„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz

moralisci-jak-szwedzi-ucza-sie-na-bledach-i-inne-historie-b-iext49103826Katarzyna Ewa Lengedź zaprojektowała okładkę, która według mnie jest genialna i symboliczna! Flaga Szwecji, a na jej tle mała dziewczynka z bodajże czajnikiem, w chustce na głowie. Przepiękne zdjęcie, którego autorką z kolei jest Justyna Jaworska. Ta dziewczynka (najwyraźniej dziecko imigrantów) jest dla mnie symbolem zmian jakie nastały w Szwecji, państwie utopijnie idealnym, postrzeganym przez nas jako szeroko otwarte na uchodźców, tolerancyjne, mega nowoczesne, oferujące dobrobyt. To wszystko rozbija się jednak w starciu z rzeczywistością o wątpliwości, pomyłki i znaki zapytania – tak jak ta dziewczynka, która unosi pokrywkę czajnika z czerwonym konikiem i nie wie co się z niego wydobędzie. Chustka na głowie od razu skojarzyła mi się z problemem kobiet poruszanym również bardzo szeroko w tej książce. Kobiet przybyłych do Szwecji za mężem lub z mężem, a które pochodzą z krajów muzułmańskich, gdzie kobieta musi zakrywać nie tylko włosy. Może się mylę, może ta okładka nie jest żadnym symbolem ? (to tylko moja własna interpretacja). Nie zmienia to jednak faktu, że jest świetna.

Pani Katarzyna Tubylewicz mieszka od dawna w Sztokholmie, jest m.in. pisarką, tłumaczką z j. szwedzkiego, kulturoznawczynią, była również dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Jej książka „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” jest zapisem kilkunastu rozmów-wywiadów z ludźmi znanymi, kontrowersyjnymi, ale też zwykłymi, którzy przeżyli jakieś ważne historie i którzy od lat żyją w Szwecji. Jest to książka, w której non stop coś zaznaczałam, podkreślałam (książka moja, więc mogę) i czytając ją miałam wrażenie, że jest tu wiele dylematów, pytań dręczących nie tylko Szwedów, ale i ogólnie ludzi na świecie. Poruszane są tu bardzo uniwersalne tematy, głównie związane z sytuacją uchodźców, z tolerancją wyznaniowo-religijną, seksualną, ze śmiercią i naszym stosunkiem do niej, ale przede wszystkim z dobrym, pokornym życiem. Mam naprawdę duży szacunek do takich dyskusji, bo trzeba mieć nie lada wiedzę, by się tak przerzucać argumentami, jak robi to autorka ze swoimi rozmówcami. Wielki podziw. Jak zatem żyje się ludziom w Szwecji aktualnie, czy faktycznie jest to nadal kraj akceptujący multikulturowość i wszelkie „inności”? Jakie są te tytułowe błędy Szwecji i inne historie?

Szwecja jawiła się zawsze jako kraj, który mógłby być wzorem dla wielu państw. Również dla Polski (tyle, że dopóki rządzi PIS nie ma takiej opcji). Zawsze ważna była w tym kraju solidarność (w naszym, wydawałoby się, też powinna), zmniejszanie nierówności, jak chociażby przy wyrównywaniu pensji osobom na najniższych stanowiskach, by mogły godnie żyć. „Szwecja to kraj, który ma sumienie”.

To również kraj, który jako pierwszy otworzył się na uchodźców, przyjął ich ogromną liczbę i zaoferował im możliwość osiedlenia się, znalezienia pracy, wykształcenia, nauczenia języka. Wielu rozmówców Katarzyny Tubylewicz ma do czynienia z ludźmi uciekającymi przed wojną, przed starym życiem, biedą.  Trzeba pamiętać, by ci ludzie poczuli się w nowym społeczeństwie zaakceptowani i nie wykluczani. Powinni się integrować, uczyć języka, pracować i zgodzić się na wstępie na zasady kraju do którego przybyli. Dlatego niektórzy z rozmówców Katarzyny Tubylewicz, uważają, że w wielu przypadkach tego wstępu nie było. Bo powinno być tak: przyjeżdżasz tu, ok, zgadzamy się, dajemy Ci możliwość zakwaterowania, jedzenie, proponujemy naukę języka, a Ty skorzystaj z tego, nie zamykaj się w pokoju, nie śpij całymi dniami, nie leniuchuj, nie narzucaj nam swojej religii czy obyczajów, nie czuj się od razu jak u siebie, bądź pokorny i zaakceptuj nowe środowisko, dostosuj się do niego na tyle na ile potrafisz, naucz się szwedzkiego, osiągnij coś, nie zmuszaj swoich kobiet do noszenia burki, nie wydawaj za mąż dziewięcioletnich dziewczynek, bo jesteś w innym kraju, w którym są inne prawa. My tolerujemy Twoją religię i wyznanie, ale u nas kobiety mają takie same prawa jak mężczyźni, a małe dzieci chodzą do szkoły i nie biorą ślubu. „- Od dawna zastanawiałam się, co by było, gdyby była wojna i gdybym to ja musiała uciekać. Jak by mnie gdzieś przyjęto? Jak chciałabym być przyjęta?” mówi autorka. Oczywiście to wszystko jest bardziej skomplikowane, dlatego tym kwestiom poświęconych jest sporo rozmów w tej książce. Nie da się wszystkich narodowości wrzucić do jednego wora i powiedzieć im po prostu – okey, jesteście teraz w Szwecji, bądźcie jak Szwedzi. Zawsze będą problemy i niuanse, dlatego ważna jest rozmowa, praca z tymi ludźmi i uświadamianie ich.

Szwecja toleruje wiele: mniejszości seksualne, ateistów, ćwiczenia z jogi odbywają się w budynku kościoła i nie ma z tym nikt problemu, pary lesbijskie czy homoseksualne mają dzieci, i nikt tego nie ocenia, nie pokazuje palcem, nikt nikogo nie obraża. Szwedzi szanują wszystkich, mimo że historia kraju ukazuje Szwecję jako niegdyś bardzo prawicową i nacjonalistyczną. „Religia jako sfera prywatna nie ma w sobie nic złego, ale te elementy religii, które znajdują się w konflikcie z prawami człowieka, powinny być w demokracji ograniczane” – mówi Sara Mohammad, pochodząca z irackiego Kurdystanu założycielka Krajowego Stowarzyszenia Przeciw Zbrodniom Honoru (niezwykła kobieta zresztą, w dzieciństwie obrzezana). Czy nie jest tak jak mówi Jonas Gardell – komik, showman, jednocześnie gej, który ma męża i dwoje dzieci „Bóg w Biblii nie jest jednością. Myślę, że dziś musimy wybrać między Bogiem, który jest miłością, a tym, który reprezentuje władzę absolutną”. Kwestie religijne czy wyznaniowo-kulturowe będą zawsze i z tym też Szwecja musi sobie radzić, bo teraz zamieszkiwana jest przez ludzi wielu wyznań.

Podobała mi się też bardzo rozmowa z pisarką, reportażystką Elisabeth Asbrink. Nawiązuje ona do swoich książek („W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”, „1947” chyba jeszcze nie wydane u nas, czy „Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia” – wszystkie trzy muszę przeczytać) i pięknie mówi o człowieczeństwie, tolerancji, cierpieniu, również w odniesieniu do uchodźców, którzy wzniecają zamieszki na przedmieściach Malmo czy Sztokholmu. Dlaczego to robią? Dlaczego to się dzieje właśnie w Szwecji, kraju, który ich przyjął, ale który może nie podszedł do tej sprawy jak należy, bo skumulował wszystkich gdzieś obok, poza nawiasem, w tak zwanych no-go zones: „Ludzie od cierpienia nie robią się lepsi. Niemal wszyscy stajemy się od niego gorsi, bardziej sfrustrowani, agresywni, neurotyczni. W kulturze chrześcijańskiej obecne jest wyobrażenie, że cierpienie uszlachetnia, ale jest ono fałszywe”. No właśnie, czyż nie tak naprawdę z nami jest? 

Jest w tej książce naprawdę jeszcze wiele osób godnych wymienienia: Eva Brunne – kobieta biskup, która jest zdeklarowaną lesbijką i mądrze według mnie wypowiada się w temacie kościoła. Mamy Macieja Zarembę Bielawskiego od lat żyjącego w Szwecji, który pisze nawet już po szwedzku i fantastycznie prawi o integracji i tolerancji; mamy Mustafę Pashiri, policjanta z Afganistanu spotykającego się z młodymi uchodźcami. Mamy też inne historie, takie o życiu i o pogodzeniu się ze śmiercią: jest Pia, która ujęła mnie rozmową o śmierci i o pracy w zakładzie pogrzebowym i jest Malin Sastan, która w wyniku tsunami w Tajlandii, na wyspie Khao Lak, straciła męża i dwójkę swoich dzieci – „Teraz ja kogoś straciłam,za jakiś czas ty kogoś stracisz, w końcu wszystkich nas to dotyczy”.

Książka Katarzyny Tubylewicz to taki zbiór doświadczeń, opowieści o tym, co się zmieniło od czasu rządów Olofa Palmego, dokąd Szwecja zmierza, czego należy się spodziewać i co ulepszyć. Jest mnóstwo opinii, dylematów, podoba mi się analizowanie i uczenie się na błędach. Nie ma nic lepszego od bezpiecznego i szczęśliwego życia we własnym kraju. Nawet jeśli dla niektórych jest to kraj zupełnie nowy. Mimo wielu przykrych zdarzeń Szwecja ma siłę, by walczyć. Mądrość, by robić to z głową. Szacunek, bo nie skreśla nikogo z góry,czy to ze względu na orientację seksualną, obyczaje, kolor skóry czy poglądy polityczne. Bardzo mi się to podoba, chciałabym tego również dla Polski.

Ujął mnie również końcowy akapit, który muszę przepisać – to tak pod rozwagę:

„Kiedy ta książka szła do druku, w Sztokholmie doszło do ataku terrorystycznego. W piątek 7 kwietnia rozpędzona ciężarówka wjechała w tłum ludzi na ulicy Drottniggatan. Zginęły cztery osoby, kilkanaście zostało rannych. Sprawca zamachu, którego ujęto tego samego dnia, był nielegalnym imigrantem z nakazem deportacji… Imigrantem był też pierwszy lekarz, który natychmiast wybiegł z pobliskiej przychodni, by ratować życie rannych. Imigranci znaleźli się wśród ofiar. Było ich mniej, niż mogło być, dzięki temu, że prowadzący mały samochód dostawczy imigrant jadący Drottniggatan, tuż przed zamachem dostrzegł w lusterku pędzącą na ludzi ciężarówkę i zaczął ostrzegawczo trąbić. To także imigrant zorganizował wielotysięczną demonstrację solidarności z ofiarami, która odbyła się w Sztokholmie 8 kwietnia…”.

MUS czytać. Polecam.

Aha, jest to również książka, z której dowiedziałam się o kilku innych, które chciałabym przeczytać np. Asne Seierstad : „Dwie siostry” (polskie wydanie przygotowywane przez W.A.B.), w/w książki Elisabeth Asbrink (które mam), Jonas Gardell „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek” – trylogia o epidemii AIDS w Szwecji, Maciej Zaremba Bielawski „Higienisci .Z dziejów eugeniki” (brrr…)

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz, wyd. Wielka Litera, 2017.

 

„Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst

william-wisting-tom-2-felicia-zaginela-b-iext50009520Książka „Felicia zaginęła” będzie miała swoją premierę 16 sierpnia, ale mnie udało się ją już przedpremierowo przeczytać, dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa.

Kryminały tego norweskiego pisarza są dla mnie zawsze gwarantem dobrej kryminalnej rozrywki i przykładem skandynawskiego klimatu. Ubolewam tylko nad faktem, że seria o komisarzu Wistingu wydawana jest nie po kolei. Zaznaczam to chyba w każdej mojej recenzji. bo mnie to irytuje. Tym razem, patrząc według kolejności, mamy do czynienia z drugim tomem serii, a ósmym wydanym w Polsce (gdyż tomy publikowane są niestety od końca). W sumie nie przeszkadza to zbytnio w lekturze, bo każdy tom opisuje inną sprawę kryminalną, a życie Wistinga właściwie nie ewoluuje jakoś specjalnie. Oczywiście zmienia się jego sytuacja osobista i dorastają dzieci (bliźniaki Line i Thomas), ale w każdej części mamy ogólny zarys sytuacji, więc spokojnie można czytać nie po kolei (chociaż ja wolałabym jednak mieć ciągłość, no ale to ja).

Wiliam Wisting tym razem zajmuje się starą, (jak się okazuje sprzed 25 lat) sprawą zaginięcia, która zmienia się nagle w sprawę o morderstwo. Podczas prac budowlanych znaleziony zostaje szkielet kobiety ukryty w starej szafce na ubrania (takiej jakie są w zakładach przemysłowych). Zwłoki (o ile tak można nazwać te pozostałości) mają ślad po kuli kalibru 22. Po żmudnych badaniach, okazuje się, że szkielet należy do kobiety, której poszukiwano 25 lat temu. Felicia Natholm została uznana za zaginioną, miejscowi ze Stavern podejrzewali samobójstwo, jednak Wisting stwierdza zupełnie coś innego. Kobieta została zamordowana, a jej ciało ukryte. W obliczu nowych okoliczności sprawa sprzed 25 lat nabiera innej mocy, ale zostaje tylko kilka dni do jej przedawnienia. Czy Wistingowi uda się odnaleźć sprawcę zabójstwa w tak krótkim czasie? 

Dodatkowym utrudnieniem będzie kolejne zaginięcie innej kobiety, które zgłosi jej narzeczony. Amalie Lund zniknęła z powierzchni ziemi nagle i bez powodu, jak się wydaje wszystkim świadkom i tym, którzy ją znali. Wisting cierpliwie i skrupulatnie będzie wszystko badał i w następstwie okaże się, że zaginięcie Amalie ma wiele wspólnego z zaginięciem Felicii. Śledztwo nabierze nowego wymiaru, pojawi się wielu podejrzanych, wiele spekulacji, ale po nitce do kłębka (a właściwie po szpilce) Wistingowi uda się rozwiązać te bardzo skomplikowane sprawy, choć sam narazi się na ogromne niebezpieczeństwo. Śledztwo na medal, Wisting w formie.

Trzeba również zwrócić uwagę, że komisarz mimo pewnego problemu osobistego, potrafi się skupić na pracy. Właściwie to ucieka w to skupienie, by nie myśleć. Jego żona Ingrid, o której mówi z ogromną czułością wspominając początki ich znajomości, zamierza zostawić go na trzy lata i wyjechać do Zambii na kontrakt związany z pracą w pomocy społecznej. Tak naprawdę Wisting zdaje sobie sprawę dopiero teraz, że Ingrid i jej pasje były cały czas w cieniu, ważniejsza w ich związku zawsze była jego praca i jego problemy. Rzadko udawało mu się spędzić z żoną wieczór, zjeść kolację, jak sam mówi nie pamięta, aby widział zapalone świece w mieszkaniu, choć często w śmieciach znajduje ogarki. Dopiero teraz, kiedy żona oznajmiła mu o podjętej decyzji, której on nie ma prawa zakwestionować, Wisting zdaje sobie sprawę, że zostanie sam, na tak długo. Dzieci mają już swoje życia, a on, będzie musiał nauczyć się przez ten okres organizować sobie czas i domowe obowiązki. „Rozmyślał o czymś, co mroziło go od środka. Usiłował odsunąć od siebie tę przedziwną myśl, że wkrótce zostanie sam, ale świadomość, że czeka go wiele takich samotnych chwil na werandzie z widokiem na całe Stavern, nie dawał mu spokoju”.

Świetnie się czyta książkę, w której czuje się ogromną sympatię do bohatera. Mamy do czynienia z człowiekiem z gruntu dobrym i kochającym, ciepłym i sprawiedliwym, pasjonującym się swoją pracą i cały czas dziwiącym, ile zła jeszcze na świecie przyjdzie mu zwalczać. To kolejna dobra część z serii z komisarzem Wistingiem. Czyta się szybko, bo rozdziały są krótkie, jest napięcie od samego początku, choć akcja pędzi swoim tempem. Bardzo dobra kryminalna zagadka, profesjonalnie prowadzone śledztwo – czego więcej trzeba, by stworzyć kryminał na jeden-dwa wieczory? Na okładce jest napisane, że „obecnie w Norwegii jest 1171 zaginionych osób. Za każdym zniknięciem kryje się swoiste misterium, zagadka. Książka „Felicia zaginęła” opowiada jedną z takich historii”. Polecam.

„Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst, wyd. Smak Słowa 2017, przekład Milena Skoczko.

P.S. Pozostałe recenzje książek Horsta, znajdziecie pod tymi linkami: „Kluczowy świadek”„Gdy mrok zapada”„Szumowiny”„Ślepy trop”„Poza sezonem”„Psy gończe”,  „Jaskiniowiec”.

sierpniowe zapowiedzi

Sierpień jeszcze trwa i zauważyłam, że pojawi się w tym miesiącu jeszcze kilka książek, którymi byłabym zainteresowana. Prezentuję tylko okładki, zawsze można tytuł „wyguglać”. Ech, ciągle coś nowego się pojawia, za dużo tego ;) 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Macie jeszcze coś zapowiedzianego – sierpniowego o czym nie wspomniałam?

„W linii prostej” Damien Boyd

aaDobry kryminał, w którym autor faktycznie skupia się na śledztwie. Nie ma tutaj wątków społecznych, jak w większości kryminałów aktualnie na rynku. Nie ma tu komisarza z mroczną przeszłością i problemami, za to jest komisarz, który jest skrupulatny, porządnie wykonuje swoją pracę, jest uprzejmy, grzeczny i jedyne co mnie w nim irytowało, to to, że ciągle zostawiał swojego psa w samochodzie na wiele godzin!

Nick Dixon, bo tak się nazywa ten brytyjski policjant, dodatkowo lubi wspinaczkę, co już w ogóle sprawiło, że zapałałam do niego sympatią. Jest również bardzo spokojnym człowiekiem, który wyładowuje swoje frustracje na…. długopisie :) Przyzwyczajona jestem do tych wszystkich głównych bohaterów, którzy wiecznie narzekają, analizują swoje życie, szukają dziury w całym, filozofując albo chlają na umór i są opryskliwi. A tu, proszę – spokojny, miły człowiek i w dodatku skuteczny, bo wie kiedy należy podjąć ryzyko i zadziałać na własną rękę. Lubi oglądać filmy i spacerować po plaży. Ma psa. Jest dobrze.

Akcja książki dzieje się w hrabstwie Somerset, w miejscowości Burnham-on-Sea. Doświadczony wspinacz, Jake Fayter, niegdyś dobry partner wspinaczkowy komisarza Dixona, spada ze skały w trakcie robienia nowej drogi. Dixon dobrze wie, że założona przez Jake’a asekuracja nie mogła zawieść. Jake był zbyt dokładny i zbyt doświadczony, by źle się zabezpieczyć. Podczas gdy policja uważa, że był to zwykły wypadek, których przecież wiele wśród wspinaczy, Dixonowi coś zgrzyta i zaczyna podejrzewać morderstwo. Być może ktoś rozwiązał linę przymocowaną do szczytu skały? Innego wyjścia nie ma. Jake spadł ewidentnie z powodu liny. Tylko dlaczego nie krzyczał? 

Spekulacje Dixona powolutku doprowadzą sprawę do końca, ale najpierw okaże się, że ważne jest tu pewne zdarzenie z przeszłości związane z narkotykami. Zmarła wówczas młoda dziewczyna. Kim była? Dlaczego jest to takie ważne? Co, lub może kto, łączy śmierć dziewczyny i śmierć Jake’a? 

Dixon odkryje dość dziwne rzeczy, których by się po Jake’u nie spodziewał. Wszystko okaże się dość tajemnicze i mroczne, a kiedy nam i komisarzowi będzie się wydawało, że sprawa już jest rozwiązana, morderca w zasadzie znaleziony, to … no właśnie, co?

Krótko (zaledwie 183 strony), treściwie i na temat. Bez zbędnego rozwodzenia się. Nie ma tu może jakiejś oryginalnej zagadki do rozwiązania, ale czyta się bardzo dobrze. „W linii prostej” jest świetną rozrywką kryminalną na jeden wieczór, która sprawiła mi ogromną przyjemność. Będę wyczekiwać kolejnych tomów, bo wiadomo jak jest: pierwsze koty za płoty – autor zadebiutował tą powieścią, więc teraz czekam na rozwinięcie tematu :) 

„W linii prostej” Damien Boyd, wyd. Helion – Editio Black, 2017, przekład: Krzysztof Krzyżanowski

„Śmiech na linie” Ivan Bajo

smiech-na-linie_www

Dokładnie. Książka „Śmiech na linie” to faktycznie banialuki i bazgraniny ze wspinaczkowego świata Ivana Bajo. Publikacje autorstwa Ivana Bajo w słowackiej prasie górskiej „Krasy Slovenska” w latach 60-80 zostały zebrane i wydane właśnie w książce „Śmiech na linie”. Nie wiem jak jest z obrazkami jego autorstwa, ponoć w słowackiej wersji było ich więcej (gdzieś przeczytałam), ale tutaj też towarzyszą one tekstom i to prawie na każdej stronie.

Ivan Bajo to słowacki taternik, alpinista, rysownik, publicysta. Kilka przykładów jego słodkiej i humorystycznej twórczości poniżej:

Książkę czyta się wyśmienicie. Każdy felieton zawiera sporą dawkę humoru i autoironii. Autor od początku podkreśla, że jego humor zrozumie tylko taternik, bo nietaternicy żyją w innym świecie i nie są w stanie zrozumieć świata wspinaczy. To prawda – niektóre smaczki są faktycznie mało śmieszne dla zwykłego człowieka, ale dla kogoś kto choć trochę interesuje się górami i wspinaniem, będzie to świetna rozrywka. Oczywiście pamiętajmy, że wszystkie te felietony były publikowane lata temu, wtedy była inna rzeczywistość, inny sprzęt, inne możliwości.  Ivan Bajo jest gawędziarzem, nie pisarzem. Nie dba o formę czy ortografię, jak mówi, „proszę nie traktujcie tych zebranych nowelek jako utworów literackich, lecz raczej jako pogawędkę na taternickim biwaku lub w przytulnym, wieczornym Zbójnickim Schronisku, Schronisku pod Rysami”

Ogrom tu opowieści o partnerskich wypadach w góry, o zabawnych historiach, które miały miejsce na kursach wspinaczkowych, o narciarzach, którzy chcąc się załatwić w krzakach ustawiają narty równolegle do trasy, po czym podmuch wiatru każe im jechać w pozycji kucznej z wypiętym gołym zadkiem, jest gawęda o kierowniku wyprawy w Himalaje, który z wyprawy z grupą osób wrócił sam, bo reszta albo się upiła i gdzieś polazła, albo się pochorowała i gdzieś w szpitalu leży ;) a on sam mówi „Wspinać się nigdy nie wspinałem, chyba ze na palce alebo schodami z piwnicy. To przeca głupota, cłowiek sie młoze gdziesi wygrzmocic. A zdrowie najwaźniejse – na zdrowie!” No i jak tu nie parsknąć śmiechem?  Są historyjki o grotołazach, grzybiarzach (bo Bajo również lubi i taką formę aktywności – na Słowacji ponoć nawet wymyślony zawody w zbieraniu grzybów ;)), jest opowiadanie o ceprze pospolitym, czy bombach kalorycznych spożywanych „w ścianie”, które potem niestety muszą być jakoś wydalone z organizmu, najczęściej odbywa się to ku uciesze oglądających wspinaczkę gapiów. I wiele, wiele innych historii, które można sobie dawkować.

Bajo ma świetne wyczucie, zmysł obserwacji, lubi wyszukiwać stare ogłoszenia czy informacje. Przykład? „Odbywający służbę wojskową taternicy wyjaśniali swoją trzydniową nieobecność twierdzeniem, iż spędzili dwa i pół dnia w małej jaskini skalnej otoczeni przez stada wściekłych świstaków”. Spisuje złote myśli o taternikach typu „Taternictwo jest matolstwem a taternicy to matoły!”, ale potrafi też pisać poważniej i pięknie. Takim rozdziałem, który bardzo mi się spodobał, był ten zatytułowany „Włóczęgi, czyli wprost przed siebie z dziesięcioma „N”. Zwięzła metodyka błąkania się”. Czym jest dziesięć „N” nie zdradzę, ale samo wyjaśnienie błąkania się mnie ujęło. Przykład prostoty i aktywności jaką preferuję. Łażenie bez celu, spokojne, kontemplowanie natury, leżenie na trawie czy też wybór tej czy tamtej ścieżki, to gwarant wypoczynku i spokoju, przewietrzenia głowy. 

To bardzo przyjemna w odbiorze lektura. Nie ma tu większych tragedii, nie ma tego całego napięcia związanego z niebezpieczeństwami, a jeśli nawet to podane są z humorem i sarkazmem. Autor skupia się na mniej istotnych, choć równie ważnych detalach, obserwuje to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, docenia przyjaciół, śmieje się ze świata, ma do niego dystans i choć urodził się w 1935r. (!) to zapewne nadal jest pełen energii i cudownego poczucia humoru. Polecam.

Śmiech na linie”, Ivan Bajo, wyd. Stapis 2017, przekład Janusz Opyrchał-Bojarski