stosisko jesienne

DSCN8901

Co ich wszystkich podkusiło, żeby wydawać tyle fajnych książek w jednym czasie. Oczywiście nie ma tu samych nowości, ale jednak parę się znalazło. I nie ma tu ani jednego egzemplarza recenzenckiego…  tia… :-)

update:

Doleciały brakujące. Zafon i Manzini recenzenckie. Reszta nie :-)

DSCN8905

Reklamy

„Świat według Polki” zbiór opowiadań

593924-352x500Czytając tę książkę, zdałam sobie sprawę, że, kurczę, nie wiem nic o świecie, nie mam zbyt wielu doświadczeń, bo za granicę kraju podróżuję bardzo rzadko, a jeśli już to jedynie w sprawach zawodowych. Ale to nic, marzenia o podróżach zawsze można przekuć na rzeczywistość. Niemniej jednak, po lekturze opowiadań tych kilkunastu Polek, które skupione są w założonym przez Magdalenę Fou, Klubie Polki na Obczyźnie, czuję się jakoś „słabo”, bo…. zazdroszczę. I nie chodzi mi o wyjazdy, podróże, czy nowe doświadczenia, bo te można zdobywać siedząc nawet całe życie w jednym kraju – zazdroszczę natomiast wnikliwości, spostrzegawczości i umiejętności czerpania z życia tego co najlepsze, zazdroszczę zdolności do wyselekcjonowania, często spośród smutnych i trudnych doświadczeń i sytuacji, tego co sprawia radość i tego co nadaje życiu sens. Ja się nadal tego z uporem maniaka uczę, próbując wyłuskiwać z życia radość i spokój. Bo chyba nieważne w jakim miejscu się mieszka, żyje, skąd pochodzi… powiedzmy, że przynajmniej nie jest to tak istotne. Najistotniejszym według mnie jest znalezienie własnego sposobu na to, by życie przynosiło nam szczęście. I wydaje mi się, że wszystkie kobiety, które podzieliły się swoimi obserwacjami poprzez te opowiadania, taki sposób odnalazły. A nie jest to przecież łatwe, kiedy zaczyna się „nowe” życie w „nowym” miejscu, wśród obcych ludzi, obcego języka, w innej kulturze, często zupełnie innej niż europejska.

Opowiadania czyta się jak najlepszy reportaż z różnych części świata. Są tu historie wzruszające, komiczne, tragiczne, dające do myślenia, prowokujące do działania, ale przede wszystkim są to osobiste prawdy. Takie prawdy, które widzimy na co dzień, których często nie zauważamy, a które jednak tworzą naszą rzeczywistość. Dlatego zazdroszczę tej spostrzegawczości. 

Jak pisze Magda Fou we wstępie: „I takie jak to nasze życie, często ciągle na walizkach, wśród ludzi różnych narodowości i wyznań, są te opowiadania. I wesołe, i z dreszczykiem emocji, czasami wzruszające i sentymentalne. Są przygody z samego środka Afryki, spotkania z wyjątkowymi ludźmi, jest codzienność z drugiego końca świata, tak zwyczajna dla tubylców i tak zadziwiająca dla przeciętnego Europejczyka. Są w końcu wspomnienia zdarzeń i spotkań, które na zawsze pozostają w pamięci i sercu. Pełna gama uczuć i doznań – wszystko to, co nosimy w emigracyjnym bagażu życia”.

Łapią za serce takie fragmenty, jak pytanie o rodzeństwo pewnego Rwandyjczyka („żywe czy martwe”?), klimatyczna herbaciarnia we Freiburgu, przypadkowe stwierdzenie pewnego starszego pana: „vous savez que vous etes belle?” („czy Pani wie, że jest Pani piękna?”), rozmowa z Egipcjaninem, który poznał Marca Chagalla i który mówi najważniejsze dla mnie zdania w tej książce: „Wie pani, madame, może uznasz mnie za szaleńca, ale wierzę w to, że jeśli się czegoś w życiu pragnie, to Bóg nam to da. Nie wtedy, kiedy tego oczekujemy, nie za pierwszym czy drugim razem, ale wtedy, kiedy się najbardziej tego nie spodziewamy”. ( I już nie wnikam w to, czy faktycznie będzie to Bóg, bo z nim to ja się nie do końca przyjaźnię, czy zwyczajnie nasza wiara we własne siły).

Bo „kobiety mają moc” jak podkreśla jedna z autorek opowiadania. I to jest prawda. Człowiek w ogóle ma wielką moc. Przystosuje się do wszystkiego, odnajdzie w sobie siłę na niepojęte dla niego sprawy, zniesie wszystko, brnie dalej, mimo, że nie zawsze jest to prosta droga. Życie na emigracji wiąże się z wieloma trudnościami, ale jeśli się chce i ma się w sobie tę siłę, bądź też wspierają nas bliscy, gdy tej siły nie znajdujemy – to damy radę. I te kobiety dają. Mimo momentów tęsknoty czy poczucia braku przynależności. Nie pokona ich żadna burza, żaden tajski karaluch, żadne wietnamskie rozpędzone skutery, czy nawet egipska teściowa.

Bardzo polecam, bardzo czekam na więcej. Ciekawym pomysłem byłyby też opowiadania z męskiego punktu widzenia. Być może powstanie jakiś Klub Polaków na Obczyźnie? Ja w każdym razie, czekam na kolejną porcję opowiadań, a za książkę dziękuję serdecznie jednej z członkiń Klubu (która zresztą w niej świetnie opisuje swoje życie w Portugalii):  Ani Bittner z bloga przeczytalamksiazke.

„Świat według Polki – zbiór opowiadań” wyd. Klub Polki na Obczyźnie, 2017

Literacki Nobel 2017

Wiadomo już, że Nobla w dziedzinie literatury otrzymał Kazuo Ishiguro – brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia. W uzasadnieniu Akademia Szwedzka podkreśliła, że Kazuo Ishiguro w swych powieściach, które są pełne „wielkiej siły emocjonalnej, obnaża otchłań kryjącą się pod naszym złudnym poczuciem połączenia ze światem”. Wiadomo, że jego książki rozejdą się teraz jak ciepłe bułeczki. Ale myślę, że to dobrze. Niech ludzie czytają, niech poznają, byle tylko to nie było takie wybiórcze „bo wypada znać”.

Ishiguro czytałam jak narazie tylko dwie powieści: „Okruchy dnia”, której recenzja jest tutaj oraz dawno temu „Malarza świata ułudy”, o której nie pisałam, a powinnam była, ale wtedy jeszcze nie było bloga. Pewnie kiedyś do niej wrócę, bo bardzo mi się podobała. Mam jeszcze na półce „Niepocieszonego” i „Pogrzebanego olbrzyma”, ale czekają na swoją kolej.  Jak wielu innych autorów zresztą….. (a już niebawem kolejne stosisko.. ;))

feature-nobel-prize

 

 

Literacka Nagroda Nike 2017

aaaaaa

Wczoraj ogłoszono, że laureatem nagrody czytelników Gazety Wyborczej został Stanisław Łubieński za książkę „12 srok za ogon”, który dzisiaj na gali odbierając nagrodę podziękował m.in. obrońcom Puszczy Białowieskiej (brawo!) i powiedział, że otrzymany dyplom chciałby przeznaczyć na jakąś aukcję, z której dochody przeznaczono by dla wyżej wymienionych.

sssss

A spośród siedmiu nominowanych finalistów, literacką nagrodę Nike 2017 otrzymał Cezary Łazarewicz za książkę (reportaż!!!) „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” (brawo!)

z21592593V,Cezary-Lazarewicz

Mądry wybór, bo to bardzo ważna książka… aktualna niestety. Gratulacje! 

 

„Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

trzy-dni-i-jedno-zycie

„W ostatnich dniach grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku spadła na Beauval zaskakująca seria tragicznych wypadków, na czele oczywiście ze zniknięciem małego Rémiego Desmedta. W tym pełnym lasów, żyjącym niespiesznym rytmem regionie nagłe zniknięcie dziecka wywołało szok i przez wielu mieszkańców zostało wręcz uznane za zapowiedź przyszłych katastrof.

Dla Antoine’a, który znalazł się w centrum tego dramatu, wszystko zaczęło się od śmierci psa. Ulissesa. Nie szukajcie powodu, dla którego jego właściciel, pan Desmedt nadał temu płowemu, chudemu jak patyk kundlowi o długich łapach imię greckiego herosa, bo to kolejna zagadka w całej tej historii.”

Każda książka Lemaitre’a ma to do siebie, że czyta się ją na jednym oddechu. Historie zawsze trzymają w napięciu, tak było w przypadku przeczytanych przeze mnie już: „Ofiary” i „Koronkowej roboty”. Nie inaczej było teraz.

W małym francuskim miasteczku mieszka z matką 12-latek, Antoine, który popełnia przerażający czyn. Dzień przed Wigilią 1999 r., w porywie złości na pana Desmedta wspomnianego w cytacie powyżej, zabija jego syna, sześcioletniego Remiego. Wystarczy wziąć kij i uderzyć w głowę. A potem….„Chcąc poklepać go po policzkach, Antoine przewrócił go na plecy i wtedy zobaczył jego otwarte oczy. Nieruchome i szkliste. Przez głowę przemknęła mu myśl: Rémi nie żyje.”

I wiadomo, nie napisałabym o tym, gdyby chodziło o odgadywanie kto zamordował.  Do tego przecież w kryminałach przyzwyczaił nas Lemaitre. W książce „Trzy dni i jedno życie” mordercę znamy od początku, a najważniejszy jest dalszy ciąg. Czego? Sprawy, następnie śledztwa, poszukiwań Remiego, ale przede wszystkim dalszy ciąg życia Antoine’a. Ciało chłopca ukryte w leśnej jamie, wrzucone tam przez Antoine’a będzie nawiedzało go w snach. Malutkie rączki chwytające korzeni drzew i ziemi, powoli zsuwające się w otchłań lasu Saint -Eustache co noc będą go budzić i napawać lękiem, co dalej. Naznaczenie zbrodnią i wyrzuty sumienia zmienią życie Antoine’a w piekło. Ale czy piekło to będzie na tyle przerażające, by przezwyciężyć strach przed przyznaniem się do winy? Czy Antoine, ten odstający zawsze od grupy kolegów, wolący budować domki na drzewie niż grać w playstation, podkochujący się w koleżance z sąsiedztwa Emilie, zdobędzie się na odwagę, by ponieść konsekwencje swojego czynu?

A może jednak sam stanie się ofiarą? Może ucieknie od odpowiedzialności i będzie próbował żyć dalej, co rusz wynajdując inne wymówki blokujące go przed przyznaniem się do winy? Może jego życie potoczy się dalej spokojnie i normalnie, jak każdego innego mieszkańca Beauval? W końcu każdy może być podejrzanym… 

Kotłowanina myśli, wręcz „wnikanie” w umysł Antoine’a, ukazywanie jego przeplatających się dobrych i złych intencji, to świetny zabieg Lemaitre’a. Poznajemy złożoność całej kwestii, ale czy możemy być obiektywni? Czy czytelnik jest w stanie polubić bohatera, mimo jego okrutnego czynu?

Temat zbrodni i kary, tudzież pokuty, został tu świetnie przedstawiony. Podejście Antoine’a do swojego czynu zmienia się z minuty na minutę, jedna myśl goni drugą, nawet kataklizm nawiedzający miasteczko to według mnie taka alegoria dla tego co się dzieje w głowie Antoine’a. 

Jak potoczą się losy Antoine’a? Czy śmierć Remiego zostanie odpokutowana? Ja wiem, natomiast Wam polecam ogromnie lekturę tej książki. Nie da się jej tak odłożyć. A finał i tak mnie w jakimś sensie zaskoczył i sprawił, że zaczęłam jeszcze bardziej zastanawiać się nad motywami ludzkich działań. I nie wiem, jak ja bym się zachowała.. Naprawdę nie wiem. 

Premiera książki dzisiaj.

„Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre, wyd. Muza 2017, tłum. Joanna Polachowska.

„Martwy błękit” Krzysztof Bochus

krzysztof-bochus-martwy-blekit-cover-okladkaPo rewelacyjnej powieści „Czarny manuskrypt”, nadszedł czas na książkę, która podobała mi się jeszcze bardziej! Naprawdę nie wiem, jak to pan Bochus robi, ale „Martwy błękit”, to poza wątkiem kryminalnym, zresztą świetnie zaplanowanym i przemyślanym, niezwykła kopalnia wiedzy o europejskim malarstwie, architekturze i historii przedwojennego Sopotu i Gdańska, o żydowskiej Kabale, o początkach Trzeciej Rzeszy i Hitlera. Wszystko jest bardzo ciekawie utkane, „mięsistość” szczegółów sprawie, że książkę czyta się z wielką przyjemnością. Żal mi, że już skończyłam lekturę, ale wiem, że z niecierpliwością będę czekać na kolejną część. Ale…. zanim kolejna, parę słów o „Martwym błękicie”. 

Główny bohater, Christian Abell, niemiecki radca prawny, musi się zmierzyć z bardzo tajemniczą sprawą. Bardzo znany w Sopocie kolekcjoner sztuki, Żyd, Saul Rottenberg zostaje znaleziony martwy w swojej rezydencji. Podejrzewane jest samobójstwo, ale Abell ma wątpliwości, które po przeprowadzonej sekcji zwłok przeradzają się już w pewność, że było to jednak morderstwo i to dość okrutne. Dlaczego ktoś chciałby zabić Saula w tak dziwny sposób? Podejrzani są członkowie rodziny, którzy niebawem… również zaczną ginąć. Śledztwo nabierze tempa, choć nie będzie łatwo. Do tego kolekcja cennych obrazów zniknie. Pozostanie tylko jeden. Obraz – klucz, obraz-wskazówka. Trudna, ale nie nie do odgadnięcia. Wystarczy się mocno skupić, skorzystać ze swojej wiedzy, poszukać rozwiązania. Abellowi będzie łatwiej, gdyż pozna Gabi, pracownicę muzeum, historyka sztuki, której wiedza na temat malarstwa niejednego mogłaby powalić na łopatki. Abella powaliła również, nie tylko wiedza zresztą. Udaje mu się wreszcie trafić na osobę, przy której poczuje się sobą. „Nie zastanawiał się, co do niej czuje. Nie próbował nazywać tego, co nim owładnęło. Wystarczyło, że był odprężony, zaspokojony i na swój sposób szczęśliwy. Miał świadomość, że jest trudnym, obolałym pacjentem, ale ona w dziwnie bezproblemowy, naturalny sposób, potrafiła uśmierzyć drzemiący w nim niepokój”. Czyżby się zakochał? 

Całe śledztwo zatem, pełne zagadek, opatrzone ogromem ciekawostek z zakresu historii, malarstwa, Kabały, będzie powoli szło do przodu, choć niestety ktoś będzie ciągle wyprzedzał kroki Abella, a i on sam znajdzie się nie raz w niebezpieczeństwie. Czy uda mu się odnaleźć zaginioną kolekcję i mordercę Rottenbergów? Jak potoczą się jego osobiste sprawy? 

Podoba mi się bardzo ta postać. Jest bardzo wrażliwym na otaczający go świat człowiekiem, choć mocno zgorzkniałym, kimś kto stracił nadzieję na szczęście, ale kto jednocześnie wierzy, że zło tego świata można zniszczyć. „Źródłem wszelkiego zła na świecie jest sam człowiek. Ze swoją nieposkromioną pożądliwością, nienasyceniem, bezkresnym egoizmem i pogardą dla bliźniego swego” mówi. To człowiek wszechstronny, bibliofil lubiący antykwariaty, muzea, sztukę szeroko pojętą. Marzy o kobiecie, której będzie mógł dać klucz do jego „świata demonów, samobójców i ludzi z odrąbanymi głowami, w którym przebywa od lat”. Jako śledczy jest bardzo inteligentny, skuteczny, uparty, spostrzegawczy, drążący, przez co wszyscy podejrzani i mający coś na sumieniu, uważają go za „niebezpiecznego”.

Ale książka „Martwy błękit” to nie tylko Christian Abell. Ciekawie przedstawiona została rodzina Rottenbergów. Zamordowany Saul nie był nigdy zbyt wierzący i żarliwy w modlitwie, w przeciwieństwie do jego brata Chaima, który zarzucał Saulowi „bawienie się” w Kabałę, nie traktowanie poważnie tej mistycznej nauki, bo nie można tego czynić, nie będąc prawdziwie religijnym wyznawcą judaizmu. Natomiast Kabała dla Saula była sensem życia, ogromną pasją, nie traktował jej pobieżnie, posiadał wiele cennych i ważnych ksiąg, dzieł na ten temat. Fascynowało go to. Ciekawie dobierał obrazy do swojej kolekcji. Nie zdradzę oczywiście według jakiego klucza, ale powolutku doszłam do tego razem z Gabi i Abellem (co mi się również bardzo podobało). Bo „rzeczywistość ma wiele wymiarów. Ten widoczny na pierwszy rzut oka jest często tylko maską i ułudą. Ważne są kulisy, szczegóły i detale skrywające istotę rzeczy”.

Niezwykłą postacią jest również znany już z poprzedniej książki, wachmistrz Kukulka, wierny sługa, zaufany przyjaciel Abella, jedyny, któremu Abell może rzeczywiście w stu procentach powierzyć swoje sprawy, a który patrzy w niego jak w obraz, szanuje go, chroni na każdym kroku, pójdzie za nim w ogień, a komu trzeba przybije gwoździami rękę do stołu, byle tylko wyciągnąć z niego ważne informacje. Świetna postać, mam nadzieję, że w następnej książce poznamy go bardziej. Żal mi go, bo stracił żonę, która zmarła na raka, mieszka sam i naprawdę jest człowiekiem bardzo mądrym i oddanym. Czasem jego metody pracy mogą wydawać się zbyt brutalne, ale przynajmniej jest bardzo skuteczny.

Muszę jeszcze pochwalić autora za te cudeńka architektoniczne, jakie czytelnikowi zafundował wraz z wszystkimi drobnymi szczegółami, które nie zasypują człowieka z każdej kartki, ale są stosownie dobrane i naprawdę sprawiają, że epoka w jakiej dzieje się akcja, czyli rok 1933, jest niezwykle obrazowo przedstawiona. Przykład ?

„… rozciągająca się przed nim ulica należała już do innego świata. Ernststrasse wyglądała młodo, świeżo i światowo. Zupełnie jakby wycięto ją z turystycznego folderu reklamującego Sopot jako Monte Carlo Północy. Wszystkie domy okalały trawniki i opaski gazonów. Ich symetrię podkreślały równo przystrzyżone kule bukszpanów i cisów. Eleganckie wille rywalizowały ze sobą liczbą wykuszy, oszklonych werand, kaskadowych dachów i neogotyckich wieżyczek, krytych miedzianymi hełmami. Zza wpółotwartych okien dobiegały go dyskretne odgłosy budzącego się życia: brzęk roznoszonej porcelany, szmer poleceń wydawanych służbie, hurgot przesuwanych na tarasach leżaków i krzeseł. Z neogotyckiej willi naprzeciwko doleciał go zapach świeżo parzonej kawy i dobrego cygara. Jedno z okien rozbrzmiało melodią puszczoną z patefonu. Tak, Sopot był zdecydowanie świetnym miejscem do życia.”

Jedyne co wywoływało smutek podczas lektury, to perspektywa zbliżającej się wojny, naziści formujący swoje szeregi, powiewające swastyki, przewidywania żony pewnego antykwariusza, która widzi przyszłość i wie, że ludzie będą palić ludzi w wielkich piecach, uwielbienie dla wschodzącej gwiazdy Hitlera (choć Abell akurat jest przeciwko), i to, że Wolne Miasto Gdańsk niebawem obróci się w ruinę. Cóż, takie to były czasy. Autor przedstawił je z perspektywy niemieckiego, przedwojennego Pomorza. 

Bardzo dobra lektura. Bardzo polecam i z niecierpliwością czekam na następną część. To kolejne ważne nazwisko na polskiej scenie kryminałów w stylu noir. Brawo! 

Premiera 27.09.2017 czyli już jutro!

„Martwy błękit” Krzysztof Bochus, wyd. MUZA 2017

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingólfsson

tawyflPierwsze co mnie ujęło, to piękna okładka. Właściwie, nawet nie wiedząc jaki to typ książki, zapewne sięgnęłabym po nią. Uwielbiam takie klimaty: przestrzenie, wybrzeża, kolorowe domki sugerujące Skandynawię, Islandię… Sklasyfikowano tę powieść, jako kryminał, ale ważniejsza i ciekawsza, moim zdaniem, jest tu cała otoczka towarzysząca.

Kjartan, przedstawiciel prefekta z Reykjaviku zostaje oddelegowany na wyspę Flatey, część większego archipelagu wysp w zatoce Bjerdafjordur, w północno-zachodniej Islandii. Na sąsiadującej, nie zamieszkanej wysepce znaleziono ciało mężczyzny. Jak się tam znalazł? Kim jest i dlaczego nie żyje?

Wespół z policjantem Dagbjarturem i miejscową lekarką Johanną, Kjartan będzie próbował zrozumieć i rozwiązać sprawę śmierci mężczyzny, który okaże się być znanym profesorem z Reykjaviku, Gastonem Lundem, badającym stare księgi. Na wyspie Flatey zajmował się badaniem tej jednej konkretnej: od pokoleń w miejskiej bibliotece znajduje się starodawny manuskrypt „Flateyjarbok” zawierający sagi i eposy średniowiecznych Wikingów, spisane wieki temu (niektóre z nich cytowane są w książce Ingolfssona). Ktoś, kiedyś ułożył do nich 39 pytań, na które trzeba znaleźć odpowiedź, a następnie, posługując się magiczną runą odnaleźć zakończenie do wiersza-klucza. Jest to sprawa bardzo skomplikowana, wielu się nad tym biedziło, próbowało i kombinowało. Czy Gaston Lund odgadł rozwiązanie? Czy jego śmierć ma faktycznie związek z manuskryptem? A może był to fatalny zbieg okoliczności, zwykły wypadek, czy też następstwo klątwy związanej z Flateyjarbok? I dlaczego przybyły na wyspę dziennikarz również zostanie znaleziony martwy i okaleczony?

Samo śledztwo prowadzone jest bardziej z przypadku, aniżeli skrupulatnie i szybko. Przesłuchiwani są mieszkańcy wyspy Flatey: wójt Grimur, lekarka, Valdi z Domu na Skraju, kościelny Thormodur Krakur i inni. Nic nie jest takie jak się wydaje, nic nie jest jasne, policjanci się plączą, nie potrafią powiązać spraw, nie dlatego, że są nieudolni, ale dlatego, że nie bardzo się to wszystko składa. Oczywiście z biegiem czasu, odkrywając karty i łącząc fakty, śledztwo nabierze jakichś ram. Rozwiązanie zagadki śmierci dwóch mężczyzn jak i sekretnego klucza z manuskryptu okaże się zaskakujące, niemniej jednak w ogóle to nie jest ważne.

Dla mnie genialne w tej książce było bardzo malownicze ukazanie codziennego życia tej niewielkiej, wyspiarskiej społeczności. Niezwykłe opisy prostych czynności czy samych warunków życia, takich jak: przygotowywanie jedzenia, krzyk mew, maskonury i foki jako pożywienie, odcięcie od świata, bo statek pocztowy przypływa bardzo rzadko, słabo działające radio na wyspie, telefon również, wiejąca bryza, przestrzeń, przygotowania do Zielonych Świątek…
„W osadzie panował odświętny nastrój, który Kjartan odczuł zaraz, jak tylko koło dziesiątej zszedł na dół i wyjrzał na zewnątrz. Wójt Grimur był ubrany w ciemny garnitur, umyty, ogolony. Włos zaczesany do tyłu, wąsik wyszczotkowany. Ingibjorg miała na sobie piękny serdak i wyperfumowała się. Śniadanie było na słodko. Na wysokim maszcie na kościelnym wzgórzu powiewała leniwie poruszana słabymi podmuchami ciepłego powietrza flaga państwowa. Tu i ówdzie ludzie spacerowali, nikt nie pracował. Dzień święty był święcony, szczególnie że to Zielone Świątki. Z kuchennego okna Grimur śledził nadpływające z pozostałych wysp łodzie motorowe. A na łodziach przybywali wierni”. 
Wiele tu jest takich opisów. Zwyczajne, proste życie niewielkiej społeczności, często mocno oparte na wierzeniach i przesądach jest bardzo urokliwe. Mimo biedy jakiej doświadczają mieszkańcy, żyją sobie w spokoju, bez pośpiechu, mając swoje mniejsze i większe tajemnice, cenią naturę i są wdzięczni za jej dary.

Postacie, a jest ich sporo, są może niezbyt wyraźnie zarysowane, ale mimo niesprzyjającego, północnego klimatu, mają to słońce w duszy, którego trochę Kjartanowi brakowało; w swojej pracy był dla mnie nijaki i słabo skuteczny. „Kjartan wyjrzał przez okno i przypomniało mu się przysłowie, że słońce na zewnątrz słabo służy tym, którzy nie mają słońca w duszy.” No właśnie, gdzie jest to jego słońce? Przeszłość nie była dla niego łaskawa, a raczej mroczna.

Warto sięgnąć po tę książkę, choćby dla tego plastycznego języka, jakim posłużył się autor. Jeśli interesują Was sagi o Wikingach: życie dawnych wodzów – jarlów, bitwy i ich codzienne sprawy, często podane z humorem – tym bardziej warto. To świetna lektura łącząca w sobie wątek kryminalny, zagadkę średniowiecznego manuskryptu, a przede wszystkim ukazująca życie wyspiarskiej społeczności, która po swojemu wyciąga wnioski z sytuacji, jakie jej się przydarzają. „Czasem to los w całości rządzi człowiekiem, przyjacielu, a wtedy nie należy mu się przeciwstawiać”.

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingolfsson, wyd. Editio Black, 2017, tłum. Jacek Godek.