pierwszy stosik w nowym roku

No i tak wyszło, że zamówiłam parę książek. Zamiast pisać zaległe „opinie”, do których jak zawsze nie mogę się zebrać, to idę na łatwiznę i wrzucam fotkę książek :-) Ale… końcówka roku przeorała mnie drugim covidem, więc jeszcze dochodzę do siebie, a łatwo nie jest. Sylwester minął z gorączką 40-stopniową, tak samo jak kilka kolejnych dni nowego roku – szczerze, niewiele pamiętam z tego czasu. Do tej pory kaszel mam okrutny i osłabienie wyciska ze mnie siódme poty przy byle jakiej czynności. Ale… do brzegu.

Kilka książek jednak udało mi się przeczytać (o czym niebawem), m.in. „Miasteczko Twin Falls”, świetny thriller, zatem stwierdziłam, że kupię sobie inny, wcześniej wydany thriller tej autorki „Nasze idealne małżeństwo”. Do tego zakupiłam „Magiczne lata”, zachwalaną wielce powieść z gatunku grozy, ale raczej skupiamy się tu bardziej (ponoć) na cudownej atmosferze małego, amerykańskiego miasteczka i dorastaniu głównego bohatera – bardzo mnie ta książka ciekawi. Zakupiłam też „Krótko i szczęśliwie” Agaty Romaniuk – czyli małe reportaże/opowieści o miłościach, jakie przydarzają się ludziom w już podeszłym wieku, nową książkę z serii skandynawskiej „Powiedziała, że nie żałuje” Kinnunena. Do tego dochodzi „Rubież” czyli reportaż wędrowny Ewy Pluty i pierwsza, tegoroczna książka wydawnictwa Pauza: „Odmawiam myślenia”. Wszystko mnie niezmiernie ciekawi. Zamierzam w tym roku czytać więcej, bo zeszły rok jakoś słabo mi poszedł, no ale jak wyjdzie – zobaczymy. Byle zdrowie dopisywało, czego i Wam życzę.

Do siego roku!

Moje podsumowanie roku będzie krótkie. Przeczytałam zaledwie 43 książki – nie miałam parcia na ilość, ale też nie miałam zbyt wiele czasu i spokojnej głowy na czytanie. Na zdjęciu moja topka z tych 43 książek. Kryminał Pana Gorzki i Pana Piotrowskiego jest tu tylko jeden, ale przeczytałam ich więcej i traktuję na równi w sumie.

Życzę Wam szczęśliwego roku, wielu wspaniałych lektur, czytania bez presji, tego na co po prostu macie ochotę. A tak w ogóle wszystkiego wspaniałego. Korzystajcie z życia! Koniecznie :) Mary.

„Jedno po drugim” Ruth Ware

Jeśli macie ochotę na mroczny i klaustrofobiczny thriller ze śnieżną zimą w tle, to polecam. Ruth Ware nie zawodzi. Uwielbiam atmosferę jej książek i naprowadzanie czytelnika na mordercę. Zawsze czyta się to bardzo szybko, akcja wciąga a finał zaskakuje, bo z reguły się nie domyślam. Tu było podobnie.

Młodzi ludzie, twórcy pewnej aplikacji o nazwie Snoop (podobnej do Spotify, ale pozwalającej w czasie rzeczywistym sprawdzać, czego słucha dana, obserwowana przez nas osoba) wyjeżdżają we francuskie Alpy na narty, ale też by zdecydować o pewnych ważnych sprawach dotyczących ich działalności. Zmiany te sprawią, że jedni na nich zyskają, a inni stracą, niemniej muszą coś wybrać i ten wybór nie będzie łatwy. Przynajmniej nie dla wszystkich. Kiedy są już w luksusowym domku Perce-Neige (obsługiwanym przez Erin i Danny’ego) drugiego dnia pobytu, po burzliwym pierwszym, w którym czytelnik już w miarę poznaje poszczególne osoby, wybierają się na narty. Niestety szybko nadchodzi zmiana pogody, szlaki stają się niebezpieczne, wszyscy po krótkich zjazdach wracają do domku, niestety za moment schodzi ogromna lawina.. Nasi bohaterowi są uwięzieni i odcięci od świata, a do tego okazuje się, że z wypadu nie wróciła współzałożycielka start-upu. Co się stało? Najprawdopodobniej pojechała zamkniętym już ze względów bezpieczeństwa czarnym szlakiem, jedni ją tam widzieli, inni nie.

No i co dalej? Dalej już zaczyna się kolejna „lawina” tym razem nie śnieżna…. Po kolei giną inni członkowie grupy. Dlaczego? Kto za tym stoi? Buńczuczny i pewny siebie Topher? małomówny Rik czy może Ani? a może jeszcze ktoś inny: Tiger, Liz, Miranda, Elliott, Carl? A może nasi opiekunowie domku: Erin lub Danny?

Ruth Ware znakomicie kreuje fabułę i klaustrofobiczną atmosferę: znikąd pomocy, kilka osób zamkniętych w jednej przestrzeni, ktoś z nich jest mordercą, lawina niszczy zasięg komórkowy, wyłączony zostaje prąd, woda w rurach zamarza – wszyscy zdani są tylko na siebie. Tylko ilu ich zostanie? sześcioro? pięcioro? dwoje? To taka gra w kotka i myszkę, trzeba być czujnym, łączyć kropki, obserwować innych, snuć domysły, ale przede wszystkim jakoś przetrwać. Napięcie rośnie tu z każdą stroną, finał również jest świetny, warto sięgnąć – jak po wszystkie inne książki tej autorki. Pod koniec nieco domyślałam się, kto jest mordercą, ale to nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie. Klimatyczny, psychologiczny thriller – polecam!

„Jedno po drugim” Ruth Ware, tłumaczenie Anna Tomczyk, wydawnictwo Czwarta Strona, 2022.

„Latarnicy” Emma Stonex

„.. Życie na lądzie jest dla mnie jak dom tymczasowy. niby tu jestem, ale mnie nie ma, jakbym przyszedł na imprezę pełną ludzi, których nigdy nie spotkałem, ubrany niezgodnie z konwencją, i musiał wyjść przed północą. Na lądzie muszę udawać człowieka, którym nie jestem, uczestniczyć w czymś, czego nie jestem częścią. Trudno wytłumaczyć to normalnym ludziom. Nie zainteresowałaby ich opowieść o nieskończenie cichym spokoju porannej zmiany ani o tym, że przyrządzenie dobrego duszonego mięsa potrafi zająć myśli na cały dzień, a nawet dwa. Świat w latarni jest mały. Życie toczy się powoli. Inni ludzie tego właśnie nie potrafią: nie potrafią robić rzeczy powoli, z uważnością i namysłem.”

Emma Stonex napisała wspaniałą powieść opartą nieco na faktach, która trafia do mojej topki najlepszych książek tego roku. Niegdyś na wyspie Flannana w paśmie Hebrydów Zewnętrznych Szkocji trzech latarników z tamtejszej latarni zaginęło bez śladu. Z tego co się orientuję, do tej pory nie wyjaśniono jak mogli tak po prostu zniknąć. Emma Stonex przywołuje tamte wydarzenia kreując kompletnie inną historię i tworząc trzech nowych bohaterów : Arthura, Billego i Vincenta, którzy udają się na również fikcyjną latarnię morską o nazwie Maiden. To nie jest latarnia, z której w każdej chwili można wyjść, wrócić do domu, to prawdziwa wieża morska, położona dość daleko od stałego lądu, na skale, która zamyka w sobie ludzi na wiele tygodni, a nawet miesięcy, dopóki nie przyjedzie zmiennik. Spójrzcie na zdjęcie tej latarni Bishop (wspominanej zresztą w książce, jako jedna z tych, na której jeden z bohaterów miał szkolenie) u wybrzeży Wielkiej Brytanii.

Autorstwa Richard Knights, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3900604

Latarnia Maiden jest królową wszystkich latarni – wyniosła, groźna, opierająca się złowrogim falom od wielu lat, tajemnicza – to ona stanie się domem dla naszych trzech bohaterów, którzy w 1972r. rozpoczną swoją wachtę i już nigdy nie wrócą do domu. Kiedy przyjedzie zmiennik jednego z nich, okaże się, że mimo iż latarnia zamknięta jest od środka, to nikogo w niej nie ma. Na stoliku są dwa nakrycia, zegary zatrzymały się o 08.45h, ale żadnego z trzech latarników nie ma w środku. Nie ma również śladów walki ani innych śladów wskazujących na .. cokolwiek. Jakby rozpłynęli się w powietrzu.

Dwadzieścia lat później poznajemy żony naszych zaginionych mężczyzn, które nadal nie uporały się ze stratą, nie wiedzą co się wydarzyło, mogły jedynie pożegnać swoich mężów, których większość uznała za martwych. Pojawia się pewien pisarz, który chce napisać książkę o tej historii, rozmawia z kobietami, ale czy znajdzie rozwiązanie zagadki?

Wbrew pozorom, to nie jest książka kryminalna. To książka o cholernie trudnych relacjach, które burzą się jak domino. Coś się wydarzyło, co sprawiło, że żaden z mężczyzn nie chce właściwie wracać do domu. Latarnia staje się ich azylem, domem, schronieniem. Wprowadza ich w życie, z którego nie są w stanie uciec. Jeden z mężczyzn kocha morze, drugi go nienawidzi, ale wie, że ono jest jego przeznaczeniem, trzeciemu jest właściwie obojętne, gdzie jest, byle był z dala od kogoś, kto na niego poluje.

Podobało mi się w tej książce wszystko: opisy natury, te wszystkie smutne rozważania żon pozostałych na lądzie, które gryzą się ze swoimi problemami i mają również sporo na sumieniu (szczególnie Helen); opisy tych jednostajnych i bardzo rutynowych czynności wykonywanych w latarni: dbanie o światło, przyrządzanie posiłków, rozmowy, sprzątanie, wykonywanie drobnych napraw, schodzenie na skałkę, by złowić jakąś rybę walcząc z falami, by nie porwały w głąb morza. Dodatkowo czytamy powieść z dwóch perspektyw: żon i latarników. Każdy rozdział podpisany jest imieniem danej osoby, która dzieli się przemyśleniami z czytelnikiem. To dzięki temu składamy powoli wszystko w całość. Rozumiemy, dlaczego każdy z nich zachowuje się tak a nie inaczej, po to, by w końcu zrozumieć, jak i dlaczego wszyscy latarnicy zniknęli.

To książka o winie i odkupieniu, o samotności takiej prawdziwej, wręcz pustelniczej, do której czasem człowieka ucieka i nie chce z niej wracać, bo jedynie tam czuje się sobą. To również powieść pełna mroku ludzkich zachowań, myśli, pełna tajemnic i niedopowiedzeń, ale też rozczarowań czy obojętności. Styl i narracja Emmy Stonex pozwalają na stopniowe odkrywanie tego, co siedzi głęboko w człowieku, jakie drzazgi uwierają go od lat i powodują ten niekończący się ból. Piękna i bardzo sugestywna proza.

„Latarnicy” Emma Stonex, tłumaczenie Agata Ostrowska, wydawnictwo Czarna Owca – Echa, 2021.

„Dolina Kwiatów” Niviaq Korneliussen

Przeczytałam w jedno popołudnie. Niemożliwe? Ależ możliwe. Początkowo nie mogłam się jakoś wgryźć w tę książkę, irytowało mnie, że jest kilka literówek, irytowała mnie główna bohaterka, ale potem… uznałam, że to jednak bardzo smutna i dobra powieść. I do tego grenlandzka!

Główna bohaterka mieszka w Grenlandii właśnie, ale szykuje się do wyjazdu na studia do Danii. Jest lesbijką i ma dziewczynę. Nie są ze sobą oficjalnie, ale chyba by chciały stworzyć parę na poważnie. Niemniej muszą się rozstać na czas studiów naszej bohaterki i nie wszystko zaczyna się układać między nimi jak powinno. Dodatkowo, nasza bohaterka pewnego wieczoru ląduje w łóżku z inną. Dlaczego? Z samotności, niepewności, strachu? Zatrzymuje to jednak dla siebie. Do czasu.

Cała ta historia to opowieść o bólu, jaki niesie ze sobą życie młodego człowieka. O żałobie, bo nasza bohaterka bardzo tęskni za swoją zmarłą babcią. O odbieraniu sobie życia. Grenlandia jawi się tu jako kraj w którym odsetek samobójstw jest rekordowy. Dlaczego? Dlaczego tak mało jest w ludziach empatii i zrozumienia? Dlaczego tamtejszy system nie wypracował skutecznej metody konsultacji psychologicznych? Ta książka to taki apel o akceptację. Nasza bohaterka jest lesbijką i jakoś jej orientacja nie przeszkadza jej rodzinie. Wręcz przeciwnie, sami niecierpliwie czekają, kiedy wreszcie poznają jej dziewczynę. Ale nie wszystkie rodziny tak reagują (tu przykład przyjaciela naszej bohaterki). Boli to, że ludzie nie posiedli umiejętności rozmowy z dzieckiem na te tematy. Boli to, że nawet jeśli dziecko daje sygnały, że ma jakiś problem, niekoniecznie związany ze swoją orientacją, lekceważymy go, albo czekamy, bo może wyrośnie z tego, albo idziemy do psychologa, który wyznacza termin za kilka miesięcy, kiedy pomoc potrzebna jest natychmiast (przykład kuzynka Maliiny, dziewczyny naszej bohaterki).

Nasza główna bohaterka, młoda dziewczyna właściwie też cały czas woła o pomoc, ona sama nawet czasem nie wie, że jej potrzebuje, ale gdzieś wewnętrznie krzyczy o nią. Niestety wchodzi na drogę powolnej destrukcji samej siebie. Jak się potoczy jej historia? Zakończenie mnie wryło w fotel i zostawiło smutną, z taką niewypowiedzianą ciszą…

To ważna książka apelująca o zmiany w systemie, który zwyczajnie często odmawia pomocy, bo nie ma personelu, środków, czasu… Tytułowa „Dolina Kwiatów” to najpiękniejsza nazwa dla cmentarza, jaka słyszałam.. choć cmentarz sam w sobie konotacji z pięknem nie wywołuje. Do tego ten przygnębiający, surowy klimat Grenlandii tak inny od duńskiego. Empatyczne i pełne gniewu jest pisanie Korneliussen. Idealnie przedstawia świat z perspektywy młodej dziewczyny, która szuka swojej przynależności, celu i pragnie po prostu być kochaną, taka jaka jest.. Momentami jest wulgarnie, odpychająco i mrocznie, ale w życiu jest przecież tak samo. Polecam.

„Dolina Kwiatów” Niviaq Korneliussen, tłumaczenie Agata Lubowicka, wydawnictwo Czarne 2022.

„Pokolenia w czerni” Jerzy Buczyński

Mam od jakiegoś czasu w sobie sporą fascynację Górnym Śląskiem, zaczęłam trochę zwiedzać te rejony na zasadzie krótkich, jednodniowych wypadów. Mam tam całkiem blisko pociągiem, a jakoś nigdy tego nie robiłam, dopiero teraz. Przyznaję, że zachwyca mnie ten region pod kątem architektury głównie, ale nigdy nie skupiałam się na historii. Będąc na Targach Książki w Katowicach oglądałam książki na stoisku wydawnictwa Vectra i wpadła mi w oko właśnie ta. Jest jeszcze część druga, którą również mam „Z czarnej ziemi”. Po lekturze tej pierwszej stwierdzam, że to świetna pozycja, by przybliżyć się nieco do tematu śląskiej tożsamości, ale przede wszystkim poznać losy głównych bohaterów, górników i ich rodziny. Akcja rozpoczyna się w 1945r, a kończy na początku 1948r., kiedy to nasi bohaterowie witają nowy rok w gospodzie „U Gintera”- miejscu spotkań we wsi Rydoszyce. Nie bardzo wiem czy taka wieś istniała naprawdę, bo nic nie znalazłam na ten temat – jeśli ktoś wie to niech da mi znać. Sam autor urodził się w Rydułtowach, więc być może jest to gdzieś (było) w tamtych okolicach, albo zostało zmyślone na potrzeby fabuły.

Poznajemy wspaniałych bohaterów, górników: Albina Kotulę i jego żonę Agnes, portiera kopalni „Blynder”: Zycha, Gerarda Kalymbę i Gertrudę Szkucikową (później jego żonę, znaną we wsi z naturalnych metod leczenia – pobrali się w wieku 70 lat, coś wspaniałego), Emila Czogałę i jego żonę Irenę, Konrada Tkocza i jego żonę Genię. Mamy też wspaniałego kościelnego Gerlasa i jego córkę Elwirę, która nacierpiała się podczas wejścia Rosjan do wioski, Jorgusia, który smali do niej cholewki, a niedawno wrócił z wojny, Karlika Klytę, który razem z Jorgusiem wyruszy w „tournee” po wsiach z repertuarem gimnastyczno-muzycznym, jako tak zwane „elwry”, mamy też sekretarza Marczuka nagabującego górników do donoszenia na innych i dołączania do PPR. Są tak zwane mamlasy ożarte, czyli różni pijaczkowie, są szabrownicy, którzy po przymusowych wysiedleniach niektórych Ślązaków do Niemiec, kradną po opuszczonych domach czy familokach.

Ale przede wszystkim w tej historii jest niezwykła więź mieszkańców Rydoszyc. Wszyscy po zakończeniu wojny chcą żyć normalnie, normalnie pracować i mieć spokojne głowy. Teraz, kiedy tworzy się Polska Ludowa, Ślązacy stają się narodem, który musi się dostosować, choć tego nie chce, bo nie chce zatracić swojej prawdziwej tożsamości. „Wojna się skończyła, a ludzi dalij dzieli się na takich i owakich! To kaj my w końcu som?! Czym my som?! Niymcami, Polokami a może Chińczykami?” – Som my i zawdy my byli Ślonzokami – powiedział poważnie Konrad Tkocz.- Yno, że ślepy los zdarził, że teroz Ślonsk zostoł prziłonczony do Polski. Beztoż na drugie miano momy teroz Poloki. Som my Polokami, yno że gorszyj kategoryje…”. I tak, większość dialogów jest pisanych gwarą, fonetycznie, łatwo jest ją zrozumieć, poza kilkoma słowami, nie miałam większych problemów i uważam, że to świetny zabieg autora, żeby zachować taką formę.

Śledzimy losy naszych bohaterów w normalnym życiu, a to jeden kupi wieprzka na świniobicie, drugiemu w krzyżu łupnie, trzeci zaś zginie w kopalni w zupełnie niespodziewanym momencie. Poznajemy pracę na „grubie” zjeżdżając z górnikami w ciasnej klatce, słuchając ich żartów, widząc ich wysiłek. Poznajemy też pracę tych, którzy na kopalni nie są zatrudnieni, kradną węgiel z hałd, albo pracują w gospodzie. Wszystkim towarzyszy cudowna, zdrowotna gorzałeczka, za którą daliby się pokroić, popijają zatem od święta i nie tylko :-) Jeden za drugim staje murem, pomagają sobie wzajemnie, kiedy trzeba powiedzą dobre słowo, a czasem nawet i się pobiją w imię sprawiedliwości i uczciwości. Bardzo polubiłam bohaterów tej książki. Pan Jerzy Buczyński stworzył barwną opowieść o ludziach z krwi i kości, którzy przeszli w życiu wiele, ale którzy nie tracą nadziei i nadal są wierni swoim przekonaniom. Bardzo polecam.

„Pokolenia w czerni” Jerzy Buczyński, wydawnictwo Vectra, 2015.

„Dygot” Jakub Małecki

„Każdego wieczoru stojący za stodołą wiśniowy smok podpalał słońce schodzące powoli z nieba. W rogu podwórka zardzewiały paszczarz zabierał się do gryzienia ziemi stalowymi kłami. Ożywał wiszący w stodole wąż – owijał się wokół krokwi i pożerał biegające w sianie myszy. Na poddaszu domu karły tańczyły ze sobą w milczeniu, szurając maleńkimi stopami. W studni budził się chichoczący skrzat, który za dnia ze znudzeniem powtarzał tylko obce głosy. Po polach biegały czarne potwory bez głowy, ale o setkach palców. Za drzewami ukrywały się chude istoty, których języki szeleściły o suche podniebienia. Milczący i bardzo wysoki starzec dziurawił niebo srebrną szpilką”.

Taką wyobraźnię ma Wiktuś, syn Janka Łabendowicza, który rodzi się z całkowicie białą skórą, białymi brwiami i włosami – normalnie nazwalibyśmy kogoś takiego albinosem, na przedwojennej wsi jednak jest to dziwak, ktoś chory, tudzież odmieniec, który tylko złe może przynieść na całą wioskę. Sam siebie nazywa bezbarwnym, jest introwertykiem, ale obserwując jego dorastanie, dojrzewanie, a potem już dorosłe życie widzimy, że i taka osoba może znaleźć swoje szczęście i miłość. Jego losy splatają się z Emilką, poparzoną w wybuchu granatu dziewczyną z rodziny Geldów z sąsiedniej wsi. Oboje doświadczeni przez życie ciągną swój wózek już razem, zakładając rodzinę i płodząc syna Sebastiana, nad którym nadal będzie krążyło ‚widmo’ ojca odmieńca.

Nie będę się zagłębiać w fabułę, bo właściwie nie da się nawet. To po prostu powieść o kilku pokoleniach dwóch rodzin Geldów i Łabendowiczów, które na przestrzeni wielu lat rozrastają się w wielkie genealogiczne drzewo. Śledzimy losy członków tych rodzin, losy, które są pełne różnych zawirowań, bo każdy z nich ma swoje problemy, tajemnice, czy przypadłości. Jedni lepiej radzą sobie z życiem, inni mniej. Niektórzy cierpią z własnej winy, innych skrzywdzono, wielu się miota w tych swoich życiach. „Życie to jest jeden, k****, wielki dygot” . Dużo w tej książce jest też okrucieństwa (np. wobec zwierząt) ale też i wobec ludzi. Sporo nawiązań do różnych wierzeń, podań czy ludycznych zabobonów.

Niemniej jest to piękna opowieść, której akcja rozciąga się aż do czasów współczesnych. Przyznaję, że ostatnie rozdziały już mnie nieco zmęczyły, chyba pojawiło się zbyt wiele postaci, których już nie rozróżniałam. Przyznaję też, że ciężko było mi się w ogóle wgryźć w lekturę na samym początku, bo styl Maleckiego jest dość specyficzny, a jak widać w powyższym cytacie, sporo tu realizmu magicznego, co nie musi każdemu się podobać. Koniec końców jednak wciągnęło. Bywało, że czasem myliły mi się osoby, ale i tak uważam, że jest to dobra książka, odważna i na pewno warta uwagi. Czy przypadnie do gustu wszystkim? Nie. Widziałam sporo negatywnych opinii ale i wiele zachwytów – ale o to chyba chodzi w literaturze, żeby było o czym dyskutować.

Czytałam ją na początku grudnia i niewiele już pamiętam szczegółów, nie potrafiłabym wskazać konkretnych postaci, imion i dopasować ich do ich historii, ale jest to książka, która na pewno zrobiła na mnie wrażenie. Cała historia jest nie pozbawiona specyficznego mroku, nostalgii, grozy przemijania, ale też wielu namiętności, radości – jak to w życiu. Po prostu. Na pewno jeszcze kiedyś sięgnę po coś Małeckiego, a „Dygot” był moim pierwszym spotkaniem z jego twórczością.

„Dygot” Jakub Małecki, wydawnictwo SQN, 2015