„Piękno ludu” Merete Pryds Helle

„- Przecież uśmiech nic cię nie kosztuje -mawiał, kiedy się żaliła. Ale to nie była prawda. Bycie miłą i uśmiechniętą od rana do wieczora kosztowało ją sporo sił. Uśmiech dla Gitte i małej Merete, gdy wypluwały jedzenie, sikały w spodnie, pieluchy i do łóżka, czy gdy płakały i wrzeszczały bez powodu. Uśmiech, gdy spędzała czas w pralni. Uśmiech dla Ottona, gdy wracał do domu i prawie nie zamieniał z nią słowa. Uśmiech, gdy zmywała, uśmiech, gdy wzdychał nad rozliczeniami podatkowymi, uśmiech, gdy stawiała przed nim kawę, mówiąc: jesteś taki zdolny. Uśmiech, gdy prasowała koszule Ottona, jego majtki, ścierki, szmatki oraz to wszystko, co musiało zostać poukładane w równiutkich rzędach w szafach, które z uśmiechem powinna przecierać co poniedziałek. Uśmiech, gdy musiała wymyślić, co będą jedli na kolację. Uśmiech i chwalenie Ottona, gdy domagał się swoich praw, niezależnie od tego, jak bardzo czuła się zmęczona. I prosiła go, aby zgasił światło, by nie zauważył, jak uśmiech zastyga jej na twarzy. Bo kochał ją tylko wtedy, gdy była miła, a to stawało się coraz trudniejsze”.

Co za wspaniała powieść, piękna ale mocna i przerażająco smutna. Bardzo boli jej lektura, bo bardzo boli sytuacja, w jakiej od dzieciństwa stawiana jest nasza bohaterka: Marie. Życie na biednej, duńskiej wsi jest niezwykle surowe, podporządkowane boskim przykazaniom i temu co, powie ojciec, któremu nie można się przeciwstawić. „Piekło to bycie kobietą”, powiedziała kiedyś matka do Marie i miała rację. Przez pryzmat dorastania Marie, jej pracy w gospodarstwie, jej pierwszych relacji z chłopcami (również z braćmi, czy ojcem) widzimy jak strasznie niesprawiedliwe było wówczas/ jest życie kobiety. Niby jest XX wiek, ale czasy II wojny światowej, a potem druga połowa wieku to cały czas walka o lepszy los, pozycję w społeczeństwie, pozycję w małżeństwie. Kiedy Marie wyjdzie za Ottona, jej życie zmieni się na lepsze, ale tylko w sensie materialnym. Surowa egzystencja na duńskiej wsi w porównaniu do mieszczańskiej Kopenhagi z wodą w kranie i pierwszym samochodem, wypadnie niezwykle blado. Dla Marie szczęściem byłoby życie bez przemocy, bez tego poczucia beznadziei i toksyczności. Byłoby, ale czy kobieta ma wystarczającą siłę, by się wyzwolić? Czy jest na to gotowa, czy po prostu ma wiarę w to, że można żyć inaczej, bez ciągłych upokorzeń i braku poczucia własnej wartości? „Poczuła, jakby dotychczas kroczyła szeroką, oświetloną słońcem wiejską drogą, a gdy się odwróciła, jej oczom ukazała się tylko wąska, żwirowa ścieżka, prowadząca donikąd”.

Fabuła tej powieści jest gęsto spleciona z różnych sytuacji, wątków i postaci, które silnie na siebie oddziałują. W centrum wszystkiego jest oczywiście Marie, ale wszystko co poboczne, ma również swoje miejsce i nie jest przypadkowe i nieważne. Każda z postaci ma swoją rolę do odegrania, każda również ma wpływ na ukształtowanie osobowości Marie. Bywają sytuacje bardzo ciężkie do przyjęcia, po których na chwilę odkładałam książkę, bo nie mogłam tego ogarnąć. Wiele opisów jest dosadnych i często bardzo naturalistycznych, takich, po których brakuje oddechu. Ta książka dosłownie boli, ale to jest ból warty poznania. Zdecydowanie.

„Piękno ludu” to również wspaniały obraz społeczeństwa, ludu ciężko pracującego na swój dobrobyt, ludu żyjącego dla Boga, ale też w zgodzie z naturą i swoimi przekonaniami, jakie by one nie były. Atmosfera tamtych czasów jest oddana wręcz malarsko, przy użyciu zarówno wielu kontrastów, jak i dosłownie, symbolicznego obrazu powieszonego na ścianie domu Marie. To również niestety obraz kobiet, które nie potrafią czuć się sobą. Czekają na miłość, spełnienie, a dostają ból, samotność i często w twarz. Ich marzeniem jest wypełnienie braków, tyle że, by to zrobić, potrzebne są jakieś wzorce, umiejętności, wsparcie.. a tego nie ma.

Bardzo polecam!

„Piękno ludu”, Merete Pryds Helle, tłumaczenie Justyna Haber – Biały, wydawnictwo Marpress, 2022

„Kłamczuch” Jędrzej Pasierski

Lubię kryminały Pasierskiego. Nie są one może idealne dla mnie, bo z reguły wolę coś bardziej mrocznego i powiedzmy, brutalniejszego (jakkolwiek by to nie brzmiało), ale sympatyzuję ogromnie z kobiecą bohaterką, jaką stworzył w swoich kryminałach autor. Nina Warwiłow – komisarz z Warszawy, która w życiu osobistym szczęścia nie ma, ale za to ma cudną córeczkę, którą stara się za wszelką cenę chronić, oraz niezwykły zmysł dostrzegania szczegółów w prowadzonych przez siebie śledztwach. Na tych szczegółach mało kto się skupia, ona jednak ma ten talent do łączenia kropek i jej dedukcja prowadzi zawsze do rozwiązania sprawy i pomyślnego zakończenia. Często bywa to bardzo spektaktularne, jak choćby finał „Kłamczucha” właśnie.

Tym razem Nina z córeczką udaje się na urlop do małej wioski Pyrowa w Beskidzie Niskim. Wszyscy się tu znają, nie ma zbyt wielu atrakcji, ale czyste powietrze i widoki są czymś, co pozwala na chwilę zapomnieć o hałaśliwej i brudnej stolicy. Wioska jest maleńka, mieszkańcy spokojni, aczkolwiek skrywający swoje tajemnice, jak to zwykle bywa w małych społecznościach. Historia dawnych przesiedleń ludności łemkowskiej, akcji „Wisła”, a także tragiczne i brutalne, wojenne wspomnienia łączą się tutaj z morderstwem miejscowego „kłamczucha”. Kim był i co takiego wygadywał? czym zasłużył sobie na takie miano, no i kto mógłby mieć powód do pozbawienia go życia? Mieszkańcy są dość powściągliwi w zeznaniach. Każda z osób z którą rozmawia Nina niby mimochodem, bo przecież nieoficjalnie, wydaje się coś ukrywać… a ona, jak to ona, nie wytrzymuje. Mimo, że jest na urlopie, zaczyna dość skutecznie węszyć i wraz z policją z Gorlic próbuje (trochę na własną rękę) dojść do prawdy, która okaże się mocno zaskakująca. Sama Nina jednak nie zostanie „ulubioną” przez mieszkańców turystką… Dlaczego? Czy będzie w niebezpieczeństwie? a musi przecież pamiętać, że nie przyjechała na ten urlop sama, tylko z dzieckiem.

To dobra książka, wciągająca, przystępnie napisana, jak wszystkie wcześniejsze pozycje Pasierskiego. Czysta rozrywka z umiejętnie prowadzoną fabułą. Dość przewidywalna w schemacie. Oczywiście, pewnie niedługo o niej zapomnę, ale przyznaję, że z tomu na tom, w serii z Niną Warwiłow, Pasierski jest coraz lepszy. Tak przynajmniej mi się wydaje. Poza tym bardzo ciekawie został przedstawiony region, w którym dzieje się akcja.

Pozostał mi na półce jeszcze niedawno wydany, szósty tom pod tytułem „Gniazdo”. Pewnie niebawem sięgnę, jak będę potrzebować odprężenia.

„Kłamczuch” Jędrzej Pasierski, wydawnictwo Czarne, 2021.

stosik

Kolejne moje zdobycze książkowe dotarły przed Świętami. Wszystko kupione, żadna współpraca (już właściwie żadnych nie mam…). Sam Kean, bo nikt nie pisze tak ciekawie o ludzkim ciele, Christina Lamb, bo Pulitzer i ważna książka o krzywdach kobiet podczas wojen (brakuje tylko rozdziału o Ukrainie, gdzie również gwałty i okaleczenia na porządku dziennym. Bycie kobietą w tych czasach jest naprawdę okrutne). Jedna powieść o dorastaniu „Hard Land” i reportaż o Wyspach Owczych, dwie niepokojące (na pewno) książki od Pauzy. Nad „Wizytą” się zastanawiałam, bo kiedyś gdzieś powiedziałam, że po recenzjach nie zamierzam czytać, ale jednak to było bez sensu – trzeba sobie wyrobić własne zdanie, a nie… No i kolejna część Enoli Holmes dla rozluźnienia, a malutki esej Murakamiego z sentymentu dla jego powieści, być może da mi to większy ogląd dla jego wyobraźni i realizmu magicznego, który stosuje.

Wszystkim życzę dobrego czasu/weekendu/Świąt – w zależności jak Wam pasuje. I odpoczynku. No i ciekawych lektur 🙂

„Czerwony świt” Jędrzej Pasierski

To trzeci tom kryminałów z komisarz Niną Warwiłow. Pierwszy „Dom bez klamek” i drugi „Roztopy” dały mi świetną rozrywkę. Ten również, choć minimalnie był słabszy od poprzednich, sama właściwie nie wiem z jakiego powodu, może dlatego, że troszkę mi się dłużył, nie było w nim aż takiego napięcia, jakiego oczekiwałam. Ale, ponoć z tomu na tom jest coraz lepiej, przede mną jeszcze dwa.

Tutaj mamy do czynienia ze śledztwem w sprawie śmierci młodej aktorki Sary Kosowskiej. Piątka przyjaciół spotyka się w warszawskim mieszkaniu Sary, by po nocnych klubowych eskapadach obejrzeć poranne zaćmienie słońca. Razem z nimi jest właśnie Sara. Wszyscy piją drinki, zbierają się na balkonie, ale Sara źle się czuje, idzie się położyć. No i niestety już nie wstaje.

Przyjaciele Sary zeznają przed policją, że kompletnie nie wiedzą co mogło się zdarzyć. Czy ktoś nasypał jej czegoś do drinka? Niemożliwe. Czy miała wrogów? nic nie wiadomo. Czy może to samobójstwo? Nie! Absolutnie. Każdy z paczki wydaje się być niewinny, ale Nina Warwiłow przydzielona do tej sprawy nie wierzy im. Czuje podskórnie, że coś jest nie tak, tym bardziej, że jak się okazuje, w mieszkaniu był ktoś jeszcze. Kto? I dlaczego parę dni później zostaje znaleziony martwy jeden z przyjaciół Sary, który był wtedy w mieszkaniu? Kto będzie następny?

Śledztwo idzie swoim torem, tropów jest niewiele, ale krok po kroku komisarz Warwiłow dociera do sedna sprawy. Podobała mi się ta kryminalna intryga. Lubię, kiedy osoby prowadzące śledztwo w książkach mają ten dodatkowy instynkt, który pozwala na skupieniu się na początkowo nic nie znaczącym drobiazgu, który potem jednak okazuje się być doskonałą wskazówką. Zabrakło mi tu jednak, jak pisałam, trochę większego napięcia, jakiegoś pazura. Było okey, ale przykładowo poprzednia część: „Roztopy” jakoś mocniej przykuła moją uwagę.

Jak to zwykle w kryminałach współczesnych, śledzimy też prywatne życie głównego bohatera. Nina samotnie wychowuje córkę. Łatwo jej nie jest, jej relacje z mężczyznami, w tym z jednym współpracownikiem, nie są do końca proste i wyjaśnione. Ojciec Niny, alkoholik, z tajemniczą przeszłością, aktualnie jest w szpitalu. Ich relacje też nigdy nie były zbyt poukładane, co widać już w poprzednich częściach, ale tu wydaje się, że pojawia się chęć ich poprawy. Czy się to uda?

W sumie dobry kryminał z niebanalną, kobiecą postacią. Dwa kolejne tomy już czekają na lekturę.

„Czerwony świt” Jędrzej Pasierski, wydawnictwo Czarne, 2020.

„Gra w kłamstwa” Ruth Ware

„Gra w kłamstwa” to kolejna niepokojąca książka Ruth Ware, którą przeczytałam. Nie umywa się ona do „Pod kluczem” czy „Śmierć pani Westaway”, ale i tutaj tajemnice, które przez lata skrywane są przed światem w pewnym momencie wychodzą na jaw i burzą spokój bohaterek: czterech przyjaciółek z lat szkolnych.

Isa, Fatima, Thea i Kate poznały się lata temu, kiedy uczęszczały razem do szkoły z internatem w Salten. Isa – narratorka powieści – najpierw poznaje Kate. Kiedy w pociągu do Salten dołączają do nich Thea i Fatima, dziewczęta są już wydaje się połączone cienką nitką jakiejś energii, która nie pozwoli im się szybko rozstać. Stają sie przyjaciółkami, paczką, do której nikt nie ma dostępu, wszędzie razem, na zawsze i za każdą cenę. „Wzięłam głęboki wdech i skinęłam głową. Czułam się tak, jakbym miała skoczyć z bardzo wysokiej trampoliny. Gdy dźwignęłam walizkę i ruszyłam za oddalającą się Theą, nie miałam pojęcia, że ta jedna niepozorna decyzja na zawsze odmieni moje życie”. Tytułowa gra w kłamstwa, początkowo traktowana jako zabawa polegająca na okłamywaniu innych (ale nie siebie nawzajem) i punktacji w zależności od rodzaju kłamstwa, przerodzi się w grę, która okaże się tragiczna w skutkach i zwiąże dziewczyny sekretem na długie lata.

Kiedy jednak po wielu latach w Salten, niedaleko Młyna (domu Kate, tak niegdyś nazywanego) pewna kobieta natrafi na szczątki ludzkich zwłok, a Kate wyśle do przyjaciółek sms „potrzebuję was”, wówczas każda z nich nie bacząc na swoje osobiste plany, sytuację spakuje się i przyjedzie, bo to sygnał, że coś się zaczęło dziać. Coś co może byc bardzo niebezpieczne w skutkach dla przyszłości kobiet. Isa bierze dziecko pod pachę, zostawia męża kłamiąc, że jedzie na spotkanie absolwentów szkoły, pozostałe kobiety również rzucają wszystko, by zjawić się u Kate, która jest przerażona. Czyje zwłoki zatem odkryto? Co takiego wydarzyło się przed laty i jaki będzie finał historii?
Nie muszę mówić, że autorka umiejętnie prowadzi nas przez całą fabułę, dzięki narracji Isy, która wspomina życie w internacie i wszystko to, co się wówczas wydarzyło. Stopniowo dochodzimy do rozwiązania sekretu, a w finale i tak nasze przypuszczenia biorą w łeb. Zaskakujące zwroty akcji to specjalność Ruth Ware, powolne dogrzebywanie się do prawdy również – cenię to bardzo, bo czytało się dzięki temu, tę książkę wyśmienicie.

Świetnie pokazana jest tutaj zbiorowa odpowiedzialność za czyn, to, jak bardzo wpływa ona na późniejsze życie, jakie konsekwencje wywołuje, w tym jak wielkie jest przerażenie przed ujawnieniem prawdy. Dodatkowo widzimy jak lojalność, która początkowo doskonale jest podtrzymywana w relacjach między kobietami, zostaje nadwątlona zupełnie niespodziewanie. Gra w kłamstwa już nie jest grą. Staje się walką o przetrwanie, a prawda okaże się kompletnie inna, niż przypuszczano.

Polecam, to dobra książka, choć zdecydowanie bardziej podobały mi się wspomniane na początku tytuły, a niebawem zabieram się za najnowszą powieść „Jedno po drugim”, którą już mam na półce.

„Gra w kłamstwa” Ruth Ware, tłumaczenie Ewa Kleszcz, wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2019.

„Lewą ręką przez prawe ramię” Selma Lønning Aarø

„Simon włożył ręce do kieszeni szortów i po chwili wyjął z nich kilka monet. – Jeśli chcesz kiedyś tutaj wrócić, musisz zamknąć oczy i wrzucić monetę do fontanny. W ten sposób: lewą ręką przez prawe ramię. – Kiedy odwrócił się, żeby to zrobić, miał na twarzy uśmiech. Zamknął oczy i rzucił monetą za siebie. Do czego chciał wrócić? Do Rzymu, fontanny di Trevi czy do niej? Nie wiedziała. I już nigdy nie miała się tego dowiedzieć. Wiedziała tylko, że wszystko w życiu wraca. Jak woda w fontannie”.

Młodziutka Elvira Madigan niegdyś pracowala w cyrku jako linoskoczek. Kiedy zakochał się w niej żonaty porucznik Sparre bez wahania porzucił dla niej rodzinę i razem uciekli do Danii. NIe wystarczyła jednak miłość, ich życie skończyło się ledwie się zaczęło. Ubóstwo doprowadziło do tragedii. Sparre zastrzelił najpierw Elwirę a potem siebie. Kobiecie strzelił prosto w serce.

Ta historia co jakiś czas przewija się w powieści Selmy Lønning Aarø. Jedna z bohaterek ma na imię Elvira, jest córką Simona i Almy. Ma szesnaście lat i czuje się tak, jakby to ją kula porucznika Sparre trafiła w serce. Dlaczego? Dziewczynka jest córką Simona wspomnianego powyżej w cytacie i jest jedną z trzech narratorek w powieści. Pisze listy do zmarłej parę lat temu na raka młodszej siostry, po śmierci której mówi: „Czułam, jak kamień spada mi z serca. Czułam ulgę. Czekałam, aż umrzesz. Od dnia, w którym zachorowałaś, czułam się tak, jakbym leżała z głową pod wodą. W końcu mogłam się wynurzyć na powierzchnię i wziąć głęboki oddech”. Czy za takie myślenie należy się znienawidzić?

Wspomniany w cytacie Simon, ojciec Elviry, pewnego dnia wpada wprost pod koła samochodu i zapada w śpiączkę. Chwilę wcześniej rozmawia z pewną kobietą, całuje ją i nagle odwraca się i jakby ucieka… wybiega prosto pod jadące auto. Co spowodowało ten nagły odruch? Kim była kobieta z którą się całował, a która po wypadku zwyczajnie odchodzi, jakby bez zainteresowania tym, co się wydarzyło? Ta kobieta właśnie będzie drugą narratorką. Ma na imię Helen i jej życie też nie należy do usłanego różami, kiedyś napisała książkę „Opowieści portowe” a teraz jest w ciąży z Simonem i nie wie co robić.

Kolejną narratorką jest Alma, żona Simona, niegdyś piękność nad pięknościami, teraz z oszpeconą w wyniku pożaru połową twarzy. Poznajemy ją bardziej, kiedy zaczyna zwierzać się swojej pomocy domowej: Małgosi. Alma dobrze wie, że mąż ją zdradzał. Nie wie tylko z kim. Śmierć córki (siostry Elviry) sprawiła, że przestało jej na czymkolwiek zależeć. „Lena była jak lustro, w którym mogłam się przeglądać. Kiedy umarła, straciłam swoje lustrzane odbicie. Pomyślałam, że ktoś chce się mnie pozbyć. Usunąć wszystko, co było do mnie podobne. Aż w końcu zrozumiałam, że to była cena, jaką musiałam zapłacić za swoją próżność”.

Uch, ależ mi się podobała ta powieść. Jest już dość „stara”, bo wydana w 2009r. ale dopiero teraz wygrzebałam ją z półki i przeczytałam. Trzeba ją czytać w skupieniu, bo narracje przeplatają się niespodziewanie, cofamy się w czasie, perspektywy się łączą, by pokazać nam zachowania i emocje wszystkich postaci w danej sytuacji. Świetnie jest to napisane. Nie ma tu wielkiej akcji, wszystko dzieje się wewnątrz postaci. To ich odczucia, wspomnienia tworzą całą historię, by w finale pokazać czytelnikowi, kto jest w tej historii porucznikiem Sparre. To bardzo dobra opowieść, której bohaterowie pokazują całą paletę uczuć: miłość, smutek, złość i gniew, poczucie winy, bezkompromisowość, zemstę. Wszyscy są tutaj samotni, tkwią w skorupach własnych emocji i próbują usprawiedliwiać swoje czyny. Tylko czy jest dla nich usprawiedliwienie? Każdy dusi się w własnym sosie, w nieumiejętności porozumienia się, w beznadziei i zżerającym ich od środka gniewie na rzeczywistość, na którą często nie ma wpływu. A nawet jeśli był, to czy podjęte wybory były słuszne?

Świetna pozycja, jak dla mnie.

„Lewą ręką przez prawe ramię” Selma Lønning Aarø, tłumaczenie Milena Skoczko, wyd. Smak Słowa, 2009r.

„Wirtuoz” Krzysztof Bochus

„W taksówce lekko szemrało radio. Morawiecki idzie na wojnę z Unią. Nadchodzi czwarta fala. Pisarz tłumaczy, dlaczego nazwał prezydenta debilem. Czy Biden nie jest za stary… Z ulgą przyjął koniec serwisu. Miał już dość złych wiadomości. Osaczały go ze wszystkich stron jak żądliwe osy. -Może poszukać jakiejś muzy?- powiedział do taksówkarza. – Nie ma sprawy. Po chwili z głośnika popłynął usypiający głos Korteza: „Ostatnio wstać mi coraz trudniej, za długa noc, za krótki dzień, a każdy miesiąc jest jak grudzień przez żaluzje”.

Dlaczego taki cytat na początek? Bo podoba mi się jak autor wplata aktualności z naszej rzeczywistości w historię detektywistyczno-sensacyjną, pełną zagadek i odniesień do historii. Współczesna muzyka, sytuacja polityczna, czy pandemia Covid-19 „towarzyszą” głównemu bohaterowi, Adamowi Bergowi, którego znamy już z poprzednich części cyklu „Lista Lucyfera”, „Boski Znak” i „Klątwa Lucyfera”. Wszystkie oczywiście czytałam i mniej więcej pamiętam, jak toczy się życie Berga. Aktualnie jest w związku z Miłką – młodą hakerką, nieco zbuntowaną, chadzającą własnymi ścieżkami, która nigdy nie działa zgodnie z prawem, przez co naraża czasem swoje życie, ale która też pragnie miłości i chyba wreszcie znalazła spokojną przystań u boku Berga.

Berg jest dziennikarzem śledczym zajmującym się odnajdywaniem artefaktów historycznych, czesto zagrabionych z Polski podczas wojen. Nie jest to łatwa robota, ale fascynująca, no i niestety bywa bardzo niebezpieczna, o czym przekonał się Berg już wcześniej na własnej skórze. W poprzednich cześciach cyklu udało mu się też odnaleźć wiele skarbów ważnych dla historii Polski. Tu, w „Wirtuozie”, będzie szukał oryginalnego fortepianu Chopina. Zleci to Bergowi córka Marii Sobol, kobiety, która właśnie zmarła, ale wcześniej zgromadziła ogromne dossier z dowodami, że fortepian nie został zniszczony jak mówi historia. A co mówią fakty historyczne? Ano to, że podczas zamachu 19 września 1863r. na namiestnika Królestwa Polskiego, Fiodora Berga (zbieżność nazwisk przypadkowa z bohaterem powieści), powstańcy styczniowi rzucili bombę z okna pałacu Zamoyskich na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. W odwecie Rosjanie zdemolowali budynek pałacu, wyrzucając przez okno i niszcząc w ten sposób fortepian Chopina. Tylko że Maria Sobol uważała inaczej. Również uparła się, że to właśnie Berg ma odnaleźć ten fortepian, bo uznała, że jeśli tak się stanie, to zmieni to całą dotychczasową historię polskiej kultury. Dodatkowo, ważne jest też odnalezienie pewnych obrazów z wizerunkiem Chopina, które również zaginęły, ale jak się okazuje, niegdyś przypadkowo Sobol zauważyła je w pewnym, starym, niemieckim serialu (jako scenografia). Co się z nimi zatem stało?

Taki mniej więcej jest zarys tego, co w książce się wydarzy. Berg będzie musiał odwiedzić kilka miejsc (Niemcy, Estonię, a nawet Majorkę). Podobało mi się, bo akcja mnie wciągnęła, zagadka historyczna okazała się przeciekawa, pełna smaczków i detali, nad którymi widać, że autor spędził sporo czasu. Ciekawe były zarówno szczegóły dotyczące Fiodora Berga, jak i Fryderyka Chopina, których nie znałam. Nabudowanie wokół tych postaci całej tej historii wymagało na pewno ogromnej wiedzy, czasu i przede wszystkim zapału. To wszystko widać. Czuje się, że autor kocha historię i lubuje się w różnego rodzaju zagadkach, tajemnicach, szyfrach, kodach, co zresztą sam przyznaje w „Posłowiu”. No i też, jak mówi, kocha muzykę Chopina.

Czy Bergowi udało się odnaleźć przypuszczalnie zaginiony fortepian? Czy jego osobiste życie wreszcie ma szansę się ułożyć? Kim są ludzie, którzy śledzą jego dziewczynę? A przede wszystkim kim jest tytułowy wirtuoz? I wreszcie, czy finał dla Was będzie równie szokujący jak dla mnie? Polecam. Fajna zabawa w detektywa z ciekawą historią Polski w tle.

Premiera książki jutro: 23.03.2022, nakładem wydawnictwa Skarpa Warszawska. Dziękuję za egzemplarz i autorowi za miły wpis.

„Wirtuoz”, Krzysztof Bochus, wyd. Skarpa Warszawska, 2022.