„Kosmiczne dziewczyny” Libby Jackson

DSC02831Druga książka o kosmosie jaką dane mi było przeczytać w tym roku. Właściwie to nie o samym kosmosie, ale o kobietach, które przyczyniły się do jego podboju. Jest tu dokładnie 50 historii 50-ciu kobiet z różnych krajów, z przełomu różnych lat, ale wszystkie te historie łączy jedno: pasja, chęć samorozwoju i przełamywanie barier stawianych przed kobietami w świecie ponoć męskich zawodów, takich jak: pilot, astronauta, kontroler lotów, badacz, geolog czy matematyk etc. 

Autorką książki jest Libby Jackson, która od wielu lat pracuje w brytyjskiej agencji kosmicznej, była jedną z koordynatorek wyprawy w kosmos brytyjskiego astronauty Tima Peake’a (o jego książce „Zapytaj astronautę” pisałam tutaj), oraz organizatorek programu edukacyjnego o kosmosie dla dzieci. Obecnie koordynuje pracę brytyjskich specjalistów od lotów załogowych i problemów związanych z mikrograwitacją. Postanowiła napisać tę książkę, która właściwie jest takim zbiorem krótkich życiorysów i najważniejszych faktów z życia wybranych 50 kobiet, po to by pokazać, że kobieta może osiągnąć to, o czym sobie zamarzy, że płeć nie ma tu znaczenia, że marzenia należy spełniać i nie przepuszczać żadnej okazji do rozwoju. Jeśli tylko się chce zostać kosmonautką, to można nią zostać. Oczywiście są pewne warunki: nieskazitelne zdrowie, umiejętność pracy w stresie i w zespole, zdolność podejmowania szybkich decyzji, no i oczywiście znajomość matematyki czy fizyki. Ale jeśli poza dobrym zdrowiem, jest też chęć i samozaparcie – to wszystkiego można się nauczyć. Nie tylko Libby Jackson jest tego przykładem.

Oto kilka kolejnych:

  • XVIII wiek, Francja – Emilie du Chatelet, która przetłumaczyła na francuski dzieło wybitnego naukowca, fizyka, Isaaca Newtona „Principia Mathematica” jednocześnie prowadząc swoje własne badania nad jego teoriami.
  • Mary Sherman Morgan – wynalazła hydyne, czyli paliwo rakietowe, które w 1958r. wyniosło w przestrzeń kosmiczną Explorera 1
  • Mary Jackson – niezwykle zdolna matematyczka, która dokonywała obliczeń jak najlepszy komputer, w mig wyłapywała w nich błędy, potrafiąc zakwestionować wyniki obliczeń swojego kierownika (mężczyzny!), pracowała w Nasa przy naddźwiękowym tunelu aerodynamicznym
  • Katherine Johnson, kolejna niesamowita matematyczka amerykańska, która wyliczała trajektorię lotów statków kosmicznych Mercury czy Apollo, tak by bezpiecznie sprowadzić je później na ziemię
  • kobiety z Waltham, nieznane z nazwisk, a nazywane „little old ladies”, włókniarki, które brały udział w stworzeniu ACG czyli komputera pokładowego Apollo. „Na język programowania składają się cyfry 1 i 0, które zapisane w postaci słów przekazują komputerowi informacje o pożądanych działaniach. Konstruktorzy komputera musieli posłużyć się w pamięcią rdzeniową, która zbudowana jest z pierścieni i cienkich miedzianych przewodów. Przewód przechodzący przez pierścień odpowiada cyfrze 1, a przewód omijający pierścień – cyfrze 0. Tak powstaje zapis instrukcji przesyłanej do komputera. Przyjrzawszy się swoim projektom, inżynierowie uznali, że do skonstruowania ACG potrzeba tysięcy drobnych części, które mogą powstać tylko dzięki mrówczej rzemieślniczej pracy”. I to właśnie te „starowinki”, emerytki ze stanu Massachusetts tworzyły te części: „Dwie kobiety siedziały naprzeciwko siebie przedzielone krosnem, odczytywały zapis programu komputerowego i przewlekały druciki przez pierścienie, podając sobie igłę z rąk do rąk. Było to żmudne zajęcie – „utkanie jednego programu mogło trwać miesiącami”. NIEZWYKŁE. W życiu bym się o tym nie dowiedziała, że kiedyś jakieś emerytki tworzyły oprogramowanie, od którego zależało życie kosmonautów tak naprawdę. 
  • Samantha Christoforetti, Włoszka, fanka „Autostopem przez galaktykę” Douglasa Adamsa, wyniesiona na orbitę do pracy na ISS czyli Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, obwołała wraz z załogą dzień 25 maja, Dniem Ręcznika :) Każdy kto czytał tę książkę Adamsa, będzie wiedział o co chodzi. Oczywiście nie tylko to było jej „osiągnięciem”, jako pierwsza Europejka spędziła jednorazowo w kosmosie najwięcej czasu, bo aż 199 dni i 16 godzin.

Mogłabym tu wymieniać jeszcze wiele nazwisk, bo każda z opisanych kobiet zasłynęła znacząco w świecie kosmonautyki czy astronautyki. Ich siła i inteligencja były ponad ich status społeczny, kolor skóry, narodowość czy płeć. Książka „Kosmiczne dziewczyny” jest naprawdę warta uwagi – nie tylko dorosłych, ale też młodzieży, która szuka własnej ścieżki. To niezwykle motywująca książka. Dziewczynom, kobietom pokazuje, jakie tak naprawdę mamy możliwości – wystarczy chcieć i pracować nad tym, walczyć o siebie. Chłopcom, mężczyznom z kolei pokaże, że płeć nie ma znaczenia, że szacunek należy się każdemu, że każdy (również kobieta) może pracować w męskim zespole, może tworzyć historię i być zwyczajnie mądrym i inteligentnym.

Książka, tak w ogóle jest pięknie wydana! Uwielbiam ilustracje (autorstwa studentów London College of Communication) i tę wklejkę z gwiazdozbiorami ! 

Polecam serdecznie, nawet jeśli nie interesujecie się kosmosem. Wystarczy interesować się człowiekiem. 

„Kosmiczne dziewczyny”, Libby Jackson, tłum. Ewa Borówka, wyd. Kobiece 2018.

Reklamy

„Morderstwo przy Rue Dumas” Mary Lou Longworth

622716-352x500„Miasto świętowało. Jeden z miejscowych piekarzy w podziękowaniu stworzył cukierki zrobione z pasty migdałowej i kandyzowanego melona, pokryte polewą cukrową – nazwał je calisson. Ten cukierek w kształcie migdała miał dla rodziców Marine i wielu mieszkańców Aix z ich pokolenia szczególne znaczenie. W mieście nie ustawały dyskusje, który z cukierników produkuje najlepsze”. 

Zaczęłam od tego fragmentu, ponieważ sentyment się we mnie obudził, kiedy czytałam tę książkę. Jakiś czas temu byłam na obrzeżach Prowansji we Francji i próbowałam tych cukierków, które ogromnie mi posmakowały i przypomniały klimat tamtego regionu. W kryminale M. L. Longworth, która mieszka od lat w Aix-en-Provence, jest taka francusko-włoska atmosfera – część dzieje się właśnie w Aix, a część w regionie Umbrii w Toskanii. Kryminał to dla mnie dość nietypowy, nie ma tu mroku i tajemnicy, do których przyzwyczaiły mnie skandynawskie książki. Przyznaję, że nieco mi tego brakowało i jakoś nie mogłam się dobrze wciągnąć w akcję. Koniec końców czytało się w miarę dobrze, ale nie zachwyciła mnie ta książka jakoś specjalnie. Może to wynika z nieznajomości pierwszego tomu? 

„Morderstwo przy Rue Dumas” jest tomem drugim serii z sędzią Antoine’m Verlaquiem i Bruno Paulikiem, komisarzem policji. Duet ten dopełnia dziewczyna Verlaque’a – Marine Bonnet, której matka pracuje na Uniwersytecie w Aix, na Wydziale Teologii. Dziekan tegoż właśnie wydziału, profesor Moutte, z francuskiego zwany „doyenem”, zostaje zamordowany w swoim gabinecie tuż po ogłoszeniu, iż nie zamierza jednak, jak wcześniej planował, wybrać się w najbliższym czasie na emeryturę, co jest dla wszystkich (zarówno pracowników wydziału, jak i studentów) sporym zaskoczeniem. Ktoś miał przecież zostać jego następcą, na pewno już wielu szykowało się na objęcie ciepłej, dobrze płatnej posadki i na zamieszkanie w niezwykłym apartamencie z basenem. Cóż, dziwnym trafem, okazuje się, że profesor Moutte nagle zmienia zdanie. Dlaczego?

Podczas przesłuchań, ani Verlaque, ani Paulik nie mogą znaleźć żadnego punktu zaczepienia a trzeba przyznać, że przesłuchania te są bardzo skrupulatnie prowadzone, oboje zadają dość konkretne pytania, są spostrzegawczy, co mi się podobało -nie ma tu jakiejś rozlazłości, czy niepotrzebnych dywagacji. Owszem są domysły, jak zawsze, ale w miarę szybko analizowane.

Dziekan Moutte przed śmiercią nie zdążył również ogłosić nazwiska zdobywcy prestiżowego stypendium Dumasa, co było najbardziej wyczekiwanym momentem przez dwóch studentów: Yanna i Thierry’ego (choć jak się okaże później, nie tylko przez nich). Gdyby nie oni i ich niecierpliwość oraz chęć zdobycia teczki z nazwiskiem laureata –  śmierć Moutte’a nie byłaby tak szybko odkryta. Ale przez to, oni też staną się podejrzanymi. Czy słusznie?  

Sama intryga kryminalna zaskakuje zarówno swoim rozwojem, jak i zakończeniem. To mi się podobało. Podobały mi się te wszystkie „okołośledcze” detale, czyli jakie, by tu wino kupić na kolację, opisy kolejnych słodyczy np. „canelés” – „Rozerwał opakowanie i wgryzł się w miękki środek przysmaku, zrobiony z rumu i wanilii. Ciastka były doskonałe, z wierzchu chrupkie i karmelizowane, wewnątrz chrupkie i karmelizowane”, a także dokładne opisy miejsc i architektury miasta, co mnie nie dziwi skoro autorka mieszka od 1997r. w Aix-en-Provence. Postaci też są dobrze opisane. Verlaque ma jakieś tajemnice  z przeszłości, Paulik z kolei fajną żonę i córkę, a Marine jest piękną, dobrą, kochającą ludzi kobietą. 

Irytowały mnie trochę fragmenty, w których studenci debatowali na temat kościoła klunickiego i kościoła cystersów (co było dla mnie dość nudne i ciężkie do ogarnięcia), ale rozumiem, ze teologia łatwą nauką nie jest. Brakowało mi troszkę tłumaczeń niektórych francuskich słów (ja akurat znam dobrze ten język, mam z nim na codzień do czynienia w pracy), ale dla kogoś kto nie orientuje się w słownictwie francuskim problemem może być choćby „le psy”, „rillette” czy „prépa”. 

Ogólnie zadowolona jestem z lektury, choć nie pieję z zachwytu. Niemniej jednak polecam, bo to zawsze coś innego, niż te mroczne kryminały ze Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. Krew się tu nie leje, psychopatów nie ma, ale jest ciekawie, trochę „luźniej” i inaczej. Warto spróbować. Pierwszy tom nosi tytuł „Śmierć w Chateau Bremont” i również ukazał się w tym roku.

„Morderstwo przy Rue Dumas” M.L. Longworth, tłum. Małgorzata Trzebiatowska, wyd. Smak Słowa 2018.

„Jacek i Agatka” Wanda Chotomska, Adam Kilian (ilustracje)

DSC03383Kultowa dobranocka lat 60-70 wreszcie ukazała się w wersji książkowej, ilustrowanej przez p. Adama Kiliana, twórcę tytułowych pacynek Jacka i Agatki. Sama nie oglądałam tej bajki, gdyż emitowana była przed moim rokiem urodzenia (1975r.) czyli bodajże do 1973r. Widziałam co prawda kilka odcinków już później, ale szczerze mówiąc słabo je kojarzę, dlatego wielką przyjemnością dla mnie było przeczytanie tej książeczki i zapoznanie się z tymi kultowymi pacynkami, dzięki uprzejmości wydawnictwa Wilga. 

Na samym początku kilka fotek przedstawiających wklejkę i ilustracje. Prawda, że ładne? Proste kreski, ładne kolory, którymi P. Adam Kilian narysował zwierzątka, drzewa, ludziki, tytułowego Jacka i Agatkę. Przyjemnie się to ogląda, myślę, że zarówno dorosłym jak i dzieciom się to spodoba. 

Czytając wstęp do książki dowiedziałam się, że to dzięki tej bajce ustanowiono 22 stycznia Dniem Dziadka, a bajka mimo, że czarno biała była niezwykle inspirująca dla dzieci, a także edukacyjna, bo dzięki niej dzieciaki poznawały „polskie tradycje i zwyczaje, odkrywały sekrety przyrody, dowiadywały się skąd czerpać pomysły na nowe zabawy i jak radzić sobie z dziecięcymi  problemami”.

I tak sobie czytałam tych 9 krótkich, opowiadanych przez Jacka i Agatkę historyjek. Wzruszałam się i uśmiechałam. No bo jak się nie wzruszyć, czytając o bocianie, co leci na wakacje do Egiptu, ale zaraz chce wracać do Polski, gdzie są najpiękniejsze na świecie łąki… Jak się nie uśmiechnąć, czytając o kocie, który chce spacerować w deszczu, zakłada kalosze, ale i tak moknie, a potem musi brać kotopirynę. Jak nie polubić dudków, którym ktoś uczesał czubki? I tak dalej, i tak dalej..  Mądry Jaś, mądra Małgosia i Pani Jaga sprzedająca pierniki, Czarny Piotruś, śmieszna wystawa pupili, bardzo pouczająca historyjka o lesie. Jednym słowem cudności. W dodatku mądre.

Na końcu książki mamy wspomnienia córki Pani Wandy Chotomskiej, Ewy, oraz dzieci Pana Adama Kiliana, a także samego Pana Adama, który podzielił się w 2015r. swoimi wspomnieniami o Wandzie Chotomskiej, a także o tym, jak to się stało, że powstała bajka o Jacku i Agatce. Sam zmarł rok później. 

Biorąc pod uwagę natłok bajek w dzisiejszych czasach, tych bajek telewizyjnych, warto jest zwrócić uwagę na te proste, delikatne w formie, mądre i pouczające bajki z tamtych lat, kiedy wszystko było szare i pozbawione kolorów. Sądzę, że teraz dziecko mogłoby się naprawdę wiele nauczyć oglądając „Jacka i Agatkę”. Bardzo polecam. Dzieciom i dorosłym :) 

jacek-agatka

„Jacek i Agatka” Wanda Chotomska, ilustracje Adam Kilian, wyd. Wilga, Grupa Wydawnicza Foksal  2018.

wakacyjne nabytki

Pierwszy stosik jest zakupiony, drugi poniżej to stosik recenzencki. Mam co prawda urlop, próbuję się z tym wszystkim wyrobić, choć ciągle jakoś po grudzie to wszystko. No ale… powolutku czytam i wreszcie mam spokojną głowę na tyle, by móc się porządnie skupić i ponadrabiać moje zaległości czytelnicze. (Długo oczekiwana książka Rafała Froni „Anatomia Góry” przybyła do mnie z autografem! ACH!)

DSC03377
zakupione
DSC03376
do recenzji

Jest tego trochę, oczywiście nie wspominając o wcześniejszych … nowe regały również będą, no bo wiadomo, trza to wszystko jakoś uporządkować, bo narazie walają się te książki wszędzie. Pozdrowienia dla zaglądających.

„Lucynka, Macoszka i ja” Martin Reiner

392352-352x500Literatury czeskiej nie było dane mi jeszcze czytać, chociaż mam kilka książek czeskich autorów na półkach. Ale wiadomo, półki pełne, a czasu ciągle mało. Niemniej jednak udało mi się przeczytać książkę brneńskiego autora i nie żałuję, bo to piękna opowieść.

Wydawnictwo Stara Szkoła wydało książkę Martina Reinera „Lucynka, Macoszka i ja” w 2015r, w Czechach ukazała się w 2009r. Sam Reiner jest jednym z bardziej znanych czeskich autorów – to poeta, prozaik, wydawca i  tłumacz jednocześnie. 

Ogromnie podobała mi się opowieść o nieśmiałym listonoszu, Tomaszu Mrozie, który jest zapalonym miłośnikiem książek. Jest koniec lat 80-tych, w czeskich szkołach czyta się tylko książki, jakie można dostać w socjalistycznej księgarni lub szkolnej bibliotece. Tomasz trafia na pewien wykład, odbywający się w prywatnym mieszkaniu, gdzie poznaje pisarza Pauknera zafascynowanego poezją Jerzego Macoszki – poety z Brna, który aktualnie przebywa na emigracji w Anglii, w jakimś domu wariatów. Paukner Tomasza fascynuje, zaraża go również swoją fascynacją i uwielbieniem dla Macoszki, co w konsekwencji przekłada się na podróż Tomasza do Anglii. A wszystko przez pewien tajemniczy liścik. Co odkryje Tomasz? 

Ale dla mnie, nie to było do końca najważniejsze. Najważniejsza była dla mnie postać Tomasza i jego odkrywanie samego siebie, swojej tożsamości poprzez relację z pięcioletnią Lucynką, którą nagle będzie musiał się zaopiekować. Jej matka, a dawna przyjaciółka Tomasza, trafi do szpitala ze względu na chorobę psychiczną. Lucynka stanie się dla Tomasza nową rzeczywistością, z początku przerażającą, dziwną, a potem całym światem, bez którego trudno będzie mu żyć. Cała ta sytuacja z jaką przyjdzie zmierzyć się Tomaszowi, uświadomi mu jak ważnym jest bycie szczerym, odważnym i oddanym człowiekiem. To nauczy go również akceptacji samego siebie i sprawi, że „wewnętrzne dziecko” (o ile mogę tak powiedzieć) Tomasza wydorośleje i stanie się bardziej świadomym i dojrzałym człowiekiem. To będzie jak przejście przez „tunel, na którego końcu zachodzi słońce. Nagle można wrócić”. I zmierzać na powrót w stronę światła. 

Relacja z małą Lucynką jest przedstawiona w bardzo intymny sposób, rzadko zdarza mi się czytać o tak pięknej relacji ojciec – dziecko w książkach (chyba tylko raz było to przy lekturze „Nikt mnie nie ma” Asy Linderborg). „Pocieszam i uspokajam sam siebie jak małe dziecko. Tak, Lucynka…  Punktem wyjścia musi być dla mnie to, że jest jeszcze bardziej bezbronna niż ja. I tym musimy się kierować, dzień po dniu, godzina po godzinie. Nie daje mi to spokoju, wstanę i idę sprawdzić co u niej. Oddycha spokojnie. „

To piękna, urzekająca i bardzo ładnym językiem napisana powieść. Z pewnością warto wyróżnić tłumacza – Pana Mirosława Śmigielskiego za tak dobry styl. Uniwersalna opowieść o poszukiwaniu. Siebie. Miłości. Sensu. Polecam.

„Człowiek prawie nigdy nie rozumie, co oznaczają dni, które właśnie przeżywa. Czasem przeczuwa, ale tylko odważniejsze, bardziej pewne siebie jednostki potrafią w pełni przylgnąć do tych nierozpoznanych chwil z pasją i oddaniem już w sekundach teraźniejszości. Ja nie potrafię. Ja przeżywam każdy swój krok, krzyk, czyn jakby trochę z boku”. 

„Lucynka, Macoszka i ja” Martin Reiner, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła 2015

„Prymityw. Epopeja Narodowa” Marcin Kołodziejczyk

DSC02830Książka dla mnie bardzo trudna w odbiorze, choć bardzo ciekawa. I nie, że nie polecam. Po prostu bywa tak, że nie wszystko idzie łatwo :) Marcin Kołodziejczyk jak dla mnie zdecydowanie lepiej sprawdza się w reportażach, a tym eksperymentem debiutu z powieścią sprawił, że się nieco umęczyłam :)

Ta powieść zwana „epopeją narodową” przedstawia Polskę wraz z całą jej groteskowością i stereotypami na przykładzie parunastu postaci z warszawskiej Pragi, a konkretniej z dzielnicy Szmulek zwanej Szmulowizną również, o ile się nie mylę.

Jest tu wiele zwyczajnego życia, zwyczajnej miłości i zwyczajnych czynności mieszkańców, którzy marzą o lepszej przyszłości, szukają szczęścia, dobrego zarobku i chcą żyć w miarę godnie. Postaci te mają swoje ideały, swoje często bardzo określone poglądy. Wszystko jest okraszone dość prymitywnym a czasem nawet bełkotliwym językiem, co właściwie nie dziwi… nowomowa internetowa, skróty myślowe są aktualne i popularne. Do tego te pozmieniane nazwiska polityków, domyślamy się o kogo chodzi i chichoczemy pod nosem, bo jakże nie śmiać się z Ronalda Błyska, Radosława Katyńskiego, czy Bożydara Jałowego. Choć to właściwie śmiech przez łzy. Parodia i szaleństwo.

W „Prymitywie” jest rzeczywistość Miesięcznic Krzyżowych, bo spada Samolot z Elitą. Są dyskonty, galerie handlowe, czarne interesy, smutny seks, pytania o głębszą doniosłość życia, ludzie z uczynną dłonią i chujowatością zarazem. Mamy Narodowych Katolików zwanych Narkatami, mamy brak tolerancji dla inności (taki Brygadzista Pachowicz na przykład), mamy górnolotne myśli typu: „Ty żeś myślał, że jak stoisz pod drzewem, na którym siedzą ptaki, to że one z tego powodu, że ty tam żeś stanął, przestaną srać?”

Mamy też bohaterów powieści: Jan Kwas, który „przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”, jest Ilona Żyła, która wyjeżdża do Warszawy w poszukiwaniu pracy i zmienia tożsamość na Wiktorię Wiedeńską, która „była pewna, że jeszcze wszystkim pokaże. Jebnie, błyśnie, w górę wypryśnie”, jest też Robert Poczęty, Andrzej Drella, Ewka Jagiellończyk i cała masa innych od praskich gangsterów poprzez pijaczków, sąsiadów i sąsiadki aż do kucharzy w restauracji San Escobar czy islamskich kebabistów w „In Vitro”. 

Książka Kołodziejczyka wymaga bardzo dużego skupienia zarówno nad treścią, jak i nad stylem, ale niesie w sobie wiele prawd i obrazu rzeczywistości, w której przyszło nam żyć, tej rzeczywistości „walącej prawdą po oczach jak mityczny Edek w ryj”. Sporo tu też, Wydaje mi się „przeintelektualizowanego pitolenia”, jak ja to nazywam, a także dziwnych zasad interpunkcji itp. Było to trudne doświadczenie, nie ukrywam, ale warto przeczytać.

I taki mały apel na końcu: „Wybieracie być we własnym kraju za halabardnika siedemnastego czy za główną rolę, kurwa wasza masa nieprzebrana!?” –  ;)

„Prymityw” Marcin Kołodziejczyk, wyd. Wielka Litera 2018

„Królik Franek” Marta Krzemińska

DSC03136

Nigdy nie recenzowałam książek dla dzieci na blogu, ale te dwie z serii „Królik Franek” są tak urocze i mądre, że żal byłoby nie opowiedzieć o nich. 

To bardzo pouczające historyjki opowiadające o przedszkolaku króliku Franku, który nierzadko znajduje się w sytuacjach, które mogą spotkać również naszego przedszkolaka, czy to w przedszkolu właśnie, czy w piaskownicy lub domu. Książeczki mają za zadanie nie tylko sprawić przyjemność lekturą, ale również pomóc naszemu maluchowi w zrozumieniu otaczającego go świata i ludzi. A i dorośli również mogą się z nich nauczyć tego, jak należy z maluchem rozmawiać. To króciutkie, zaledwie 30 stronicowe historyjki.

Pierwsza z nich, jaką mam to „Królik Franek i prawda o zaginionym telefonie”. Pokazuje ona jak ciężko czasem wyplątać się z malutkiego nawet kłamstewka i jak potem mogą dręczyć wyrzuty sumienia. Czytając dziecku tę historię, pokażemy mu, że kłamstwo jest złe, że nie warto niczego ukrywać, bo prawda i tak wyjdzie na jaw, że warto się przyznać do popełnionego czynu, choćby był z pozoru błahy, żeby mieć czyste sumienie. 

Druga książeczka „Królik Franek i historia nieśmiałego misia” uczy nasze dziecko, jak nie oceniać innych po pozorach. Pokazuje, że warto często wykazać więcej cierpliwości w stosunku do innej osoby, która początkowo może być wobec nas nieufna, bać się nas i być zwyczajnie nieśmiała. Świetnie jest to ukazane na przykładzie Misia, który przeprowadza się na osiedle Królika wraz ze swoją Mamą i trafia do tego samego przedszkola, co Franek. Jest nowy, zatem musi się oswoić z sytuacją. Jest też bardzo nieśmiały, co Franek początkowo uznaje za niechęć do siebie i zadzieranie nosa. Rodzice jednak mądrze tłumaczą maluchowi, że to nie tak, że trzeba dać Misiowi czas. 

Autorka przedstawia proste sytuacje, które zdarzały się nam w dzieciństwie i zapewne zdarzają się naszym dzieciom. Często o nich nie wiemy, dlatego ważna jest rozmowa z dzieckiem, obserwowanie jego zachowań. Na końcu każdej książeczki są bardzo pomocne dla rodzica pytania, które możemy dziecku zadać i które na pewno pomogą nam i jemu zrozumieć lepiej otaczającą rzeczywistość

DSC03140

Urzekające są tu również ilustracje, są bardzo przyjemne dla oka, to wielka przyjemność obcować z czymś tak prostym i (nie)zwyczajnie ładnym. Ilustracje są autorstwa Eweliny Jaślan Klisik, a treść książeczek opracowana została w konsultacji z psycholog dziecięcą Martą Żysko-Pałubą. 

DSC03139DSC03137DSC03138

Serdecznie polecam rodzicom i dzieciom w wieku przedszkolnym. W serii poza tymi dwiema książeczkami, jest jeszcze „Królik Franek i tajemnice dobrej zabawy”. 

Seria „Królik Franek”, Marta Krzemińska, wyd. Wilga, Grupa Wyd. Foksal Sp. z o.o. 2018