„Kolory zła: Biel” Małgorzata Oliwia Sobczak

„Zaryzykowałabym stwierdzenie, że nosi pan w sobie silny lęk przed śmiercią, który rzutuje na pana relacje intymne i warunkuje popadanie w liczne romanse. A niebezpieczne działania służbowe, których podjął się pan zarówno podczas śledztwa w sprawie Skalpela, jak i Potwora z Kartuz, nie wynikają z odwagi. Ryzykuje pan, by skrócić nieznośne oczekiwanie na to, co pana zdaniem nieuniknione. Goni pan śmierć, żeby ona nie goniła pana”.

Prokurator Leopold Bilski znany z poprzednich części serii „Kolory zła”, chodzi na terapię do psycholożki. To, czego tam dowiaduje się o sobie rzutuje na jego zachowanie w tej powieści chcąc nie chcąc. Widzimy jego zmagania się ze sobą, z własnymi uczuciami, emocjami i przeszłością. Swoją drogą, bardzo ciekawe są te analizy psychologiczne w gabinecie pani psycholog właśnie, ogromnie mi się to podobało.

Ale do sedna. Bilski wraca do Trójmiasta i od razu zostaje zaangażowany w śledztwo dotyczące samobójstwa studentki. Kobieta wyskoczyła z okna, co widziała inna kobieta mieszkająca naprzeciwko, fotograficzka, która akurat wtedy spojrzała w tamtą stronę. Wyraz twarzy studentki, kiedy ta stawała na parapecie wydał się fascynujący, ulotny i tajemniczy. Zanim kobieta zrobiła zdjęcie, ta druga skoczyła. Dlaczego? Kim była? Im głębiej zaczyna drążyć policja, tym mroczniejszych spraw dotyka. Okaże się, że studentka wcale nie była spokojną i skromną dziewczyną, za jaką mieli ją sąsiedzi czy znajomi. Śnieg, na który upadła Michalina, tak jakby chciał sprawić, by było jej lżej upadając teraz aniżeli w ostatnich dniach jej życia.

Bilski zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem to do czego się powoli dokopuje nie ma związku ze sprawą z przeszłości, konkretnie z 1988r., kiedy to jego ojciec Miłosz – ówcześnie kapitan policji, prowadził pewne śledztwo. A potem zginął. Wszystko wydaje się łączyć, zazębiać, ale im bliżej jakiegoś domysłu, tym większy obszar śledztwa i więcej nazwisk, które trzeba sprawdzić. Nie mogę powiedzieć więcej o fabule, poza tym, że razem z Bilskimi (Leopoldem i jego ojcem Miłoszem – bo przedstawione mamy dwie linie czasowe) będziemy się babrać w mrocznych klubach, perwersyjnym i niebezpiecznym światku gangsterów, agencji towarzyskich i klubów, w których nic nie jest takie jak się wydaje, a biel na pewno nie jest tu kolorem niewinności i czystości. Biały może być tylko śnieg, na który upadła Michalina, albo kokaina, która pobudza. Dzieje się tu tyle, że ciężko jest się oderwać. To kolejny kryminał, w którym bardzo dobrze pokazane są zależności i tajemnice skrywane przez bohaterów, ich ciemne charaktery, szczególnie u osób wysoko postawionych, ich zdegenerowane zachowania i perwersyjne czyny. Pada również mnóstwo pytań o to, kto jest kim, czemu i dlaczego tak działa(ł), jaka jest prawda o osobach, które wydawałoby się znaliśmy dobrze, dlaczego świat jest taki porypany? I czym jest teoria pamięci emocji?

To świetny trzeci tom z Bilskim w roli głównej. Genialnie dopracowany pod kątem wątków, postaci, emocji. Świetnie zbudowane charaktery Bilskiego Leopolda i Miłosza, tajemniczej Ireny, czy pani asesor Anny Górskiej, którą również poznaliśmy w poprzednich częściach. Postacie policjantów Pająka i Kity nadal fantastyczne, są takim promykiem uśmiechu w tym mrocznym i okropnym świecie przedstawionym przez autorkę. Związki między postaciami są też doskonale przedstawione. Myślę, że należy czytać ten cykl od poczatku, bo choć śledztwa dotyczą odrębnych spraw, to warto śledzić relacje głównych bohaterów. W „Bieli” finał jest bardzo „filmowy”, wszystko się świetnie łączy a napięcie wzrasta.

Liczę, że pojawi się jeszcze kolejna część z prokuratorem Bilskim, bo jego ostatnia wizyta u terapeutki daje dużo do myślenia. Ciekawa jestem, czy miała rację. Polecam !

A o pozostałych częściach pisałam tutaj: „Czerwień” i „Czerń”.

„Kolory zła: Biel” Małgorzata Oliwia Sobczak, wydawnictwo W.A.B. 2021

„Pierwszy bandzior” Miranda July

Książka została wydana w 2018r. a ja sięgnęłam po nią dopiero teraz. Raz, że lubię czytać książki, o których jest głośno, po dłuższym czasie, kiedy ich „boom” przeminie, a dwa, że założyłam sobie „wyczytywanie” regałów, bo jednak mam tych książek bardzo dużo, a niektóre się już strasznie kurzą. „Pierwszy bandzior” to chyba jedna z pierwszych powieści wydanych przez wydawnictwo „Pauza”, (o ile nie pierwsza..?), a „pauzowe” książki bardzo cenię, bo są nietypowe, nieoczywiste, niebanalne, czasem bardzo dziwne. Nie czytałam jeszcze oczywiście wszystkich, ale sporo już i zawsze były one jakieś inne… „Pierwszy bandzior” to jest dopiero DZIWNA powieść – może nawet nie powieść, a bohaterka powieści.

Jeżu kolczasty – jak ja nie wiedziałam najpierw, o co tej kobiecie chodzi w życiu!? Denerwowała mnie, odrzucało mnie od jej dziwacznych fantazji i zachowań, a z drugiej strony, im dalej z lekturą, tym bardziej jej współczułam i w sumie polubiłam. Cheryl ma 43 lata, jest samotna, pracuje w dużej firmie, gdzie niebawem zostanie członkinią zarządu, firma ma sporo wspólego ze sportami walki, co odzwierciedli się dość mocno w późniejszych sytuacjach. Pewnego dnia, ze strony właścicieli firmy, w której pracuje Cheryl, a z którymi kobieta się przyjaźni, pada propozycja, by Cheryl przyjęła do siebie na pewien czas, z pewnych powodów, Clee – ich dorosłą już córkę. „Kiedy człowiek mieszka sam, wszystkim się wydaje, że mogą u niego zamieszkać, podczas gdy w rzeczywistości jest na odwrót: powinni zatrzymać się u kogoś, kogo sytuację i tak już komplikują inni, więc jedna dodatkowa osoba, nie zrobi różnicy”.

Cheryl zostaje postawiona przed faktem dokonanym, Clee się wprowadza. Jak się okazuje, jest leniwą, biuściastą blondyną, ze śmierdzącymi stopami, bałaganiącą i bez pracy. Cheryl z kolei cierpi na nerwicę, ma swój globus hystericus, czyli wieczną gulę w gardle, której nie może się pozbyć, a także swoje przyzwyczajenia i natręctwa, niespełnioną miłość do starszego od siebie Phillipa i ogromną tęsknotę do pewnego małego dziecka (a właściwie relacji pomiędzy nim a nią), które dziwacznie nazywa: Kubelko Bondy i z którym, jak mówi „mijamy się już trzy dekady”.

Właściwie cała „dziwność” Cheryl (głównej bohaterki) objawia się w kolejnych etapach egzystowania pod jednym dachem z Clee. To, co zaczyna się między nimi dziać, zahacza o lekką obesję (o ile obsesja może być nazwana lekką), uzależnienie i przedziwne praktyki mające na celu rozładowanie złej energii, a może uwolnienie tej dobrej? Wszystko tu, a nie mogę powiedzieć więcej o fabule, kręci się wokół relacji międzyludzkich, wokół bycia sobą i niebycia. Co dla mnie wydało się dziwnym, dla bohaterki jest rozwiązaniem jej guli w gardle. Co dla mnie było odrzucające i zniesmaczało, to dla niej było chwilą swobody i wolności od udawania. Być może, to właśnie dzięki Clee, Cheryl poczuła się w pełni sobą? a może to jeszcze coś innego? Wyzwalanie instynktów, uwolnienie się od własnych natręctw, wyjście ze strefy komfortu budzi w człowieku kompletnie inne obszary osobowości. Może tego potrzebowała Cheryl. by odnaleźć w sobie coś, czego szukała? A może czytelnik zadziwiony jej zachowaniem, zaszokowany naturalizmem i swego rodzaju szaleństwem, również zastanowi się nad swoimi ograniczeniami, które sam sobie zbudował?

Przeciekawa powieść, bardzo nieoczywista bohaterka, pokręcona, choć bardzo ludzka i szukajaca miłości. „Potem zdałam sobie sprawę, że wszystkim nam wydaje się, że jesteśmy okropni. Ale zwierzamy się z tego tylko wtedy, gdy zamierzamy prosić kogoś, żeby nas pokochał. To jak rozbieranie się”.

Inteligentna proza, dzięki której, może sami odnejdziemy tego „pierwszego bandziora”, który da nam kopa do działania, albo po prostu „wytłucze” z nas lęki?

„Pierwszy bandzior” Miranda July, tłumaczenie Łukasz Buchalski Wydawnictwo Pauza, 2018.

„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz

„Kojarzycie pewnie ten fragment w filmach, gdy koleś lub laska w kominiarce, próbują wykraść drogocenny kamyk z Luwru i natykają się na czerwone lasery szatkujące powietrze. No więc, odkryliśmy, że nasze umęczone dusze i ciała na co dzień były szatkowane takimi własnie czerwonymi laserami. Wszystkie złe siły, przymus konkurencji, konieczność posiadania przyjaciół, posiadania życia, bycia dowcipnym, posiadania zdania, podążania za ściśle wyznaczonym celem, wszystko to były czerwone laserowe promienie, które totalnie nas osłabiały. Byliśmy tym strasznie, niewiarygodnie wręcz zmęczeni. Ale tak jak ta laska lub koleś w kominiarce wzięliśmy się na sposób i znaleźliśmy przycisk wyłączający je wszystkie”.

Właściwie nie wiem co mogę napisać o tej powieści, poza tym, że mi się podobała. Czytałam na wdechu, bo jakoś cała ta rodzinna historia naszego głównego bohatera, Marcina Małysa, bardzo mnie wciągnęła. Nie chciałabym za wiele zdradzać z fabuły, bo samą przyjemnością jest jej odkrywanie, no ale tak ogólnie choć powiem. Marcin ma 30 lat i chyba pecha w życiu, nazywa siebie „artystą wizualnym”, ale mimo angażowania się w różne projekty, nie wiedzie mu się tak dobrze finansowo, jak wcześniej założył. Ma długi i to spore. Napożyczał pieniędzy od wszystkich znajomych, którzy zaczynają w końcu ścigać go smsami, telefonami, a on ledwo ma za co kupić coś do jedzenia. Wstyd mu, nie odpisuje, milczy, ucieka. Liczy cały czas na łut szczęścia, choć z drugiej strony czeka na pieniądze od ojca, który obiecał mu bardzo dużą sumę w pewnym momencie jego życia, do którego już rzut beretem. Niestety, w ostatniej chwili okazuje się, że ojciec cofa daną obietnicę. Dlaczego?

Marcin zostaje z niczym. Postanawia pojechać do rodzinnego domu, do matki, która jest w opłakanym stanie, w depresji po rozstaniu z mężem (a ojcem Marcina). Oboje będą próbowali dotrzeć się, odnowić swoje relacje, które są właściwie w zaniku. Podobnie jest również z relacjami między Marcinem, a jego siostrą i bratem, no i oczywiście ojcem. Dodajmy jeszcze do tego, że Marcin jest gejem, więc te relacje, szczególnie z rodzicami są dość skomplikowane.

Druga perspektywa tej powieści to wspomnienia ojca Marcina, który w latach dziewięćdziesiątych rozkręcał swoje biznesy – różnorakie, począwszy od handlu słodyczami sprowadzanymi z Niemiec, po owoce czy ubrania. Jego upór, spryt i zdolności do handlu sprawiły, że z czasem Jan Małys stał się bogatym człowiekiem, mającym kilkanaście zakładów produkcyjnych i koniec końców mnóstwo pieniędzy, do których doszedł własną pracą i wyrzeczeniami. Jego żona Alicja mogła mieć wszystko: najmodniejsze w tamtych czasach ubrania, wyjazdy zagraniczne, biżuterię itp. Typowa rodzina nowobogackich dorobkiewiczów. I ta siła pieniądza jest tutaj ciekawie pokazana. Nie zawsze daje on szczęście – że tak potraktuję to (jak i autor zresztą) banałem i prawdą a la Coelho. Okazało się, że za fasadą pięknego i nowoczesnego, jak na lata 90-te domu, kryła się nieszczęśliwa rodzina, pełna wzajemnych wyrzutów, złych wspomnień i braku zrozumienia. W gruncie rzeczy wszyscy byli tam samotni, choć pozornie tworzyli wzór idealnej rodziny. Czy tytułowe „taśmy rodzinne” nagrywane na kasetach VHS z Marcinem – narratorem, pokazywały tylko miłe chwile, czy też zdradzały pewne rodzinne sekrety, które mogły mieć dodatkowy wpływ na więzi między członkami rodziny?

To dobra powieść, debiut Marcisza (rocznik ’88) i przyznaję, że czasem jest tu może zbyt moralistycznie, albo może właśnie banalnie, ale chyba w tym wszystkim jest jakaś metoda – prawda i normalność, bez upiększeń i bez tworzenia czegoś na siłę. Ot, jedna rodzina i jej powolny rozpad. Takich rodzin zapewne jest wiele, wiele też ich było w tamtych czasach, które przywołane w tej książce, wzbudziły moją nostalgię (mój rocznik ’75), bo ja dobrze pamiętam lata 90-te – choćby wspomniany tu „Piątek z Pankracym”, czy wypożyczalnie video, które rosły jak grzyby po deszczu.

Dobrze spędziłam czas z tą książką. Już czaję się na kolejną tego autora „O przyjaźni”, która niedawno wyszła.

„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz, Wydawnictwo W.A.B. 2021

„Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” Małgorzata Sidz

To pierwszy reportaż o Finlandii, jaki przeczytałam. Sporo jest różnych książek o Szwecji, Norwegii, ale o Finlandii jakoś nie wpadło mi nic w ręce. Ciekawa byłam tego kraju, bo wizualnie robi na mnie wrażenie swoją przyrodą, urokliwymi miastami i sporą liczbą wysp, no i oczywiście… Doliną Muminków w Naantali.

Tak w ogóle, to nie sądziłam, że tyle się o Muminkach dowiem, bo czytając kiedyś, dawno temu poszczególne tomy opowieści o tych białych trollach, nie zdawałam sobie sprawy, że każdy z nich razem z postaciami odzwierciedla różne etapy i osoby z życia autorki! To mnie mega zaskoczyło. Może jestem jedną z ostatnich osób, która o tym nie wiedziała, ale czytając rozdział o Muminkach – przeżyłam lekki szok. Nie znam biografii Tove Jansson, więc to też może dlatego. W każdym razie, jest to bardzo ciekawy rozdział.

Czego możemy się dowiedzieć z reportażu, poza tym czym są tytułowe kocie chrzciny albo gaciopicie? Ano wielu rzeczy. Autorka pokazuje różnice między Finami, a Szwedami, a szwedzkojęzycznymi Finami, a fińskimi Szwedami, lekko zarysowuje historię Finlandii, ale skupiając się raczej na wojnach, które Finowie pamiętają i wspominają. Każdy rozdział a jest ich tu sporo, to też opowieści o ludziach, znajomych autorki, czy po prostu ciekawych osobach, jakie opowiedziały jej o sobie. Sporo jest tu imigrantów, są dziewczyny z Japonii, które wyszły za Finów, są studenci, którzy mieszkają (podobnie jak autorka swego czasu) w mieście Turku, które tutaj jest dość dokładnie przedstawione. Jest w tym reportażu też nieco polityki, opowieści o tolerancji (tudzież akceptacji – lepsze słowo) różnych spornych kwestii czy zachowań, jest dużo o osobowości Finów i ich kulturze. Pojawia się nawet rozdział o Marie Boine (znanej wokalistce, artystce pochodzącej z rdzennej ludności Laponii – Saamów).

„Googlowałam” różne miejsca przedstawione w tym reportażu, z ciekawości, by zobaczyć symbol Turku, albo ubrania marki Marimekko, czy posłuchać utworów Korpiklaani, albo rzucić okiem na Wyspy Alandzkie – symbol bogactwa. Jest tu naprawdę wiele, wiele ciekawostek, które pokazują Finlandię w interesujący sposób, a Finów głównie jako naród lubiący imprezować i się kształcić, ale też jako naród niestety zamknięty w sobie, dość depresyjny i stroniący od przyjaźni z obcokrajowcami (choć tolerancyjny – co do Szwedów może mniej), raczej każdy obraca się w gronie własnych przyjaciół poznanych w czasach szkolnych.

Ogólnie sam reportaż wydał mi się bardzo chaotyczny. Nie ma tu raczej jakiegoś konkretnego „scenariusza”, jest wszystko w kupie: mydło i powidło, choć nie ukrywam, że dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Przeszkadzało mi jednak trochę to pomieszanie z poplątaniem. No ale.. wybaczam. Widać tu miłość autorki do tego kraju, może dlatego momentami miałam też wrażenie, że nie jest za bardzo obiektywna. Jednak uważam, że warto sięgnąć, to dobre źródło by „liznąć” nieco Finlandię. Zawsze to dobrze poszerzać swoją wiedzę o innych krajach, choć oczywiście lepiej byłoby samemu tam pojechać, pomieszkać i ocenić subiektywnie…

Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, Małgorzata Sidz, Wydawnictwo Czarne, 2020.

„Bibliotekara” Lucyna Dąbrowska

„Marta nie może spać. Nie może tez wstać, bo nie ma siły. Nie ma siły zdjąć z siebie kołdry, nie ma ochoty wystawiać swojego ciała na temperaturę pomieszczenia. Woli tkwić w lepkich mackach koszmarów sennych, przynajmniej wie, że to tylko sny. A gdy opuści swój barłóg, nie będzie miała złudzeń, że to rzeczywistość. Wie, że gdy wstanie, szara i zmęczona codzienność wchłonie ją i nie będzie ucieczki aż do wieczora, gdy schowa się w ten pełen koszmarów ciepły kokon swojej kołdry. A jednak musi wstać, iść do kołchozu, poklepywać książki po grzbietach tak jak Donald Trump klepał po tyłkach swoje ofiary. Zazdrości pani Jadzi, że nigdy już nie będzie musiała wstawać, że w ogóle nic nie będzie już musiała. Gdy wsiada do tramwaju, od razu wkłada rękawiczki, by zredukować ilość zarazków na wewnętrznej stronie swojej dloni, którą trzyma poręcz. Spogląda przez brudną szybę, sama nie wie po co, skoro za oknem ma wciąż ten sam widok. Jednak patrzenie za okno uwalnia ją od przymusu patrzenia na ludzi, których los musi dzielić w tym nieszczęsnym tramwaju z brudną szybą. Tak, wzrokiem jeszcze może uciec, gorzej z innymi zmysłami. Wszechobecny zapach kebaba z czosnkiem i trawionego alkoholu wniknął już chyba w siedzenia. A więc jadą ludzie czosnkowym tramwajem do swoich kołchoźniczym obowiązków z przerwą na posiłek regeneracyjny w postaci tego, co kto ma w torbie, lub tego, co kupi od Pana Kanapki na korpoplebejskim ugorze”.

Marta jest samotna, mieszka z kotem i pracuje w bibliotece. Jak widać, nie jest to praca jej marzeń. Wykształcenie dziennikarskie nie za bardzo jej pomogło w znalezieniu czegoś lepszego, przynajmniej tak myślą jej hipsterscy znajomi, którzy kupują obrazy na aukcjach, na weekend jeżdżą do Portugalii, a zamiast kebaba jedzą humus i szaszłyki sojowe. Marta męczy się w tej pracy, cierpi (zapewne) na depresję, lub choćby na zobojętnienie wobec życia, ma lęki, chodzi o psychiatry. Wydawałoby się, że wszystko robi, bo musi, czasem pojeździ rowerem ze znajomymi, poczyta, ale generalnie jest osobą dość introwertyczną, choć bywa asertywna i potrafi tąpnąć nogą w pracy. Niemniej, życie płynie jej, jak pewnie większości naszego społeczeństwa, które żyje od weekendu do weekendu, od wypłaty do wypłaty (która, zbyt wysoka nie jest). Biblioteka tutaj to tygiel różnych osobowości, z reguły takich, które przyprawiają Martę o irytację, ale cóż. Musi z nimi przebywać, pracować, potakiwać, znosić ich wścibstwo. W tym na pozór spokojnym świecie, pewnego dnia Dyrekcja ląduje w Prokuraturze. Dlaczego? i jak dalej będzie wyglądać praca bez Dyrektorki, bez Księgowej?

Lucyna Dąbrowska świetnie przedstawiła w powieści absurdalne przepisy i zasady ustanowione przez Dyrekcję, podległość włodarzom miejskim i „włazidupstwo”. Porozumiewanie się pracowników z Dyrekcją może odbywać się wyłącznie drogą mailową, co rodzi wiele kontrowersji i powodów do plotek, informatyk od siedmiu boleści nie potrafi zrobić nic z komputerami, bo po prostu nie ma takiego wykształcenia ani zielonego pojęcia, a został zatrudniony po znajomości, jak większość pracowników biblioteki, natomiast panie Grażynka i Danusia – koleżanki Marty, dużo starsze od niej, wolą cały dzień spędzać przy kawusi, obgadywaniu innych (nawet czytelników) i snuciu niestworzonych historii, zamiast pracować. Widać, że są pokoleniem prl-owskim, kiedy to zaplecze, kawki, obiadki, ploteczki i narzekania były ważniejsze od obsługi klienta. Czy dzisiaj jest inaczej? Nowocześniejsze biblioteki być może mają nowocześniejszy wystrój i personel, ale podejrzewam, że, jak to w każdej instytucji publicznej, nadal gdzieś znajdują się osoby funkcjonujące w ten sposób (zresztą, nie tylko w bibliotece) a sama hierarchia bibliotecznej nadal bywa równie absurdalny.

Dąbrowska pokazuje tu również zaściankowość ludzką, niewiedzę, a co za tym idzie brak akceptacji i niechęć do czegoś innego, nowego. Poprzez postacie „Bibliotekary” widać, jak bardzo czasem stoimy w miejscu i boimy się pójść dalej, dlaczego? bo nam wygodnie, a nawet jeśli niewygodnie to „system” skutecznie blokuje nasze własne zdanie, naszą indywidualność. „Żadne ciemności nie przykryją jednak nieumytych naczyń na stole i kupy wycofanych, zagrzybionych książek, z których kurz i drobnoustroje wlatują prosto do talerzy, rozprzestrzeniając się w żołądkach i duszach bibliotekarzy. Kto tu posiedzi dłużej, nabiera ziemistych kolorów i zlewa się z linoleum leżącym na podłodze”. Widać też, jak przyzwyczajenie do czynności (kawusia i ploteczki głównie) sprawiają, że ciężko jest niektórym pracownikom wyjść ze swojej strefy komfortu – „to nie należy do moich obowiązków” – tyle, że czasem trzeba zrobić coś, co niestety musi zostać wykonane w przypadku czyjejś nieobecności, a czasem nawet zareagować szybko, bardzo szybko – co pokazuje zakończenie książki (niedopowiedziane trochę według mnie).

Po czytelnikach, jacy przychodzą do biblioteki widać z kolei, jak bardzo pragną TYLKO rozrywki, czegoś co ich przeniesie do innego świata, pozwoli zapomnieć o szarej rzeczywistośći: nie szukają powieści ambitniejszych od Danielle Steel albo szukają tylko lektur dla swoich dzieci. Marta również tym jest zniechęcona, takimi czytadłami, zamawianymi pod dyktando kierownika, który nie sugeruje się potrzebami czytelników… a które to książki potem zwracane są w stanie wołającym o pomstę do nieba: brudne, czasem mokre. Żal patrzeć, że ludzie nie dbają o te, jakby nie patrzeć: dobra kultury, do których mają wolny dostęp. I żal, że nie mogą przeczytać, tego, co faktycznie, by może chcieli.

Smutny to obraz społeczeństwa i instytucji publicznej. Smutny, bo przecież jest to niewielka biblioteka, a niestety władza na jednostkę działa tu opresyjnie i właściwie nie ma tu miejsca na radość życia, na szerzenie wiedzy o literaturze i wspieranie kultury jako takiej. Wszystko jest „prywatnym folwarkiem w rękach lokalnej władzy”, jak jest napisane na okładce ksiażki. Spotkania z pisarzami są nijakie, Dyskusyjny Klub Książki to parodia, a działalność pracowników biblioteki często niewiele ma wspólnego z literaturą. Mimo, że to smutny obraz to napisany ciekawie, często z humorem (bywało, że parskałam śmiechem) – są to krótkie rozdziały, wycinki z dnia pracy, czy też przemyśleń narratorki.

Ciekawa pozycja. Podobała mi się.

„Bibliotekara” Lucyna Dąbrowska, Wydawnictwo Seqoja, 2021.

„Kości, które nosisz w kieszeni” Łukasz Barys

„Minął mnie mężczyzna z psem, wiedziałam, że nie jestem tu mile widziana, a przecież mogłam zapytać, czy tu mieszka Baranowski Fabian, bo on nie żył. Doszłam do końca ulicy, była ślepa. Zamknęłam pierwsze, a potem drugie oko. Chciałam utożsamić się z ulicą. Chciałam wiedzieć, a nie wiedziałam, ale czułam w powietrzu, które drżało od smogu i ekogroszku, że zaraz będą dzwonić na psiarnię. Co tu robię? Kradnę, szwendam się, nie kradnę, może sprzedaję? Panie władzo, skądinąd wiem, że ludzie stąd opuścili swoje ekskluzywne domostwa i wybyli na ferie, na straży zostawiając jedynie starych i zniedołężniałych postkomunistów, ale nie chcę ich okraść, chcę po prostu popatrzeć. Bo dla mnie takie ferie, prawie szusowanie po stoku – oglądanie bogactwa z bliska nie zdarza mi się za często. Głównie siedzę w domu i się smucę, patrzę przez okno i czekam na księżyc, któremu na imię Lukoil. Naprawdę, panie władzo, nie każdy może zostawić swoją ekskluzywną chatę i się powiesić, albo wybyć w Alpy na narty i snowboard”.

O rany, ale to jest pięknie napisana powieść. Język tutaj jest genialny, zdania w punkt, obrazowość uczuć i emocji w tym monologu prowadzonym przez czternastoletnią narratorkę jest niebywała. Łukasz Barys to od dziś dla mnie pisarz, na którego książki będę czekać z utęsknieniem. Tutaj, w cieniutkiej powieści, bo zaledwie 142 stronicowej, ujął TYLE, że ja nie wiem co powiedzieć. Zachwyt. Odkrycie dla mnie. Przepiękna opowieść o życiu i śmierci. A wszystko zaczyna się od kilku kości znalezionych w ziemi na przydomowym podwórku.

Te kości to taki symbol, który staje się katalizatorem dla naszej narratorki, by opowiedzieć rzeczywistość widzianą jej oczami. Dziewczynka mieszka w Pabianicach, gdzie żyje razem z mamą, ciężko pracującą w Biedronce i co rusz, przyprowadzającą nowych „tatusiów” do domu, zwykle takich na jedną noc, bo jakoś pechowo nie może trafić na porządnego mężczyznę, który po prostu chciałby zostać na dłużej. Sonia – siotrzyczka narratorki ciągle lepi dziwne zwierzątka z plasteliny, a brat Daniel po prostu jest bratem. Babcia zanim umrze, chodzi z dziewczynką na cmentarz, podziwiając stare groby i próbując wyobrażać sobie, co by było, gdyby nagle ci dawno zmarli ożyli i zaprzyjaźnili się z nimi. Jest Dora Diament, jest Wacia, jest Klaudia, Pawełek, Mariusz… Barwne postaci przewijają się przez życie naszej narratorki, czasem gdzieś przemknie jakiś duch. W tym wszystkim dziewczynka czuje się jednak bardzo samotna, wręcz przezroczysta : „Jednak nikt mnie nie zauważał i nie miałam po co płakać”.

A Pabianice? szare, nijakie miasto, które właściwie niczym nie zachwyca (poza cmentarzem), ale wydaje się być jednak swojskie i mimo wad, jest po prostu domem. „Lato w centrum nie zdawało się ani dobre, ani ciepłe. Śmierdziało psim gównem, które w trakcie upałów zatruwa powietrze. Centrum miało kupę na każdym kroku, kocie łby, rozgrzany do czerwoności asfalt i obrzydliwy odór dochodzacy ze wszystkich podwórek bez kanalizacji, ale za to ze śmierdzącymi kałużami wokół trzepaków, na których wisiały podobne do nas biedne dzieci”. Taki klimat sprzyja wyjątkowo nudzie, poczuciu bezsensu i beznadziei. Nasza czternastolatka czuje się wyobcowana, zbyt głęboko wchodzi w świat wyobraźni, chce czuć się potrzebna, pragnie podskórnie miłości i uwagi, a jednocześnie często myśli o śmierci: „Trumienki w lesie aniołków były naprawdę malutkie. I usiłowałam nie rosnąć, ale wciąż rosłam. Zrozumiałam, że nieśmiertelność na dobre mnie ominęła, że nie zamienię się ani w aniołka, ani w kamień, że po prostu zniknę”.

Ujęła mnie ta powieść, a to przecież debiut! Poruszyła we mnie jakiś struny głęboko położonej wrażliwości, dotykając nie wiem, duszy? Zwykle odbieram książki emocjami, a tutaj od pierwszego zdania do ostatniego czułam jeszcze coś więcej. Nie umiem tego nawet nazwać… Piękna.

„Kości, które nosisz w kieszeni” Łukasz Barys, Wydawnictwo Cyranka, 2021

„Na pół” Jasmin B. Frelih

O borze szumiący – ja N I G D Y nie czytałam tak męczącej i niezrozumiałej a jednocześnie dziwnej, skomplikowanej, intrygującej książki. To powieść słoweńskiego autora nagrodzona Nagrodą Literacką Unii Europejskiej w 2016r., która jest swego rodzaju eksperymentem, głównie tekstowym. Tutaj zdania są często wytrącane z kontekstu, albo wrzucane jak popadnie, czasem są krótkie, a czasem na pół strony bez znaków interpunkcyjnych. Zatrzęsienie postaci myli wątki, a do tego chaos informacyjny naprawdę może zmęczyć. Ale rozumiem chyba zamysł autora, o czym za chwilę.

Generalnie, mamy tu trzy główne postaci, wokół których dzieje się akcja i które niby pozornie różne i sobie obce, jednak, jak się potem okaże, są w jakiś sposób ze sobą „połączone”. Evan – japoński reżyser żyjący w Edo, jest uzależniony od narkotyków i właściwie nie wiadomo, czy ma jeszcze siłę i pomysł na jakieś nowe, sensowne dzieła. Tęskni za żoną, która popełniła samobójstwo, a w świecie w jakim przyszło mu żyć, każdy ma swojego Sponsora i u niego akurat w pewnym momencie pojawia się tenże pod postacią kobiety – robota. Zoia – poetka, która swą twórczością gdzieś w Stanach próbuje walczyć z wszystkim co, jest związane z systemem aktualnie panującym. Przygotowuje się do występu, na którym zaszokuje zebranych intelektualistów i artystów. No i wreszcie Kras, słoweński były minister spraw zagranicznych, którego poznajemy podczas 50 urodzin, jakie wyprawiła mu liczna i dość psychotyczna i dysfunkcyjna rodzina. On z kolei, tęskni za swoim synem, który zniknął, tudzież zdezerterował i walczy gdzieś w tym oszalałym świecie, a może jednak już nie żyje?

Wszystkie trzy postacie pokazane są z perspektywy człowieka poszukującego, samotnego i pragnącego uwagi i miłości. Niestabilność świata, w jakim przyszło im żyć to również obraz poniekąd naszego świata, jaki nas od lat otacza. Takiego, w którym jednostka nie ma zbyt wiele praw, nie jest ważna, jak tylko wtedy, gdy posłusznie idzie z tłumem. Ciężko tu o indywidualność, tym bardziej w momencie kiedy nastąpiło zdarzenie zwane „Wielką Kakofonią”. Czym jest kakofonia? Jest kilka definicji, choćby z wikipedii: „zespół dźwięków niezestrojonych, nieharmonicznych”, a słownik języka polskiego podaje również jako „mieszaninę kolorów, treści”. Kakofonia jaka wydarzyła się w dystopijnym świecie Freliha jest raczej tym pierwszym, nieharmonicznym, niezestrojonym zespołem ludzkich zachowań, myślenia, uczuć… To wszystko niczym wielki chaos, pozbawiony kompletnie logiki prowadzi nas do finału, w którym pewna istota łapie do garnuszka krew i wodę mając nadzieję, aż będzie „na pół” – cokolwiek to znaczy.

Ta książka rozwaliła mi mózg. Z jednej strony nie wiedziałam, czy jej nie wyrzucić przez okno, a z drugiej niezwykle mnie wciągnęła. Ten totalny komunikacyjny bajzel w treści był niczym bagno, w które się człowiek zapada i z przerażeniem myśli o swoim końcu. Bagno, które wciąga, wsysa i jednocześnie sprawia, że z tej książki wyciąga się bardzo mądre refleksje dotyczące człowieka W OGÓLE, życia samego w sobie, miłości, tożsamości i indywidualności i wielu innych, wolności… Wrzucam parę cytatów, które sobie zaznaczyłam:

„I skąd wy mielibyście wiedzieć, kim ja jestem? Kim jestem, gdy jestem sam? Nie znacie mnie. Czy też jestem w waszych głowach tylko jakąś dziwną, skaczącą na sznurkach lalką, którą, wydaje się, że znacie? Nic nie wiecie. Nic nie wiecie o mnie.”

„To przeklęte życie nie zostawi cię w spokoju. Nieważne, ile mu dasz i ile sobie weźmie, za ofiarę, za żart, za czas… Nie zostaje długo. Zawsze znajdzie coś, co mu przeszkodzi, co znowu będzie kazało mu zawiesić się na swojej własnej katarynce, teraz, teraz, teraz. Światy możliwe giną. Prawdziwy świat się zmienia. Nie znajduje harmonii, nigdy jej nie znajdzie.”

Wolność to nie samowolne sterowanie faktami. Wolnością jest chwila spokoju”.

„Żyjemy wśród głodnych ludzi. Zeżrą wszystko, od wspomnień po szacunek. Tylko smaku miłości nie pozna nikt. Łażą za nią z wywalonymi jęzorami, przekonani, że pochłoną ją jak wszystko inne. Zjedzą piękno i zjedzą wieczność. Zjedzą poezję i srać będą politykę. Taka jest rzeczywistość ludzi. A jednak to nie to samo. Ja nigdzie nie idę. Zostaję tutaj. Zgniotę kawałek kartonu w kieszeni i rzucę go w kąt. Znajdę drogę z ust”.

Każdy tutaj ma nadzieję na lepsze jutro, ale czy ono nadejdzie jeszcze za ich życia, czy może będą musieli przekroczyć pewne granice, by odnaleźć sens? O ile w ogóle? Ja nie wiem, czy ja tę książkę dobrze zrozumiałam, nie wiem czy w ogóle można ją zrozumieć, na pewno to lektura wymagająca ogromnej cierpliwości i skupienia, choć i tak skupienie niewiele da, kiedy natrafi się na fragment tekstu pozbawiony kompletnie logiki, ten nieharmoniczny, niezestrojony z niczym. Czasem dialogi urywają się w połowie zdania, czasem pojawiają się dziwne skróty, nazwy, imiona, których nie da się na szybko przypasować do postaci, ale…. jest to książka, chyba pierwsza w moim życiu, która mi tak rozwaliła głowę. Nie czytałam „Ulissesa” Joyce’a ale podobny strumień świadomości chyba by mnie już dobił, a jednocześnie zafascynował. „Na pół” ma wiele do zaoferowania pod kątem przekazu i trafnych obserwacji, które odnoszą się też do aktualnej rzeczywistości, w której żyjemy i często też komunikacja nam szwankuje,a my czujemy się zagubieni i walczymy o siebie.

Coś niebywałego – dziwność nad dziwnościami. Brawa dla tłumaczki, Pani Marleny Grudy. Chapeau bas!

Na pół” Jasmin B. Frelih, Wydawnictwo Wyszukane, 2020.