„Śmiech na linie” Ivan Bajo

smiech-na-linie_www

Dokładnie. Książka „Śmiech na linie” to faktycznie banialuki i bazgraniny ze wspinaczkowego świata Ivana Bajo. Publikacje autorstwa Ivana Bajo w słowackiej prasie górskiej „Krasy Slovenska” w latach 60-80 zostały zebrane i wydane właśnie w książce „Śmiech na linie”. Nie wiem jak jest z obrazkami jego autorstwa, ponoć w słowackiej wersji było ich więcej (gdzieś przeczytałam), ale tutaj też towarzyszą one tekstom i to prawie na każdej stronie.

Ivan Bajo to słowacki taternik, alpinista, rysownik, publicysta. Kilka przykładów jego słodkiej i humorystycznej twórczości poniżej:

Książkę czyta się wyśmienicie. Każdy felieton zawiera sporą dawkę humoru i autoironii. Autor od początku podkreśla, że jego humor zrozumie tylko taternik, bo nietaternicy żyją w innym świecie i nie są w stanie zrozumieć świata wspinaczy. To prawda – niektóre smaczki są faktycznie mało śmieszne dla zwykłego człowieka, ale dla kogoś kto choć trochę interesuje się górami i wspinaniem, będzie to świetna rozrywka. Oczywiście pamiętajmy, że wszystkie te felietony były publikowane lata temu, wtedy była inna rzeczywistość, inny sprzęt, inne możliwości.  Ivan Bajo jest gawędziarzem, nie pisarzem. Nie dba o formę czy ortografię, jak mówi, „proszę nie traktujcie tych zebranych nowelek jako utworów literackich, lecz raczej jako pogawędkę na taternickim biwaku lub w przytulnym, wieczornym Zbójnickim Schronisku, Schronisku pod Rysami”

Ogrom tu opowieści o partnerskich wypadach w góry, o zabawnych historiach, które miały miejsce na kursach wspinaczkowych, o narciarzach, którzy chcąc się załatwić w krzakach ustawiają narty równolegle do trasy, po czym podmuch wiatru każe im jechać w pozycji kucznej z wypiętym gołym zadkiem, jest gawęda o kierowniku wyprawy w Himalaje, który z wyprawy z grupą osób wrócił sam, bo reszta albo się upiła i gdzieś polazła, albo się pochorowała i gdzieś w szpitalu leży ;) a on sam mówi „Wspinać się nigdy nie wspinałem, chyba ze na palce alebo schodami z piwnicy. To przeca głupota, cłowiek sie młoze gdziesi wygrzmocic. A zdrowie najwaźniejse – na zdrowie!” No i jak tu nie parsknąć śmiechem?  Są historyjki o grotołazach, grzybiarzach (bo Bajo również lubi i taką formę aktywności – na Słowacji ponoć nawet wymyślony zawody w zbieraniu grzybów ;)), jest opowiadanie o ceprze pospolitym, czy bombach kalorycznych spożywanych „w ścianie”, które potem niestety muszą być jakoś wydalone z organizmu, najczęściej odbywa się to ku uciesze oglądających wspinaczkę gapiów. I wiele, wiele innych historii, które można sobie dawkować.

Bajo ma świetne wyczucie, zmysł obserwacji, lubi wyszukiwać stare ogłoszenia czy informacje. Przykład? „Odbywający służbę wojskową taternicy wyjaśniali swoją trzydniową nieobecność twierdzeniem, iż spędzili dwa i pół dnia w małej jaskini skalnej otoczeni przez stada wściekłych świstaków”. Spisuje złote myśli o taternikach typu „Taternictwo jest matolstwem a taternicy to matoły!”, ale potrafi też pisać poważniej i pięknie. Takim rozdziałem, który bardzo mi się spodobał, był ten zatytułowany „Włóczęgi, czyli wprost przed siebie z dziesięcioma „N”. Zwięzła metodyka błąkania się”. Czym jest dziesięć „N” nie zdradzę, ale samo wyjaśnienie błąkania się mnie ujęło. Przykład prostoty i aktywności jaką preferuję. Łażenie bez celu, spokojne, kontemplowanie natury, leżenie na trawie czy też wybór tej czy tamtej ścieżki, to gwarant wypoczynku i spokoju, przewietrzenia głowy. 

To bardzo przyjemna w odbiorze lektura. Nie ma tu większych tragedii, nie ma tego całego napięcia związanego z niebezpieczeństwami, a jeśli nawet to podane są z humorem i sarkazmem. Autor skupia się na mniej istotnych, choć równie ważnych detalach, obserwuje to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, docenia przyjaciół, śmieje się ze świata, ma do niego dystans i choć urodził się w 1935r. (!) to zapewne nadal jest pełen energii i cudownego poczucia humoru. Polecam.

Śmiech na linie”, Ivan Bajo, wyd. Stapis 2017, przekład Janusz Opyrchał-Bojarski

Reklamy

„Krew bacy” Marek Ratajczak

Krew-bacy-czyli-relacja-z-samotnej-szarży-na-Mont-Blanc-Marek-Ratajczak Krew bacy to drink serwowany w zakopiańskiej knajpie, którym często raczy się autor książki (i nie tylko tym zresztą). „Krew bacy” w podtytule to „zakrapiana relacja z samotnej szarży na Mont Blanc”. I jest to szarża zaiste świetna w swojej prostocie, zarówno języka, jak i podejścia do sprawy. Marek Ratajczak wychowany na Pogórzu Sudeckim, mieszkający w Szczecinie „góral”, kochający Tatry i znający tam każdy szlak jak własną kieszeń, postanowił pojechać w Alpy, by samotnie zdobyć Mont Blanc (Blanka, jak go nazywa). Ryzykant? Wariat? Doświadczenia w tak wysokich górach nie miał, wypasione ciuchy trekkingowe zakupił na promocjach w sklepie sportowym, wyposażony w czekan i w raki, na których dopiero będzie uczył się chodzić, pojechał. I zdobył szczyt. 

Wejście okupione zostało morderczą wręcz walką o przetrwanie, o każdy oddech, bo jednak wysokość już nie ta co w Tatrach, o każdy krok, na który trzeba było naprawdę mnóstwo siły w ciężkich warunkach, kiedy śnieg i wiatr biczują z każdej strony. Poczucie humoru, autoironia i dosadność autora (kiedy opowiada o swoich fizjologicznych potrzebach) doprowadzały mnie bardzo często do parskania śmiechem. Bo to faktycznie było dla mnie śmieszne, nie prostackie, jak może, ktoś bardziej delikatny by to odebrał. Przykład? „Przeciągnąłem się radośnie w kierunku słońca, gdy nagle powietrze rozdarł, niczym wczorajszy grzmot, niekontrolowany pierd. Fuck! Uwięziona od przyjazdu w pękających w szwach jelicie kupa podróżnika kontestowała szlaban gazowymi erupcjami. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo. Pognałem do kibla. Po załatwieniu sprawy priorytetowej zjadłem delikatny obiad ze słoiczka Bobovita: wołowinka po staropolsku z kaszą, dla dzieci od dziesiątego miesiąca, podgrzana na kocherze. Trochę bez smaku. Zagryzłem więc batonem XXL Prince Polo i było okej”.

Polubiłam autora, bo nie tylko ma humor iście przedni, a także bardzo szczery i prostolinijny sposób zachowywania się, ale też jest wrażliwcem muzycznym. W książce jest sporo odniesień do muzyki, która tętni mu pod czaszką cały czas i w każdym momencie pojawia się odpowiednim fragmentem, cytatem: ulubione Trebunie Tutki, Sigur Ros, Lao Che, czy „Kiedy biegniesz bez siły, kiedy czujesz, że blisko jest chwila jak płomień…” Ruszyłem, rzucając w stronę szczytu czerwoną nowofalową Siekierą”. No, genialne. Muzyka jest partnerem podczas tego morderczego wejścia na Mont Blanc. Dodaje odwagi, otuchy i mobilizuje, jak utwory Lao Che z płyty „Powstanie Warszawskie”.

Autor jest wrażliwym człowiekiem. Jego opowieść o wejściu i zejściu (wspinaczka i zspinaczka, jak mówi) przeplata się z aktualnie prowadzoną narracją człowieka siedzącego samotnie w mieszkaniu, pijącego piwo, lub też tytułową Krew Bacy, wspominającego napotkaną na szlaku dziewczynę z włoskiej ekipy, której zrobił zdjęcie. Tajemnicza Nieznajoma z czarnym kosmykiem wyłaniającym się spod goreteksowego kaptura, która robiła mu zdjęcia na szczycie, to członkini ekipy, o której potem usłyszy tragiczne wieści. Dlatego też, co rusz pije za tych, którzy giną. Włącza wiadomości w tv, a tam ciągle śmierć. Zdrowie ! i kolejne ! „Cóż, marne to nasze życie – koty wieczorami nazbyt nostalgicznie, wręcz irytująco miauczące, a gołębie wiecznie srają na mój parapet”, a „Ludzie spadają z gór i będą spadali jak jesienne liście…”.

Podobało mi się bardzo, to zaledwie 94 strony, ale jest to mieszanka czarnego humoru, wrażliwości, dramatu, ludzkich przywar i radości z prozaicznych detali, jakie doceniamy dopiero po przeżyciu czegoś ekstremalnego. 

„Krew bacy” Marek Ratajczak, wyd. Stapis 2014

 

„Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki, Dominik Szczepański

indeksAdam Bielecki pochodzi z Tychów, przygodę ze wspinaniem zaczął bardzo wcześnie i jak większość naszych wspinaczy, rozpoczął ją na jurajskich skałkach w Rzędkowicach czy Podzamczu. Przepiękne rejony zresztą, polecam. Potem Tatry, Alpy i wreszcie Patagonia, Karakorum, Himalaje.
W książce „Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki wspomina początki swojej kariery, opowiada o wsparciu rodziców i swoim uporze w dążeniu do spełniania się w pasji. Szybko doceniony przez środowisko wspinaczy, zdolny, cierpliwy i przede wszystkim rozważny – takiego go widzę. Może na poczatku trochę narwany, ale z czasem i doświadczeniem, bardzo odpowiedzialny za siebie i za partnerów. Kiedyś w Tatrach, ktoś mu powiedział „Jeśli w ciągu trzech lat się nie zabijesz, to będzie z ciebie zajebisty wspinacz”. Tak też się stało. Z sukcesów w wieku 34 lat może być dumny. Jakich? Wymienię choćby kilka:

  • samotne wejście na Chan-Tengri w Kazachstanie, jako wówczas najmłodszy w ogóle zdobywca szczytu
  • w 2011r.  zdobył wraz z Arturem Hajzerem i Tomaszem Wolfartem bez używania tlenu piąty szczyt świata – Makalu
  • wejście na K2 i Gaszerbrum I w 2012
  • i wreszcie wejście na Broad Peak w 2013r. zimą, kiedy to niestety w drodze powrotnej zginęli Maciej Berbeka i Tomek Kowalski, przyjaciele Bieleckiego (głośno było o sprawie, w której Bielecki został właściwie oskarżony o śmierć współpartnerów – tu poznajemy jego wersję wypadków, która, nie ukrywam, jest bardzo wzruszającym dla mnie momentem książki). „Góry obnażają. Zdzierają z ludzi maski. W momencie kiedy jesteś głodny i walczysz o życie, na wierzch wychodzi to, co masz w środku. Nie ukryjesz się. Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił”.  Bielecki nie dość, że w tej wyprawie stracił dwóch przyjaciół, to chwilę potem na Gaszerbrumie I zginął jego kolejny kolega i guru – Artur Hajzer, pomysłodawca i założyciel Polskiego Związku Himalaizmu. Ciężko jest pozbierać się po czymś takim, znaleźć mimo to w sobie odwagę do dalszego wspinania.

O czym jeszcze pisze Bielecki? Porusza wiele ważnych rzeczy, na przykład kwestię odpowiedzialności. Wiadomo, że za każdą czynność wykonaną podczas wspinaczki odpowiada wspinający się. Jeśli jest to wspinaczka z partnerem czy w zespole, liczy się współdziałanie, ale najważniejszym jest pilnowanie siebie i mądre podejście. „Himalaizm składa się z setek małych rzeczy. Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz”. Jeśli brakuje metrów do szczytu, ale ryzyko ich przejścia jest zbyt duże, należy zawrócić. O tym Bielecki wie dobrze (taka sytuacja miała miejsce podczas wspinaczki na Kaczendzongę, kiedy był w zespole z Denisem Urubko).

Na początku lektury miałam wrażenie, że będzie to trochę suchy styl pisania, czyli same fakty plus ewentualny sukces czy porażka, ale nie. Nie jest tak. Bielecki i oczywiście współautor Dominik Szczepański, postarali się, by książkę dobrze się czytało. Uważam, że chcieli pokazać zwykłemu człowiekowi, który nigdy nie był i nie będzie na wysokości 8000m, jak tam jest. Jak zrozumieć mękę organizmu, ryzyko, odwagę, taki a nie inny wybór, czarne myśli i strach. Jak chociażby iść, żeby dojść. „Ktoś kiedyś powiedział, że jedną z najpiękniejszych rzeczy we wspinaniu jest ten czas, kiedy liczy się tylko ten metr kwadratowy przed tobą. Kiedy pokonujesz trudne miejsce, to znikają dom, rodzina, bliscy, przyjaciele i problemy dolin. Trochę tak, jakby twoje „ja”, ten wewnętrzny ludek, który analizuje, myśli, rozważa, boi się, przestawało nagle istnieć. Rozpływasz się, przestajesz istnieć, a stajesz się wspinaniem. Najgorsze, co możesz zrobić w trudnej sytuacji, to pomyśleć, że jesteś zbyt zmęczony, a przed tobą jeszcze tyle godzin. Że nie dasz rady. Wtedy od razu lepiej zawrócić. Jeśli nie umiesz wyczyścić całkowicie umysłu, to pomyśl o domu, o bliskich albo po prostu o tym, co ostanio zjadłeś i co zjesz po zejściu. To pomaga rozwiać złe myśli. Ale najlepiej w ogóle nie myśleć i skupić się na oddechu”. Sama praktykuję od jakiegoś czasu dłuższe piesze wycieczki i wiem, że skupienie się na oddechu rzeczywiście bardzo pomaga.

Ważna we wspinaniu jest również pokora, o czym mówi każdy mądry wspinacz, Bielecki też. Pokora wobec natury. Szacunek wobec góry. To, że ty chcesz zdobyć szczyt, nie znaczy, że góra ma ci na to pozwolić. Poza tym, Bielecki mówi też dużo o tym, jak dobrze jest też czasem mocno się zmęczyć, dotrzeć do granic wyczerpania, pożyć jakiś czas w warunkach mało komfortowych, pełnych wielu niedogodności (np. malutki namiocik na grani na wysokości 7000m przy temperaturze -30), aby docenić to, co czeka na nas później: pyszny obiad, gorący prysznic, zieleń trawy, wygodne łóżko. Proste i banalne sprawy, ale warto czasem o tym przeczytać, bo w tym naszym pędzie zapominamy o malutkich chwilach radości i drobiazgach, które dają nam spokój i szczęście. Bielecki to fajny facet. Chce być nie tylko dobrym himalaistą, ale jak mówi, przede wszystkim starym. Chce żyć, choć wie, że ryzyko zawsze wpisane będzie w jego pasję, a spod zamarzniętych powiek, czasem przecież nie widać, gdzie można postawić krok.

I na koniec jeszcze taka ciekawostka: z tej książki dowiedziałam się, że góra z logo wytwórni filmowej Paramount Pictures to szczyt Artensoraju położony w paśmie Cordillera Blanca (Andy Peruwiańskie), znajdujący się na terenie Peru. Jego wysokość to 6025 m n.p.m. Piękna góra, przepiękna, charakteryzująca się niesamowitymi formacjami śnieżnymi. Myślałam, że to tylko obrazek na potrzeby logo… a tu proszę.

Świetna lektura, książka jest bardzo ładnie wydana, z mnóstwem zdjęć. Polecam.

„Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki, Dominik Szczepański, wyd. Agora 2017

„Zimne wojny” Andy Kirkpatrick

zimne-wojny-wspinaczka-na-krawedzi-ryzyka-i-rzeczywistosci-b-iext33705791Andy Kirkpatrick jest dwukrotnym zdobywcą Boardman Tasker Prize for Mountain Literature. Jego „Zimne Wojny” to fantastyczne uzupełnienie do „Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” o której pisałam tutaj.

Polubiłam to jego pisanie,  bo mimo prostoty i naiwności, jest konkretny, lekko sarkastyczny, z humorem i dystansem do siebie. Często jest to rozbrajające, bo Andy wie dobrze, że nie wygląda jak wspinacz. Nie jest za przystojny, jest za tłustym, lekko ciapowatym okularnikiem, ale mierzy wysoko i ciągle ma ambicje.

Książka powstała po jego mega wyczynie, czyli wejściu najtrudniejszą drogą The Reticent Wall na El Capitana, co było opisane w „Psycho Vertical”. W „Zimnych wojnach” udajemy się z Andym w Alpy, gdzie przechodzi on Drogę Lafaille’a na górze Dru ze swoim partnerem Ianem Parnellem, następnie do Patagonii na drogę Devil’s Dihedral na Aguja Mermoz, do Norwegii na Troll Wall i kilka innych. Właściwie to Andy wspina się dość naiwnie wierząc, że się do tego nadaje. Owszem zna technikę, ale częściej idzie na żywioł i ryzykuje kolejny krok w ścianie, byle nie odpaść. Lekko to dla mnie przerażające, ale ogólnie osobowość Andy’ego jest dość specyficzna. Fajny człowiek, choć ciapowaty do bólu i trochę nie wiedzący czego tak naprawdę oczekuje. Owszem zdarza mu się zrobić trudne wejścia, daje radę, ale cały czas się miota – wspinać się czy nie wspinać? Zimą czy latem? Samemu czy nie? kiedy, po co i dlaczego. Taka fajtłapa z niego, prosty człowiek, porywający się często na absurdalne rzeczy, ale spełniający swoje marzenia jakby nie patrzeć. W końcu napisał aż dwie książki, i to mimo dysleksji! dlatego nie jest to może szczyt kunsztu literackiego.

Mimo tego lubię go. Jest taki dziecięcy w tych swoich marzeniach i pasji. Ciągnie swój mały wózeczek pragnień i powolutku sobie je spełnia. Może nie do końca mądrze, ale jednak… W  książce „Zimne wojny” jednak widać już więcej dojrzałości. Autor jest tu mocniej rozdarty między pasją i egoistycznym łażeniem po niebezpiecznych ścianach, a rodziną. Ma wszak fajną żonę Mandy, która znosić musi jego ciągłe wyjazdy, oraz dwójkę fajnych dzieciaków, które coraz więcej rozumieją i mocniej zaczynają tęsknić za ojcem.

„Żeby się podejmować takich wyzwań, trzeba nie tylko ogromnego zapasu wiary, ale i jakiegoś uzasadnienia. Zawsze byłem pełen podziwu dla tego, co życie potrafi przynieść. I to samo w sobie stanowi wystarczający powód, żeby próbować niemożliwego. Wspinanie nie ma nic wspólnego z wygrywaniem, ze zdobywaniem szczytu. Gdyby o to chodziło, nikt by się nie wspinał. Wszystko, na czym zasadza się wspinanie, to wiara – w siebie – że warto próbować” – tak mówi, ale emocje jakie zaczynają Andym targać, coraz bardziej przestrzegają go przed tym ciągłym próbowaniem się z samym sobą. Jak mówi po zejściu z góry „Gdy wszystko się kończy, jestem znów zwykłym człowiekiem. I widzę w tym magię”.  Może to już jakaś dojrzałość? świadomość własnych granic i możliwości, albo zmęczenie tym miotaniem się?
„Zastanawiałem się, czy warto wspinać się po takich drogach, przechodzić przez to wszystko, po to tylko, żeby osiągnąć stan, gdy głowa jest kompletnie pusta, wolna od czegokolwiek. Dla tej jednej chwili, która należy tylko do mnie”, a z drugiej strony „Tu u góry,  gdy już się człowiek przyzwyczai, życie jest bardzo proste. Czy jest w tym zatem coś dziwnego, że ludzie tak to kochają? Prawdziwe cierpienia są na dole”.

Mimo tej infantylności i prostoduszności Andy ma swoje wewnętrzne smuteczki.. Zawsze chciał być takim zwyczajnym facetem, żyć sobie normalnie, pić, jeść, bawić się, gdzieś PASOWAĆ. Ale nie umiał tego. Zawsze był outsiderem, wyobcowanym i samotnym gościem, z wadą wzroku, ciężko było mu się odnaleźć i zaistnieć w życiu innych ludzi. Dlatego zaczął się wspinać, by choć przez chwilę poczuć przynależność do jakiegoś miejsca. W tej książce jednak zaczął już „schodzić”. Przychodzi moment, kiedy trzeba zacząć wracać. Na dobre. Bo magia może być wszędzie, nie tylko na szczycie. Udział przy produkcji filmu „Willy Wonka i fabryka czekolady” (Andy pracował tam przy asekuracji różnych mostków, pomostków, górek, by aktorzy się nie poprzewracali i nie pospadali), uzmysłowił mu, że magia może być w najzwyklejszym drobiazgu. Wystarczy umieć ją dostrzec. Zrozumiał i dlatego etap schodzenia z wygórowanych ambicji mógł odbyć się świadomie. Polecam, fanom wspinania, bo choć nie jest to rewelacyjnie napisane, to czyta się z przyjemnością. I chciałabym, żeby Andy napisał coś jeszcze. Jak mu teraz się żyje, co robi… może znów zapragnął gdzieś wleźć? ;)

„Zimne wojny” Andy Kirkpatrick, wyd. Stapis 2014

 

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova

indeksKobiety mogą wiele. Są silne, uparte, dążą do celu. Mają często większą wytrzymałość i odwagę niż mężczyźni. Takie na pewno były i są kobiety himalaistki, o których pisze Dina Sterbova w swojej książce „Tęsknota i przeznaczenie”. 14 ośmiotysięczników w Himalajach zostało zdobytych również przez kobiety, czy to w solowych wejściach, czy w kobiecych zespołach, czy też w mieszanych. Kobiety jak się okazało, mimo niedowierzania władz, sponsorów, himalaistów płci męskiej, są równie dobrymi wspinaczami i niczego im nie brakuje. Było tak zarówno w latach 70-tych, jak i 90-tych, i współcześnie.

Książka opowiada historie bohaterek – te zakończone sukcesem i te zakończone tragicznie (a takich jest zdecydowanie więcej) bardzo rzetelnie i z dużą dozą szczegółów. Autorka gromadziła wszystkie informacje przez 14 lat, niektóre z kobiet udało jej się odwiedzić, z innymi już nie miała możliwości spotkania, ale za to musiała przekopywać się przez stosy archiwalnych materiałów, artykułów, wywiadów. Na kartach książki spotykamy kobiety – himalaistki z różnych stron świata (Japonii, Francji, Niemiec, Austrii, Ameryki, Czechosłowacji (jeszcze wtedy) -> sama autorka jest Czeszką i wspina się również. Dużo stron poświęconych jest polskim himalaistkom, które autorka uważa za wybitne: Wandzie Rutkiewicz (śmierć na stokach Kanczendzongi w 1992r.), Annie Czerwińskiej (tu przypomina słynną wyprawę na górę Rakaposhi, którą zdobył zespół całkowicie kobiecy, pisałam o tej książce tutaj), Halinie Krüger-Syrokomskiej (śmierć na K2 w 1982r.), Annie Okopińskiej, Krystynie Palmowskiej. Autorka wspomina wszystkie ich ważne wyprawy i pierwsze wejścia kobiece, których wymieniać nie będę, z wiadomych powodów (znajdziecie je choćby na wikipedii). Kobiety himalaistki innych narodowości były i są równie wybitne, warto choćby wspomnieć o wyprawie Arlene Blum na Annapurnę (również w zespole całkowicie kobiecym, o książce „Annapurna. Góra kobiet” pisałam tutaj) – ogromne osiągnięcie.

„Ludzie długo wznosili wzrok ku szczytom gór z czcią i przestrachem, nawet jeśli całe życie spędzili w dolinach u ich stóp. Góry w wielu niepowiązanych ze sobą religiach i wyznaniach uważane były za trony bogów. Dopiero nie tak dawno temu w kilku heretyckich głowach powstał pomysł, że człowiek mógłby zdobywać ich wierzchołki”. Oczywiście poczatkowo rolę tą przypisywano głównie mężczyznom, bo zadaniem kobiet było siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Doszło jednak do tego, że kobiety na przełomie XIX i XX w. się „przebudziły” i mimo, że początkowo były „lekceważone i ośmieszane, wiele z nich nie dało się powstrzymać i odważnie walczyło o swoje. Pionierki te nie były jednak żadnymi Amazonkami. Były to normalne kobiety, które miały pasję, ale też dzieci i żyły w normalnych związkach”.  Zdecydowały się podejmować ryzyko, stawiać na szali swoje życie, po to by pokonać siebie, spełnić marzenia, poświęcić się pasji, udowodnić swoją siłę i odwagę. „Człowiek musi wejść na prawdziwe wyżyny, by mógł spojrzeć na dno swojej duszy”. Niby banał, ale coś w tym jest. Góry od zawsze przyciągały te „wybitne, nie bojące się ryzyka” jednostki. A może i bojące się, ale bardziej oswojone ze śmiercią, która jest od zawsze wpisana w ich życie. To nie jest tak jak ze zwykłym, siedzącym w fotelu przed telewizorem człowiekiem, który o śmierci nie myśli, bo nie ma z nią do czynienia codzień, bo się jej boi, nie potrafi jej zrozumieć i właściwie nie bardzo wie jak ją oswoić. Natomiast człowiek, który ryzykuje swoje życie w imię pasji, ma śmierć wpisaną w siebie już od początku. Ona idzie tuż obok niego, czasem chce mu wyrwać czekan, czasem chuchnie na niego lodowatym podmuchem wiatru, by go przestraszyć, i wpada w zadziwienie, kiedy on, a w przypadku tej książki, ona – idzie niestrudzenie dalej.

Wszystkie opisane w książce kobiety, o których mogłabym tu napisać bardzo dużo, a przede wszystkim to, że każda z nich była wielką osobowością i silną indywidualnością, wchodząc na szczyt ośmiotysięcznika, czy to jako pierwsza kobieta na świecie (co w większości przypadków miało tu miejsce) czy jako druga – odczuwają ogromne spełnienie i szczęście oraz niezwykłe poczucie wolności. I choć trwa to chwilę, bo w strefie śmierci, czyli powyżej 8000 m. nie można przebywać długo, to jest to chwila niezapomniana.

Dina Sterbova porusza różne tematy – przygotowania do wypraw, problemy etyki i zachowania w górach, opisuje kontrowersyjne sytuacje, kiedy to zawiodło „braterstwo liny” (m.in. wyprawę Kurta Diembergera na K2 z 1986r. podczas, której zginęło wiele osób, a sam Kurt musiał się tłumaczyć z różnych kwestii), a także chore współzawodnictwo, które również zaczyna powoli się pojawiać w świecie wspinaczy, psując relacje i zaburzając istotę wspinania. Było kilka przypadków, kiedy z czystej zawiści nie uznawano faktu zdobycia szczytu, bądź też nie wierzono zdobywczyni. Najwięcej ucierpiała Wanda Rutkiewicz, która często była posądzana o parcie do celu po trupach, wykorzystywanie ludzi i nie szanowanie ich, egoizm, a sama tak naprawdę się chyba w tym wszystkim pogubiła. I choć dla niej faktycznie istniały tylko góry, to być może zatraciła gdzieś sens innych spraw, ale tak czy siak, na pewno nie była lubiana w środowisku, choć była niezwykle ceniona i miała naprawdę ogromne osiągnięcia. Autorka wspomina również bardzo dobrą książkę / wywiad z Wandą Rutkiewicz, autorstwa Barbary Rusowicz (pisałam o niej tutaj).

Dina Sterbova sama zalicza sie do kobiet wybitnych, jako pierwsza stanęła na szczycie Cho You w 1984r, a 4 lata później na Gasherbrum II, kierowała również wyprawą na Manaslu, gdzie zdobyła jego północny szczyt. Jej ksiażka to kawał dobrej roboty. Mówi, że góry są „zwierciadłem, w którym odbija się nasz charakter, dzięki nim wiemy, jak lepiej poradzić sobie z wyzwaniami, jakie ma dla nas życie. Motywują nas do pokonywania własnych słabości. Nie chciejmy od nich tandetnych nagród lub sławy, nie traktujmy ich jako stopni wiodących do zwycięstwa, gdyż potrafią nam dać o wiele więcej. Pamiętajmy również, że kiedy tylko chcą, moga nam zabrać wszystko, tak jak zabrały wielu ludziom przed nami”.

Książkę warto przeczytać, warto, bo daje siłę do walki z codziennością. Każda z nas ma swoje Himalaje i pamiętajmy, że mamy siłę by się z nimi zmierzać. Polecam. Idealny prezent na zbliżający się Dzień Kobiet, ale nie tylko. To niezwykły zbiór informacji dla każdego fana / fanki wspinaczki, alpinizmu. Dla wszystkich, którzy kochają góry.

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova, wyd. Stapis 2016

„Misja helikopter” Simone Moro

misjaSimone Moro jest jednym z moich ulubionych wspinaczy. Wydaje mi się bardzo miłym i szczerym człowiekiem. Jego partnerami byli m.in. ś.p. Piotr Morawski, a także jego przyjaciele ś.p. Anatolij Bukriejew i Denis Urubko (ten ostatni żyjący na szczęście). Simone zdobył 8 ośmiotysięczników (z czego jako pierwszy człowiek na świecie 4 zimą), jest z wykształcenia bibliotekarzem (!) i został nagrodzony przez UNESCO nagrodą Fair Play, za uratowanie brytyjskiego himalaisty na wysokości 8000 m na Lhotse. Dużo można by mówić o wspinaniu Simone’a Moro i o jego osiągnięciach, o jego pozytywnej filozofii życia i sportowej postawie. Kocha góry, kocha wysokość i lubi pomagać. Książka „Misja helikopter” opisuje spełnienie kolejnego marzenia tego włoskiego alpinisty – latanie. Zdobył licencję pilota w wieku 42 lat, kupił śmigłowiec i stworzył pogotowie himalajskie. Helikopter stał się nie tylko hobby, ale też kolejnym, bardzo potrzebnym zajęciem.

„W tej książce chcę opowiedzieć o przełomowych spotkaniach i o drodze, którą przeszedłem, żeby spełnić moje marzenie wetknięcia głowy w chmury, podobnie jak już to kiedyś zrobiłem, wspinając się na najwyższe szczyty Ziemi, skacząc z samolotu na spadochronie i w specjalnym kombinezonie wingsuit. Teraz chciałem to zrobić inaczej, nie koncentrując się wyłącznie na aspekcie sportowym lub rozrywkowym, i odkryć jeszcze raz, że nigdy nie jest za późno na marzenia ‒ do każdego wieku trzeba tylko dobrać odpowiednie.” – mówi.

Trzeba jednak przyznać, że nauka latania helikopterem, mimo iż przyszła mu łatwiej, niż się spodziewał, wymagała od niego wiele cierpliwości, samozaparcia, no i oczywiście pieniędzy. Przydał się tu też łut szczęścia oraz spotkanie na swojej drodze życzliwych i szczerych ludzi.  

Simone Moro w swojej książce opisuje perypetie związane ze zdobywaniem licencji, z pierwszymi lotami, potem kolejnymi, trudniejszymi, zwiazanymi z akcjami ratunkowymi w niższych i wyższych górach. Simone wie, że często wspinacze nie mają szans na przeżycie na dużych wysokościach i ratunek z powietrza może być jedyną słuszną opcją. Czy helikopter jest faktycznie dobrym sprzętem do poruszania się na wysokości 7-8 tysięcy metrów? Okazuje się, że może takim być, często jednak przeszkodą  mogą być zakazy i procedury. Simone wie jednak, że trzeba czasem te zakazy łamać, bo ludzkie życie warte jest wszystkiego. 

Nie jest to książka porywająca według mnie, ale porywająca jest idea autora. Pomiędzy opowieściami o zdobywaniu kolejnych szczytów, nawiązuje współpracę z wieloma firmami lotniczymi, zdaje egzaminy i kursy, spędza wiele godzin za sterami helikoptera ucząc się różnych trudnych manewrów. Kocha to co robi, cieszy go,  że niebawem będzie mógł pomagać ludziom. Wiele jednak czasu będzie musiało upłynąć i wiele kartek papieru będzie musiało być opatrzonych stempelkami, by do jakiejkolwiek akcji ratunkowej, a nawet zwykłego lotu, dojść mogło, ale Simone się nie poddaje. Zbiera pieniądze, gdzie tylko się da, walczy z urzędnikami, którzy niestety we Włoszech są niestety bardzo upierdliwi i nie wychodzą naprzeciw człowiekowi. Przewozi swój ukochany helikopter do Nepalu, po to, by tam zacząć wszystkie bezsensowne procedury od nowa. Nie zniechęca go nawet pobicie przez Szerpów w obozie bazowym pod Everestem, nie zniechęca go ryzyko, jakie należy podjąć, by wznieść się na himalajską wysokość 7-8 tysięcy metrów w rozrzedzonym powietrzu, kiedy helikopter pozbawiony zbędnych ładunków i balastu kołysze się przy silnych podmuchach wiatru. Nie zawsze uda mu się uratować żywego człowieka. Czasem trzeba będzie sprowadzić ciało…

Z książki wyłania się człowiek, który jest ciągle wierny swoim marzeniom i ideałom. Wierny również swojej rodzinie, choć pasje zabierają mu mnóstwo czasu. Ma w swoim sposobie bycia i działania wiele motywacji i mimo ogromnych stresów, potrafi znaleźć wyjście. Oczywiście, ma wokół siebie grono przyjaciół, o których wyraża się bardzo ciepło (podobnie wspomina tych, których już nie ma wśród nas). Ma też pieniądze, które generalnie pomagają mu w realizacji tychże marzeń, ale te pieniądze zarabia w sposób uczciwy. Ta książka jest opowieścią o dobrym człowieku, który po prostu spełnia swoje marzenie. Warto przeczytać, choćby po to, by dotarło do nas, że nigdy nie można się poddawać.

„Misja helikopter” Simone Moro, wyd. Agora 2017.

„Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” Andy Kirkpatrick

El Capitan – formacja skalna o ponad kilometrowej wysokości położona w dolinie Yosemite, w środkowej Kalifornii. Ten granitowy monolit to jeden z najbardziej cenionych celów wspinaczkowych. Na tej formacji skalnej jest ponad 70 dróg wspinaczkowych, z których najtrudniejszą jest tak zwana Reticent Wall. By ją przejść potrzeba mniej wiecej około 8 dni. Andy’emu zajęło to dni 13. Z powodzeniem.

el

„Po raz pierwszy wspięli się na nią Amerykanie: Steve Gerberding, Lori Reddel i Scott Stowe. Było to w 1995r. Niemal natychmiast została okrzyknięta najtrudniejszym wielkościanowym wyzwaniem na świecie: czternaście najbardziej niebezpiecznych, potencjalnie najbardziej wymagających wyciągów, począwszy od Lay Lady Ledge, dużej półki ciągnącej się sześć wyciągów nad ziemią.”

Czym jest wyciąg? To odległość między dwoma stanowiskami asekuracyjnymi na ścianie, wyznaczona przede wszystkim długością liny. Ale na El Capitanie sama lina to nie wszystko. Tu miejsca odpowiednie do stworzenia stanowiska asekuracyjnego są od siebie mocno oddalone. Trudno je wypatrzeć. Ściana jest gładziutka, pionowa, praktycznie pozbawiona jakichkolwiek rys, szparek etc. Tutaj wyciągi zatem są niezwykle długie i przez to bardzo niebezpieczne. O ich długości decyduje dogodność warunków do założenia bezpiecznego stanowiska, a także przebieg drogi i układ punktów asekuracyjnych, a w tym przypadku dogodność jest pojęciem dość abstrakcyjnym. Andy’ego często paraliżuje strach, na długie godziny unieruchamia go w jednej pozycji. Strach przed odpadnięciem od skały nie jest bezzasadny. Każde odpadnięcie na drodze Reticent Wall oznacza bardzo długi i niebezpieczny lot (grożący nawet śmiercią). Dlaczego? dlatego, że założone wcześniej punkty asekuracyjne pod wpływem spadania człowieka na linie, odpaść mogą również. Czasem leci się przez kilkaset metrów, modląc się, by któreś z malutkich stanowisk wreszcie przyjęło na siebie całą energię i w efekcie utrzymało linę. Stanowiska są z kolei montowane przy pomocy maluśkich sprzętów na maluśkich krawądkach, czasem wielkości paznokcia, na malutkich uskokach, ryskach, które nawet ciężko wyczuć dłonią. Jakże wielką umiejętność musi posiadać wspinacz, by je wyczuć, by uznać, że się nadają, i jak dobrze musi umieć umocować malutkie haki, kostki itd., aby utrzymały się one w skale, jednocześnie dały pewność wspinaczowi, że utrzymają jego ciężar przy wykonywaniu kolejnych ruchów w górę. Stuprocentowej pewności jednak nie będzie nigdy… 

To powyższe wprowadzenie miało na celu pokazanie jak trudna jest wspinaczka w takiej formacji skalnej, jaką jest El Capitan. A Andy Kickpatrick nie jest jakimś wspinaczem genialnym. Nie ma na swoim koncie nie wiadomo jakich szczytów i trudnych przejść. Jest człowiekiem, który po prostu lubi się sprawdzać. Jak większość z nas, lubi czasem uciec od przytłaczającej go rzeczywistości. Chce coś udowodnić samemu sobie. Być może jest w tym sporo egoizmu, bo przecież w domu czeka żona, dziecko, drugie w drodze, niemniej jednak Andy się nie patyczkuje – szuka odskoczni. „Życie codzienne zostaje zawieszone – w każdym tego słowa znaczeniu – na całe dnie lub tygodnie uczciwej, ciężkiej pracy; przedziwnej radości walki i eskapizmu. Tam, w górze, nie ma rachunków do zapłacenia, żądań emocjonalnych, żadnych innych spraw rozpraszających uwagę, tylko wspinanie – od świtu do zmierzchu, z nagrodą w postaci oglądania zachodu słońca pod koniec dnia”. Nie mnie oceniać jego zachowanie. Polubiłam go, bo ma poczucie humoru, otwarcie mówi o swoich przywarach i braku talentu, otwarcie przyznaje się do strachu.

W książce „Psycho Vertical” Andy Kirkpatrick poza wejściem na El Capitana, opisuje swoje młodzieńcze lata spędzone w nędznym blokowisku w Hull w Wielkiej Brytanii, pierwsze porażki i sukcesy, pierwsze próby wspinaczkowe, odnajdywanie się w świecie alpinistów, treningi. Jego przesadny entuzjazm może irytować, ale w sumie ujmuje. 

W tej książce widzę człowieka jako trochę nieporadnego i ślamazarnego idealistę, ale za to niezwykle silnego w swoim uporze. Wiadomo, że wspinaczka solo wymaga niezwykłej umiejętności autoasekuracji i transportowania bagażu (sprzętu, portaledge’u -> małego łóżka do spania, jedzenia, wody, lin itp). Trzeba przyznać, że autor świetnie sobie z tym wszystkim poradził, ale oczywiście wymagało to wielu godzin prób i błędów, samozaparcia i cierpliwości. Udowadnia, że małymi krokami można wejść na szczyt, niekoniecznie ośmiotysięcznika.

Za książkę „Psycho Vertical” autor otrzymał nagrodę Boardman Tasker Price, a 4 lata później tą samą nagrodę za kolejną książkę „Zimne wojny” (która również na półce czeka). Obie napisał będąc zaawanasowanym dyslektykiem, a czyta się to świetnie. Można? Pewnie, że można, jak tylko się chce…

indeks

„Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” Andy Kirkpatrick, wyd. Stapis 2016