jest to wszystko poukładane. Akcja dzieje się dwutorowo z perspektywy dwóch osób. Pierwszą z nich jest korespondent zagraniczny Jonathan Sandler, a drugą prawniczka Livia Köhler, prowadząca w Sztokholmie sprawy azylantów.  W małym greckim mieście Orestiada zamordowany zostaje 59-letni szwedzki policjant Bo Köhler (ojciec Livii). W ramach unijnej współpracy pomagał kolegom z policji granicznej w opanowaniu fali uchodźców z Turcji. Zajmował się ustalaniem tożsamości nowo przybyłych uchodźców umieszczonych w jednym z obozów zorganizowanych przez grecki rząd na prowincji w pobliżu granicy z Turcją. Nie byłoby w śmierci policjanta nic sensacyjnego, gdyby nie fakt, że zginął przed greckim burdelem, co oznaczałoby, że odwiedzał na służbie prostytutki. Sandler uważa to za niedopuszczalne i hańbiące dla szwedzkiej policji. Zostaje wysłany do Grecji, by zrelacjonować przebieg wydarzeń i śledztwo. Redakcja nakazuje mu pośpiech, ponieważ jak zawsze chcą być pierwsi w posiadaniu jak najnowszych materiałów z tej sprawy.

Od tej pory akcja nabiera tempa. Jonathan zaczyna spotykać na swojej drodze ludzi, którzy co rusz zaskakują go nowymi wiadomościami, on sam zaczyna węszyć w tej sprawie większy spisek. Zamordowany zdaje się był zamieszany w coś grubszego, a może odkrył coś, co nie spodobało się wyżej postawionym? Jonathan Sandler na własną ręke zacznie prowadzić własne śledztwo, nie spodziewając się, że sam może zostać celem do zlikwidowania. Livia z kolei, po otrzymaniu wiadomości o śmierci ojca, zacznie być śledzona przez dziwnego nieznajomego również odkryje wiele dziwnych rzeczy związanych z ojcem, co sprawi, że sama znajdzie się w niebezpieczeństwie. W tej książce napięcie nie spada nawet na minutę, a zakończenie jest naprawdę świetne. 

Olsson skupia się nie tylko na sensacyjnym charakterze książki. Daje nam sporo informacji dotychących Grecji, jej historii i zaszłości jakie nadal siedzą w mieszkańcach Orestiady, dowiadujemy się, że konflikt etniczny istniał tu od wieków, kiedy to Grecy wysiedlani byli z ziem tureckich, a Turcy z greckich. Wojny, przelewanie krwi, tortury i nienawiść do ludzi innej krwi istniała od zawsze. Czy to wszystko miało wpływ na śmierć Bo Köhlera? Dlaczego? Uchodźcy przedstawieni są tu jako ludzie cienie. „O pooranych zmarszczkami twarzach, naznaczonych zmęczeniem i rezygnacją. Byli niewidzialni i jakby nieistniejący, ale zawsze do odkrycia. Strach jest wyczuwalny nawet z daleka, desperacja wydziela zapach, wyróżnia się.”  Sandler był świadkiem wielu wydarzeń związanych z emigracją uchodźców. Widział ich w obozach na wyspach Lesbos czy Sycylii, obserwował przepełnione i topiące się łodzie w portach Lampeduzy, widział stłoczonych ludzi w kontenerach, gdzie większość umierała podczas transportu z braku tlenu, czy z wyczerpania. Podobnie jak zamordowany Bo Köhler, pracujący w jednym z obozów, który „każdego dnia jechał niecałe dwadzieścia kilometrów z hotelu w Orestiadzie do obozu w Fylakio, parkował samochód, mówił „cześć” do swoich kolegów, siadał w prowizorycznym biurze i słyszał krzyki”. Nikt długo by tego nie zniósł, chyba, że jakiś człowiek bez sumienia, a Bo takim nie był. Sandler będzie próbował znaleźć powiązania między śmiercią Bo, a przemocą i gwałtami w obozie uchodźców, o jakich się dowie. Livia również w tym samym czasie będzie próbowała rozgryźć tajemnicę ojca, uciekając przed tymi, którzy ją (nie wiedzieć czemu) śledzą i próbują unieszkodliwić. 

Obydwoje zrozumieją (choć Sandler wcześniej już to wiedział), że zła w czystej postaci nigdy się nie zapomina, że istnieją ludzie, którzy działają z premedytacją na skalę światową, próbując skłócić ze sobą różne grupy społeczne, manipulując ludzkimi poglądami i zarządzając ludzkimi lękami. Że „prawdziwa polityka została ukryta za licznymi warstwami populizmu” (co jest cały czas aktualne), że wykorzystywanie pięty achillesowej demokracji i powolne przeobrażanie świata na swoją modłę, chwaląc się po drodze zdobytymi trofeami, jest bardzo niebezpieczne dla społeczeństwa, które wobec takiej praktyki staje się bezradne.

„Z tej samej krwi” Tobias Olsson, wyd. Czarna Owca 2017, przekład Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska