„Czarna trasa” Antonio Manzini

manzini_czarna_trasa_okladkaDzisiaj premierę ma książka Antonio Manziniego „Czarna trasa”, która rozpoczyna serię książek z włoskim wicekwestorem (nazywanym przez wszystkich i tak „komisarzem”) Rocco Schiavone. Ależ to jest odpychający typ. To elegancik z Rzymu, przeniesiony w rejon Alp, do doliny Aosty. Nosi się ciągle w swoich zamszowych bucikach (clarksach, co ciągle podkreśla), które w głębokim alpejskim śniegu przemakają w sekundę i robią z Rocco pośmiewisko na stoku narciarskim. Górskie, porządne buty go brzydzą. Żebyś się przypadkiem nie skichał pajacu – pomyślałam w trakcie lektury. Nie dość, że elegancik, to jeszcze irytujący gbur, odnoszący się do wszystkich z pogardą, złością i sarkazmem.

Czy da się go polubić? Jest ciężko, ale można się przyzwyczaić. Mimo swojego charakteru, jest niezwykle skutecznym policjantem, szybkim, sprytnym w działaniu, choć często nagina prawo i kombinuje. Dodatkowo ogląda się za każdą kobietą, mimo, że w domu czeka żona. Lubi zapalić skręta, nawet w pracy. Nie znosi, kiedy mu się nie podaje od razu konkretów, obraża wspólpracowników, nabija się z nich. Naprawdę odrażający typ.

Mimo tego, przykuł moją uwagę, bo okazuje się, że taki charakter jest po części wypadkową tego, co przydarzyło mu się w przeszłości. Coś musiało go tak ociosać z uczuć. Coś musiało sprawić, że stał się takim wrednym gnojkiem. Pracując w Rzymie, miał do czynienia z „gównianymi” sprawami, które z pewnością pogłębiły bagno, w jakim tapla się od lat. 

„Usiłował zapomnieć o złu, zarówno o tym, jakie wyrządził jak i tym, którego doznał. O krwi, o wrzaskach, o trupach. Które wracały pod jego powieki za każdym razem gdy je przymykał. […] Skurwysyny, obrzydliwa fauna typowa dla tego bajora, ludzie brązowi jak błoto i jak gówno, z którego byli ulepieni. Wciągali go w dół, w ruchome piaski jego egzystencji, zmuszali do powrotu na bagna. To było coś gorszego od koszmaru, bo koszmary znikają przed świtem. Bagno pozostaje na zawsze. Prawdziwe, namacalne, żywe i zatrute. Czekało na niego”.

Mam nadzieję, że więcej o samym Rocco dowiemy się w kolejnych częściach z cyklu…

W książce „Czarna trasa” Rocco udowadnia, że mimo swoich kaprysów i totalnej pogardy dla otoczenia, ma smykałkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. W Champoluc na trasie narciarskiej, gdzie wieczorami śnieg ubijany jest przez pojazdy zwane ratrakami, ginie człowiek. Jego zwłoki zmasakrowane na milion dwieście kawałków, nie pozostawiają wątpliwości, że taki ratrak może zmielić człowieka jak czołg. Ale czy człowiek ten zginął pod jego kołami? czy może jednak jesteśmy świadkami morderstwa popełnionego wcześniej? W małej społeczności, gdzie właściwie wszyscy są spokrewnieni, powinno być łatwiej o poznanie prawdy – ale nie jest. Czujne oko i ucho Rocco jednak nie zawiodą. Baczna obserwacja szczegółów i zmysł śledczego udowodnią, że nawet w tej małej społeczności, gdzie wszyscy się znają, również może zdarzyć się coś bardzo zaskakującego, a ludzie nie są tymi, za jakich biorą ich inni. Ten kryminał to nic odkrywczego, ale postać Rocco – kapryśnego, nienawidzącego gór, sarkastycznego, ale też złamanego przeszłością człowieka jest co najmniej warta uwagi. Czyta się szybko i dobrze – dobra rozrywka nawet na jeden wieczór. A i nawet uśmiechnąć się można.

„Czarna trasa” Antonio Manzini, wyd. Muza 2017

„Druga strona miasta” Karolina Szewczykowska

530670-352x500Debiut. Całkiem niezły, choć lekko męczący. Trudno mi się było wgryźć dobrze w całą historię, osnutą na kanwie morderstwa aktorki Luizy Orłowicz. Dlaczego? Czytam naprawdę sporo kryminałów i w tej dziedzinie naprawdę trzeba mieć jakiegoś asa w rękawie, żeby debiutem wskoczyć od razu na podium uwielbienia czytelników. No tu niestety jest tylko nieźle. Nie ma szału. Ciężkie to jakieś i nieporadne, choć początek zapowiadał całkiem niezłą rozrywkę kryminalną.

Są oczywiście dobre elementy, których byłam ciekawa, jak się rozwiną: chociażby retrospekcje, w których Luiza (jeszcze żyjąca) poddaje się hipnozie, która ma wyzwolić w niej pamięć o wypartych zdarzeniach z przeszłości. Okazuje się, że zdanie z okładki „Nie istnieją rodziny bez tajemnic” jak najbardziej odnosi się również do rodziny Luizy. Jej przeszłość, powoli odkrywana na sesjach terapeutycznych okazuje się brutalna i mroczna. Aż szlag człowieka trafia, kiedy czyta się o takich zwyrodnieniach w rodzinie. W każdym bądź razie, hipnoza powoli otwiera tę zamkniętą w pamięci Luizy szufladę wspomnień, ale…. niestety terapeutka również zostaje zamordowana. Co dalej? Dlaczego zginęła?

Śledztwo w sprawie obydwu morderstw prowadzi dwóch mężczyzn: prokurator Aleksander Zawadzki i  były policjant Modest Tokaj, którego córka Marta, widziała Luizę po raz ostatni i to ona jest podejrzaną w sprawie o morderstwo. Ojciec za wszelką cenę chce udowodnić, że córka nie jest winna, ale sam ma z nią marny kontakt. Pojawia się również niejaki Henryk Lorenz – mężczyzna prowadzący jakieś szemrane interesy, którego wszyscy się boją, który mści się na  Modeście. Brat i mąż zamordowanej Luizy z kolei zaczynają się kłócić o udziały w rodzinnej firmie, bo teraz kiedy kobieta nie żyje mogą je przejąć. Każdy zaczyna być podejrzanym i każdy w tej historii odgrywa jakąś rolę.

Widać, że autorce zależało na tym, aby czytelnika zaskoczyć, no ale.. wyszło to dość topornie, bo za dużo tu chaosu, za dużo tych postaci. Jest tu potencjał, z drugiej strony jest to debiut, nie można wymagać cudów. Póki co „Druga strona miasta” jak dla mnie, to jedna wielka plątanina wątków, którą rozplątuje się z irytacją, a nie z przyjemnością (jak to powinno być w kryminałach). Przeczytałam, bo w sumie chciałam dowiedzieć się kto zabił, ale… ta książka wymagała ode mnie więcej czasu niż inne, które czyta się z wypiekami na twarzy.

Poddaję do rozpatrzenia.

„Druga strona miasta” Karolina Szewczykowska, wyd. Prószyński 2016

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova

indeksKobiety mogą wiele. Są silne, uparte, dążą do celu. Mają często większą wytrzymałość i odwagę niż mężczyźni. Takie na pewno były i są kobiety himalaistki, o których pisze Dina Sterbova w swojej książce „Tęsknota i przeznaczenie”. 14 ośmiotysięczników w Himalajach zostało zdobytych również przez kobiety, czy to w solowych wejściach, czy w kobiecych zespołach, czy też w mieszanych. Kobiety jak się okazało, mimo niedowierzania władz, sponsorów, himalaistów płci męskiej, są równie dobrymi wspinaczami i niczego im nie brakuje. Było tak zarówno w latach 70-tych, jak i 90-tych, i współcześnie.

Książka opowiada historie bohaterek – te zakończone sukcesem i te zakończone tragicznie (a takich jest zdecydowanie więcej) bardzo rzetelnie i z dużą dozą szczegółów. Autorka gromadziła wszystkie informacje przez 14 lat, niektóre z kobiet udało jej się odwiedzić, z innymi już nie miała możliwości spotkania, ale za to musiała przekopywać się przez stosy archiwalnych materiałów, artykułów, wywiadów. Na kartach książki spotykamy kobiety – himalaistki z różnych stron świata (Japonii, Francji, Niemiec, Austrii, Ameryki, Czechosłowacji (jeszcze wtedy) -> sama autorka jest Czeszką i wspina się również. Dużo stron poświęconych jest polskim himalaistkom, które autorka uważa za wybitne: Wandzie Rutkiewicz (śmierć na stokach Kanczendzongi w 1992r.), Annie Czerwińskiej (tu przypomina słynną wyprawę na górę Rakaposhi, którą zdobył zespół całkowicie kobiecy, pisałam o tej książce tutaj), Halinie Krüger-Syrokomskiej (śmierć na K2 w 1982r.), Annie Okopińskiej, Krystynie Palmowskiej. Autorka wspomina wszystkie ich ważne wyprawy i pierwsze wejścia kobiece, których wymieniać nie będę, z wiadomych powodów (znajdziecie je choćby na wikipedii). Kobiety himalaistki innych narodowości były i są równie wybitne, warto choćby wspomnieć o wyprawie Arlene Blum na Annapurnę (również w zespole całkowicie kobiecym, o książce „Annapurna. Góra kobiet” pisałam tutaj) – ogromne osiągnięcie.

„Ludzie długo wznosili wzrok ku szczytom gór z czcią i przestrachem, nawet jeśli całe życie spędzili w dolinach u ich stóp. Góry w wielu niepowiązanych ze sobą religiach i wyznaniach uważane były za trony bogów. Dopiero nie tak dawno temu w kilku heretyckich głowach powstał pomysł, że człowiek mógłby zdobywać ich wierzchołki”. Oczywiście poczatkowo rolę tą przypisywano głównie mężczyznom, bo zadaniem kobiet było siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Doszło jednak do tego, że kobiety na przełomie XIX i XX w. się „przebudziły” i mimo, że początkowo były „lekceważone i ośmieszane, wiele z nich nie dało się powstrzymać i odważnie walczyło o swoje. Pionierki te nie były jednak żadnymi Amazonkami. Były to normalne kobiety, które miały pasję, ale też dzieci i żyły w normalnych związkach”.  Zdecydowały się podejmować ryzyko, stawiać na szali swoje życie, po to by pokonać siebie, spełnić marzenia, poświęcić się pasji, udowodnić swoją siłę i odwagę. „Człowiek musi wejść na prawdziwe wyżyny, by mógł spojrzeć na dno swojej duszy”. Niby banał, ale coś w tym jest. Góry od zawsze przyciągały te „wybitne, nie bojące się ryzyka” jednostki. A może i bojące się, ale bardziej oswojone ze śmiercią, która jest od zawsze wpisana w ich życie. To nie jest tak jak ze zwykłym, siedzącym w fotelu przed telewizorem człowiekiem, który o śmierci nie myśli, bo nie ma z nią do czynienia codzień, bo się jej boi, nie potrafi jej zrozumieć i właściwie nie bardzo wie jak ją oswoić. Natomiast człowiek, który ryzykuje swoje życie w imię pasji, ma śmierć wpisaną w siebie już od początku. Ona idzie tuż obok niego, czasem chce mu wyrwać czekan, czasem chuchnie na niego lodowatym podmuchem wiatru, by go przestraszyć, i wpada w zadziwienie, kiedy on, a w przypadku tej książki, ona – idzie niestrudzenie dalej.

Wszystkie opisane w książce kobiety, o których mogłabym tu napisać bardzo dużo, a przede wszystkim to, że każda z nich była wielką osobowością i silną indywidualnością, wchodząc na szczyt ośmiotysięcznika, czy to jako pierwsza kobieta na świecie (co w większości przypadków miało tu miejsce) czy jako druga – odczuwają ogromne spełnienie i szczęście oraz niezwykłe poczucie wolności. I choć trwa to chwilę, bo w strefie śmierci, czyli powyżej 8000 m. nie można przebywać długo, to jest to chwila niezapomniana.

Dina Sterbova porusza różne tematy – przygotowania do wypraw, problemy etyki i zachowania w górach, opisuje kontrowersyjne sytuacje, kiedy to zawiodło „braterstwo liny” (m.in. wyprawę Kurta Diembergera na K2 z 1986r. podczas, której zginęło wiele osób, a sam Kurt musiał się tłumaczyć z różnych kwestii), a także chore współzawodnictwo, które również zaczyna powoli się pojawiać w świecie wspinaczy, psując relacje i zaburzając istotę wspinania. Było kilka przypadków, kiedy z czystej zawiści nie uznawano faktu zdobycia szczytu, bądź też nie wierzono zdobywczyni. Najwięcej ucierpiała Wanda Rutkiewicz, która często była posądzana o parcie do celu po trupach, wykorzystywanie ludzi i nie szanowanie ich, egoizm, a sama tak naprawdę się chyba w tym wszystkim pogubiła. I choć dla niej faktycznie istniały tylko góry, to być może zatraciła gdzieś sens innych spraw, ale tak czy siak, na pewno nie była lubiana w środowisku, choć była niezwykle ceniona i miała naprawdę ogromne osiągnięcia. Autorka wspomina również bardzo dobrą książkę / wywiad z Wandą Rutkiewicz, autorstwa Barbary Rusowicz (pisałam o niej tutaj).

Dina Sterbova sama zalicza sie do kobiet wybitnych, jako pierwsza stanęła na szczycie Cho You w 1984r, a 4 lata później na Gasherbrum II, kierowała również wyprawą na Manaslu, gdzie zdobyła jego północny szczyt. Jej ksiażka to kawał dobrej roboty. Mówi, że góry są „zwierciadłem, w którym odbija się nasz charakter, dzięki nim wiemy, jak lepiej poradzić sobie z wyzwaniami, jakie ma dla nas życie. Motywują nas do pokonywania własnych słabości. Nie chciejmy od nich tandetnych nagród lub sławy, nie traktujmy ich jako stopni wiodących do zwycięstwa, gdyż potrafią nam dać o wiele więcej. Pamiętajmy również, że kiedy tylko chcą, moga nam zabrać wszystko, tak jak zabrały wielu ludziom przed nami”.

Książkę warto przeczytać, warto, bo daje siłę do walki z codziennością. Każda z nas ma swoje Himalaje i pamiętajmy, że mamy siłę by się z nimi zmierzać. Polecam. Idealny prezent na zbliżający się Dzień Kobiet, ale nie tylko. To niezwykły zbiór informacji dla każdego fana / fanki wspinaczki, alpinizmu. Dla wszystkich, którzy kochają góry.

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova, wyd. Stapis 2016

„Najdłuższa noc” Marek Bukowski, Maciej Dancewicz

541371-352x500Uff. Skończyłam. Czemu uff?

„Najdłuższa noc” jest opowieścią powstałą na kanwie scenariusza do serialu „Belle Epoque”, zapowiadanego hitu, który tak na marginesie okazał się dla mnie totalną porażką. Obejrzałam półtora odcinka i szczerze mówiąc… szału nie ma. Książkę powinno się przeczytać niby przed premierą serialu. Jednak nie miało to dla mnie znaczenia, bo tak czy siak cała historia jest jakaś taka niemrawa i chaotyczna. Owszem, na pewno lepiej jest przeczytać książkę, niż oglądać serial, ale…

To co mi się podobało, to opisy Krakowa. Jest klimat. Spory nawet. Rok 1904, latarnie gazowe na Plantach, Rynek przez który „mkną” powozy, strojne suknie dam, surduty panów etc. Pierwsze galicyjskie laboratorium policyjne, klimatyczne krakowskie uliczki, kościoły…

Główni bohaterowie:

  • oschły i zasadniczy, trzymający się przedpotopowych zasad i przepisów komisarz Jelinek
  • jego durnowaty asystent Kazanecki
  • bardzo ciekawa postać laborantki Weroniki – wyzwolonej kobiety, jeżdżącej bezwstydnie na rowerze, co damie nie przystoi w tamtych czasach
  • jej brat – bardzo ciekawa postać
  • no i główny, choć lekko nudny, bohater Jan Edigey – Korycki. Syn marnotrawny, który po wielu latach balangowania, tudzież służby na statkach pływających po całym świecie, powraca do Krakowa, dowiedziawszy się o śmierci swojej matki.

Nie była to śmierć zwyczajna. Jak się okazuje, matka Jana została zamordowana, o czym Jan dowiaduje się dopiero po przyjeździe. Oczywiście okaże się również, że to nie jedyne morderstwo do jakiego dochodzi w mieście w ostatnim czasie. Morderstwa są nietypowe i bardzo brutalne. Jednej kobiecie wyłupiono oczy, innej ucięto głowę, etc. „Ta głowa zakłócała dobry mieszczański porządek Krakowa, nie pasowała do historycznego wystroju miasta, nie pasowała też do duchowego nastroju mieszkańców. Owszem, zbrodnie w afekcie, morderstwa na tle rabunkowym – tak, to się zdarzało. Ale takie coś? To było nie na miejscu. […] W Krakowie coś zaczynało się psuć”. Takiemu zepsuciu przeciwna jest oczywiście policja – mieszkańcy, a szczególnie kobiety zaczynają bać się wychodzić z domu, a Jan Edigey – Korycki, ze złamanym przez arystokratkę Konstancję sercem, zaczyna dopatrywać się związku między  brutalnymi morderstwami kobiet, w tym własnej matki. Rozpoczyna swoje małe śledztwo, nie zdając sobie sprawy, że może to zagrażać jego życiu.

Biega po tym sparaliżownym przez strach Krakowie wspominając swoje podróżnicze przygody, co czasem sprawiało, że nie wiedziałam już o czym czytam… Za dużo wątków i chaosu według mnie pojawiło się w tej książce. Jest tu naprawdę spory potencjał, bo książka o wiele lepiej nawiązuje do klimatów choćby serialu „The Ripper Street”, którego 2 sezony już obejrzałam, niż sam serial, który do takiego klimatu miał aspirować. Niestety.

No ale, wróćmy do książki. Nie zachwyca i nie powala. Czyta się ją dość mozolnie, choć momentami przyjemnie, nie ukrywam (weźmy choćby opisy Krakowa, opisy samych czasów Belle Epoque, rozwój, wtręty historyczne). Sam wątek kryminalny natomiast, choć bardzo ciekawy i dość zaskakujący, mam wrażenie, gdzieś się zaplątuje w te wszystkie poboczne tematy. Kiedy śledztwo nabiera rozpędu, nagle hamują je wspominki Koryckiego, jego niespełniona miłość, rozpamiętywanie przeszłości, pobyt na Madagaskarze etc.  Mocno przeszkadzało mi to w złapaniu głównego wątku całej historii.

Niemniej jednak jeśli ktoś lubi takie klimaty, to warto dać tej książce szansę. Być może są i tacy, którym spodobał się również serial. No … tutaj to ja wolę zdecydowanie „The Ripper Street”, tudzież „Taboo”.

Do rozpatrzenia wedle uznania :)

„Najdłuższa noc” Marek Bukowski, Maciej Dancewicz, wyd Muza 2017

zaległy stosik

odebrałam przesyłkę i przedstawiam promocyjnie nabyte zaległości książkowe, na które się skusiłam. a już niebawem kolejne zaległe recenzje… czasu jak zwykle za mało.

dscn6634-001

„Misja helikopter” Simone Moro

misjaSimone Moro jest jednym z moich ulubionych wspinaczy. Wydaje mi się bardzo miłym i szczerym człowiekiem. Jego partnerami byli m.in. ś.p. Piotr Morawski, a także jego przyjaciele ś.p. Anatolij Bukriejew i Denis Urubko (ten ostatni żyjący na szczęście). Simone zdobył 8 ośmiotysięczników (z czego jako pierwszy człowiek na świecie 4 zimą), jest z wykształcenia bibliotekarzem (!) i został nagrodzony przez UNESCO nagrodą Fair Play, za uratowanie brytyjskiego himalaisty na wysokości 8000 m na Lhotse. Dużo można by mówić o wspinaniu Simone’a Moro i o jego osiągnięciach, o jego pozytywnej filozofii życia i sportowej postawie. Kocha góry, kocha wysokość i lubi pomagać. Książka „Misja helikopter” opisuje spełnienie kolejnego marzenia tego włoskiego alpinisty – latanie. Zdobył licencję pilota w wieku 42 lat, kupił śmigłowiec i stworzył pogotowie himalajskie. Helikopter stał się nie tylko hobby, ale też kolejnym, bardzo potrzebnym zajęciem.

„W tej książce chcę opowiedzieć o przełomowych spotkaniach i o drodze, którą przeszedłem, żeby spełnić moje marzenie wetknięcia głowy w chmury, podobnie jak już to kiedyś zrobiłem, wspinając się na najwyższe szczyty Ziemi, skacząc z samolotu na spadochronie i w specjalnym kombinezonie wingsuit. Teraz chciałem to zrobić inaczej, nie koncentrując się wyłącznie na aspekcie sportowym lub rozrywkowym, i odkryć jeszcze raz, że nigdy nie jest za późno na marzenia ‒ do każdego wieku trzeba tylko dobrać odpowiednie.” – mówi.

Trzeba jednak przyznać, że nauka latania helikopterem, mimo iż przyszła mu łatwiej, niż się spodziewał, wymagała od niego wiele cierpliwości, samozaparcia, no i oczywiście pieniędzy. Przydał się tu też łut szczęścia oraz spotkanie na swojej drodze życzliwych i szczerych ludzi.  

Simone Moro w swojej książce opisuje perypetie związane ze zdobywaniem licencji, z pierwszymi lotami, potem kolejnymi, trudniejszymi, zwiazanymi z akcjami ratunkowymi w niższych i wyższych górach. Simone wie, że często wspinacze nie mają szans na przeżycie na dużych wysokościach i ratunek z powietrza może być jedyną słuszną opcją. Czy helikopter jest faktycznie dobrym sprzętem do poruszania się na wysokości 7-8 tysięcy metrów? Okazuje się, że może takim być, często jednak przeszkodą  mogą być zakazy i procedury. Simone wie jednak, że trzeba czasem te zakazy łamać, bo ludzkie życie warte jest wszystkiego. 

Nie jest to książka porywająca według mnie, ale porywająca jest idea autora. Pomiędzy opowieściami o zdobywaniu kolejnych szczytów, nawiązuje współpracę z wieloma firmami lotniczymi, zdaje egzaminy i kursy, spędza wiele godzin za sterami helikoptera ucząc się różnych trudnych manewrów. Kocha to co robi, cieszy go,  że niebawem będzie mógł pomagać ludziom. Wiele jednak czasu będzie musiało upłynąć i wiele kartek papieru będzie musiało być opatrzonych stempelkami, by do jakiejkolwiek akcji ratunkowej, a nawet zwykłego lotu, dojść mogło, ale Simone się nie poddaje. Zbiera pieniądze, gdzie tylko się da, walczy z urzędnikami, którzy niestety we Włoszech są niestety bardzo upierdliwi i nie wychodzą naprzeciw człowiekowi. Przewozi swój ukochany helikopter do Nepalu, po to, by tam zacząć wszystkie bezsensowne procedury od nowa. Nie zniechęca go nawet pobicie przez Szerpów w obozie bazowym pod Everestem, nie zniechęca go ryzyko, jakie należy podjąć, by wznieść się na himalajską wysokość 7-8 tysięcy metrów w rozrzedzonym powietrzu, kiedy helikopter pozbawiony zbędnych ładunków i balastu kołysze się przy silnych podmuchach wiatru. Nie zawsze uda mu się uratować żywego człowieka. Czasem trzeba będzie sprowadzić ciało…

Z książki wyłania się człowiek, który jest ciągle wierny swoim marzeniom i ideałom. Wierny również swojej rodzinie, choć pasje zabierają mu mnóstwo czasu. Ma w swoim sposobie bycia i działania wiele motywacji i mimo ogromnych stresów, potrafi znaleźć wyjście. Oczywiście, ma wokół siebie grono przyjaciół, o których wyraża się bardzo ciepło (podobnie wspomina tych, których już nie ma wśród nas). Ma też pieniądze, które generalnie pomagają mu w realizacji tychże marzeń, ale te pieniądze zarabia w sposób uczciwy. Ta książka jest opowieścią o dobrym człowieku, który po prostu spełnia swoje marzenie. Warto przeczytać, choćby po to, by dotarło do nas, że nigdy nie można się poddawać.

„Misja helikopter” Simone Moro, wyd. Agora 2017.

„Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” Andy Kirkpatrick

El Capitan – formacja skalna o ponad kilometrowej wysokości położona w dolinie Yosemite, w środkowej Kalifornii. Ten granitowy monolit to jeden z najbardziej cenionych celów wspinaczkowych. Na tej formacji skalnej jest ponad 70 dróg wspinaczkowych, z których najtrudniejszą jest tak zwana Reticent Wall. By ją przejść potrzeba mniej wiecej około 8 dni. Andy’emu zajęło to dni 13. Z powodzeniem.

el

„Po raz pierwszy wspięli się na nią Amerykanie: Steve Gerberding, Lori Reddel i Scott Stowe. Było to w 1995r. Niemal natychmiast została okrzyknięta najtrudniejszym wielkościanowym wyzwaniem na świecie: czternaście najbardziej niebezpiecznych, potencjalnie najbardziej wymagających wyciągów, począwszy od Lay Lady Ledge, dużej półki ciągnącej się sześć wyciągów nad ziemią.”

Czym jest wyciąg? To odległość między dwoma stanowiskami asekuracyjnymi na ścianie, wyznaczona przede wszystkim długością liny. Ale na El Capitanie sama lina to nie wszystko. Tu miejsca odpowiednie do stworzenia stanowiska asekuracyjnego są od siebie mocno oddalone. Trudno je wypatrzeć. Ściana jest gładziutka, pionowa, praktycznie pozbawiona jakichkolwiek rys, szparek etc. Tutaj wyciągi zatem są niezwykle długie i przez to bardzo niebezpieczne. O ich długości decyduje dogodność warunków do założenia bezpiecznego stanowiska, a także przebieg drogi i układ punktów asekuracyjnych, a w tym przypadku dogodność jest pojęciem dość abstrakcyjnym. Andy’ego często paraliżuje strach, na długie godziny unieruchamia go w jednej pozycji. Strach przed odpadnięciem od skały nie jest bezzasadny. Każde odpadnięcie na drodze Reticent Wall oznacza bardzo długi i niebezpieczny lot (grożący nawet śmiercią). Dlaczego? dlatego, że założone wcześniej punkty asekuracyjne pod wpływem spadania człowieka na linie, odpaść mogą również. Czasem leci się przez kilkaset metrów, modląc się, by któreś z malutkich stanowisk wreszcie przyjęło na siebie całą energię i w efekcie utrzymało linę. Stanowiska są z kolei montowane przy pomocy maluśkich sprzętów na maluśkich krawądkach, czasem wielkości paznokcia, na malutkich uskokach, ryskach, które nawet ciężko wyczuć dłonią. Jakże wielką umiejętność musi posiadać wspinacz, by je wyczuć, by uznać, że się nadają, i jak dobrze musi umieć umocować malutkie haki, kostki itd., aby utrzymały się one w skale, jednocześnie dały pewność wspinaczowi, że utrzymają jego ciężar przy wykonywaniu kolejnych ruchów w górę. Stuprocentowej pewności jednak nie będzie nigdy… 

To powyższe wprowadzenie miało na celu pokazanie jak trudna jest wspinaczka w takiej formacji skalnej, jaką jest El Capitan. A Andy Kickpatrick nie jest jakimś wspinaczem genialnym. Nie ma na swoim koncie nie wiadomo jakich szczytów i trudnych przejść. Jest człowiekiem, który po prostu lubi się sprawdzać. Jak większość z nas, lubi czasem uciec od przytłaczającej go rzeczywistości. Chce coś udowodnić samemu sobie. Być może jest w tym sporo egoizmu, bo przecież w domu czeka żona, dziecko, drugie w drodze, niemniej jednak Andy się nie patyczkuje – szuka odskoczni. „Życie codzienne zostaje zawieszone – w każdym tego słowa znaczeniu – na całe dnie lub tygodnie uczciwej, ciężkiej pracy; przedziwnej radości walki i eskapizmu. Tam, w górze, nie ma rachunków do zapłacenia, żądań emocjonalnych, żadnych innych spraw rozpraszających uwagę, tylko wspinanie – od świtu do zmierzchu, z nagrodą w postaci oglądania zachodu słońca pod koniec dnia”. Nie mnie oceniać jego zachowanie. Polubiłam go, bo ma poczucie humoru, otwarcie mówi o swoich przywarach i braku talentu, otwarcie przyznaje się do strachu.

W książce „Psycho Vertical” Andy Kirkpatrick poza wejściem na El Capitana, opisuje swoje młodzieńcze lata spędzone w nędznym blokowisku w Hull w Wielkiej Brytanii, pierwsze porażki i sukcesy, pierwsze próby wspinaczkowe, odnajdywanie się w świecie alpinistów, treningi. Jego przesadny entuzjazm może irytować, ale w sumie ujmuje. 

W tej książce widzę człowieka jako trochę nieporadnego i ślamazarnego idealistę, ale za to niezwykle silnego w swoim uporze. Wiadomo, że wspinaczka solo wymaga niezwykłej umiejętności autoasekuracji i transportowania bagażu (sprzętu, portaledge’u -> małego łóżka do spania, jedzenia, wody, lin itp). Trzeba przyznać, że autor świetnie sobie z tym wszystkim poradził, ale oczywiście wymagało to wielu godzin prób i błędów, samozaparcia i cierpliwości. Udowadnia, że małymi krokami można wejść na szczyt, niekoniecznie ośmiotysięcznika.

Za książkę „Psycho Vertical” autor otrzymał nagrodę Boardman Tasker Price, a 4 lata później tą samą nagrodę za kolejną książkę „Zimne wojny” (która również na półce czeka). Obie napisał będąc zaawanasowanym dyslektykiem, a czyta się to świetnie. Można? Pewnie, że można, jak tylko się chce…

indeks

„Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” Andy Kirkpatrick, wyd. Stapis 2016