„Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze” Ewa Matuszewska

42528632_1878473675535417_8183471282382176256_n„Wielcy liderzy nie wykorzystują ludzi po to, aby sami mogli wygrywać. Przewodzą ludziom, aby odnosić wspólne zwycięstwa” (John C. Maxwell).

Książka wydawnictwa Annapurna to obszerna biografia Andrzeja Zawady, polskiego himalaisty (1928-2000), ale głównie organizatora i kierownika polskich wypraw wysokogórskich w latach 1970-90. Był mężem aktorki Anny Milewskiej, z którą tworzył cudowne, kochające się małżeństwo. Oboje wspierali się i akceptowali swoje pasje, choć to oczywiście Zawady więcej nie było w domu, niż Anny. Niemniej jednak ciągle byli razem, trwali i mimo wielu ciężkich sytuacji, przetrwali do końca.

Andrzej Zawada nie zginął w górach, jak większość jego kolegów. Zmarł na raka trzustki. Nigdy też nie zdobył żadnego ośmiotysięcznika, ale faktycznie był liderem wypraw. Motywował, organizował, załatwiał to, co dla innych było niemożliwe, wspierał, stwarzał szansę innym na zdobycie szczytu i zawsze traktował sukcesy jako „wspólne”, nigdy nie wyróżniał nikogo, sukces zawsze był zespołowy, drużynowy. Za to był bardzo ceniony. Może dlatego, w głównej mierze, w tamtych latach odnosiliśmy tak wielkie sukcesy w Himalajach? „Lodowi wojownicy” – termin ten powstał właśnie wtedy, a konkretnie w 1980r., kiedy to polska wyprawa weszła na Mount Everest po raz pierwszy zimą. 

Zawada ukochał sobie góry już w wieku nastoletnim. Polacy zresztą mieli to szczęście (co zauważa autorka i inni, znani ludzie „wypowiadający się” w książce), że zawsze mieli Tatry, w których mogli zakosztować podobnej wspinaczki i podobnych często warunków pogodowych, jakich później doświadczą w Karakorum czy w Himalajach. Zawada zaczynał również od Tatr. „Góry musiały zapaść mi w pamięć, skoro podczas okupacji dość często wymykałem się z domu i jechałem pociągiem do Zakopanego. Polakom nie było wówczas wolno chodzić po Tatrach, nie przejmowałem się jednak tym zakazem, gnałem w góry i późnym popołudniem wracałem do Rabki […] Gdy tylko znajdę się na wysokości przekraczającej dwa tysiące metrów, odżywam. Widocznie moje płuca dostosowały się do rozrzedzonego powietrza. W górach mam szybsze tętno i o wiele więcej energii”.

Andrzej_Zawada_1980

Książka Ewy Matuszewskiej to kompendium wiedzy o tamtych czasach. Opisy kilku ważnych wypraw są niezwykle bogate w szczegóły i fotografie. Mamy tu m.in. pierwsze zimowe przejście całej grani Tatr w 1959r, wyprawy na Spitsbergen, no i wyprawy w góry wysokie, okupione trudem, bólem, odmrożeniami, często śmiercią członków ekip, takie jak na Noszak, Lhotse, K2, Kunyang Chhish, Nanga Parbat, Cho You. Wszystko okraszone wspomnieniami członków wypraw. Na kartach książki spotkamy odważnych Szerpów, cudowną Elisabeth Hawley, amerykańską dziennikarkę i kronikarkę wypraw w Himalaje mieszkającą w Nepalu, Krzysztofa Wielickiego, Wojciecha Kurtykę, Macieja Berbekę, Jerzego Kukuczkę, Annę Okopińską, Jana Franczuka, Reinholda Messnera, Leszka Cichego, Bernadette McDonald, Wandę Rutkiewicz, Macieja Pawlikowskiego,  Andrzeja Czoka, Nazira Sabira, wybitnego pakistańskiego wspinacza, i wielu innych. Niektórzy z nich już niestety nie żyją, ale wszyscy pamiętali/pamiętają Andrzeja Zawadę i mogą powiedzieć o nim kilka słów. Nie ukrywam, że czekałam, czy ktoś opowie coś o jakichś wadach naszego bohatera. Nie doczekałam się. Wszyscy wystawiają mu laurki. Być może faktycznie był tak idealnym kompanem, człowiekiem, towarzyszem? Nie wiem. Tak jest przedstawiony w książce.

„Andrzej był dobrym kierownikiem, bardzo dużo wymagał od ludzi, lecz siebie również nie oszczędzał. Jeśli zlecał komuś jakieś zadanie, wiadomo było, że właśnie ten ktoś wykona je najlepiej. Myślał o wyprawie jako o całości, nie manipulował ludźmi, nie rozgrywał swoich gierek. Wszystkie jego poczynania były klarowne, jasne i oczywiste, takie jakieś naturalne. Miał oczywiście opracowaną koncepcję działania wyprawy, nie kalkulował jednak, kierując się osobistymi racjami. Jego naczelną zasadą jako kierownika było stwierdzenie: „Zróbmy wszystko, co możemy, dajmy z siebie maksimum wysiłku, a potem wszystko się jakoś poukłada”. I to działało”.

Sama książka była już wydana w 2003r. Teraz została przeredagowana i ubogacona o fotografie z archiwum Zawady czy wypowiedzi dodatkowych osób. Trzeba przyznać, że fotografie są wielkim atutem tej pozycji. Jest ich mnóstwo, co naprawdę uprzyjemnia lekturę. Złota era polskiego himalaizmu jest naprawdę fascynującym czasem, o którym zawsze warto czytać, podobnie jak o ludziach, którzy doprowadzili do światowych sukcesów w tej dziedzinie sportu … życia?  

„Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze” Ewa Matuszewska, wydawnictwo Annapurna 2016

Reklamy

krótko, górskie nadchodzą

Dzisiaj krótko. Literatura górska, „wspinaczkowa”, jak pewnie większość z Was wie, jest takim typem literatury po który sięgam od bardzo dawna i czytam właściwie wszystko. Nie wszystko oczywiście czytam od razu, ale i tak czeka to na swoją kolej, bo miłość moja do takich książek i do ludzi opisywanych w tych pozycjach nie słabnie. Ostatnio zamówione przeze mnie nowo wydane pozycje to:

A już za jakiś czas ukażą się na rynku kolejne, które oczywiście mus mieć:

Coś wiecie o jakichś innych, zapowiadanych tytułach?  

„Atak rozpaczy” Artur Hajzer

IMG_20181007_163243Artur Hajzer, „Słoń”, w środowisku wspinaczy, himalaistów był bardzo znany. Zaczynał przygodę ze wspinaczką dość wcześnie, bo w wieku 14 lat i już w 1976r. wspinał się w  Tatrach. Himalaje odwiedził po raz pierwszy na początku lat osiemdziesiątych. Jego partnerem wspinaczkowym bardzo często był Jerzy Kukuczka, ale w ogóle „Słoń” miał to szczęście, by wspinać się z najlepszymi: Wielickim, Rutkiewicz, Wareckim… i uczyć się od nich. Wymieniać nazwiska naszej polskiej, złotej ery himalaizmu można by długo, Hajzer wśród nich był zawsze najmłodszy, ale pełen entuzjazmu i dobry kondycyjnie.

Dużo później został twórcą i szefem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010–2015, w ramach którego udało się przeprowadzić wiele wypraw w góry wysokie. Ostatnią była ta na Gaszerbrum I podczas której, 9 marca 2012 r. Adam Bielecki i Janusz Gołąb dokonali pierwszego zimowego wejścia na ten właśnie szczyt. Rok później, już latem, podczas wyprawy na tę samą górę, Hajzer zginął wycofując się z obozu III do II. Zawsze ostrożny i skupiony, odpadł od jednej ze ścian Kuluaru Japońskiego i spadł około 500 m. PHZ stanęło pod znakiem zapytania, a świat himalaistów stracił kolejnego fantastycznego wspinacza i człowieka.

Czym jest tytułowy atak rozpaczy? Z iloma takimi atakami Hajzerowi przyszło się zmierzyć? O tym dowiecie się z książki pod tym właśnie tytułem, wydanej po raz drugi w 2012r. z dodrukiem w 2014r. Nie znam wydania pierwszego z 1994r. ale z tego co pisze wydawca nie zmienione zostało nic jeśli chodzi o treść, a jedynie lepiej „obrobione” pod kątem interpunkcji i ortografii. Książka jest naprawdę pięknie wydana. Praktycznie na każdej stronie są kolorowe fotografie, a każdy rozdział odróżnia się kolorowym paskiem u góry strony, na którym podane jest dane zagadnienie lub wyprawa, tak by łatwiej było się odnaleźć czytelnikowi. W drugim wydaniu jest również dłuższy wstęp i posłowie autora.

Hajzer, powiedzmy to szczerze, nie był jakimś rewelacyjnym gawędziarzem. Jak sam powiedział „chciałem uniknąć linearnej, autobiograficznej, nudnej i standardowej fabuły. Myślałem wtedy, że mi się udało, i że to będzie COŚ dla czytelnika, okazało się jednak, że nie bardzo. Miało być wielkie BUM a wyszło zdaje się mały PYK”. Nie uważam jednak, żeby to było aż tak małe pyk, owszem czytałam lepsze książki o tematyce górskiej, ale bez przesady. Nie każdy musi być „wielkim pisarzem”, by czytało się dobrze jego książkę.

„Atak rozpaczy” napisany w 1989r. stanowi zapis wrażeń i emocji z kilku wypraw Hajzera w góry wysokie, kiedy to on, jako nowicjusz, nie bardzo jeszcze wtedy doświadczony młodziak, trafia na wyprawy, których ekipy składają się z samych wielkich nazwisk. Odwiedzamy z autorem rejon n.p. Annapurny, Manaslu, Lhotse czy Spitsbergenu. Czytamy o tym wielkim, monstrualnym strachu, który często towarzyszy wspinaczom od samego początku wyprawy, albo czasem tuż przed samym wierzchołkiem zmuszając ich do wycofania się. Czytamy o „jeżdżeniu po trawnikach” i „owczym pędzie” – odsyłam do książki, abyście mogli zrozumieć, jak się mają te wyrażenia do wspinaczki wysokogórskiej. Czytamy o stylach wspinania: tradycyjnym, alpejskim i tym kombinowanym, dziwacznym, wymyślonym przez Kukuczkę i Hajzera. W tle gdzieś cały czas pobrzmiewa „rywalizacja” Kukuczki i Messnera w zdobywaniu ośmiotysięczników. Czy to faktycznie była rywalizacja, wyścig, czy tylko zostało to nadmuchane przez media? Czy w górach istnieje pojęcie ścigania się, czy jest to etyczne, czy kompletnie inaczej rozumie się takie rzeczy w górach? „A choć za pewnik uchodzi, że alpinizm to ściganie się z samym sobą, rosną, doprawdy, skrzydła, kiedy inni zostają trochę w tyle” – napisze Joanna Koźbiel w „Tygodniku Kulturalnym” w 1983r.

Sam Hajzer pełen entuzjazmu, ale też i pokory słucha liderów, obserwuje pracę w zespole, wyrabia sobie własne opinie na temat świata himalaistów, uczy się organizacji, pomaga i ratuje kolegów, zaczyna palić, a po śmierci Kukuczki w 1989r. mówi „wszystko zdechło” i przestaje się wspinać. Wraca do tego po latach. 

To bardzo dobra pozycja literatury górskiej. Taka „naturalna” i młodzieńcza, pełna wspomnień, początków, sukcesów, ale nie tylko. Warto sięgnąć po nią, choćby z szacunku dla Artura Hajzera, który był jednym z najwybitniejszych. Zdobył 7 ośmiotysięczników, a w 2012r. został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Myślę, że każdy fan literatury wysokogórskiej i samej wspinaczki powinien znać tę pozycję, zanim na przykład sięgnie po biografię Hajzera autorstwa Bartka Dobrocha. Polecam.

„Atak rozpaczy” Artur Hajzer, wyd. Annapurna 2012

(zdjęcia: off.sport.pl; ratownictwogorskie.pl; wspinanie.pl)

„Górska Korona Polski. Wędrówki przez cztery pory roku” Bartosz Andrzejewski

www_gkp.png

„Jestem tylko turystą. To o czym piszę jest wypadkową własnych obserwacji, odczuć i doświadczeń związanych z całokształtem górskich doświadczeń. To również subiektywny wybór szczegółów, które postanowiłem uwypuklić, ponieważ w jakiś sposób przyciągnęły moją uwagę.”

Górska literatura, jak zauważyłam nie tylko ja, wypłynęła teraz na szersze wody dzięki polskiej wyprawie na K2 i z powodu ostatnich wydarzeń na Nanga Parbat. Książki o słynnych himalaistach sprzedają się jak ciepłe bułeczki, co mi wcale nie przeszkadza, wręcz cieszy, bo sama jestem fanką górskiej literatury i im więcej osób czyta książki o naszych, lub też nie-naszych wspinaczach, tym lepiej. Dzisiaj jednak chciałam napisać parę słów o książce Bartosza Andrzejewskiego „Górska korona Polski”, bo nie samymi Himalajami człowiek żyje.

W Polsce pasm górskich mamy naprawdę sporo, nie istnieją tylko znane szerokiemu ogółowi Tatry, Beskidy i Bieszczady. Sama mocno się zadziwiłam, gdy dowiedziałam się o górach Bardzkich, Opawskich czy Orlickich. Hmmm.. I dzięki tej książce nabrałam dużej ochoty, by te inne, niższe góry kiedyś bliżej poznać. Gór wysokich się boję, ze względu na mój lęk wysokości i lęk przestrzeni przy większych ekspozycjach, wiem, że nie nadaję się do chodzenia po wysokich szczytach – zdecydowanie wolę o nich czytać. Ale to taka dygresja…

Bartosz Andrzejewski i jego kolega Rafał Uwijała postanowili zdobyć w ciągu jednego roku koronę polskich gór czyli, jak można wywnioskować z ilości rozdziałów, 28 szczytów. Każdy z rozdziałów opisuje dość szczegółowo poszczególne góry. Mamy tu garść takich informacji jak: położenie geograficzne, czyli wysokość szczytu i pasmo, do jakiego przynależy dana góra, następnie nieco geologii, opis klimatu i przyrody, szlaków, a także słówko o okolicznych atrakcjach, jakieś ciekawostki jeśli są, przygody podczas wchodzenia, tudzież wspomnienia osobiste autora (jak w przypadku zdobycia Rysów, które to wejście zadedykował swojej zaledwie miesięcznej córeczce Zosi). 

I tak też jest podczas całej lektury. Dobrze się to czyta, podejrzewam, że gdybym sama pisała taką książkę, zrobiłabym to w bardzo podobny sposób, tak, by udokumentować swoje wspomnienia, zdjęcia, stworzyć własne archiwum czy też pamiątkę z podróży na późniejsze lata. Przykładowo, gdy czytamy o najwyższym szczycie w Górach Izerskich: Wysokiej Kopie możemy dowiedzieć się jakie schroniska mamy w pobliżu, o tym, że jest możliwość uprawiania narciarstwa biegowego w Jakuszycach k/ Szklarskiej Poręby, a także otrzymujemy kilka detali dotyczących znajdującej się w okolicy kopalni kwarcu (co prawda już nieczynnej). Mamy też zdjęcie wielkiego ostańca skalnego przy szlaku prowadzącym na Wysoką Kopę (co mnie akurat uradowało, bo uwielbiam tego typu formy skalne, choćby z lubianych przeze mnie jurajskich wypadów). A z wypadu w Góry Kaczawskie, dowiemy się, że gdzieś na szlaku istnieje hippisowskie drzewo obwieszone… butami. 

Oczywiście nie traktujmy tej książki jako typowy przewodnik, bo opisy w niej zawarte są tylko po to, by jak mówi autor, podzielić się „osobistą fascynacją światem „nad poziomem morza”. Niemniej jednak, uważam, że te opisy są dość szczegółowe i naprawdę mogą być pomocne w górskich wycieczkach na któryś ze szczytów korony Polski.

Książka jest pięknie wydana, kredowy papier, na każdej stronie zdjęcie opisywanego szczytu plus dodatkowe fotografie, a także mała mapka trasy wraz ze szlakami (zdjęcia poniższe nie są zbyt dobrej jakości, ale możecie mieć ogląd choć w niewielkim stopniu, jak książka się prezentuje). Naprawdę bardzo ładne i solidne wydanie.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wszyscy, którzy lubią góry, zarówno te niższe jak i te wyższe, powinni sięgnąć po tę książkę, bo przecież polskie góry są naprawdę piękne. Warto je poznawać. Nie trzeba porywać się od razu na północną ścianę Eigeru. Polecam.

Bartosz Andrzejewski „Górska Korona Polski. Wędrówki przez cztery pory roku”, wyd. Stapis, 2017

„O górze, która wybrała się w świat. Podróże Małej Czantorii” Weronika Górska

8d014c92b49b2cef6b26774479ebe0c9Jest to pierwsza bajka, jaką mi przyszło recenzować na blogu. Ale za to jaka! O górach! W sumie z tego powodu postanowiłam przeczytać tę książeczkę i była to przemiła odskocznia od tych wszystkich mrocznych kryminałów czy ambitnych powieści.

Książeczka z tą przesympatyczną górą w sukience na okładce i pięknymi ilustracjami w środku (szczególnie czarno-białymi p. Eweliny Awato) to opowieść o Małej Czantorii, która zapragnęła nagle opuścić swoje ukochane miejsce w Beskidach, uciec od marudzenia starszej siostry Wielkiej Czantorii i ruszyć w świat, by przede wszystkim wykąpać się w oceanie i poznać swoją ‚wyższą’ rodzinę: Tatry, Alpy, Wezuwiusza, Olimp, a nawet Łysą Górę. 

Weronika Górska, autorka, a także redaktorka w górskim wydawnictwie Stapis, stworzyła opowieść dla fanów gór, nie tylko tej młodszej generacji. Bajki lubią przecież też dorośli. Pozwalają one na oderwanie się od rzeczywistości i na skosztowanie urokliwych i ciepłych treści. Zapewne ludzie od lat wspinający się po górach, czy też zwyczajnie po nich wędrujący, zarażają swoją pasją własne dzieci czy wnuki. Oprócz rzeczywistych górskich włóczęg, można śmiało podsunąć tym małoletnim pasjonatom górskich wypraw tę opowieść. Nie dość, że Mała Czantoria jest naprawdę przesympatyczną bohaterką, to napotkane podczas jej podróży inne szczyty oprócz swoich własnych charakterów oferują także sensowną dawkę wiedzy, na którą składają się informacje o wysokości szczytu, ciekawostki związane z nazwami szczytów, pełne humoru historyjki czy też nostalgiczne wspomnienia. Oto co przykładowo mówi jeden z tatrzańskich szczytów: Mnich:

Żałuj wielce, żeś nie odwiedziła nas sto czy dwieście lat temu. Zaprawdę powiadam ci córko, wtedy stąpali po nas, przynajmniej po naszych najtrudniejszych odcinkach, tylko nieliczni śmiałkowie. Wiele z naszych szczytów było w ogóle niezdobytych. Potem nastąpiła straszliwa sromota i zepsucie obyczajów, wierzaj mi, córko. Przybywało coraz więcej ludzi. Pomiędzy Zawratem a Krzyżnem zbudowano Orlą Perć, czyli szlak pełen sztucznych ułatwień, łańcuchów, klamer i drabinek. Zaiste! diabelski to wynalazek! Potrafi go przejść każdy w miarę sprawny turysta, każdy profan! Ci zaś, którzy są mistrzami wspinaczki, traktują nas jak salę treningową przed wyjazdem w Alpy, Kaukaz czy w Himalaje. Zaprawdę powiadam Ci córko, przeminęła godzina naszej wielkości, grozy i piękna! Teraz pozostał nam jedynie płacz i zgrzytanie zębów! – Ale nadal jesteście wielkie, groźne i piękne! – zapewniła Mała Czantoria. – Wcale się nie zmieniłyście, tylko ludzie mają do was inne podejście niż kiedyś. Lepiej was poznali, wymyślili mnóstwo sposobów, dzięki którym łatwiej po was chodzić, więc może nie szanują was już tak bardzo jak kiedyś. Wy jednak nadal jesteście godne szacunku!” 

Warto zapoznać się z tą bajką. Nieważne, ile ma się lat. Pokazuje ona, że trzeba podróżować i poznawać świat, że warto sięgać po wiedzę, cieszyć się życiem i wyciągać wnioski również z rozczarowań, jakich czasem można doznać. No i przede wszystkim, że zawsze można później wrócić do domu, w którym czekają na nas bliscy. I że wracamy zawsze bogatsi o nowe doświadczenia. Polecam :-)

„O górze, która wybrała się w świat. Podróże Małej Czantorii” Weronika Górska, wyd. Stapis, 2017

„Śmiech na linie” Ivan Bajo

smiech-na-linie_www

Dokładnie. Książka „Śmiech na linie” to faktycznie banialuki i bazgraniny ze wspinaczkowego świata Ivana Bajo. Publikacje autorstwa Ivana Bajo w słowackiej prasie górskiej „Krasy Slovenska” w latach 60-80 zostały zebrane i wydane właśnie w książce „Śmiech na linie”. Nie wiem jak jest z obrazkami jego autorstwa, ponoć w słowackiej wersji było ich więcej (gdzieś przeczytałam), ale tutaj też towarzyszą one tekstom i to prawie na każdej stronie.

Ivan Bajo to słowacki taternik, alpinista, rysownik, publicysta. Kilka przykładów jego słodkiej i humorystycznej twórczości poniżej:

Książkę czyta się wyśmienicie. Każdy felieton zawiera sporą dawkę humoru i autoironii. Autor od początku podkreśla, że jego humor zrozumie tylko taternik, bo nietaternicy żyją w innym świecie i nie są w stanie zrozumieć świata wspinaczy. To prawda – niektóre smaczki są faktycznie mało śmieszne dla zwykłego człowieka, ale dla kogoś kto choć trochę interesuje się górami i wspinaniem, będzie to świetna rozrywka. Oczywiście pamiętajmy, że wszystkie te felietony były publikowane lata temu, wtedy była inna rzeczywistość, inny sprzęt, inne możliwości.  Ivan Bajo jest gawędziarzem, nie pisarzem. Nie dba o formę czy ortografię, jak mówi, „proszę nie traktujcie tych zebranych nowelek jako utworów literackich, lecz raczej jako pogawędkę na taternickim biwaku lub w przytulnym, wieczornym Zbójnickim Schronisku, Schronisku pod Rysami”

Ogrom tu opowieści o partnerskich wypadach w góry, o zabawnych historiach, które miały miejsce na kursach wspinaczkowych, o narciarzach, którzy chcąc się załatwić w krzakach ustawiają narty równolegle do trasy, po czym podmuch wiatru każe im jechać w pozycji kucznej z wypiętym gołym zadkiem, jest gawęda o kierowniku wyprawy w Himalaje, który z wyprawy z grupą osób wrócił sam, bo reszta albo się upiła i gdzieś polazła, albo się pochorowała i gdzieś w szpitalu leży ;) a on sam mówi „Wspinać się nigdy nie wspinałem, chyba ze na palce alebo schodami z piwnicy. To przeca głupota, cłowiek sie młoze gdziesi wygrzmocic. A zdrowie najwaźniejse – na zdrowie!” No i jak tu nie parsknąć śmiechem?  Są historyjki o grotołazach, grzybiarzach (bo Bajo również lubi i taką formę aktywności – na Słowacji ponoć nawet wymyślony zawody w zbieraniu grzybów ;)), jest opowiadanie o ceprze pospolitym, czy bombach kalorycznych spożywanych „w ścianie”, które potem niestety muszą być jakoś wydalone z organizmu, najczęściej odbywa się to ku uciesze oglądających wspinaczkę gapiów. I wiele, wiele innych historii, które można sobie dawkować.

Bajo ma świetne wyczucie, zmysł obserwacji, lubi wyszukiwać stare ogłoszenia czy informacje. Przykład? „Odbywający służbę wojskową taternicy wyjaśniali swoją trzydniową nieobecność twierdzeniem, iż spędzili dwa i pół dnia w małej jaskini skalnej otoczeni przez stada wściekłych świstaków”. Spisuje złote myśli o taternikach typu „Taternictwo jest matolstwem a taternicy to matoły!”, ale potrafi też pisać poważniej i pięknie. Takim rozdziałem, który bardzo mi się spodobał, był ten zatytułowany „Włóczęgi, czyli wprost przed siebie z dziesięcioma „N”. Zwięzła metodyka błąkania się”. Czym jest dziesięć „N” nie zdradzę, ale samo wyjaśnienie błąkania się mnie ujęło. Przykład prostoty i aktywności jaką preferuję. Łażenie bez celu, spokojne, kontemplowanie natury, leżenie na trawie czy też wybór tej czy tamtej ścieżki, to gwarant wypoczynku i spokoju, przewietrzenia głowy. 

To bardzo przyjemna w odbiorze lektura. Nie ma tu większych tragedii, nie ma tego całego napięcia związanego z niebezpieczeństwami, a jeśli nawet to podane są z humorem i sarkazmem. Autor skupia się na mniej istotnych, choć równie ważnych detalach, obserwuje to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, docenia przyjaciół, śmieje się ze świata, ma do niego dystans i choć urodził się w 1935r. (!) to zapewne nadal jest pełen energii i cudownego poczucia humoru. Polecam.

Śmiech na linie”, Ivan Bajo, wyd. Stapis 2017, przekład Janusz Opyrchał-Bojarski

„Krew bacy” Marek Ratajczak

Krew-bacy-czyli-relacja-z-samotnej-szarży-na-Mont-Blanc-Marek-Ratajczak Krew bacy to drink serwowany w zakopiańskiej knajpie, którym często raczy się autor książki (i nie tylko tym zresztą). „Krew bacy” w podtytule to „zakrapiana relacja z samotnej szarży na Mont Blanc”. I jest to szarża zaiste świetna w swojej prostocie, zarówno języka, jak i podejścia do sprawy. Marek Ratajczak wychowany na Pogórzu Sudeckim, mieszkający w Szczecinie „góral”, kochający Tatry i znający tam każdy szlak jak własną kieszeń, postanowił pojechać w Alpy, by samotnie zdobyć Mont Blanc (Blanka, jak go nazywa). Ryzykant? Wariat? Doświadczenia w tak wysokich górach nie miał, wypasione ciuchy trekkingowe zakupił na promocjach w sklepie sportowym, wyposażony w czekan i w raki, na których dopiero będzie uczył się chodzić, pojechał. I zdobył szczyt. 

Wejście okupione zostało morderczą wręcz walką o przetrwanie, o każdy oddech, bo jednak wysokość już nie ta co w Tatrach, o każdy krok, na który trzeba było naprawdę mnóstwo siły w ciężkich warunkach, kiedy śnieg i wiatr biczują z każdej strony. Poczucie humoru, autoironia i dosadność autora (kiedy opowiada o swoich fizjologicznych potrzebach) doprowadzały mnie bardzo często do parskania śmiechem. Bo to faktycznie było dla mnie śmieszne, nie prostackie, jak może, ktoś bardziej delikatny by to odebrał. Przykład? „Przeciągnąłem się radośnie w kierunku słońca, gdy nagle powietrze rozdarł, niczym wczorajszy grzmot, niekontrolowany pierd. Fuck! Uwięziona od przyjazdu w pękających w szwach jelicie kupa podróżnika kontestowała szlaban gazowymi erupcjami. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo. Pognałem do kibla. Po załatwieniu sprawy priorytetowej zjadłem delikatny obiad ze słoiczka Bobovita: wołowinka po staropolsku z kaszą, dla dzieci od dziesiątego miesiąca, podgrzana na kocherze. Trochę bez smaku. Zagryzłem więc batonem XXL Prince Polo i było okej”.

Polubiłam autora, bo nie tylko ma humor iście przedni, a także bardzo szczery i prostolinijny sposób zachowywania się, ale też jest wrażliwcem muzycznym. W książce jest sporo odniesień do muzyki, która tętni mu pod czaszką cały czas i w każdym momencie pojawia się odpowiednim fragmentem, cytatem: ulubione Trebunie Tutki, Sigur Ros, Lao Che, czy „Kiedy biegniesz bez siły, kiedy czujesz, że blisko jest chwila jak płomień…” Ruszyłem, rzucając w stronę szczytu czerwoną nowofalową Siekierą”. No, genialne. Muzyka jest partnerem podczas tego morderczego wejścia na Mont Blanc. Dodaje odwagi, otuchy i mobilizuje, jak utwory Lao Che z płyty „Powstanie Warszawskie”.

Autor jest wrażliwym człowiekiem. Jego opowieść o wejściu i zejściu (wspinaczka i zspinaczka, jak mówi) przeplata się z aktualnie prowadzoną narracją człowieka siedzącego samotnie w mieszkaniu, pijącego piwo, lub też tytułową Krew Bacy, wspominającego napotkaną na szlaku dziewczynę z włoskiej ekipy, której zrobił zdjęcie. Tajemnicza Nieznajoma z czarnym kosmykiem wyłaniającym się spod goreteksowego kaptura, która robiła mu zdjęcia na szczycie, to członkini ekipy, o której potem usłyszy tragiczne wieści. Dlatego też, co rusz pije za tych, którzy giną. Włącza wiadomości w tv, a tam ciągle śmierć. Zdrowie ! i kolejne ! „Cóż, marne to nasze życie – koty wieczorami nazbyt nostalgicznie, wręcz irytująco miauczące, a gołębie wiecznie srają na mój parapet”, a „Ludzie spadają z gór i będą spadali jak jesienne liście…”.

Podobało mi się bardzo, to zaledwie 94 strony, ale jest to mieszanka czarnego humoru, wrażliwości, dramatu, ludzkich przywar i radości z prozaicznych detali, jakie doceniamy dopiero po przeżyciu czegoś ekstremalnego. 

„Krew bacy” Marek Ratajczak, wyd. Stapis 2014