Stosik

Zanim wrzucę jakiś kolejny, normalny wpis, to pokażę nowe książki, jakie kupiłam, choć to tylko część, bo jeszcze w przyszłym tygodniu coś przyjdzie. No nie mam nic na swoje wytłumaczenie. Ale właściwie po co i komu ja się mam tłumaczyć. Wreszcie mam „Blade Runner’a” Dicka, którego jakimś dziwnym trafem nigdy nie czytałam (a wiele lat temu sporo książek tego autora pochłaniałam), mam też „Góralki, taterniczki, turystki” – widziałam tę książkę w Zakopanem, ale była droga, znalazłam nieco taniej w internecie, nie jest łatwa, bo to bardziej taka monografia naukowo pisana, ale o kobietach i bardzo ją chciałam. „Norwegia” wiadomo, bo Norwegia i zorze polarne. Kolejne wydawnictwo z Marpressu „Śmierć jeździ audi” – uwielbiam ich książki. Coś starszego, czyli „Świat według Garpa” za grosze i „Siostry” – thriller, też za grosze. Reportaż o Katowicach, parę polskich powieści m.in Zawada, który mnie zachwycił ostatnio, i „Sundial” najnowsza książka autorki „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy”. No i jeszcze wspomnę o „Wysepce” (tu tak bardzo spodobała mi się okładka, że dopiero potem zwróciłam uwagę na opis, ale on też zaciekawił). Miłego weekendu :)

„Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filip Zawada

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Filipa Zawady, bardzo udane zresztą. Jest to książka, w której mam pełno znaczników, bo właściwie co strona jest cytat, który mnie poruszył, zachwycił, zasmucił, dał do myślenia. Lubię opowieści, w których główny bohater ma tak celne obserwacje otaczającego go świata i ludzi. Trochę gryzł mi się tutaj sposób wypowiedzi włożony w usta 10-letniego bohatera, który no, nie ukrywajmy, raczej nie wypowiada się tak górnolotnie i ma tak głębokie przemyślenia, ale widocznie tak miało być. Może sam autor chciał przemówić w tych krótkich rozdziałach? Nie sądzę też, by 10-letnie dziecko używało tylu przekleństw typu: „Dzisiaj w szkole nagrzeszyłem, bo tak wkurwiłem Bastka, że mi cały nos rozjebał z szału”., (choć kto wie), ale też to nie znaczy, że mi to przeszkadzało. Nie mam aż tak wrażliwych uszu.

Cała powieść to dość krótkie rozdziały, czasem nawet jednozdaniowe, rzucone mimochodem myśli, które no, rozwalają. Są tak dobre i tak szczere, często łapałam się na tym, że właściwie sama bym mogła to powiedzieć, ale nie raz się obawiałam, albo nie umiałam odczuć ubrać w słowa. Albo dopiero po przeczytaniu dochodziło do mnie „kurczę, chyba tak jest faktycznie”, „a może widzę świat podobnie”, „ludzie to idioci”.

Przykra jest sytuacja głównego bohatera, bo jest on znajdą, tudzież bękartem, jak sam się nazywa. Przebywa w domu dziecka prowadzonym przez zakonnice, które obserwuje, o których ma różne opinie. Dodatkowo jest to wieś, gdzie wszyscy się znają, gdzie widać różne grzeszki mniejsze i większe jak na dłoni. Franek, bo tak ma na imię chłopiec, relacjonuje co się dzieje w domu dziecka, który nazywa domem naszego Pana. Myśli dużo o śmierci, bo też dużo o niej słyszy i widzi. „W szpitalu, który jest obok kościoła umiera codziennie wielu ludzi. Widzę ich czasami, jak wyglądają przez okna, żeby nacieszyć się słońcem i powietrzem, a później się kładą i już ich nie ma. Wszyscy zaczynamy umierać od serca, później ginie mózg, a na samym końcu dusza, która umiera ze smutku”.

Franek ma kota: Szatana, czarnego, którego pozwalają mu trzymać siostry. Ten kot nie ma snów, jak mówi Franek, za to Franek ma ich mnóstwo. Z nich tworzy potem przerażające bajki, które opowiada kolegom. Tęskni za matką, za ciepłem domu, którego nie jest mu dane doświadczyć, widzi kolegów, których adoptują jacyś ludzie, ale jego jakby nikt nie dostrzegał, nie chciał. „Po czym można poznać, że jest się twardszym niż inni? Po tym, że się nie płacze ani wewnątrz ciała, ani na zewnątrz. Jest się jak robot, który nie rdzewieje, kiedy się go polewa wodą z solą. Ja dzisiaj nie płakałem, więc jestem jak robot”. O ludziach mówi, że są jak korniki, które zjadają drzewo, w którym żyją, ale dopiero po czasie zdają sobie sprawę, że sami są tym drzewem. Mogłabym tu jeszcze wymieniać tematy, o których mówi Franek, ale no, sami przeczytajcie. Rzeczywistość opisywana przez niego nie jest optymistyczna i radosna, choć bywają wesołe momenty też w jego życiu. Niemniej, głównie z tego wszystkiego wyziera ogromny smutek i tęsknota.

Wspaniała lektura, dająca wiele do myślenia, pobudzająca emocje, wzruszająca i mądra. Bardzo dobrze podsumowała ją Małgorzata Halber na okładce: „Zawada stworzył (dziecięcego) bohatera, który próbuje wytłumaczyć sobie świat, sprowadzając język do słów najprostszych. Dzięki temu osiągnął syntezę ludzkiego doświadczenia, pełnego niepokoju, do którego nam dorosłym wstyd jest się przyznać”.

Ja polecam i na pewno sięgnę po najnowszą książkę Zawady, którą już sobie kupiłam, czyli „Weź z nią zatańcz”.

„Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filip Zawada, wydawnictwo Znak, 2019.

„Kult” Łukasz Orbitowski

Pierwowzorem postaci Henia Hausnera jest Kazimierz Domański, ale jak mówi autor to jednak dwie różne osoby,„dzieli je inteligencja, charakter, wiek, temperament, otoczenie, a przede wszystkim rodzina”. Domański nazywany był mistykiem i wizjonerem, choć jego objawienia nie zostały uznane przez kościół katolicki. Był też inicjatorem budowy prywatnej świątyni Matki Bożej Królowej Wszechświata Bożego Pokoju. Podobnie jak Henio w „Kulcie” posiadał działkę, gdzie w latach 80-tych mieszkał i gdzie po raz pierwszy objawiła mu się Matka Boska nakazująca uzdrawiania ludzi. Wybudował wtedy z darowizn kaplicę, dom pielgrzymkowy na tej swojej działeczce, a pątnicy (w książce zwani „jeremiaszami”) ściągali gremialnie z całej Polski. Resztę życiorysu Domańskiego znajdziecie w internecie, natomiast Henio z Oławy to postać stworzona przez Orbitowskiego w sposób absolutnie wspaniały.

Poznajemy go dzięki rozmowie autora z jego bratem Zbyszkiem. To on właśnie opowiada całą historię prostym językiem, ale bardzo celnie i interesująco. Przebija z jego słów ogromna miłość do brata, który był prostodusznym człowiekiem, bardzo oddanym rodzinie, ale też bardzo potrzebującym uwagi. Chyba dzięki objawieniom wreszcie udało mu się zaistnieć, stać się kimś znanym, ważnym, potrzebnym, choć wcale nie uderzyła mu do głowy woda sodowa. Kiedy uzdrawiał czy modlił się – czuł się spełniony. „Nie wiem kiedy Henio się zepsuł i nie rozumiem czemu właściwie ludzie się psują. Dlaczego jednego dnia taki czy owaki, jest zupełnie normalny, a drugiego już nie. Ma rodzinę, pracę, przyjaciół, interesuje się czymś, coś tam lubi a nagle widzimy go bez tego wszystkiego. Zostają mu gołe dni bez żadnego sensu i żadnej miłości. Tak też podziało się z Heńkiem, za młodu był zupełnie normalny, a ja nie potrafię wskazać momentu, kiedy mu się spieprzyło” – mówi Zbyszek sceptycznie. On sam nie wie, czy wierzy w te objawienia… właściwie to sam nie wie, co się dzieje – widzi brata, o którego się boi, który według niego „oszalał”, ale z drugiej strony cieszy się, że Henio jest szczęśliwy w tym, co robi. Daje mu zwyczajne poczucie wolności, choć w środku pęka ze strachu i niemocy i jest rozdarty między swoimi uczuciami, a opinią sąsiadów czy partii. W końcu mamy lata 80-te, kiedy Jaruzelski trąbi o religijnej ciemnocie, esbecy szantażują, a beznadzieja prowincji Polski Ludowej jest tak smutna i szara, że atrakcja w postaci „wariata” widzącego papieża w pokoju, albo latające anioły, jest czymś bardzo pożądanym, choć i niebezpiecznym dla samego Henia i dla pątników, których Milicja Obywatelska przegania i pałuje. Natomiast sam Zbyszek (genialnie wykreowana postać), miejscowy fryzjer, jest człowiekiem poczciwym, ale niestety grzesznym, co doskonale portretuje w nagrywanej rozmowie z nim, Orbitowski. On też sporo przeżył i wiele się o nim dowiemy.

Dodatkowo dochodzi motyw powodzi tysiąclecia, niejako przewidywanej od dawna przez Henia, co burzy nieco Zbyszkowi obraz „szalonego” brata (może on jednak faktycznie coś widzi?).

„Kult” to obraz społeczeństwa tamtych lat żyjącego w małym miasteczku, które mimo otaczającej go szarości i beznadziei, ma swoje grzechy, przywary, ale też zalety. Żyje sobie spokojnie w nudnym miasteczku, ale zna swoją wartość i widzi więcej (albo chce widzieć więcej) niż chce się mu wmówić.

To wspaniale napisana, mądra powieść o relacji braterskiej, o miłości mimo wszystko, ale też o naszej podatności na uwierzenie w cokolwiek, co nam się wmawia. Tytułowy kult religijny czy kult jednostki, który tak bardzo charakteryzuje nasz naród jest tu genialnie przedstawiony. Bardzo dobra książka napisana zarówno z humorem, ale i pewnego rodzaju wrażliwością i czułością.

„Kult” Łukasz Orbitowski, wydawnictwo Świat Książki, 2019.

„Słoń z Étretat” Joanna Stoga

Książkę (pięknie zapakowaną zresztą) dostałam przedpremierowo od autorki jakiś czas temu. Trochę czasu minęło, ale w końcu siadłam do lektury i przeczytałam w dwa dni niemożebnie się wciągając w historię Kassi, głównej bohaterki, która po śmierci matki musi zaopiekować się swoim chorym ojcem. M., bo tak nazywa go Kassi, cierpi na swoiste zaburzenia psychiczne, które pojawiły się po śmierci Teo, jego syna a brata Kassi. Ojciec zamknął się w sobie, przestał mówić, zachowuje się jak dziecko, które jeszcze nie zna dobrze świata, żyje w swoim, w którym czuje się bezpieczny, coś tam sobie pomrukuje, czasem chodzi w kółko, lubi bawić się klockami albo tworzyć kasztanowe ludziki. Człowiek taki jak on, wymaga codziennej, stałej opieki i Kassi musi przekręcić swoje życie o 180 stopni, aby dostosować się do wymaganej rutyny. Musi pracować z domu, co nie do końca jest dla niej korzystne, nie ma zbyt wiele czasu dla siebie, dla przyjaciół, czuje się w tym wszystkim zagubiona, samotna i wydaje jej się, że nie podoła. Podobało mi się ujęcie tej relacji córka – ojciec, która stopniowo zaczyna nabierać kolorytu. Mimo tego, że do ojca nie ma jakby ‚dostępu’, to małymi krokami Kassi pokonuje coraz to trudniejsze momenty i to sprawia, że oboje zaczynają się jakoś ‚dogadywać’. Pokazanie czytelnikowi człowieka z zaburzeniami jest niezwykle wartościowe i celowe, bo jest wśród nas wiele takich osób, które czy to właśnie chorują, czy też tych, które muszą poświęcić swoje życie (tudzież jego dużą część) dla chorego rodzica.

„Ty też nie musisz się składać na ołtarzu. Wiesz o tym? – Wiem, tyle że już dawno się do niego przybiłam i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć jak wyjąć gwoździe”. To dlatego, Kassi w pewnym momencie jest zmuszona do skorzystania z całodziennej, dodatkowej opieki. I tak, w domu pojawi się pani Brygida, bardzo charakterna, zasadnicza ale też ciepła osoba, która wniesie wiele do całej historii, a potem poznamy jeszcze innego opiekuna, który również stanie się ważną częścią opowieści. Zresztą jest tu cała plejada barwnych postaci (przyjaciółka Baśka, cudowny sąsiad, znajomy Emil) oraz … muzyka (głównie Miles Davis) które to stanowią naprawdę duże atuty powieści.

Podobało mi się bardzo pokazanie, jak wsparcie bliskich, ich przyjaźń i ich różne doświadczenia wpływają na ogląd rzeczywistości Kassi i zmieniają ją w osobę, którą zawsze chciała być: w kogoś potrzebnego i ważnego. „Najbardziej boli ją, że matka jej nie szanowała, że nie widziała w niej osoby wartej uwagi”. Kiedy jeszcze żył Teo, Kassi zawsze była na drugim planie. To on zajmował podium, był towarzyski, wiecznie uśmiechnięty, inteligentny, zabawny – wszyscy go kochali, przyjaciele, matka, ojciec. A kiedy Teo ginie w wypadku, życie ich wszystkich staje się bezbarwne i nijakie. Relacja Teo i Kassi była jednak wyjątkowa. Ona zdaje sobie z tego sprawę dopiero po latach, kiedy udaje się do francuskiej Normandii, by spojrzeć jeszcze raz na tytułową formację skalną i przypomnieć sobie, co wydarzyło się kiedyś na wspólnych wakacjach. Dopiero wtedy dotrze do niej, że gniew, jaki w niej buzował można teraz przekuć na miłość, a towarzyszące jej przez lata ciągłe poczucie odrzucenia towarzyszyło nie tylko jej, ale też ojcu. Dlaczego? Czy po latach można wreszcie przejść ostatni etap żałoby i uwolnić się od dramatów, które bolały przez ten czas? Dojrzeć w swoim myśleniu i zachowaniu? Zrozumieć siebie i nie tylko siebie?

To bardzo ciepła i mądra powieść. Głęboka w treści, ale lekka w lekturze. Wartościowa. Polecam (również polecam wcześniejsze opowiadania autorki: „Las, pole, dwa sobole”, o których pisałam tutaj.)

„Słoń z Étretat” Joanna Stoga, wydawnictwo Seqoja, premiera książki: wrzesień 2022

„Kąpielisko” Libby Page

„Dociera na kąpielisko codziennie o siódmej rano. Po przebraniu się w kostium popycha drzwi szatni i wychodzi na chłodne powietrze. Ma ochotę uciec, ale zbliża się do krawędzi basenu – jej stopy dochodzą do niej trzy minuty później niż umysł. Jej wola jest silniejsza niż ciało – starzejąc się, nauczyła się cierpliwości. Podchodząc do drabinki, patrzy na pozostałych pływaków: basen wypełniony jest przecinającymi powierzchnię wody ramionami. Rozpoznawalne twarze mają tylko ci, którzy pływają żabką, Schodząc po stopniach drabinki, Rosemary czuje się jak drzewo na wietrze. Jej konary skrzypią. Odrywa się od poręczy i oddaje wodzie, pozwala, by otoczył ją jej chłód, i przyzwyczaja się do temperatury. Odpycha się nogami od ściany. Powoli wpływa w mgłę. Nie widzi końca toru, ale wie, że jeśli nie przestanie poruszać nogami, w końcu do niego dotrze. Rosemary na osiemdziesiąt sześć lat, ale w wodzie jest wiecznie młoda”.

Rosemary miała kiedyś męża, w którym była ogromnie zakochana. Od jakiegoś czasu jest już wdową, ale w jej wspomnieniach George nadal pozostaje żywy. Ich pierwsza randka odbyła się właśnie na lokalnym kąpielisku, które w Brixton istnieje od lat. Basen jest miejscem spotkań łączącym pokolenia. Wiele miejsc w Brixton nie przetrwało, ale kąpielisko istniało zawsze. Teraz wielka firma wykupiła teren i chce przebudować basen na korty tenisowe, bo uważa, że to będzie bardziej rentowne. Nie ma sensu przecież utrzymywać kąpieliska, które działa tylko sezonowo, a skoro w Londynie jest wiele innych, wspaniałych basenów, dużo większych i bardziej nowoczesnych niż to, to tym bardziej zalejmy kąpielisko betonem. Do napisania artykułu na ten temat wyznaczona zostaje Kate – dziennikarka lokalnej gazety, która do tej pory zajmowała się nic nie znaczącym wypełnianiem łamów gazety poradami, przepisami itp. Temat likwidacji kąpieliska wydaje się być tematem prostym, ale ważnym dla kariery Kate. I na tym właściwie skupia się fabuła: na procesie tworzenia artykułu, który powstaje na bazie rozmów z mieszkańcami Brixton. To właśnie te rozmowy i poznawanie ludzi, korzystających z lokalnego basenu staną się niezwykle ważne nie tylko dla samej historii, ale też dla rozwoju Kate, która nagle mocno zaangażuje się w protest przeciwko likwidacji basenu. Czy zatem uda się tytułowe kąpielisko zachować? Jakimi argumentami posłuży się Kate?

Ta niby z pozoru banalna powieść obyczajowa niesie ze sobą jednak bardzo dużo ciepła i wzruszeń. Kiedy czytałam wspomnienia Rosemary, którymi przeplatana jest fabuła książki, autentycznie czułam smutek i nostalgię za młodością, która tak szybko przemija, wzruszenie, gdy mówiła o George’u i o ich miłości trwającej nawet, gdy ta druga osoba odchodzi już na zawsze. Piękna jest osobowość Rosemary, kochają ją sklepikarze, a z czasem pokocha ją również Kate, dla której staruszka będzie nie tylko przyjaciółką, ale także wentylem dla odkrycia samej siebie i swoich własnych możliwości.

Kate z kolei jest osobą, która w Brixton nie zna zbyt wielu ludzi, introwertyczka z napadami paniki, wreszcie wychodzi ze swojej strefy komfortu … wchodząc do basenu. Nie pływała od lat, ale kiedy Rosemary obiecuje jej opowieść o swoim życiu (do artykułu) w zamian za to, że Kate przepłynie basen, strach powoli odchodzi. To dzięki staruszce Kate otwiera się na ludzi, poznaje Brixton (które zresztą jest w tej powieści świetnym tłem), zauważa nowe miejsca, częściej się uśmiecha i już nie traktuje się jak wariatkę, która siedzi na chodniku i wyje z rozpaczy, bo dostała ataku lęku. „Ciężko jest cokolwiek zauważyć, kiedy chodzi się ze wzrokiem wbitym w ziemię”. Samo pływanie zresztą staje się dla Kate czymś niesamowitym, dzięki niemu znikają stres, lęk i przez chwilę można poczuć się lekkim i wolnym.

Kiedy społeczność Brixton zaczyna walkę o kąpielisko, widać bardzo wyraźnie, jak łatwo jest się zjednoczyć we wspólnym celu. Ludzie często sobie obcy, zamieszkujący jakąś dzielnicę, znający się tylko z widzenia, nagle zaczynają się wspierać, wspominać przeszłość, dostają skrzydeł. Okazuje się, że każdy z nich ma z kąpieliskiem inne wspomnienia. Dla jednego to miejsce na randkę, dla innego symbol wakacji i wolności, a dla rodziców na przykład „wspomnienie pierwszego przepłyniętego przez pociechę basenu. Momentu, w którym trzeba je puścić i pozwolić, by rozwinęło skrzydła”. Zamknięcie kąpieliska oznaczałoby definitywny koniec wszystkiego, koniec może nawet czyjegoś życia?

Libby Page stworzyła bardzo ciepłą i podnoszącą na duchu powieść. Finał lekko mnie rozczarował, bo wydał mi się troszkę niedopracowany, ale i tak wzruszył. To dobra książka, taka, w której kibicuje się bohaterom, która jest pokrzepiająca, ale nie cukierkowa. I pomyśleć, że to debiut autorki. Chętnie sięgnę po kolejną książkę Libby Page, jeśli oczywiście takowa się pojawi. Polecam.

„Kąpielisko” Libby Page, tłumaczenie Maria Borzobohata-Sawicka, Wydawnictwo Czarna Owca, 2018.

stosik

Mam kilka zaległych notek do napisania, bo trochę udało mi się przeczytać na urlopie i potem zwolnieniu covidowym, niemniej nie mogę się zebrać, jeśli chodzi o natchnienie/motywację. Nie widzę większego sensu ostatnio w pisaniu na tym blogu, który ma tak niewiele wyświetleń i reakcji jakichkolwiek, że po prostu odechciewa mi się.

Zatem, dziś wrzucam fotkę moich zakupów ostatnich. Są różnorodne, no bo i powieści i reportaże, i trochę fantastyki (Dick, którego namiętnie czytywałam lata temu). Najbardziej ciekawią mnie jak na razie dwie ostatnie na górze, szczególnie ta cieniuteńka o pięknym tytule z wydawnictwa „Lokator”: „Pewnego dnia zbiorę wszystkie słowa i wejdę do lasu”. i reportaż „Columbine” o strzelaninie w amerykańskim liceum, która miała miejsce w 1999r. Z kolei „Pięcioro małych Indian” ma się kojarzyć z „27 śmierci Toby’ego Obeda” (opisywany problem wykluczenia i braku akceptacji przez innych) – tej też jeszcze nie czytałam. Mam sporo zaległości ale nie jestem w stanie się rozdwoić i spędzać życia tylko na czytaniu.

„Niewinny” Graham Moore

Książki z gatunku thrillerów prawniczych nigdy nie były w sferze moich dużych zainteresowań, ale skuszona wspaniałymi, entuzjastycznymi recenzjami, blurbami, zachętami, sięgnęłam po „Niewinnego”. Tytuł oryginalny „The Holdout”, który zapewne oznacza zupełnie coś innego, być może z terminologii prawniczej – nie wiem, „stawianie oporu?” tu został przetłumaczony na „Niewinny”. Czy słusznie nie wnikam, bo nie znam się na angielskim aż tak dobrze…. No i tak sobie myślę, że czasem ten zapał i blurby w social mediach, zachwyty w recenzjach i nawet 2 strony polecajek w samej książce bywają bardzo zwodnicze. Są tu czasem dziwaczne zdania typu: „zbrzydzila mnie” albo „wrazić nóż w ciało” – nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy może oryginału, dodatkowo multum postaci i ich życiorysy, które jakby niczego tu nie wniosły (te życiorysy) i na pewno nie było tu jakiejś mistrzowskiej akcji.

Pokrótce: mamy dawno odbyty już proces czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o zabójstwo córki pewnego potentata z Los Angeles. Dodajmy do tego fakt, że miała ona 15 lat, a on był jej nauczycielem, więc wiadomo, romans z niepełnoletnią. Ławnicy wybierani w Ameryce spośród zupełnie przeciętnych osób decydują o niewinności oskarżonego. Decyzja ta zostaje podjęta po wielu dniach debat, rozmów, przekonywania, bo początkowo wszyscy uważają Bobby’ego za winnego. To Maya – jedna z ławniczek pisze na karteczce „niewinny” – jako jedyna. Udaje jej się z czasem przekonać pozostałych ławników do swojej racji, ale czy faktycznie oni wszyscy są szczerzy i zgadzają się z ogólnym wyrokiem?

Proces był 10 lat temu, teraz jeden z ławników ponoć ma nowe dowody w sprawie i chce je ujawnić, ale nagle zostaje zamordowany. Podejrzaną o morderstwo zostaje Maya. Teraz ona będzie musiała udowodnić swoją niewinność, bo przecież ona dokładnie wie co robiła w czasie, kiedy znaleziono ciało Ricka. Co się zatem wydarzyło? Czy Bobby faktycznie był niewinny?

Wszystko byłoby całkiem spoko z tą książką, gdyby nie to, że kompletnie pogubiłam się w tych wszystkich osobach, w zawiłościach amerykańskiego prawa (a ta książka jest do bólu amerykańska), w zbyt pogmatwanym jak dla mnie wyjaśnieniu całej sprawy Bobby’ego. Porównania tej książki do filmu „12 gniewnych ludzi” to kompletna pomyłka. Tu nie ma takiego napięcia jak w tym filmie, tu wszystko jest według mnie albo zbyt poplątane albo zbyt chaotyczne i po łebkach. Nie ma tu nic z atmosfery suspensu. Maya wydaje się osobą bez polotu, niby wykazuje się silnym charakterem i upartością w swoim własnym śledztwie, ale jednak coś mi nie grało z jej postacią. Trochę to wszystko jest przewidywalne i nijakie, przeciętne. Nie wzbudziła ta książka we mnie żadnych emocji, poza irytacją. Jedyne co mnie zaskoczyło to zakończenie. Tu faktycznie troszkę na plus, ale generalnie jestem na nie.

„Niewinny” Graham Moore, tłumaczenie Dorota Konowrocka – Sawa, wydawnictwo W.A.B, 2020.