„Doggerland. Podstęp” Maria Adolfsson

87422673_2741810465868396_1262297313565474816_o

„Tutejsza skala kolorów jest daleka od tej zieleni, która dominuje na żyznych terenach w głębi Heimo, albo od złotej żółci piaskowców na Frisel. Tutaj jest równie wiele odcieni co tam, ale tylko wprawne oko może dostrzec bogactwo kolorów w krajobrazie, gdzie granitowoszare płyty skalne stawiają opór stalowemu morzu. Karen je widzi. Jej oczy nauczyły się rozpoznawać różne niuanse, to jak morze mieni się srebrem, cyną i ołowiem. Widzi to delikatne bogactwo kolorów wierzb płożących i sitowia. Widzi fioletowe odcienie szczelin skalnych i zmiany pór roku z zawciągiem pospolitym kwitnącym na przedwiośniu i krwawnicą pospolitą późną jesienią. A teraz, kiedy rośliny więdną na klifach i lato nieuchronnie chyli się ku końcowi, wędruje wzrokie głębiej, w stronę lądu, gdzie wrzosy falują na zboczach. To tutaj jest jej miejsce. I z tą świadomością podnosi się i zaczyna biec z powrotem do domu”.

Wbrew temu opisowi, to nie jest książka o kobiecie, która wypoczywa sobie nad morzem i podziwia przyrodę. To tylko element tła, którym są wyspy Doggerland u wybrzeży Danii, na których dzieje się kryminalna akcja z udziałem komisarz Karen Eiken Hornby. Tło jest fikcyjne, choć źródła podają, iż lądy Doggerlandu łączącego niegdyś Wielką Brytanię z kontynentalną częścią Europy, istniały setki milionów lat temu, ale zostały zatopione przez topiące się lodowce. Tak więc na tej „Atlantydzie” Maria Adolfsson umieściła akcję swojej powieści, która jest częścią pierwszą przedstawiającą losy komisarz Karen i mieszkańców małego miasteczka Langevik. 

Samo miasteczko i jego mała społeczność, której większość spotyka się w barze u Zająca i Wrony, albo gdzieś w sklepikach, porcie, czy barach oferujących pyszne dorsze czy turboty, tworzy bardzo interesujący klimat. Problemy społeczne, historia regionu, a także charakterystyczni mieszkańcy, różniący się od siebie, w zależności z której wyspy Doggerlandu pochodzą, sprawiają, że miasteczko i w ogóle cały rejon wysp wydają się jak najbardziej rzeczywiste. „… w Doggerlandzie odnaleźć można tę samą hierarchię kozłów ofiarnych co w większości krajów – ciężko pracująca północ, beztroskie południe i stolica pełna cwaniaków i zarozumiałych draniów”.

Karen, na chwilę dostaje okazję dowodzenia śledztwem. Jej szef, Jounas, arogancki i złośliwy, zostaje odsunięty od sprawy, gdyż to właśnie jego była żona Susanne Smeed zostaje zamordowana. Mężczyzna jest pierwszym podejrzanym. Ale czy to, że byli po rozwodzie i że Jounas nie ma potwierdzonego alibi na poranek, w którym zginęła Susanne, jest wystarczającym powodem do podejrzeń? Wszystko się okaże. Karen wykona kawał dobrej roboty, mimo, że noc przed morderstwem spędziła w ramionach swojego wyżej wymienionego szefa, co uważa za straszną pomyłkę, i mimo innych swoich osobistych problemów, o których dowiemy się stopniowo podczas lektury. Wystarczy rzec, że Susanne mogła zostać zamordowana właściwie przez każdego z sąsiadów czy współpracowników. Nie była lubiana, była niemiła, zgryźliwa, kłótliwa, z wiecznymi pretensjami. Nawet jej córka Sigrid nie chciała się z nią kontaktować. Kto zatem zabił kobietę? Dlaczego? I co ma z tym wspólnego historia pewnej komuny, która znajdowała się w Langevik w latach 70-tych? Uwierzcie, ale zakończenie będzie ogromnie zaskakujące. 

To w dużej mierze książka typowo skandynawska, gdzie śledztwo kryminalne prowadzone jest w dość specyficzny sposób, z chłodnym oglądem sytuacji i wieloma wątkami obyczajowo-społecznymi, bez których nie zrozumielibyśmy dokładnie wszystkiego. Wszystko jednak tu do siebie pasuje, wszystko się łączy i tytułowy „podstęp” jest naprawdę fajnie przedstawiony. Ciekawe jest to, jak wielką lawinę konsekwencji może wywołać jedna decyzja sprzed lat…. 

Czytało mi się bardzo dobrze, lektura jest wciągająca i może nie tyle mroczna, co tajemnicza. Czekam na kolejną część „Doggerlandu”. 

„Doggerland. Podstęp” Maria Adolfsson, tłumaczenie Agata Teperek, wyd. W.A.B., 2020.

Stosik marcowy

Sytuacja w kraju wiadomo jaka jest. Ja również siedzę w domu od dzisiaj, narazie nie wiem jak długo i jak się potoczy dalej sytuacja w pracy, niemniej jednak, lepiej zapobiegać, jak to mówią. Przy okazji jest czas na nadrobienie lektur, seriali itp., no i na odpoczynek, jakby nie patrzeć, którego mi bardzo brakowało. I choć pogoda nie zachęca do siedzenia w domu, to pamiętajmy, że lepiej cierpliwie unikać zatłoczonych miejsc i korzystać ze uroków zbliżającej się wiosny rozsądnie.

Zdobycze książkowe, jakie napłynęły do mnie w ostatnich marcowych tygodniach prezentują się poniżej. Pierwszych pięć książek od dołu to egzemplarze do recenzji od wydawnictw (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Muza i Skarpa Warszawska : „Boski znak” z autografem autora!!), za które serdecznie dziękuję. Resztę kupiłam w promocji około -35-44% na Świecie Książki (na samej górze „Lekarze w górach”, bo słabo widać tytuł). Czekam jeszcze na parę innych książek do recenzji, ale pokażę je już na koniec miesiąca.

No to miłego czasu. Dbajmy o siebie!

DSC08568

„Podpalacze” R.O. Kwon

podpalacze„Unikałam tłuczonego szkła, rozdartych torebek aluminiowych. Świeżych plam psiego gówna. Stawiałam kroki, meandrując między nimi. Wschodziło słońce. Kiedy byłam mała, nie wolno mi było wyjść na zewnątrz bez kremu przeciwsłonecznego na twarzy. Matka wklepywała ochronną substancję w moje policzki delikatnymi, chłodnymi dłońmi, Mocowała kapelusz o szerokim rondzie, podwiązując mi go pod brodą za pomocą solidnej, równej kokardki, Ileż wkładała wysiłku w to, bym stała się kimś lepszym, niż jestem.”

Główna bohaterka Phoebe, młoda dziewczyna, mająca za sobą traumatyczne przejścia, jest bardzo pogubiona i nie wie jak żyć dalej, po tym co przeszła. „Chciała cofnąć stratę, zaleczyć śmiertelną ranę”, jak mówi Will, kolejny bohater, a zarazem chłopak Phoebe. Oboje spotykają się przypadkiem i zakochują w sobie. Bezradni i zamknięci w swoich skorupach zatracają się wręcz w sobie. I choć oboje cierpią w tym związku z różnych przyczyn, są dni kiedy bywają naprawdę beztroscy i szczęśliwi. Niemniej jednak oboje żywią się bólem, ich relacja jest dość trudna. 

Will za wszelką cenę pragnie niezmąconej niczym bliskości, Phoebe potrzebna mu jest niczym oddech, to dzięki niej otwiera się przed nim świat pewności siebie i radości z detali. „Przez całe miesiące nie opuszczało mnie wrażenie, jakbym żył odgrodzony od świata szklanymi ścianami. Nie potrafiłem się przez nie przebić. Mogłem tylko przystanąć samotnie na chodniku i zajrzeć do wnętrza, gdzie bawili się inni. Dzięki Phoebe ściany się rozstąpiły”.  Ona z kolei całe życie błądzi, i nawet kiedy znajduje Willa, tak jej oddanego, z jednej strony chce z tego korzystać i czuć się szczęśliwą, a z drugiej wyrywa się, ucieka i w końcu … trafia do sekty.

Sekta Jejah, prowadzona przez Johna Leala przeprowadza zamach na klinikę aborcyjną. Prowodyrką jest Phoebe, w zamachu ginie 5 młodych kobiet. O tragedii wiemy już od pierwszych stron książki. Kolejne, to próba zrozumienia przez Willa, dlaczego do tego doszło, czy może miał on w tym swój udział i popchnął Phoebe w „ramiona” sekty? i co tak naprawdę dalej stało się z dziewczyną. Czytamy ich wspomnienia, poznajemy ich dzieciństwo, dorastanie, początki ich relacji i poprzez narrację prowadzoną dwutorowo, autorka przedstawia nam ich postacie z dość ujmującą, emocjonalną, dokładnością.  Czasem pojawiają się też słowa Johna Leala, który kiedyś uciekł z koreańskiego gułagu, a  jego bose stopy są wyznacznikiem poświęcenia się idei wiary.

Ta kwestia wiary jest tu znacząca. W co wierzy Phoebe? Czego oczekuje od siebie i od  świata? Czy szuka zbawienia, wymazania przeszłości i traumatycznych wydarzeń? Czy faktycznie zawierzenie ludziom, poddanie się ich manipulacji, wykonanie zadania, które zlecają w imię jakichś górnolotnych idei, uwalnia człowieka / ją od poczucia winy? Czy to pokuta? Skuteczna? Nagle świat się zmieni i to zło, które wyrządziliśmy zostanie nam wybaczone?

To książka z dobrą fabułą, ciekawie zarysowanymi postaciami, wywołująca emocje, stawiająca wiele pytań, ale z drugiej strony niezwykle męcząca w odbiorze. Oczywiście, to moje zdanie, może nie byłam na tyle wypoczęta, kiedy ją czytałam… ma niecałe 300 stron, a moja lektura trwała tydzień. Sposób narracji mnie nieco męczył, dialogi wpisane są w treść, nie są wyróżnione, wiec czasem gubiłam się, czy to opis czy dialog. Język momentami bywał przytłaczający, jak sama historia, choć ona sama w sobie jest z kolei bardzo dobra.

Uważam, że to dobra książka, dobry debiut, ale wymagający specjalnego rodzaju skupienia i chyba innego podejścia, bo to nie jest powieść, która „płynie”, ona trochę staje ością w gardle i czasem ma się ochotę odłożyć tę książkę i nie brnąć w to dalej. Niemniej jednak, kiedy ją skończyłam, to cały czas o niej myślę. Jest intrygująca i kto wie, czy nie sięgnę po nią kiedyś drugi raz, żeby już ze spokojną głową, więcej z niej zaczerpnąć i może bardziej zrozumieć bohaterów… o ile w ogóle się da.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Podpalacze” R.O. Kwon, tłum. Łukasz Błaszczyk, wydawnictwo Agora 2020.

„Strupki” Paulina Jóźwik

strupki„Nie znam Boga ani ludzi, ale wiem, że są tacy, co żyją i umierają po cichu. Cichą śmierć miała moja babka Hanna. Cichą śmierć miał jej brat Stefan. W ciszę zamienialiśmy nasze rozmowy. W milczenie wkładaliśmy to,co nas najbardziej bolało. Po cichu kochaliśmy tych, którzy byli nam przeznaczeni. Sprawy załatwialiśmy tak, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał. To, co ważne, nosiliśmy w sobie, jak najcenniejszy skarb ukryty w koszach pełnych zboża, w które nikt nie miał odwagi włożyć ręki. Żyliśmy na utrzymaniu strachu. Po cichu uciekałam z rodzinnej wsi. W drodze gubiłam korzenie, ale one były jak pępowina, która oplotła mi wnętrzności grubym supłem. Mogłam uciekać jak najdalej, ale wciąż czułam jej ucisk. Przeszłość, która swymi mackami dopadała mnie w każdym możliwym miejscu i pozbawiała schronienia przed tożsamością”.

Już ta pierwsza strona mnie zachwyciła. To piękna powieść. Napisana pięknym językiem i opisująca kruchość i sekrety relacji rodzinnych w niezwykły sposób. Jest tu i tęsknota za dzieciństwem, i smutek utraconej miłości, właściwie niespełnionej, mocno niedopowiedzianej, a może źle zrozumianej? Są też związki duszone w zarodku i takie, które rodziły się z przymusu otoczenia. Wszędzie sekrety, stare, tajemnicze zdjęcia, a w tym wszystkim Pola, kobieta, która próbuje zrozumieć samą siebie, odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, od której uciekła. Po prostu szuka domu, swoich korzeni, jakiejś przynależności i prawdy. Czy to odnajdzie?  

Pola przyjeżdża do rodzinnej wsi na pogrzeb swojej babci, która umarła tak naprawdę już parę lat temu. „Śmierć siedziała na wózku, w serdaku, grubych rajstopach i góralskich kapciach, i poruszała ledwo widoczną linią warg. […] Myślałam o tym, na co babce były te wszystkie modlitwy, te pacierze, klękanie każdego wieczora i ranka. Na co te różańce, nabożeństwa majowe. Na co te msze, roraty i litanie. Na co to jej „Jak Bóg da”. Na co to wszystko, skoro tak wyglada koniec”. Alzheimer nie zna litości i babka Hanna od kilku lat nie była już tą samą babką. Właściwie nie wiadomo, kim się stała. Mówiła od rzeczy, ciągle widziała swojego zmarłego brata Stefana, ukrywała jakieś zdjęcia.. Jaka tak naprawdę była historia babci Hani? bo na pewno nie taka, jaką do tej pory znała Pola. 

Sama Pola nie potrafi pogodzić się ze śmiercią babci, podobnie jak nie potrafi zapomnieć śmierci swojej matki i nie bardzo akceptuje, że jej ojciec znalazł sobie nową kobietę. Relacje Poli z ojcem są bardzo trudne, podobnie jak relacje z siostrą Irką, która mieszkała z babcią i która ma żal do Poli, że zostawiła ją samą i uciekła do miasta robić karierę ilustratorki, zamiast pomóc w opiece nad chorą. Rodzinna wieś stała się kiedyś dla Poli miejscem przytłaczającym, przypominającym o beznadziei losu, o dzieciństwie, w którym wydarzyło się coś, co stało się drzazgą w sercu. Wszystkie te wydarzenia z przeszłości, choć kiedyś były ranami, teraz są na dobrym etapie do zagojenia się. Strupki jak te na kolanie, kiedy zdzieramy skórę, przewracając się na rowerze, kiedyś odpadną, ale ziarenka piasku, jakie wniknęły w tkankę, mogą dalej uwierać. „Ile musi minąć czasu, żeby mieć naprawdę już pewność, kim się jest?”

To cudowna powieść, historia opowiedziana z czułością i wrażliwością, pełna wyrazistych postaci i emocji. Na długo zostanie w mojej pamięci. Bardzo dobry debiut.  Świetny klimat wsi, natury, z aurą wspomnień z dzieciństwa, no i jeszcze pies Blues.. No i piękna okładka projektu Anny Niklewiz.

Czekam z niecierpliwością na kolejne książki pani Pauliny. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Strupki” Paulina Jóźwik, wydawnictwo Znak, 2019

„Współczesna rodzina” Helga Flatland

flatKolejna powieść z serii skandynawskiej Wydawnictwa Poznańskie, która mnie ujęła.  Co ciekawe, tu właściwie nie ma akcji jako takiej, za to są przemyślenia i analizy a także cały wachlarz uczuć. Bohaterowie to trójka dorosłego już rodzeństwa. Najstarsza Liv, ma męża i dwoje dzieci; młodsza Ellen ma wreszcie faceta, wydawałoby się, że już na poważnie z którym starają się o dziecko; i najmłodszy Hakon, 30-latek z wadą serca, szukający tylko i wyłącznie wolności, negując wszystko, co wiąże się ze związkami i małżeństwem.

Cała trójka wybiera się na krótkie wakacje do Rzymu. Zabierają rodziców, ojciec ma właśnie obchodzić 70-te urodziny i ma to być taki „niespodziankowy”, przyjemny urlop. Spędzają miło czas, a kiedy podczas kolacji rodzice oznajmiają, że chcą się rozwieść, na cały świat trójki rodzeństwa pada cień. Zaskoczenie miesza się z szokiem i niedowierzaniem, a złość ze smutkiem i w końcu rozpaczą. Czy jest sens rozwodzić się w wieku 70 lat? pytają. Czy po 40-stu latach małżeństwa, naprawdę nie można już tego małżeństwa jakoś dociągnąć… do końca? I skąd w ogóle taki pomysł, że się rozwieść, przecież wszystko układało się świetnie? 

Helga Flatland buduje obraz rodziny, która nagle musi zmierzyć się z czymś bardzo trudnym, zaskakującym i nowym. Jest to nie tylko sprawdzian dla Liv, Ellen i Hakona, ale też dla rodziców, którzy nagle muszą (choć chcą) zacząć mieszkać i żyć osobno. Czy faktycznie nauczą się tej wolności i samotności? Będzie to na pewno ciekawy element powieści.

Fascynująca jest umiejętność Helgi Flatland w przedstawieniu każdej z trzech postaci rodzeństwa z osobna, przedstawienia jej perspektywy widzenia świata i całej tej sytuacji, w jakiej nagle się znalazła. Decyzja rodziców jest jak lawina. Pociąga za sobą wiele pytań, burzy i niszczy wszystko, co do tej pory było ukształtowane, do czego Liv, Ellen i Hakon byli przyzwyczajeni. A przede wszystkim wypacza obraz samych rodziców. Czy gdzieś znajdzie się miejsce na zrozumienie ich decyzji? 

Najbardziej cierpi Liv, jako najstarsza i najbardziej wrażliwa, traci nagle całe poczucie bezpieczeństwa, staje się nieobecna w swoim własnym małżeństwie i nie potrafi nad tym zapanować. Zaczyna zastanawiać się nad sobą, nad swoim brakiem poczucia niezależności. Dociera do niej, że jest po prostu słaba. Ale nie tylko.

Ellen, wydaje się być bardziej zdystansowana i twardsza, ale rozwód rodziców też odbiera jej spokój i pewność siebie. Czy to wszystko co istniało do tej pory zatem było kłamstwem? „Zawsze byłam przekonana, że rodzice są wiarygodni, że są naszymi świadkami historii, dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać, że wiele rzeczy mogli podkoloryzować, ukrywać lub zwyczajnie na ich temat kłamać. Zawsze co prawda rozumiałam, że są różni, i nie do końca pojmowałam, jak działa ich małżeństwo – choć nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam – ale byłam przekonana, że dla nich to wszystko ma sens. Że jest między nimi coś, czego ja sama nie widzę i nie rozumiem, coś mieszczącego się poza sferą mojego pojmowania, lecz mimo to istniejącego obiektywnie”.

No i Hakon, najmłodszy, bieniaminek, cudowne dziecko z dziurą w sercu, tak odżegnujący się od związków i deklaracji, nagle czuje potrzebę bliskości tej jednej kobiety, tylko czy nie jest na to za późno? Na nim również odbije się cała ta sytuacja z rozwodem. I właściwie to może on poczuje największy ból i smutek. Dlaczego?

Ta książka jest niezwykle wciągająca. Flatland tworzy genialne portrety psychologiczne. Jeśli ktoś szuka tu ciętych ripost albo szybkiej akcji, to nie ma po co czytać tej powieści. Trzeba się w nią wgryźć, włączyć do krwiobiegu uczuć i emocji, jakie szarpią naszych bohaterów, wleźć z butami w ich głowy i wspomnienia, by poczuć jaka naprawdę jest ta współczesna rodzina. „W ramach rodziny ludzie nigdy nie widzą się nawzajem wyraźnie, patrzą na siebie przez zasłonę łączących ich relacji” – mówi Hakon. I to jest prawda. Kiedy te relacje nagle się zmieniają, kończą, wówczas odkrywamy się, pokazujemy swoje prawdziwe oblicze, widzimy swoje słabości jak na dłoni. Życie w pewnym sensie się wali. Ale każde takie doświadczenie może być wartościową lekcją i to chyba Flatland głównie chciała, moim zdaniem, pokazać. Świetna powieść.

„Współczesna rodzina” Helga Flatland, tłumaczenie Karolina Drozdowska, Wydawnictwo Poznańskie, 2019.

„Początki” Carl Frode Tiller

65585189_2261179777264803_4020483357816127488_o

„Po jakimś czasie zauważyłem, że zapomniałem zapiąć pas. Już chciałem to zrobić, ale gdy paręset metrów przed sobą na wzgórzu ujrzałem TIR-a, rozmyśliłem się. Odczekałem chwilę i zjechałem na przeciwległy pas ruchu. Ilekroś zdarzało mi się fantazjować o tym, że z sobą kończę, wyobrażałem sobie uroczysty, rytualny wręcz czyn – w tym list pożegnalny, garnitur i ważne dla mnie miejsce. Dlatego ostatnią moją myślą, która przyszła, gdy w nagłym ataku paniki próbowałem ostro skręcić, było to, że mogłem trochę bardziej się postarać”.

Tiller sportretował tutaj rodzinę, której główny bohater, Terje – mąż, syn, brat, próbuje popełnić samobójstwo. Zaczynamy czytać tę opowieść jakby od końca. Terje jest w śpiączce, nie zabił się, nie postarał się zbyt mocno, jak mówi w powyższym cytacie, leży w szpitalu. Obok niego czuwa matka i siostra Anita. Obie rozmawiają ze sobą dość zdawkowo, choć wyczuwa się między nimi jakieś dawne animozje i spięcia. Terje, którego świadomość najwyraźniej zdaje sobie sprawę z sytuacji, patrzy na nie, ale one go nie widzą, ich wzrok przechodzi przez niego na wskroś, on już nie istnieje, leży i umiera, ale czy kiedykolwiek istniał naprawdę? Czy był ważnym członkiem rodziny, lubianym, kochanym, zauważanym? Jego relacje z bliskimi są naprawdę bardzo skomplikowane. Niewiadomego pochodzenia pretensje do siostry, pogmatwana osobowość matki, która wiąże się z dziwnymi mężczyznami, sprawiają, że obraz tej rodziny staje się dość ponury.

Opowieść Terjego to chaotyczne, wybiórcze bardzo, fragmenty z życia, które wspomina będąc w śpiączce właśnie. Czasem cofamy się o kilka dni, czasem o kilka lat, a czasem o kilkanaście. Retrospekcje są dość nieskładne, nie zawsze się ze sobą łączą kontekstowo, ale mnie to nie przeszkadzało. Ten pozorny chaos pokazuje, że wyobcowanie Terjego i jego pogrążanie się w depresji, w mroku i obojętności istniało od zawsze. Niezależnie w jakiej sytuacji osobistej czy zawodowej się znajdował, jego neurotyczna osobowość skazywała go od samego początku na katastrofę. Dlaczego i skąd się to wzięło? Trudno powiedzieć.

To nie jest bohater, którego da się lubić. Jest cyniczny, okrutny i złośliwy. Docinki i pretensje, jakie wiecznie ma w stosunku do siostry, matki, czy żony Turid naprawdę nie są niczym przyjemnym. I choć bywa, że jego ironiczne poczucie humoru może być śmieszne, to generalnie jest to dość przykre i męczące na dłuższą metę. To człowiek, który nie dość, że zniechęca do siebie innych, to dodatkowo zniechęca też siebie do siebie. Idiotyczne prawda? A może nie? Może neurotycy właśnie tak mają, że niszczą się w każdym momencie swojego życia, a ich wewnętrzne demony powoli biorą ich w posiadanie? Walka z nimi staje się ponad siły i właściwie niczego już się nie pragnie, chce się tylko zniknąć. Czasem tylko czuje się czyjąć obecność za plecami, a kiedy oglądamy się za siebie, oczywiście nie ma tam nikogo. Tak zwane „feeling of presence” towarzyszy Terjemu bardzo często, od dzieciństwa do czasu kiedy stał się już dorosłym mężczyzną. 

Oglądając dokument o amerykańskich więźniarkach, Terje mówi: „Czasem łapałem się na tym, że sam pragnę siedzieć w więzieniu. Nie takim jak to, ale w typowym norweskim więzieniu, gdzie osadzeni mieszkają w jednoosobowych celach wyposażonych w łóżko, telewizor, laptop i ciężkie metalowe drzwi tłumiące wszelkie dźwięki. Jednak to nadal więzienie, a ja rozumiałem, że moje pragnienie jest raczej tęsknotą za ucieczką od oczekiwań, zarówno tych, które miałem wobec siebie samego, jak i cudzych oczekiwań w stosunku do mnie”. Szczerość Terjego może dla innych wydać się wygodnictwem, ot, będę robił co chcę, nie mówcie mi jak i co, to moje życie. No tyle że, zwykle tak się nie da. Życie wymaga od nas dostosowania się do sytuacji, do ludzi. I choć to nierzadko sprzeczne z naszą osobowością, czasem musimy się temu poddać. Terje nie chce, nie umie, być może się boi. Jego egzystencjalne dramaty powodują, że Terje nie potrafi się odnaleźć ani w roli dobrego syna, ojca, męża i brata. To dla niego zbyt trudne, wyczerpujące, męczące.

Z zaangażowaniem za to zajmuje się walką w imię przyrody, z ochroną ekosystemów, jest specjalistą w tej dziedzinie, często marzy, by stać się muchą czy motylem, by rozłożyć skrzydła i wzlecieć gdzieś wolny. Widać, że się spełnia w swojej pracy, i choć wie, że każdy z gatunków zwierząt czy roślin w przyrodzie jest niezbędny i nie wolno ich tępić, bo bez nich łamie się cały łańcuch ekosystemu, to sam tępi i niszczy bliskich, z którymi przebywa, niszcząc tym samym własną rodzinę, niszcząc siebie.

Mimo tego wszystkiego, mimo tego destrukcyjnego klimatu i cynizmu, czytałam o Terjim z zapartym tchem. To chyba talent Tillera w przedstawieniu człowieka i jego odczuć. Genialnie to zrobił moim zdaniem. Nie mogłam się oderwać. Z jednej strony, bohater mocno mnie irytował, z drugiej mu współczułam, chciałam pomóc. Jego życie pędziło ku unicestwieniu i śledziłam to z najwyższym zainteresowaniem, co jest dość kontrowersyjne w sumie… Widziałam, że Terje momentami chce się ocalić, zastanawia go, dlaczego nienawiść do wszystkich tak go piecze pod skórą, dlaczego pozwala na to, by zwierzę w nim przejmowało nad nim kontrolę… a mimo to pogrąża sie coraz bardziej i bardziej.

To doskonała, hipnotyzująca powieść. Dająca do myślenia, pokazująca człowieka od tej najbardziej mrocznej, intymnej strony i jednocześnie zadająca pytanie, czy faktycznie można zauważyć początki depresji u człowieka i czy można zapobiec tragedii? Czy znalazłam na to odpowiedź? Hmmm… żeby to było takie proste… 

„Początki” Carl Frode Tiller, tłumaczenie Katarzyna Tunkiel, wydawnictwo Poznańskie, 2019r.

„Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk

87392128_2729305240452252_7868219879696891904_o„W Radziłowie są dwie ważne postacie: ksiądz i wójt. Jak podpadniesz, ludzie traktują Cię jak powietrze, obmawiają, dokuczają. Ja tam przyjeżdżam od święta, to gówno mnie obchodzi czy odpowiedzą mi dzień dobry, czy nie, chcę tylko by moja rodzina czuła się ta dobrze. Pierwszy raz usłyszałam o Żydach, gdy miałam czternaście lat, na wycieczce szkolnej z nauczycielem z gimnazjum. Obchodziliśmy wszystkie miejsca pamięci w Radziłowie. Pod pomnikiem poświęconym ofiarom wojny bolszewickiej złożyliśmy kwiaty, odczytaliśmy referaty, nauczyciel wygłosił prelekcję. W miejscu po spalonej stodole, pod pomnikiem z tablicą ustawioną w latach siededziesiątych, kazał przeczytać tekst, który był na niej wyryty: „W sierpniu 1941r. faszyści zamordowali 800 osób narodowości żydowskiej, z tych 500 osób spalili żywcem w stodole. Cześć ich pamięci”. Koniec lekcji. Nie wyjaśnił, że napis jest fałszywy, że zabijali miejscowi”.

Wszystko zaczęło się od jednego zdjęcia, grupy młodych dziewcząt, Żydówek w ludowych, polskich strojach. Dziewczęta pochodziły ze Szczuczyna, jednego z miasteczek na Podlasiu. Mirosław Tryczyk próbuje odnaleźć coś na temat historii życia tych dziewczyn, a to z czym się zderza, jest trudne do ogarnięcia rozumem i sercem. Pogrom Żydów, w którym brał udział dziadek autora, okazuje się nie jedynym pogromem dokonanym w 1941r. w podlaskich wioskach. Im głębiej zaczyna są drążenie i dociekanie prawdy, tym trudniej jest zrozumieć to, co się wydarzyło. 

Autor korzysta z wielu źródeł, artykułów, starych zdjęć, równiecześnie stara się przełamać istniejące od lat milczenie i przekonać miejscowych do rozmowy.  A ludzie boją się i wstydzą o tym mówić.  Nie chcą wracać do przeszłości, boją się, że ktoś może ich źle ocenić, wykluczyć z miejscowej społeczności. I choć faktem jest, że pokolenie dokonujące mordu Żydów już praktycznie wymarło, to pokolenie następujące po nich, które przecież nie pamięta tamtych wydarzeń, nadal jest traktowane jako winne tych zbrodni.  Mirosław Tryczyk nie chce nikogo oceniać, chce po prostu dowiedzieć się prawdy, chce by ludzie otworzyli się na nią, by nie czuli się zaszczuci i nie uginali się pod ciężarem nieswoich win. Chce również, by w historii Polski zawarto wreszcie prawdę i by pomordowani odzyskali swoją godność i zostali upamiętnieni. „Co ja mam powiedzieć” mówi proboszcz Radziłowa „w momencie kiedy ja nie wiem co się stało. Ja mogę mówić, że Pan Jezus potępia zabójstwo i to powiem, tylko nie wiem, kogo ja za zabójstwo Żydów mam potępić. Jak nie uczono mnie w szkole o Katyniu, tak teraz nikt nie uczy o pogromie w Radziłowie. Nie znam prawdy” [….] „Pan tylko o tych Żydów pyta, a teraz tu się dużo w naszych stronach mówi o żołnierzach wyklętych, bo ich też dużo w naszych stronach było i też po wojnie się ukrywali. Za partyzantów uważa się tu tych wojennych, do wyzwolenia, a o tych powojennych to raczej mówią „bandyci”. Wszystko jest subiektywne.

Zamierzeniem autora jest pewnego rodzaju „spowiedź”, choć jak sam przyznaje, nie da się żyć, bez „przytłaczającego cienia przeszłości”, a kłamstwo powtarzane tysiące razy często jest uznawane za zatrutą prawdę. 

Osoby z którymi rozmawia Tryczyk, to dzieci, wnuki czy też prawnuki tych, którzy brali udział w pogromach. Oni usilnie chcą chronić pamięć o swoich dziadkach, pradziadkach czy rodzicach. Tyle że, ta ochrona pamięci o nich wiąże się z dźwiganiem ciężkiego brzemienia wstydu i winy, co z kolei naturalnie jakby prowadzi do kłamstw i do wyparcia. Rozmowa z bohaterami książki ma być takim wentylem dla ujścia wiecznie skrywanych uczuć, wyrzutów sumienia, rozdarcia pomiędzy miłością a nienawiścią. No bo jak kochać osobę, która była dla nas cudownym dziadkiem czy pradziadkiem, a która jednocześnie potrafiła zapędzić grupę Żydów do stodoły i ją podpalić, jak kochać dziadka, który gwałcił Żydówki, albo pradziadka, który bił młotkiem po głowie Żydów i wrzucał półżywych lub martwych do wykopanego dołu i zasypywał. Nie lepiej jest wyprzeć takie prawdy i pamiętać dziadków jako tych kochających swoje żony, sadzających na kolanach swoje wnuczki czy wnuków i opowiadających im bajki? 

To bardzo trudna w odbiorze książka, tak jak trudna jest każda o tego typu wydarzeniach (dla mnie nie tylko o pogromach mniejszości żydowskich, ale o pogromach/uprzedzeniach do jakiejkolwiek innej mniejszości narodowej/seksualnej). Mocno emocjonalna, ciężka i wzruszająca. Poczucie winy zrzucane z pokolenia na pokolenie uwiera niczym tytułowa drzazga. Winy pradziadków i dziadków to ciągle jątrzące się rany. Potomkowie zbrodniarzy nie są przecież winni zbrodni, tylko dlatego, że są ich potomkami. Czy może jednak są uwarunkowani jakoś genetycznie do popełniania podobnych czynów? Czy więzy krwi mogą być podstawą do kontynuacji nienawiści i szkalowania? Jak żyć z takim brzemieniem, w ciągłym lęku, jak rozmawiać o historii, która w świadomości wielu po prostu przestała istnieć, została wyparta? 

„Zawsze chodzi o to samo, o obronę dobrego imienia, o tę opinię ludzką, o to, jak się wygląda w oczach sąsiadów, a nie można wyglądać źle, niezgodnie z obowiązującymi w plemieniu normami. To świat pełen hipokryzji, powierzchownego i podwójnego życia, kłamstw. Do dziś ukrywa się przed sąsiadami to, że ktoś się rozwiódł albo że młoda kobieta ma dziecko bez ślubu. I oni mieliby się przyznać, że ich dziadkowie spalili Żydów? Musieliby się jednocześnie przyznać, że dziadkowie byli źli, zburzyć ołtarze, jakie im zbudowali, a przecież o rodzinie nie wolno mówić źle”.

To ważna książka i dla Autora i dla nas wszystkich, ukazująca jak nienawiść i uprzedzenia prowadzą do podziałów, agresji i zbrodni. Dlaczego jesteśmy tacy właśnie? Czy jest recepta na to, jak być tolerancyjnym wobec człowieka? 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk, wydawnictwo Znak, 2020