„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol

DSC08056

„Ściana jest gładka, śliska, jednolita, mróz sięga 50-60 stopni, lód jest strasznie twardy. Czerń nocy ukrywa przede mną dalszą częśc drogi – i całe szczęście! Dzięki temu nie czuję się wessana przez pustkę, wabiona przez otchłań. Poślizgnięcie się na tym polu lodowym oznacza dla mnie koniec, poruszam się więc z najwyższą ostrożnością. Wkrótce zaczynam czuć, że góra emanuje spokojem, a ciemność nocy paradoksalnie mnie zabezpiecza. To wszystko razem wydaje mi się nieprawdopodobne, nierealne. Schodzę w nocy, bez latarki czołowej, drogą, której nie znam, nie mając żadnego sprzętu – ani czekana, ani przyrządu zjazdowego, ani blokera, śrub lodowych czy liny dynamicznej. Nie piłam niczego od co najmniej pięćdziesięciu pięciu godzin. W zasadzie nie spałam od osiemdziesięciu godzin, nie licząc majaczeń i halucynacji zeszłej nocy. […] Moje myśli krążą w kółko – trzymać palce rąk w cieple, ruszać palcami stóp, mrużyć oczy, żeby nie stracić wzroku. Palce w cieple, palce nóg w ruchu, mrużyć oczy, bo wzrok. Schodzić”.

Większość z nas śledziła zapewne styczniową akcję ratunkową na Nanga Parbat w 2018r. To już dwa lata od momentu, kiedy Denis Urubko, Adam Bielecki, Jarosław Botor, Piotr Tomala (członkowie pobliskiej Zimowej Narodowej Wyprawy na K2) heroicznie uratowali ledwo żywą Elisabeth Revol, która razem z Tomkiem Mackiewiczem zdobyła ten himalajski szczyt. Tomka nie udało się uratować, został na zawsze w szczelinie 800m pod szczytem. Jego ostatnie słowa do Revol to „Jest mi zimno. Chcę odpocząć”.

Ta książka (jak zarzuca wielu) wcale według mnie nie jest pędem ku sławie i chęcią zarobienia pieniędzy przez autorkę na tej historii. Obrzydlistwem jest coś takiego mówić. Jak sama autorka przyznaje, i jak też potwierdziła ostatnio żona Tomka Mackiewicza, ta książka jest terapią dla obu pań, a zyski z jej sprzedaży mają wspomóc budowę wodociągu w dolinie Diamir, o czym marzył Tomek. Elisabeth w swojej książce powraca do bolesnych emocji. Konfrontuje się z nimi, wyrzuca je z siebie, ale przede wszystkim mówi jak było, jak się czuła, kiedy musiała zostawić partnera.

Opowiada o swoim uzależnieniu od gór, o uzależnieniu Tomka od gór. O tym jak cudownie się dogadywali, rozumieli i jaka piękna przyjaźń ich łączyła. Jak zatem można zostawić przyjaciela? Skazać go na pewną śmierć, powiedzą inni? Czy to był egoizm? Nie…

Elisabeth zostawiła Tomka, bo cały czas była przekonana, że obiecany helikopter z pomocą ratunkową przyleci. Ona musi tylko zejść niżej, byc „drogowskazem”, ażeby ratownicy z helikoptera mogli wylądować w pozwalającej im na to wysokości, a potem pójść po Tomka. Przez wiele godzin pojono ją tą nadzieją, niedomówienia z urzędnikami pakistańskimi, brak pieniędzy i ogólna opieszałość sprawiły, że helikopter nigdy nie przyleciał. Elisabeth musiała spędzić prawie trzy noce sama, bez namiotu, wody, jedzenia, sprzętu, schodząc w dół, nocą, drogą, której nie znała. Przed nią był kuluar Kisshofera – stromizna, po której nie da się zejść bez lin i całego sprzętu. Ona nie miała nic. Dodatkowo cały czas bała się o Tomka. Miała nadzieję, że w tej szczelinie da radę, ale przecież już wtedy, jak go zostawiała, był ślepy, zamarznięty, z obrzękiem mózgu i krwawieniem z dróg oddechowych. Nie było szans, ale nie docierało do niej, że on umiera. Mimo, że wszedł na szczyt, już nie zobaczył, jaki się z niego roztacza widok…. bo już tam powiedział do Revol, że przestaje widzieć. 

Kto popełnił błąd i kiedy? Czy słusznie oboje zdecydowali, że mimo późnej pory wejdą wreszcie na ten szczyt? Mogli się wycofać te 90 m przed. „Oboje byliśmy odpowiedzialni za tę tragedię, za lawinę drobnych błędów, które doprowadziły nas do katastrofy. Nie umiałam sprowadzić Tomka, to moja wina. Tomek nie był w stanie zrezygnować, zawrócić i zejść – to była jego wina. Ale tylko Tomek zapłacił za to najwyższą cenę i tylko ja została przy życiu”, mówi Revol.

Revol w tej książce pokazuje jak słabą i delikatną jest osobą, choć silną fizycznie i mocno stojącą na nogach, mówi o tym, jak ciężko było jej się uporać z całą tą sytuacją, pogodzić ze śmiercią przyjaciela, stawić czoła wiadrom pomyj wylewanym na nią po powrocie. Czytałam jej zmagania na wstrzymanym oddechu… Niewyobrażalna to dla mnie sytuacja. Niewyobrażalna. Dobrze, że Revol ma kochającego męża, który podczas tych tragicznych nocy cały czas ją wspierał w smsach, podobnie jak jej przyjaciel Ludovico, który informował ją o wszystkim, dawał nadzieję i otuchę, a w internecie relacjonował przebieg całej akcji i dzielił się najświeższymi lokalizacjami Elisabeth. Kolejnym włoskim przyjacielem, wspomnianym w książce przez Revol, jest Daniele Nardi, który niestety rok później razem z Tomem Ballardem zginęli na Nanga Parbat. Jak mówi Revol „Nanga pokazała swoje złowieszcze oblicze”. 

Książka jest próbą przekazania własnymi słowami, emocjami, sumieniem tego co czuła i czuje nadal Elisabeth Revol. Jej pożegnalny list do Tomka i słowa o polskich himalaistach, którzy ją uratowali są naprawdę niezwykle emocjonalne i wzruszają. To również opowieść o niewyobrażalnej woli życia i niezależnie od tego, co myślą ci siedzący na kanapach i mądrujący się z ciepłego domu, to dowód na nieludzką wręcz siłę i odwagę. Jednocześnie, ta „spowiedź” pokazuje również, jak trudna jest walka o wewnętrzny spokój, jak ciężko jest żyć po takiej traumie, jak mocno boli i jak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Revol odrodziła się wchodząc samotnie na Everest i Lhotse w zeszłym roku. Jak mówi, by „skończyć z pasją, która sprawiała, że żyłam intensywnie, ale która mnie pożerała, niewoliła, była obsesją, czasem wręcz czymś poza mną, ode mnie niezależnym. [….] Wyruszyłam na Everest spokojnie, bo szukałam już czegoś innego. Nie byłabym dziś w stanie znów związać się z kimś liną i ruszyć na trudną drogę, a już na pewno nie mogłabym za nikogo brać odpowiedzialności w Himalajach”. 

Ta książka jest potrzebna. Szczera i autentyczna. Żona Tomka, Anna Solska Mackiewicz powiedziała o Revol, że „jej nadludzki wysiłek sprowadzenia go do dzieci i w moje ramiona, do domu nie miały sobie równych, że zrobiła dla niego wszystko, więcej niż ktokolwiek byłby w stanie sobie wyobrazić… „.

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol, tłum. Anastazja Dwulit, wyd Agora, 2019

„Trzy Bieguny. Dotknąć niemożliwego. Leszek Cichy, Marek Kamiński” Julia Hamera

82804480_2676015559114554_9068640174954512384_o„Temperatura powietrza sięga minus pięćdziesięciu stopni. To dla mnie czysta abstrakcja, czuję się jakbym był na Księżycu. Wszystko jest inne, ciało jest wyziębione, a wokół krajobraz jak z innej planety. Każdą najdrobniejszą czynność trzeba planować, bo wystarczy zdjąć rękawice, żeby ryzykować przemarznięcie albo utratę palców. Gdy się ruszam, jest w miarę ciepło, lecz jeśli stanę, to koniec, żadne ubranie nie pomoże, bo przecież samo z siebie nie grzeje […] Życie jest najważniejsze. Nic nie ma znaczenia poza tym, by zjeść, wypić i nie zamarznąć”.

Ta książka przedstawia pokrótce, bo nie są to według mnie standardowe biografie, sylwetki i osiągnięcia dwóch znanych (i żyjących!!) pasjonatów: Leszka Cichego (himalaisty) oraz Marka Kamińskiego (podróżnika, zdobywcy biegunów). Mówię „pokrótce”, bo są tu tylko ważniejsze wyprawy obu panów. a temat jest potraktowany w ten sposób, bo chyba założeniem książki było pokazanie, że dwie różne, jakby nie było, pasje są sobie wbrew pozorom bardzo podobne do siebie i dzięki nim można nawiązać prawdziwą, męską przyjaźń.

Cytat z początku wpisu padł z ust, no właśnie, kogo? Himalaisty czy zdobywcy bieguna? Nie można tego odgadnąć, bo obaj mogliby powiedzieć właściwie to samo. Niemniej jednak, podpowiem, te słowa należą do Marka Kamińskiego, który tak opisuje drogę na biegun północny. Ale.. Cichy siedząc gdzieś w namiocie, gdzieś na wys. 7000, mógłby stwierdzić to samo. 

Autorka oddaje głos obu panom. Ci, z własnej perspektywy opisują swoje cele, sukcesy i porażki. Okazuje się, że nawet ich życiorysy są podobne, już od dziecka byli odważni, samodzielni i mieli wielkie pragnienia eksploracji świata. Dojrzewają, próbują sił w różnych pracach, zwiedzają świat, i marzą o trzech biegunach. Jeden o północnym i południowym, a drugi o tym trzecim, najwyższym – Mount Evereście.

I tak, czytając tę książkę widzimy jak Kamiński idzie samotnie przez bezkres białej przestrzeni, ciągnąc za sobą 200 kg sanie, zdobywa oba bieguny w jednym roku, próbuje trawersu Antarktydy, przechodzi na nartach Grenlandię i 800 km pustyni Gibsona w Australii w 46 dni. Leszek Cichy z kolei, pnie się w górę potężnego Everestu i tym samym zdobywa go zimą razem z Wielickim w 1980r., wcześniej jest Shispare czy Gaszerbrum II, potem Elbrus, Aconcagua, Lhotse i Korona Ziemi, a potem świat finansów i bankowości. Obaj niezmordowani, pragnący nowych wyzwań, żyjący pasją i ryzykujący życie. Różnica jest taka, że jeden idzie prawie po płaskim, a drugi w górę. 

Aby połączyć to ze sobą, zdecydowali się na wspólną wyprawę, która jest tu ciekawie opisana. Ma to być wspólne wejście na masyw Vinsona – najwyższy szczyt Grenlandii.  Ale jak, skoro Kamiński się nie wspina, a Cichy nie ciągnie sań po lodzie? Cóż, wszystkiego można się nauczyć. Ciekawy jest opis tej wyprawy, bo słuchamy obu panów. 

Leszek mówi „Marek potrafi zniknąć na dwie – trzy godziny. Fizycznie jest obecny, widzę, że siedzi w kącie namiotu, jednak cała jego uwaga skupia się na trzymanej w rękach książce. Ja, wiedząc, że przyjdzie nam czekać, zabrałem małe podróżne szachy. Czekanie wpisuje się w rzeczywistość wypraw, wtedy lepiej mieć coś do roboty. Rozmawiamy głównie o sprawach bieżących, o pogodzie, o tym, co zjemy, w co się ubrać, kiedy ruszymy. Kalkulujemy, ile czasu może nam zająć wspinaczka”.

Marek zaś: „Instynktownie się zaprzyjaźniamy. Mieszkamy w jednym namiocie i porozumiewamy się bezkonfliktowo, niemal intuicyjnie. Właściwie nie ma dla mnie znaczenia, jakie obowiązki mi przypadną – podczas samotnych wędrówek przywykłem do tego, że robię wszystko. Leszek sprawia wrażenie perfekcjonisty. Wydaje mi się, że ja pewne sprawy traktuję bardziej na luzie, lecz tym bardziej komfortowo czuję się w jego obecności. Zanim gdziekolwiek wyruszymy, udziela mi rad dotyczących wspinaczki.”.

Obaj, mimo odmiennych charakterów, pokazują w tej książce, że wspólnie można wiele zrobić, ale trzeba się zaakceptować, szanować, wspierać i razem patrzeć w jednym kierunku. Ta książka to obraz duetu indywidualistów, odmalowany w interesujący sposób i przedstawiający sporo „smaczków” z życia obu panów. Nawet Wielicki, po lekturze tej książki powiedział, że „Dziś dopiero poznaję, jak Leszek trafił na ścieżkę górską, mimo że znamy się jak „łyse konie”‚. Jedni mogą pytać, po co taka książka, nie lepiej sięgnąć po rzetelniejsze, oddzielne biografie obu panów? Być może, ale zabieg wydania „Trzech biegunów” wydaje mi się ciekawym pomysłem, czytało mi się to bardzo dobrze. Wiele się dowiedziałam (bo przykładowo, nigdy nie czytałam niczego autorstwa Marka Kamińskiego, teraz mam ochotę sięgnąć po jakieś jego książki) i zachwyciły mnie opisy Antarktydy. Ze swojej strony polecam, choćby tym, którzy zaczynają przygodę z książkami o himalaiźmie czy podróżach ekstremalnych.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

„Trzy Bieguny. Dotknąć niemożliwego. Leszek Cichy, Marek Kamiński” Julia Hamera, wydawnictwo Znak, 2019

„Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

82804480_2676015559114554_9068640174954512384_oPierwszy raz czytałam biografię himalaisty, który żyje. To dodatkowa, wydaje mi się, trudność dla autorów, by rzetelnie i obiektywnie przedstawić opisywaną postać. Udało im się to jednak fantastycznie. Czytałam o Wielickim z zapartym tchem, ale ja zwykle tak właśnie czytam książki o himalaistach, czy o tematyce górskiej w ogóle… więc nie jestem zbyt obiektywna.

Krzysztof Wielicki jest jednym z najsłynniejszych polskich „lodowych wojowników”. Pierwsze zimowe wejście (i jego pierwsze w ogóle na ośmiotysięcznik) na Everest w 1980r. z Leszkiem Cichym, a potem stopniowe zdobywanie kolejnych himalajskich szczytów, w tym m.in. samotne, zimowe wejście w gorsecie chroniącym kręgosłup na Lhotse w Sylwestra 1988r, i rekord czasowy w zdobyciu Broad Peak w ciągu jednej doby (wejście i zejście) to niezwykłe wyczyny plasujące Wielickiego w czołówce światowej. Jest tego sporo, co oczywiście jest w książce opisane, niektóre wyprawy mniej szczegółowo, inne bardziej.

Autorzy skupiając się na osobie Wielickiego, dotykają też dzięki niemu innych kwestii: czym jest praca zespołowa we wspinaczce wysokogórskiej, dlaczego czasem pewne zachowania postrzegane są jako egoizm, buńczuczność, indywidualizm z przerostem ego. Wspomniana zostaje słynna gliwicka debata z 1987r. nazwana „szczytem gliwickim”, gdzie spotykają się młodzi wspinacze z tymi już starszymi, doświadczonymi. Dyskusja jest burzliwa ale porusza wiele ważnych kwestii. Wielicki wtedy mówi: „W górach nie ma klarownych, czystych sytuacji. Wiele z nich podyktowanych jest błędem. Można popełnić błąd w taktyce, ale nie zawsze jest tak, że stajesz przed problemem: zostawić partnera czy nie zostawić? Tak się nie dzieje. To dopiero na dole się tak ocenia. Oczywiście można powiedzieć, że jeśli ktoś dojrzał do tego, w ogóle nie powinien chodzić w góry. Ale nigdy nie wiesz, co cię czeka, tam wysoko” […] „Podkreśla, że czasami zostawia się partnera z przyczyn czysto technicznych. I nie myśli się o tym, że to sytuacja nieetyczna”. Ale nie myślcie, że i on nie miał nigdy wyrzutów sumienia… 

Autorzy piszą też o dylematach moralnych i etycznych, jakie wytworzyły się po wyprawach na Broad Peak (gdzie zginął Tomek Kowalski i Maciek Berbeka) oraz na K2 (kiedy to Denis Urubko nic nikomu nie mówiąc wyszedł w kierunku szczytu). W obu wyprawach kierownikiem był Krzysztof Wielicki, który już zarzucił wspinanie się i próbował ogarnąć całość z bazy. Wielu wtedy wieszało na nim psy. Czy słusznie? W tej książce sytuacja jest przedstawiona z kilku perspektyw i właściwie ciężko się jest do całej tej sytuacji odnieść jednoznacznie, bo każdy z uczestników miał swoją rację. I Wielicki i Urubko, i Bielecki… Można dywagować, ale i tak każdy w głębi duszy czuje coś czego żałuje, albo nie żałuje. Nie nam oceniać.

We wcześniejszej wyprawie na K2 w 2002r. Wielicki poznaje Urubkę, który mówi o nim „Potrafi wbrew wszystkiemu dążyć do wyznaczonego celu. Ja jednak wolałbym, żeby kierował wyprawą z bazy, niż wsiadał na białego konia i wymachując szablą, prowadził armię”. Fakt, że bywało kiedy Wielicki szarżował, narzucał tempo, gonił na szczyt jak głupi, a przecież jasne było, że góra poczeka, nigdzie się nie wybiera. Bywał apodyktyczny, co nawet sam o sobie przyznaje, ale też rozsądnie rozdzielał zadania. Oczywiście wiadomo, że kiedy na takiej wyprawie spotyka się wiele indywidualności (bo bywało, że był i Kurtyka, Kukuczka, Rutkiewicz), to musi iskrzyć, bo każdy chce po swojemu. To wszystko jest bardzo trudne, ale te relacje zostały świetnie przedstawione przez autorów książki.

Ta książka bardzo obrazowo przedstawia osiągnięcia Wielickiego, jego porażki i doświadczenia, ale też życie osobiste (trzy związki) w którym pasja bywa ciężka do zaakceptowania przez dzieci, żonę. Dzieci im starsze tym większy czują lęk o tatę. Tata bywa zamknięty w sobie, nie umie okazywać uczuć w sposób, pisze listy, których nie wysyła, pamiętniki, z których fragmenty czytamy w książce. Nie potrafi usiedzieć na miejscu, potrzebuje gór jak tlenu, rodzinę kocha, ale do gór go ciągnie niemiłosiernie. Często znajduje się w sytuacjach, gdzie jest ryzykownie i niebezpiecznie. Jak mówi „Nie powinienem żyć, a wciąż tu jestem”. 

Ta książka bezsprzecznie jest jedną z lepszych biografii, jakie czytałam, ale może to wynikać z mojego braku obiektywizmu (niestety) bo, jak wspomniałam, uwielbiam książki o himalaistach. Mimo to, uważam, że to świetna robota, rzetelna (sporo źródeł), obrazowa,  prawdziwa, pokazująca życie opisywanej postaci od momentu, kiedy w ogóle pierwszy raz zobaczył Tatry, poprzez różne dziwne zajęcia, jakie wykonywał (np. praca na Alasce przy połowie ryb), aż do zdobycia wszystkich 14 ośmiotysięczników i momentów, kiedy musiał żegnać swoich przyjaciół, którzy stracili życie w górach. Wielicki niedawno skończył 70 lat, a w 2019r. otrzymał Złoty Czekan – prestiżową nagrodę za całokształt.  Można powiedzieć – szczęściarz. I nadal żyje. Oby jak najdłużej.

Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski są również autorami biografii o Jerzym Kukuczce i o Mirosławie Hermaszewskim (niebawem będę je czytać). Tu absolutnie widać ich świetny warsztat i przygotowanie reporterskie. Czyta się to jak najlepszą powieść. Serdecznie polecam miłośnikom biografii, no i górskich tematów przede wszystkim. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski, wyd. Agora 2019.

Stosik styczniowy

Rozpoczynamy kolejny miesiąc nowego roku, a mnie dawno na blogu nie było. W styczniu przeczytałam tylko jedną książkę, czyli Włoskiego nauczyciela Toma Rachmana i jakoś czas zszedł na innych sprawach, a czytanie idzie mi bardzo powoli, ale już niebawem wracam do pisania recenzji. Jutro ukaże się recenzja książki „Bezwład”, której autorką jest Jessica Barry, a którą otrzymałam od wydawnictwa Rebis. Widnieje ona również na poniższym stosie, który znów prezentuje się okazale. 

DSC08060

Jest tu kilka moich zakupów jeszcze z grudnia i stycznia, no i kilka książek od wydawnictw wybranych przeze mnie w ramach współprac recenzenckich.

I tutaj, do recenzji mamy kilka górskich, czyli coś co tygrysy lubią najbardziej: „Wolne miasto Zakopane 1956-1970” od wyd. Znak, zaczęłam, ale to książka mocno historyczna, pisana przez Pana Profesora Jerzego Kochanowskiego, dlatego jest bardzo ciężka dla mnie w odbiorze, na pewno chcę ją skończyć, ale wymaga to czasu. Dalej, od wyd. Agora „Przeżyć” Elisabeth Revol, a od księgarni Tania Książka „Piekło mnie nie chciało. Wielicki” oraz „Trzy Bieguny. Leszek Cichy. Marek Kamiński”. O „Bezwładzie” było już słowo wyżej, a kolejnym thrillerem, tym razem od wyd. Editio Black jest „Mroczne Jezioro” Sarah Bailey. Ostatnią książką do recenzji jest powieść z serii dzieł pisarzy skandynawskich od wyd. Poznańskie „Życie Sus” Jonasa T. Bengstonna (tu, już nie mogę się doczekać lektury).

Reszta książek ze stosu to książki zakupione przeze mnie. Kilka w księgarni Świat Książki w rabatowych opcjach -42-45% od ceny, oraz w taniej księgarni Skup Szop gdzie ceny oscylują od 5-20 zł mniej więcej ( za 7 książek ze stosu po lewej zapłaciłam bodajże 50 zł).  Są okazje, więc łapię. Nieznośne jest tylko to, że tyle rzeczy mnie interesuje i chcę wszystko naraz :) Zachłanność książkowa! :D

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu.

„Duchy K2. Epicka historia zdobycia szczytu” Mick Conefrey

DSC06431

„Zanim XIX wiek dobiegł końca, K2 został zlokalizowany, zmierzony, naniesiony na mapy i namalowany. Teraz tylko ktoś musi wspiąć się na szczyt”. 

K2, 8611m n.p.m., góra o dziwnej nazwie nadanej przez brytyjskiego wojskowego T.G. Montgomerie’ego w 1856r., (numerował wszystkie najwyższe szczyty Karakorum i K2 okazało się być drugim w kolejności według niego, stąd właśnie K (Karakorum) 2), stanowiła obiekt pożądania wielu wspinaczy już w XIX wieku. Ta książka przedstawia historię kilku ekspedycji, które w tamtych latach działały na górze, próbując znaleźć jakąkolwiek drogę na szczyt z większym lub mniejszym skutkiem. Autor opierał się na różnych pamiętnikach, listach, wspomnieniach, artykułach, a także na rozmowach z niektórymi wspinaczami czy ich rodzinami. To świetnie napisana książka, niezwykle bogata w fakty, szczegóły i nie pozbawiona emocji, czyta się ją momentami, jak dobrą sensacyjną powieść, czekając z niecierpliwością na finał akcji. Ogrom bibliografii jest dowodem na ciężką pracę autora, i choć czasem zdarzają się pewne powtarzające się informacje, nie przeszkadzało mi to w lekturze.

Conefrey wspomina wyprawy m.in. Henry’ego Heversahama Godwina-Austena, który w 1861r. badał leżące niedaleko K2 lodowce, Francisa Younghusbanda, który eskplorował wysoko położone przełęcze i również lodowce, oddając pierwszy literacki hołd K2, czy obraz K2 namalowany przez A.D. McCormicka oraz zdjęcia góry wykonane przez najlepszego w początkach XX wieku włoskiego fotografa Vittorio Sella, które stały się niezwykle pomocne w studiowaniu topografii góry. 

Poznajemy Aleistera Crowleya, brytyjskiego okultystę i mistyka, który w 1902r. wziął udział w wyprawie, kierowanej przez Oscara Eckenstein’a, podczas której przegłosowany przez członków ekspedycji, nie poprowadził łatwiejszej według niego drogi na szczyt. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Poznajemy też włoskiego księcia, Ludwika di Savoia, z rodziny Abbruzzów, który wraz ze swoją ekspedycją wykonał milowy krok w zdobywaniu szczytu. Mimo, że wyprawa dotarła tylko (lub AŻ,  jak na tamte warunki i sprzęt) do 6000m, to udało im się pokonać i poprowadzić drogę żebrem grani południowo-wschodniej, nazywanej teraz Żebrem Abbruzzi. Śledzimy również losy ekspedycji z 1938r. kiedy to Amerykanie pod przywództwem Charlesa S. Houstona i patronatem American Alpine Club dotarli prawie do 8000m, ale ze względu na zmęczenie i braki w sprzęcie musieli wycofać się do bazy. To na tej wyprawie, po raz pierwszy pokonano 45 metrowy komin, nazwany później od nazwiska jednego z członków tejże wyprawy, kominem House’a, poświęcił on 4 godziny, by go pokonać i pociągnąć drogę na szczyt, tuż pod tzw. Czarną Piramidę. 

Jedyną ekspedycją, opisaną przez Conefrey’a, której udało się zdobyć szczyt po raz pierwszy, była włoska wyprawa dowodzona przez Arditio Desio. Drogą przez Żebro Abruzzi, pokonując Komin House’a i Czarną Piramidę, a następnie niezwykle trudny odcinek pod szczytem zwany Bottleneck (Szyjka Butelki) w lipcu 1954r. na szczyt weszli Achille Compagnoni i Lino Lacedelli. Wyprawa, a właściwie dwóch członków, którzy weszli na szczyt, skorzystała ze wspomagania tlenem z butli, co okazało się potem dość kontrowersyjnym działaniem, wywołującym wiele niesnasek, kłótni i nieścisłości w środowisku wspinaczy, ale także i wśród członków wyprawy, którzy zaczęli się oskarżać wzajemnie o różne rzeczy. Szczególną rolę w tej ekspedycji odegrał Walter Bonatti, a także Szerpowie. Jaką? Przeczytajcie. Niestety, radość ze zdobycia szczytu po latach przerodziła się w konflikt przesycony wrogością i nawet sam autor próbuje jakoś tłumaczyć zachowania członków wyprawy. Przykre.

Tych kilka wypraw opisanych jest niezwykle sugestywnie i realistycznie, dlatego podczas lektury również i mnie udzielały się emocje, bywały fragmenty, które nie pozwalały odłożyć książki. Radość mieszała się ze smutkiem, bo K2 pokazywał swoją siłę, broniąc do siebie dostępu i zabierając życie niektórym z członków wypraw. 

To nie tylko historia o zdobywaniu szczytu, ale głównie o pasji, ambicjach, heroicznej odwadze i strachu. Pod K2 jechali nie tylko świetnie przygotowani wspinacze, których już było naprawdę wielu w tamtych czasach, ale również ludzie, którzy nie mieli zbyt dużego doświadczenia, marzyciele i pasjonaci.

Biorąc pod uwagę trudności z jakimi się borykali, czas jaki musieli poświęcić na to, by w ogóle dotrzeć w Karakorum, widać jak bardzo teraz zmieniła się wspinaczka wysokogórska i na jak wielki podziw zasługują ci ludzie. Teraz mamy styl alpejski, który zakłada wejście na szczyt w jak najkrótszym czasie z jak najmniejszą ilością sprzętu, specjalistyczną odzież produkowaną dla himalaistów, liofilizaty, komputery przewidujące pogodę, przeloty samolotem do Skardu, podczas gdy w XIX wieku nie było nawet krótkofalówek, a wniesienie kilku ton mąki dla Szerpów przez lodowiec Baltoro trwało wieki… Dodatkowo, teraz Andrzej Bargiel wchodzi na szczyt K2 i zjeżdża z niego na nartach, co oczywiście jest wielkim sukcesem i niesamowitym wydarzeniem, świadczącym o niezwykłym talencie i możliwościach człowieka.

Po prostu, lektura tej ksiażki zwyczajnie uświadamia, że pierwsze ekspedycje na K2 były bardzo ważne i należy im się ogromny szacunek. Cieszę się, że powstała taka książka i uważam, że każdy miłośnik literatury wysokogórskiej, czy wspinaczki wysokogórskiej, powinien ją przeczytać. Polecam !

„Duchy K2. Epicka historia zdobycia szczytu” Mick Conefrey, tłum. Krzysztof Krzyżanowski, wyd. Bezdroża 2019.

„Na Giewont się patrzy”, Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska

DSC06180

„Na Pierwszą Komunię do kościoła 7 kilometrów na piechotę musiałam iść. Gospodyni księdza bułkę upiekła i kakao zrobiła, i takie było po mszy śniadanie. I po komunii, i do widzenia. Zdjęcia robił organista, miał czarną skrzynkę, przykrywał szmatką i tam zaglądał. Bałam się. Jak wyszliśmy z kościoła, to od mamy dostałam rolkę dropsów. Po powrocie do domu, że miałam święto, pozwolili mi poleżeć na łączce, ale ino godzinę, bo miałam iść gęsi paść czy krowy. Było biednie, surowo i prosto. Nikt nie miał pretensji do nikogo, bo i o co?”

W dzisiejszej gonitwie i współczesnym świecie, gdzie coraz więcej wiary w ludzi się traci, cudownie było zanurzyć się w świat wspomnień mieszkańców Skalnego Podhala, spisanych podczas długich rozmów przez obie autorki. Rozmówcy chętnie dzielili się również starymi fotografiami, które w książce się pojawiły. Niezwykle klimatyczne, stare zdjęcia przedstawiające czasy przedwojenne lub powojenne, czy też po prostu lata dzieciństwa i młodości, sąsiadują ze zdjęciami współczesnymi, osób z którymi rozmawiają autorki. Na ich twarzach maluje się wzruszenie, uśmiech, ale też i tęsknota za dawnymi czasami, a w oczach nieczęsto widać smutek i trudy, jakie musieli wycierpieć.

Jedni wspominają swoich rodziców i ich ciężką pracę, która miała zapewnić rodzinie godny choć bardzo skromny byt, inni, czasy szkoły, święta i obyczaje, codzienne prace w polu czy przy wypasie owiec. Są wspominki z czasów wojny pełnych strachu, biedy i bezradności: „Czasem po chleb do Czarnego Dunajca na nogach my szli 14 kilometrów. Zimą też. Chleb był na kartki”. Są wspomnienia z wakacji, kiedy do podhalańskich wsi czy do Zakopanego przyjeżdżali letnicy, są niezwykłe i ważne wydarzenia, jak wizyta prezydenta Ignacego Mościckiego, czy próba wypuszczenia do stratosfery balonu „Gwiazda Polski” w 1938r. A wszystko w pięknych warunkach tatrzańskiej przyrody, kiedy na Giewont się patrzy…

Autorki pozwalają otworzyć się swoim rozmówcom. Słuchają i wyłuskują z rozmów te najbardziej wzruszające i piękne momenty, by potem zaledwie w kilkunastu czy kilku nawet zdaniach umieścić je w książce. „Drobinki złota odnalezione wśród kamieni” – tak nazywają autorki te wspomnienia. Autentyczne i melancholijne, zwyczajne, ale jakby z innego, niezwyczajnego świata. Tego świata już nie ma. Został on tylko w pamięci najstarszych pokoleń. W tym przypadku, w głowach: Anieli, Joanny, Janiny, Józefy, Ireny, dwóch Ann, dwóch Zofii, czterech Marii, Władysława, Tadeusza, Franciszka, Karola, Tomasza, dwóch Janów, dwóch Andrzejów i siedmiu Józefów.

Przepiękna książka, która bardzo mnie wzruszyła. Pełna ciepła. Pełna tęsknoty i miłości do życia, mimo, iż nie było ono łatwe. A mimo to, nikt się nie nienawidził, nikt nikomu nie rzucał butelką w głowę, nikt nie musiał urządzać marszów równości, nikt nie narzekał. Ceniło się i szanowało drugiego człowieka. Doceniało się wszystko co się miało, a często była to tylko rzepa i ziemniaki. Dlaczego teraz nie możemy żyć z takimi wartościami, jak żyło się wtedy? Co się z nami, ludźmi, porobiło? 

Ogromnie polecam. Nie tylko miłośnikom gór. Piękna książka, również pięknie wydana.

DSC06184DSC06181DSC06182DSC06183

„Na Giewont się patrzy”, Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska, wyd. Oficyna Wydawnicza Oryginały 2016.

„Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza” Dominik Szczepański

czapkins-historia-tomka-mackiewicza-b-iext53233648„Widzę chłopie, że masz dar. Są od ciebie i szybsi, i młodsi, i wytrzymalsi, ale to ty masz dar. Wyczucie swoich możliwości i ograniczeń tu i teraz. Czujesz, gdzie jest nieprzekraczalna dla ciebie granica, i często tę intuicję rozciągasz jeszcze na górę, najbliższy zakręt drogi, pogodę… Dlatego inni, patrząc z boku, mają wrażenie, że szaleńczo chadzasz po bandzie – podczas gdy ty, czując, gdzie ona jest, tylko się do niej zbliżasz. Masz dar, na który inni harują na paru, parunastu wyprawach, a i tak wielu z nich nigdy nie osiągnie takiego poziomu samoświadomości, A jeśli nawet, to u nich często jest to tylko „na główkę”, nauczone”, a u ciebie to rodzaj intuicji, „bożej iskry”. To fragment rozmowy jaką himalaista Jacek Teler przeprowadził z Tomkiem, pewnego dnia w tanim hotelu w Rawalpindi w Pakistanie. „Dla takich jak ty nie ma półśrodków. Jest albo, albo…”.

Tomek Mackiewicz pozostał na zawsze na Nanga Parbat po zdobyciu szczytu w styczniu 2018r. wraz z Elisabeth Revol. Ona sama, uratowana przez Denisa Urubkę i Adama Bieleckiego (w tym samym czasie przebywających pod K2, czyli ok. 190 km od Nanga Parbat) w słynnej akcji ratunkowej, którą śledził cały świat, nie była w stanie pomóc Tomkowi. Sama prawie zginęła. Wokół jej osoby, a także, wokół samej akcji ratunkowej i wspinaczkowej narosło wiele spekulacji, kontrowersji i krytyk. Krytykowano Elisabeth, że nie pomogła Tomkowi, krytykowano Mackiewicza, przyklejając mu różne łatki, wytykając palcem jego słabe przygotowanie i „nieodpowiedzialne wariactwo”, potem oceniano Urubkę, który jakiś czas po akcji ratunkowej, zdecydował się na samowolkę i postanowił sam wyruszyć na K2, pozostawiając polskich kolegów z ekipy wyprawy na K2 w bazie.

Koniec końców, K2 zimą nie udało się Polakom zdobyć, natomiast Nanga Parbat owszem – co w końcu zostało oficjalnie potwierdzone. Tomek Mackiewicz, wariat i ryzykant, ten który kiedyś był uzależniony od heroiny, ten który nie miał wypasionego sprzętu i nie przygotowywał się przesadnie do wypraw, uparł się na tę górę i podczas siódmej próby, tragicznej w skutkach, dokonał tego, czego pragnął. Wytrwałością i uporem można pokonać wszystko. I on to udowodnił, płacąc za to najwyższą cenę. Nie każdy to na pewno rozumie, ale mnie ten człowiek pokazał, że trzeba walczyć o swój cel. Uczyć się cierpliwości. 

Książka jest fantastycznie napisana. Czyta się ją z wypiekami na twarzy. Autor wspomagając się wieloma dokumentami, nagraniami, zapiskami, wywiadami etc, stworzył przepiękną opowieść o człowieku. Takim, który ma wady i zalety. Człowieku, który pragnie szczęśliwego życia, ale jego nadwrażliwość sprawia, że żyje w zawieszeniu między dwoma światami: rodzinnym życiem z dziećmi w mieście, a wysokimi górami, w których czuje się jak w domu i skąd nie chce wracać.

Autor nie recytuje peanów na cześć Tomka, ani też go nie krytykuje. Opiera się tylko na tym, co myśleli/ mówili o nim jego przyjaciele, koledzy, pierwsza żona Joanna Kondracka i druga żona Anna Solska – Mackiewicz, z którą łączyło go prawdziwie, głębokie uczucie, choć ich życie było bardzo trudnym doświadczeniem, bo Tomek był zwyczajnym, ale trudnym człowiekiem, który mówił o sobie: „Codziennie w górach doświadczam paradoksu, jakim sam jestem. Dlatego tak mi tu dobrze. Chyba”.

Dominik Szczepański przedstawia faktyczną historię Tomka Mackiewicza, jego wzloty i upadki, jego walkę z nałogiem w Monarze, jego wcześniejsze nastoletnie życie w Częstochowie i Działoszynie, jego pierwsze próby wspinaczkowe w Irlandii i zdobycie Mount Logan na Alasce, a potem już kolejne 7 wypraw na Nanga Parbat, górę, którą Tomek sobie w dziwny sposób ukochał, której głos „I want you” kiedyś usłyszał (czy to były omamy słuchowe, tego się nigdy nie dowiemy), i który mimo ataku terrostycznego pod Nanga Parbat w 2013r. zdecydował się na kolejną wyprawę. Coś go tam wiecznie ciągnęło, być może ta tajemnicza siła Feri, o której wspominał? 

W książce przewija się wiele nazwisk znanych wspinaczy, m.in. włoski himalaista Daniele Nardi, który aktualnie walczy o życie (choć już pewnie za późno na uratowanie go) na Nanga Parbat, usilnie próbujący po raz kolejny zdobyć górę swoją niedokończoną drogą żebrem Mummery’ego. Akcja ratownicza ciągle się przeciąga, a minął już tydzień… Nie sądzę by on i jego kolega Tom Ballard jeszcze żyli.

Sporo też słów Wojciecha Kurtyki, od zawsze traktowanego trochę jak outsidera przez PZA. Kurtyka zawsze robi wszystko po swojemu, krytykuje sponsorowane wyprawy i przez to poniekąd identyfikuje się z Tomkiem Mackiewiczem i jego podejściem do wspinaczki. Mówi: „Kilku gości obłąkanych himalajską karierą i forsowaniem jakiegoś programu posługuje się tragarzem, którego życie zostaje wycenione na tysiąc, dwa tysiace dolarów, bo tyle dostaje za swoją pracę. Co to ma wspólnego z duchem wspinania? Polskie realia wspinaczkowe są wstrętne. W tym kompletnym upadku mentalnym Tomek Mackiewicz był objawieniem, powrotem do czystych intencji czystego alpinizmu”. Można się zgadzać z tym lub nie, w ogóle można dużo mówić na temat ryzyka jakie podejmuje himalaista, ale i tak moim zdaniem do jakiejkolwiek krytyki uprawnione są jedynie osoby, które podzielają/rozumieją tę pasję. A może nawet jakąkolwiek inną pasję, która bywa niczym nałóg, która daje adrenalinę i wyzwala. Daje wolność. Tomek zawsze szukał wolności. Dusił się w mieście, w czterech ścianach, lubił przyrodę, zwierzęta, szukał przestrzeni, ale jednocześnie bał się o swoją rodzinę, szanował i kochał żonę i dzieci, wiedząc, że musi zapewnić im byt. Kolejne wyprawy na Nanga Parbat sprawiały, że dojrzewał, że inaczej rozumiał pewne sprawy, a ta wyprawa z 2018r. miała być już jego ostatnią…..

I była.

Fantastycznie napisana książka, niezwykle wciągająca. Wspaniałe przygotowanie autora do tematu. Rozdziały są okraszone kolorowymi fotografiami, przedstawiającymi głównie Tomka w różnych miejscach świata. Bardzo polecam, i tym, którzy fascynują się górami i himalaizmem, oraz tym, którzy nie rozumieją tej pasji i krytykują wspinaczy za egoizm i wariacką nieodpowiedzialność. Warto. 

„Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza” Dominik Szczepański, wyd. Agora 2019.