„Czarne miasto” Marta Knopik

90685273_2802074603175315_998386588431941632_o„Życie trwa dalej. Ale to już nie jest ta sama Wanda. To jest pół Wandy. Drugie pół zostało pod ziemią. Więc oddycha Wanda połowicznie, połowicznie bierze udział w sprawach tego świata. Pół serca się spopieliło, więc bije tylko połowa. I taka już Wandzia została: połowiczna, niepełna i wybrakowana. I do dziś, kiedy wraca ze spacerów z psem, to wraca tylko pół Wandy. Pół Wandy wchodzi do mieszkania na pierwszym piętrze wdrapując się po rozdygotanych schodach w drgającej kamienicy stojącej w tym mieście wydrążonym pod spodem, lada chwila mogącym zapaść się w całości pod ziemię ze wszystkimi urzędami, bankami, sklepami, wszystkimi mieszkańcami i ich psami. Kiedy staje pod drzwiami mieszkania przy Szerokiej, częściowo oswojonego, a częściowo cudzego, dzikiego i nieogarniętego, zawsze przez chwilę czuje się nieswojo, jakby nie miało jej tu być, jakby jej właściwie nie było, jakby się z tym dziwnym mieszkaniem, z tą zniszczoną kamienicą i jej wszystkimi dawnymi i obecnymi mieszkańcami, z całym tym spowitym dymem, mogącym w okamgnieniu zniknąć pod ziemią miastem, samej sobie się śniła albo jakby się śniła komuś innemu. Jakby śniło się to wszystko tej drugiej połówce Wandy. Tej czekającej pod ziemią”.

To właśnie Wanda, która jest jedną z głównych bohaterek książki „Czarne miasto”.  Rozdarta, zagubiona i smutna kobieta. Nie była taka, ale niedawno, w kopalni, zginął jej ukochany mąż. Tragedia odbije się na życiu Wandy i jej dwóch córek, Bianki i Belindy, które niebawem wyjadą z Czarnego Miasta, by szukać lepszego życia. W Czarnym Mieście nie ma przyszłości. A Białe Miasto może ją zapewnić. Tam wszystko jest zupełnie inne, radośniejsze, czystsze, nowocześniejsze, ale z drugiej strony jakby mniej prawdziwe. Niemniej jednak warto spróbować. 

Wanda zostanie sama w Czarnym Mieście, ukochanym, ale też rozpadającym się jak po jakiejś apokalipsie. Jej koleżanki należące do towarzystwa Burgundowych Bibliotekarek, sąsiad Dzida i ciotka Genowefa pewnego dnia zauważą, że Wanda zniknęła. Co się z nią stało? Czy to zmusi córki Wandy do powrotu? Jak się potoczy historia tej rodziny? Jaka tajemnica kryje się w starej kamienicy pełnej przedmiotów po poprzednich właścicielach? 

Samo Czarne Miasto jest przedstawione jako mroczne, dziwne miejsce, pełne podziemnych tuneli, w których żyją ludzie, bo w roku zaćmienia Słońca, miasto, niczym po apokalipsie, zaczęło się rozpadać, budynki burzyć. Gdzieś znajduje się też przejście do Podziemnego Miasta, w którym żyją zmarli, a które poznajemy z legend i opowieści ciotki Genowefy. Mity o starym, świętym dębie i mającej dziwne moce czarnej wodzie przeplatają się tu z rzeczywistością, snami i przemyśleniami bohaterów na temat życia, miłości, poszukiwania celu w życiu, własnej tożsamości. „Myślę, że każdy z nas ma w sobie podziemny labirynt”, mówi ciotka Genowefa, która jest bardzo ciekawą postacią w tej książce. Zresztą, Bianka i Belinda również są ciekawymi postaciami. Ich relacja jest bardzo intymna, taka prawdziwie siostrzana, której siłę, autorka umiejętnie przedstawia w powieści.

To powieść, która łączy magię z rzeczywistością, przenosi czytelnika w bardzo dziwny świat, niespotykany, niejasny i pełen tajemnic, a także bogaty w historię, legendy i mity. Przenikają się tu światy żywych i zmarłych, marzeń i rzeczywistości, czerni i bieli tworząc cudowny i oryginalny obraz świata, który istniał i który zniknął, dając miejsce nowemu. Nieprawdopodobna, taka eteryczna, niespotykana proza. Polecam.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Czarne Miasto” Marta Knopik, Wydawnictwo Lira, 2020.

„Filip i hydra” Patryk Fijałkowski

90685273_2802074603175315_998386588431941632_oKsiążka „Filip i hydra” „rozwaliła mnie” emocjonalnie. Uwielbiam powieści, które mnie tak do żywego mięsa potrafią dotknąć i wzruszyć. Coraz częściej sięgam po polskich autorów, a na „Filipa i hydrę” trafiłam przypadkiem przeglądając nowości na stronie wydawnictwa Poradnia K. Zainteresował mnie opis, okładka  i polecajka Ignacego Karpowicza.

Tytułowego Filipa poznajemy w dwóch wymiarach czasowych: aktualnie, jako studenta migającego się od zajęć, rapera, z trudem budującego relacje międzyludzkie, który nie radzi sobie ostatnio nawet z muzyką. Cały czas ucieka przed traumą z dzieciństwa i demonem w postaci  tytułowej, wielogłowej hydry, która chce go zabić. 

Drugim wymiarem czasowym jest Filip 10-letni, kochający Play Station, Power Rangers, Mortal Combat i wszelkiego rodzaju inne gry komputerowe, mieszkający w bloku z mamą i tatą, który jest katem, damskim bokserem i pomiędzy pracą, a oglądaniem Canal +, tłucze swoją żonę na oczach syna, czym wywołuje w nim przeogromny strach. Strach jednak spychany w podświadomość, tuszowany pozorną obojętnością, wypieraniem, tego co się słyszy lub widzi.

„Mój tata zawsze tak głośno oddycha, myśli Filip z mieszanką lęku, podziwu i absolutnego paraliżu. Mój tata jest taki wysoki. Jest wysoki, ma prawie dwa metry. Mój tata jest taki silny ostatnio sam wniósł pralkę. Mój tata jest taki elegancki. Nie jest elegancki, nie to słowo miał Filip na myśli, jest rudy, żylasty i podoba się kobietom, i nawet w pełnym słońcu nosi skórzaną kurtkę, a pod nią ten t-shirt Alice in Chains, którego Filip panicznie się boi, z trójnożnym, smutnym psem. Pies idzie do niego, nie rusza łapami, ale jest coraz bliżej, nie otwiera pyska, ale ma zakrwawione kły i trzy łapy, tylko trzy łapy, tato, czemu ten piesek ma trzy łapy, co mu się złego stało? Pies zabierze go do najciemniejszej z piwnic, najgłośniejszego z domów…”

To strasznie mocna powieść. Język Fijałkowskiego mnie poraził, szczególnie ten, którym opowiada swą historię 10-letni Filip. Chłopiec chce uciec jak najdalej od domu, przedostać się do innego, bezpiecznego, wymyślonego świata, który zdaje się być tuż za pagórkiem widocznym z ogródków działkowych. Czy ktoś zauważy, że zniknął? czy ktoś go kocha na tyle, by go szukać? Czy on sam kocha kogoś innego poza swoim psem Bono? 

Dorosły już Filip, po doświadczeniach z dzieciństwa, jest zamknięty w sobie, impulsywny i choleryczny, sam mówi o sobie, że jest „kundlem” ojca. Cały czas się boi, próbuje zapomnieć o przemocy wobec mamy, i o dniu, w którym znalazł ją w mieszkaniu martwą; jak się okaże później, popełniła samobójstwo. Zostawiła Filipa z tym potworem, za co Filip zaczyna ją nienawidzić. Jak mogła? Dlaczego go z nim zostawiła? A do tego teraz, po dziesięciu latach, ojciec wysyła mu wiadomość, że chce się z nim spotkać i porozmawiać. Czy Filip odpowie na wiadomość? Jak potoczy się dalej jego życie? Bo póki co: „Jest tylko frustracja, No i, rzecz jasna strach. Że jeśli się odważy i rzuci studia, to sobie nie poradzi. Że okaże się, że się mylił i zje go cały świat. Że jeśli nie będzie studentem, społeczeństwo zje go, przetrawi i wysra, i właśnie tak będzie na niego patrzyło – jak na gówno, nic nie warte, głupie, leniwe gówno”.

Filip dziecko i Filip dojrzalszy, to jednak ciągle ten sam chłopak. Zagubiony, samotny, próbujący zapomnieć o czerwonej plamie krwi z głowy mamy na ścianie, oswoić swój strach, demona w postaci hydry, która ciągle idzie za nim, dzień w dzień, noc w noc, biegnie ulicami za autobusem, obnażając kapiące kwasem kły, czeka pod domem kłapiąc zębami w tych swoich ponad czterdziestu głowach. Gdy odetnie się jedną, w jej miejsce wyrastają trzy kolejne. Hydra oplata Filipa swoimi odnóżami, chce go zniszczyć, pochłonąć, rozszarpać, odnajduje go nawet w głuchym lesie i goni między drzewami. Czy kiedyś odejdzie? Czy Filip ją pokona? 

Ta powieść trafiła mnie prosto w serce. Poryczałam się na koniec. Podczas lektury odczuwałam szereg różnych emocji, od wściekłości, po żal, smutek, bezsilność, niedowierzanie, pokorę, odwagę. Takie właśnie książki są wspaniałe, które prostotą a jednocześnie brutalnością, burzą moją strefę komfortu i sprawiają, że mogę z nich się czegoś nauczyć, nad czymś zastanowić, spróbować zrozumieć jakieś zachowanie, albo zwyczajnie wzruszyć. Brawo dla autora!

Premiera książki 15.04

„Filip i hydra” Patryk Fijałkowski, wydawnictwo Poradnia K, 2020

„Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga” Anna Matwiejewa

9788366436978

Anna Matwiejewa jest rosyjską pisarką z Jekaterynburga i tam też umiejscowiła akcję swojej powieści, która tak naprawdę nie wiem po co powstała. Miała to być powieść o tym, jak pewna pisarka próbuje rozwikłać sprawę śmierci dziewięciorga uczestników/studentów, którzy w niewyjaśniony do dzisiaj sposób ponieśli śmierć na zboczach uralskiego szczytu Chołatczahl. Ich celem była góra Otorten, niestety zboczyli lekko ze szlaku i musieli biwakować nieco niżej. Planowana trasa w porze zimowej oznaczona była jako trasa trzeciej, najtrudniejszej kategorii, ale wszyscy byli doświadczonymi narciarzami i turystami. Oczywiście wszystko to wydarzyło się naprawdę. Fakty te zostały włączone w powieść – i tak… wyszedł zlepek dokumentów, akt, fragmentów dzienników uczestników wyprawy, radiogramów, pomieszany ze współczesnymi dylematami kobiety, która tyle co rozstała się z mężem i która na powrót za nim tęskni i właściwie za chwilę do niego wraca. Tanie i banalne, trochę bez składu, rozczarowujące.

Sama historia wyprawy, kierowana przez Igora Diatłowa jest bardzo ciekawa. Nigdy o niej nie słyszałam, a minęło już wiele lat od 1959r. Grupa rozbiła namiot na zboczu góry, po czym wszyscy zginęli. Nagle. W niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Niektóre ciała zostały znalezione przy samym namiocie, zamarznięte, z połamanymi żebrami. Inne, nieco dalej w lesie, w strumieniu, oślepione, jedna dziewczyna bez języka, też zamarznięte. Jedni byli ciepło ubrani, inni jakby wybiegli z namiotu na wpół rozebrani, namiot przecięli od wewnątrz, żeby szybciej się wydostać. Dlaczego? Co się tam wydarzyło? Dlaczego wszyscy mieli na ubraniach ślady radioaktywnych substancji? Czemu władze nie rozpoczęły poszukiwań wcześniej, tylko zwlekały? Czy powód śmierci został zatuszowany, czy może to zwyczajne niedopatrzenie? 
O szczegółach tej sprawy można poczytać w internecie, wystarczy wpisać w google „przełęcz Diatłowa”, dlatego nie zamierzam się tu rozwodzić na ten temat. Wspomnę tylko, że hipotez śmierci było wiele, od ataku dokonanego przez zbiegłych więźniów poprzez atak ufo, wojskowe, tuszowane próby nuklearne, próby lotów rakiet z satelitami, aż do napadu przez miejscową ludność – Mansów.

Bohaterka książki dostaje przypadkiem akta sprawy, na podstawie których chce napisać powieść. Śledzimy jej pracę, razem z nią czytamy te dokumenty, które momentami nużą, ale wiadomo, że to oficjalne papiery pisane wiele lat temu, zatem i interpunkcja zawodzi, i styl, a i jest wiele powtórzeń. Wszystko to razem włożone w otoczkę współczesnej rzeczywistości, słabą dodajmy, nie ma takiej siły rażenia, jaką miałby zwyczajny reportaż. Myślę, że taka forma byłaby o niebo lepsza. Bez tych wszystkich banałów, migawek z kotem bohaterki i dziwnych dialogów, oraz jakichś nadprzyrodzonych halucynacji, których doświadcza bohaterka.

Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. No ale bywa i tak. Nie wszystkie książki, jakie sobie wybieram, czy na jakie trafiam, muszą mi się podobać. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga” Anna Matwiejewa, tłumaczenie Magda Dolińska-Rydzek, Wydawnictwo Kobiece, 2020.

 

„Pszczoły i grom w oddali” Riku Onda

89603319_2774555642593878_8540865269248032768_o„Gdyby zapytać, czy można przekładać sztukę na punkty, każdy pewnie się zgodzi, że nie sposób. Każdy to rozumie. W głębi serca jednak pragnie się takiej oceny. Ludzie chcą widzieć tych wybranych, zwycięskich, ten talent, który został dany tylko garstce. Im więcej wkłada się w to wysiłku, tym bardziej poruszają radość i łzy, tym większa ekscytacja. Ludzie ponad wszystko chcą widzieć proces, który do tego wiedzie. Chcą oglądać tych, którzy stoją skąpani w świetle reflektorów, a także łzy tych, którzy odchodzą w cień”.

Książka „Pszczoły i grom w oddali” japońskiej pisarki Riku Onda, to opowieść o pasjonatach muzyki klasycznej, pianistach i pianistkach, którzy stają do Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Yoshigae. Są wśród nich młodzi studenci, jak przystojny i bardzo zdolny Masaru, są tacy, którzy kiedyś byli na dobrej drodze do sławy ale coś im w niej przeszkodziło, jak Eiden Aya – młodziutka ale niegdyś zwana genialnym dzieckiem, kobieta, jest także Takashima Akashi – pracownik sklepu muzycznego, który chce udowodnić wszystkim i sobie, że ma talent.

Pojawia się też Kazama Jin – nastolatek, który nie skończył szkoły muzycznej, jest biednym synem pszczelarza, nie mającym nawet w domu fortepianu do ćwiczeń. Jedyne, co go kwalifikuje do eliminacji, to list polecający od zmarłego niedawno, słynnego profesora Hoffmana, postrzeganego w świecie muzyki jako ta najwyższa półka. Zaszczytem i honorem było być kiedykolwiek jego uczniem. Wiedzą to głównie jurorzy. List polecający jest dość zaskakujący i tajemniczy, a Kazama Jin faktycznie staje się  objawieniem konkursu. Nie dość, że posiada niezwykłą umiejętność grania ze słuchu (a ten słuch ma ponadprzeciętny) nawet najtrudniejszych utworów, co z jednej strony wywołuje w jurorach zachwyt i ekstazę wręcz, a z drugiej uważane jest za bezczeszczenie muzyki i niestosowność, to jeszcze gra tak swobodnie, wręcz trójwymiarowo, że na przesłuchania konkursowe zaczynają przychodzić tłumy. 

Marzeniem Kazamy Jina jest wygranie konkursu, bo tylko wtedy będzie mógł kupić sobie fortepian. To skromny dzieciak, ale bardzo wrażliwy i inteligentny. Wydaje się, jakby w ogóle nie stresował się konkursem, podczas gdy wszyscy inni ćwiczą zawzięcie i modlą się o spokój wewnętrzny. Jego podejście do muzyki jest niespotykane. On nie chce tylko grać, bo to kocha.

„Rozmawiałem z profesorem, wiesz. Teraz na świecie pełno jest najróżniejszych dźwięków, ale muzyka jest zamknięta w pudełku. A dawniej świat opływał w muzykę.

– Aaa rozumiem. Dawniej zapisywali muzykę, którą słyszeli w świecie. Dziś nikt już nie słyszy w naturze muzyki. Wszyscy myślą, że muzyką jest to, co mają pozamykane we własnych uszach.

– Właśnie, dlatego nauczyciel powiedział, żebym zamkniętą muzykę zwrócił na jej pierwotne miejsce. Jak to zrobić?”

Cała fabuła książki to trzy etapy konkursu i finał, który będzie najtrudniejszym etapem dla tych, którzy przejdą. Będziemy towarzyszyć im w zmaganiach, chłonąc przepiękne opisy granych utworów, poznając przeszłość uczestników i ich problemy. Niemniej jednak, to co się wydarzy w tym konkursie, zmieni na zawsze jego uczestników. Dodam tylko, że to właśnie przez postać Kazamy Jina. Co zatem się wydarzy? 

Ta książka to rarytas dla miłośników muzyki klasycznej. Sama nie mam zbyt dużego pojęcia o utworach tego gatunku, wiedzy o: glissando, tremolo czy trylu. Znam nazwiska kompozytorów wymienionych w powieści, ale nie znam ich utworów. Obracam się w dość ciężkich klimatach muzycznych, ale uwierzcie, że podczas lektury tej książki szukałam na youtube wymienianych kompozycji i słuchałam niektórych koncertów, recitali. To było niezwykłe przeżycie. Podziwiam Riku Onda za wiedzę muzyczną, za umiejętność przedstawienia muzyki w tak piękny, obrazowy, choć prosty sposób. Po przeczytaniu tej książki i posłuchaniu na przykład „La Valse” Ravela (baaaardzo trudny utwór) albo Piano Concerto no.2 Prokofieva (!), doceniam, szanuję i ogromnie podziwiam kunszt pianistów, ich umiejętności, lata ćwiczeń techniki, znajomość nut, które są dla mnie kosmosem. Wielki, wielki PODZIW dla tej zupełnie nieznanej mi do tej pory, sfery muzyki. To wszystko dzięki tej książce. To 460 stron muzycznego wszechświata, ale też poszukiwania siebie. I mimo, że to nie był mój wszechświat, to zrozumiałam choć w części jego zasady.

Polecam.

„Pszczoły i grom w oddali” Riku Onda, tłumaczenie Katarzyna Sonnenberg-Musiał, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020.

„Zbieranie kości” Jesmyn Ward

86440379_2727224807326962_2197861131890982912_oJesmyn Ward to autorka, której książka Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie zrobiła na mnie spore wrażenie w zeszłym roku. Pamietam emocje, to jak ujął mnie język i sama historia, pamiętam gorący klimat miasteczka Bois Sauvage w delcie Mississippi. Nie inaczej jest tutaj. Nawet akcja dzieje się w tej samej mieścinie. Inni są bohaterowie, choć też czarnoskórzy. Nie wiem, jak to robi Jesmyn Ward, ale potrafi pisać tak, że chłonie się jej opowieść całym sobą, czasem jej język jest zwyczajny, opisujący banalną rzeczywistość, a czasem tak potrafi przywalić akapitem, że człowiek mówi sobie „ależ to jest genialne” (był tu taki jeden fragment pod koniec książki, który mnie totalnie rozwalił w sensie zachwytu i właśnie takiego ‚wow, jak ona pisze!!”).

W Bois Sauvage mieszka ojciec z czwórką dzieci. Skeetah jest najstarszy, ma fioła na punkcie swojej Chiny, czyli suki rasy pitbull, która jest śnieżnobiałym aniołem i wygrywa wszystkie walki psów, a teraz tyle co się oszczeniła. Walki psów to wątek tu dość ważny (choć dla mnie trudny w lekturze, bo nie uznaję i nie rozumiem tego „sposobu zarabiania”). Jest Randall, chłopak, który marzy, by zostać koszykarzem i wyjechać na obóz sportowy, ale niestety ciągle nie może, bo brakuje w domu pieniędzy. Jest Junior, najmłodszy z braci, przy porodzie którego, zmarła Matka całej czwórki. No i jest Esch, 14-letnia dziewczyna, która jest narratorką, zachodzi w ciążę z kolegą (choć ogólnie źle się prowadzi od 12-tego roku życia) i ukrywa ją aż do praktycznie finału powieści, kiedy to nadchodzi huragan Katrina. „Nikt się nie domyśla, że mam brzuch. Może Skeet zwrócił na niego uwagę, kiedy wychodziłam z wody i wkładałam ubranie. Sama już nie wiem, ale nie mam zamiaru pokazywać mu brzucha. Nie pokażę go, póki  żadne z nas nie będzie miało wyboru, kiedy wszystko stanie się oczywiste i nie będzie się dało tego uniknąć, oślepnąć i zamienić w kamień”. Jest jeszcze ojciec, lubiący sobie wypić, dość szorstki w obyciu i wywołujący strach i jednocześnie żałość w rodzeństwie, opętany wizją przygotowań do nadchodzącego huraganu, w który mało kto wierzy. 

Sama powieść to obraz rodziny, która po stracie Mamy i Żony stara się żyć normalnie, choć nie jest to proste. Wszyscy tęsknią, ojciec nadal przechowuje jej zdjęcie, Esch cały czas przywołuje Mamę we wspomnieniach, co uzmysławia nam, że kiedyś było im lepiej, prościej. Życie składało się z ważnych drobiazgów i większej delikatności, spokoju, które dopiero teraz mają wartość. „Kiedy byliśmy mali i Mama budziła nas do szkoły, dotykała najpierw naszych pleców. A kiedy poczuła, że poruszamy się pod jej dłońmi, że zmierzamy w stronę poranka, zwracała się do nas przyciszonym głosem, żebyśmy wstawali, że pora do szkoły. Kiedy umarła, a budzeniem zajął się Tata, skończyło się dotykanie w plecy. Walił w ścianę obok naszych drzwi, mocno, i krzyczał: „Pobudka”. Rzeczywistość teraz jest ciężka, jest biednie, skromnie, a lejący się żar z nieba dodatkowo utrudnia funkcjonowanie.

Bois Sauvage jest mieściną gdzie problem koloru skóry nadal jest widoczny, i choć rodzina Esch mieszka na uboczu i właściwie jej życie toczy się wokół gromadzenia zapasów żywności na czas huraganu, albo opieki nad psem i szczeniakami, to bywają sytuacje, że czują się gorsi. Niemniej jednak są ze sobą mocno związani, opiekują się sobą i próbują jakoś żyć. Tylko Skeet lekko odstaje, kocha swoją sukę nad życie, jest je gotów za nią oddać, co widać będzie dobrze w finale. Mamy wrażenie, że ten pies jest dla niego ważniejszy niż rodzina, choć Skeet głupi nie jest i widzi więcej, niż by się wydawało. Z kolei Esch jest przerażona ciążą i załamana, ale jakoś brnie do przodu. Jak na swój wiek jest mądra i świetnie do niej pasuje cytat z początku książki: „Choć jestem mała, wiem wiele, a moje ciało jest nieskończonym okiem, przez które, niestety, widzę wszystko” (Gloria Fuertes, „Teraz”, cytat z pierwszej strony)

Huragan w końcu jednak nadchodzi…. Czy zmieni wszystko? Czy pozwoli rodzinie na nowy początek, czy ją zniszczy? 

Piękna książka. Brutalna rzeczywistość, brudna, surowa, ale pełna emocji. Fantastyczny język, co pewnie w dużej mierze jest zasługą tłumacza. Nie powiem, która z dwóch powieści tej autorki jest lepsza; czy ta, czy „Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie”. Obie mi się bardzo podobały. Z niecierpliwością czekam na kolejne książki Jesmyn Ward. 

„Zbieranie kości” Jesmyn Ward, tłumaczenie Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie 2020.

„Boski znak” Krzysztof Bochus

Desktop11

„Boski znak” jest kolejną książką Krzysztofa Bochusa, w której głównym bohaterem jest Adam Berg, dziennikarz, znany ze swojego ostatniego śledztwa dotyczącego cennych skarbów Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, a także z niebezpiecznej gry prowadzonej z nim przez psychopatycznego mordercę, który mianował się Lucyferem (w poprzedniej książce Lista Lucyfera). „Boski znak” charakteryzuje się również wartką akcją, świetną kryminalną intrygą, a także interesującym, historycznym tłem. Na szacunek i podziw zasługuje wiedza autora i jego praca włożona w to, by wpleść tu fakty historyczne, wyszukać odpowiednie źródła, nazwiska, wydarzenia i stworzyć tym samym niesamowity klimat dla działań Berga.  

Berg zaczyna być prześladowany przez kogoś, kto znów nazywa siebie Lucyferem. Czy to znaczy, że psychopata nadal żyje (co wydaje się niemożliwe)? czy też pojawił się naśladowca (co z kolei jest bardzo możliwe)? W tym samym czasie, Berg dostaje zlecenie od grupy polskich miliarderów, odszukania zaginionych podczas II wojny światowej artefaktów: cennych jajek Fabergé oraz srebrnej gotyckiej zastawy stołowej, wykonanej na zlecenie Aleksandra Kelcha, które ponoć zostały ukryte w Zamku Czocha nad Zalewem Leśniańskim na Kwisie, na Dolnym Śląsku. Zamek ten od dawna słynie z tajemnic, wielu ukrytych tuneli i pomieszczeń, zatem na pewno, jak przypuszczają miliarderzy, te wszystkie cenne skarby gdzieś tam się znajdują. Są zresztą na to źródła. Niestety, nie ma informacji, w którym miejscu te skarby mogą być ukryte. Zleceniodawcy wierzą w Berga, który ma smykałkę do poszukiwań i odkryć, i który oczywiście zgadza się na przyjęcie zlecenia. Potrzebuje pieniędzy. Nie wie jednak, że będzie to bardzo niebezpieczne. Zagrożony będzie nie tylko on sam, ale również jego bliska przyjaciółka, hakerka Miłka, do której Berg zaczyna czuć coś więcej niż tylko sympatię.

Niemniej jednak pasja Berga bierze górę, nie podoba mu się, że Polska została zniszczona przez nazistów i podczas wojny okradziona z cennych artefaktów, chciałby odzyskać choć część skarbów należących do Polaków, choćby po to, by zrekompensować straty, jakie Polska poniosła w czasie wojny. Podoba mu się idea miliarderów, którzy chcą tego samego, chcą by odnalezione skarby wróciły do domu, do muzeów. Dodatkowo niechęć Berga do nazistów bardzo przypomina tę samą niechęć, jaką odczuwał do nich dziadek Berga:  Christian Abel (znany z poprzednich książek Bochusa – radca prawny, który przecież był Niemcem). 

Większość akcji książki będzie toczyć się jednak nie we wspomnianym zamku Czocha (na co miałam nadzieję) a na Sycylii, gdzie zaprowadzą Berga pewne ślady, a także na Bahamach, gdzie nastąpi całkowity obrót akcji. Zakończenie książki mnie całkowicie zaskoczyło, zupełnie czegoś innego się spodziewałam, a okazało się, że autor wyprowadził mnie w pole, tym samym przedstawiając Berga, jako bardzo inteligentnego dziennikarza, który naprawdę nadawałby się na genialnego policjanta śledczego. Jego odkrycia i wnioski końcowe są niezwykłe – w życiu bym się nie spodziewała takiego obrotu akcji. A przecież „był tylko zwykłym dziennikarzem, który miał rozwiązać intrygującą zagadkę”.

Co takiego zatem się wydarzyło? Czego dowiedział się Berg i czy skarby odnaleziono? Kim był człowiek podszywający się pod Lucyfera i dlaczego musiały zginąć pewne osoby? Nic tu nie jest oczywiste.

Podobała mi się ta książka – to świetna rozrywka i naprawdę dobry kryminał, gdzie pojawia się wiele postaci z przeszłości dziennikarza, a czas płynie nieubłaganie i trzeba działać szybko i ze sprytem. Stawka jest ogromna, a spisek goni spisek. Podobało mi się też wplatanie współczesnych „smaczków”, takich jak muzyka „Męskiego Grania”, albo rozmyślania o empikowym hicie książkowym „Jak mniej myśleć?” ;)

Serdecznie polecam.

„Boski znak” Krzysztof Bochus, Wyd. Skarpa Warszawska, 2020

„Doggerland. Podstęp” Maria Adolfsson

87422673_2741810465868396_1262297313565474816_o

„Tutejsza skala kolorów jest daleka od tej zieleni, która dominuje na żyznych terenach w głębi Heimo, albo od złotej żółci piaskowców na Frisel. Tutaj jest równie wiele odcieni co tam, ale tylko wprawne oko może dostrzec bogactwo kolorów w krajobrazie, gdzie granitowoszare płyty skalne stawiają opór stalowemu morzu. Karen je widzi. Jej oczy nauczyły się rozpoznawać różne niuanse, to jak morze mieni się srebrem, cyną i ołowiem. Widzi to delikatne bogactwo kolorów wierzb płożących i sitowia. Widzi fioletowe odcienie szczelin skalnych i zmiany pór roku z zawciągiem pospolitym kwitnącym na przedwiośniu i krwawnicą pospolitą późną jesienią. A teraz, kiedy rośliny więdną na klifach i lato nieuchronnie chyli się ku końcowi, wędruje wzrokie głębiej, w stronę lądu, gdzie wrzosy falują na zboczach. To tutaj jest jej miejsce. I z tą świadomością podnosi się i zaczyna biec z powrotem do domu”.

Wbrew temu opisowi, to nie jest książka o kobiecie, która wypoczywa sobie nad morzem i podziwia przyrodę. To tylko element tła, którym są wyspy Doggerland u wybrzeży Danii, na których dzieje się kryminalna akcja z udziałem komisarz Karen Eiken Hornby. Tło jest fikcyjne, choć źródła podają, iż lądy Doggerlandu łączącego niegdyś Wielką Brytanię z kontynentalną częścią Europy, istniały setki milionów lat temu, ale zostały zatopione przez topiące się lodowce. Tak więc na tej „Atlantydzie” Maria Adolfsson umieściła akcję swojej powieści, która jest częścią pierwszą przedstawiającą losy komisarz Karen i mieszkańców małego miasteczka Langevik. 

Samo miasteczko i jego mała społeczność, której większość spotyka się w barze u Zająca i Wrony, albo gdzieś w sklepikach, porcie, czy barach oferujących pyszne dorsze czy turboty, tworzy bardzo interesujący klimat. Problemy społeczne, historia regionu, a także charakterystyczni mieszkańcy, różniący się od siebie, w zależności z której wyspy Doggerlandu pochodzą, sprawiają, że miasteczko i w ogóle cały rejon wysp wydają się jak najbardziej rzeczywiste. „… w Doggerlandzie odnaleźć można tę samą hierarchię kozłów ofiarnych co w większości krajów – ciężko pracująca północ, beztroskie południe i stolica pełna cwaniaków i zarozumiałych draniów”.

Karen, na chwilę dostaje okazję dowodzenia śledztwem. Jej szef, Jounas, arogancki i złośliwy, zostaje odsunięty od sprawy, gdyż to właśnie jego była żona Susanne Smeed zostaje zamordowana. Mężczyzna jest pierwszym podejrzanym. Ale czy to, że byli po rozwodzie i że Jounas nie ma potwierdzonego alibi na poranek, w którym zginęła Susanne, jest wystarczającym powodem do podejrzeń? Wszystko się okaże. Karen wykona kawał dobrej roboty, mimo, że noc przed morderstwem spędziła w ramionach swojego wyżej wymienionego szefa, co uważa za straszną pomyłkę, i mimo innych swoich osobistych problemów, o których dowiemy się stopniowo podczas lektury. Wystarczy rzec, że Susanne mogła zostać zamordowana właściwie przez każdego z sąsiadów czy współpracowników. Nie była lubiana, była niemiła, zgryźliwa, kłótliwa, z wiecznymi pretensjami. Nawet jej córka Sigrid nie chciała się z nią kontaktować. Kto zatem zabił kobietę? Dlaczego? I co ma z tym wspólnego historia pewnej komuny, która znajdowała się w Langevik w latach 70-tych? Uwierzcie, ale zakończenie będzie ogromnie zaskakujące. 

To w dużej mierze książka typowo skandynawska, gdzie śledztwo kryminalne prowadzone jest w dość specyficzny sposób, z chłodnym oglądem sytuacji i wieloma wątkami obyczajowo-społecznymi, bez których nie zrozumielibyśmy dokładnie wszystkiego. Wszystko jednak tu do siebie pasuje, wszystko się łączy i tytułowy „podstęp” jest naprawdę fajnie przedstawiony. Ciekawe jest to, jak wielką lawinę konsekwencji może wywołać jedna decyzja sprzed lat…. 

Czytało mi się bardzo dobrze, lektura jest wciągająca i może nie tyle mroczna, co tajemnicza. Czekam na kolejną część „Doggerlandu”. 

„Doggerland. Podstęp” Maria Adolfsson, tłumaczenie Agata Teperek, wyd. W.A.B., 2020.