„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingólfsson

tawyflPierwsze co mnie ujęło, to piękna okładka. Właściwie, nawet nie wiedząc jaki to typ książki, zapewne sięgnęłabym po nią. Uwielbiam takie klimaty: przestrzenie, wybrzeża, kolorowe domki sugerujące Skandynawię, Islandię… Sklasyfikowano tę powieść, jako kryminał, ale ważniejsza i ciekawsza, moim zdaniem, jest tu cała otoczka towarzysząca.

Kjartan, przedstawiciel prefekta z Reykjaviku zostaje oddelegowany na wyspę Flatey, część większego archipelagu wysp w zatoce Bjerdafjordur, w północno-zachodniej Islandii. Na sąsiadującej, nie zamieszkanej wysepce znaleziono ciało mężczyzny. Jak się tam znalazł? Kim jest i dlaczego nie żyje?

Wespół z policjantem Dagbjarturem i miejscową lekarką Johanną, Kjartan będzie próbował zrozumieć i rozwiązać sprawę śmierci mężczyzny, który okaże się być znanym profesorem z Reykjaviku, Gastonem Lundem, badającym stare księgi. Na wyspie Flatey zajmował się badaniem tej jednej konkretnej: od pokoleń w miejskiej bibliotece znajduje się starodawny manuskrypt „Flateyjarbok” zawierający sagi i eposy średniowiecznych Wikingów, spisane wieki temu (niektóre z nich cytowane są w książce Ingolfssona). Ktoś, kiedyś ułożył do nich 39 pytań, na które trzeba znaleźć odpowiedź, a następnie, posługując się magiczną runą odnaleźć zakończenie do wiersza-klucza. Jest to sprawa bardzo skomplikowana, wielu się nad tym biedziło, próbowało i kombinowało. Czy Gaston Lund odgadł rozwiązanie? Czy jego śmierć ma faktycznie związek z manuskryptem? A może był to fatalny zbieg okoliczności, zwykły wypadek, czy też następstwo klątwy związanej z Flateyjarbok? I dlaczego przybyły na wyspę dziennikarz również zostanie znaleziony martwy i okaleczony?

Samo śledztwo prowadzone jest bardziej z przypadku, aniżeli skrupulatnie i szybko. Przesłuchiwani są mieszkańcy wyspy Flatey: wójt Grimur, lekarka, Valdi z Domu na Skraju, kościelny Thormodur Krakur i inni. Nic nie jest takie jak się wydaje, nic nie jest jasne, policjanci się plączą, nie potrafią powiązać spraw, nie dlatego, że są nieudolni, ale dlatego, że nie bardzo się to wszystko składa. Oczywiście z biegiem czasu, odkrywając karty i łącząc fakty, śledztwo nabierze jakichś ram. Rozwiązanie zagadki śmierci dwóch mężczyzn jak i sekretnego klucza z manuskryptu okaże się zaskakujące, niemniej jednak w ogóle to nie jest ważne.

Dla mnie genialne w tej książce było bardzo malownicze ukazanie codziennego życia tej niewielkiej, wyspiarskiej społeczności. Niezwykłe opisy prostych czynności czy samych warunków życia, takich jak: przygotowywanie jedzenia, krzyk mew, maskonury i foki jako pożywienie, odcięcie od świata, bo statek pocztowy przypływa bardzo rzadko, słabo działające radio na wyspie, telefon również, wiejąca bryza, przestrzeń, przygotowania do Zielonych Świątek…
„W osadzie panował odświętny nastrój, który Kjartan odczuł zaraz, jak tylko koło dziesiątej zszedł na dół i wyjrzał na zewnątrz. Wójt Grimur był ubrany w ciemny garnitur, umyty, ogolony. Włos zaczesany do tyłu, wąsik wyszczotkowany. Ingibjorg miała na sobie piękny serdak i wyperfumowała się. Śniadanie było na słodko. Na wysokim maszcie na kościelnym wzgórzu powiewała leniwie poruszana słabymi podmuchami ciepłego powietrza flaga państwowa. Tu i ówdzie ludzie spacerowali, nikt nie pracował. Dzień święty był święcony, szczególnie że to Zielone Świątki. Z kuchennego okna Grimur śledził nadpływające z pozostałych wysp łodzie motorowe. A na łodziach przybywali wierni”. 
Wiele tu jest takich opisów. Zwyczajne, proste życie niewielkiej społeczności, często mocno oparte na wierzeniach i przesądach jest bardzo urokliwe. Mimo biedy jakiej doświadczają mieszkańcy, żyją sobie w spokoju, bez pośpiechu, mając swoje mniejsze i większe tajemnice, cenią naturę i są wdzięczni za jej dary.

Postacie, a jest ich sporo, są może niezbyt wyraźnie zarysowane, ale mimo niesprzyjającego, północnego klimatu, mają to słońce w duszy, którego trochę Kjartanowi brakowało; w swojej pracy był dla mnie nijaki i słabo skuteczny. „Kjartan wyjrzał przez okno i przypomniało mu się przysłowie, że słońce na zewnątrz słabo służy tym, którzy nie mają słońca w duszy.” No właśnie, gdzie jest to jego słońce? Przeszłość nie była dla niego łaskawa, a raczej mroczna.

Warto sięgnąć po tę książkę, choćby dla tego plastycznego języka, jakim posłużył się autor. Jeśli interesują Was sagi o Wikingach: życie dawnych wodzów – jarlów, bitwy i ich codzienne sprawy, często podane z humorem – tym bardziej warto. To świetna lektura łącząca w sobie wątek kryminalny, zagadkę średniowiecznego manuskryptu, a przede wszystkim ukazująca życie wyspiarskiej społeczności, która po swojemu wyciąga wnioski z sytuacji, jakie jej się przydarzają. „Czasem to los w całości rządzi człowiekiem, przyjacielu, a wtedy nie należy mu się przeciwstawiać”.

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingolfsson, wyd. Editio Black, 2017, tłum. Jacek Godek.

Reklamy

„Zawód: powieściopisarz” Haruki Murakami

murakami[1]Od dawna jestem fanką powieści Murakamiego. Zaczęłam przygodę z jego książkami od „Kroniki ptaka nakręcacza”, a potem poszły kolejne. Było to już wiele lat temu i zawsze każdej nowej powieści tego japońskiego autora z niecierpliwością wyczekuję.

Tym razem, zmierzyłam się z esejami / felietonami (jak zwał tak zwał) o tym jak, po co, dla kogo i kiedy pisać książki. Niestety znużyły mnie one okrutnie. Po pierwsze dlatego, że książki pisać nie zamierzam, więc te wszystkie porady są mi niepotrzebne (dlaczego zatem czytałam tę książkę? no z ciekawości). Po drugie Murakami lubi się powtarzać. W każdym prawie eseju przypomina czytelnikowi, że on jest już pisarzem od trzydziestu, czy tam trzydziestu pięciu nawet lat. To męczy. Po co za każdym razem to przypominać? Jedyną odpowiedzią na te pytania może być dla mnie to, że być może te eseje były publikowane osobno w różnych miejscach i nigdy nie stanowiły całości (ale tego nie wiem). Jeśli natomiast powstały one w tym samym czasie, by zostać opublikowane razem w jednej książce to dopuszczam myśl, że Murakami ma sklerozę …? 

W książce „Zawód: powieściopisarz” autor pokazuje, jak mając w większości fatalne recenzje (wielu uważa go za grafomana), nie bać się pisać dalej, co w ogóle myśli o pisaniu i o pisarzach. Uważa, że powieściopisarze to „gatunek ludzi, którzy celowo zmieniają rzeczy niepotrzebne w potrzebne” i że mimo poglądu, że „świat nie potrzebuje powieści” to „powieści są światu potrzebne” (chyba niepotrzebne jest tego typu „filozofowanie”, ale być może to kwestia japońskiej kultury szeroko pojętej). 

Autor zapoznaje nas też ze swoim sposobem na pisanie, mówi, że trzeba to robić regularnie każdego dnia, by wyrobić w sobie nawyk i dyscyplinę. Opowiada nam historię swojej młodości, jak to najpierw się ożenił, potem zaczął pracować, a dopiero później skończył studia i zainteresował się samym pisaniem (bo czytał zawsze bardzo dużo). Uważa, że każdy pisarz powinien czytać bardzo dużo, zarówno tych dobrych i tych złych powieści (by mieć porównania). Opowiada o nagrodach literackich, których nie potrzebuje, choć jest często nominowany. Próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie czym jest oryginalność? i tu podsumowaniem mogą być słowa Herberta, które Murakami cytuje: „Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie”.

Porównuje swoje pisanie do muzyki jazzowej, której jest od dawna wielkim fanem (i to akurat podobało mi się na tyle, że zacytuję): „Jak wiesz, Czytelniku, w jazzie najważniejszy jest rytm. Trzeba utrzymać precyzyjny i stały rytm. Bez tego słuchacz nie może zrozumieć utworu. Następnie ważne są akordy. Można to również nazwać harmonią. Czyste akordy, akordy dysonansowe, pokrewne, poboczne, akordy Buda Powella, akordy Theloniousa Monka, akordy Billa Evansa, akordy Herbiego Hancocka. Są różne akordy. Dziwi się człowiek, że wszyscy grają na pianinie z tymi samymi 88 klawiszami, a ich akordy brzmią tak różnie. I ten fakt daje nam pewną ważną wskazówkę. Że nawet jeśli musimy stworzyć opowieść z ograniczonego materiału, mamy nieograniczone – albo nieomal nieograniczone – możliwości. Bo przecież nie można powiedzieć, że pianino ma tylko 88 klawiszy, więc nie da się już skomponować nic nowego. A na koniec przychodzi free improvisation”.

Murakami w książce „Zawód: powieściopisarz” daje sporo ciekawych porad początkującym pisarzom: jak tworzyć postaci, o czym pisać, bo nieprawdą jest że nie ma o czym (zawsze jest jakiś temat), o tym jak pisać długie powieści, a jak opowiadanie, jak się skupić itp. Wszystko to jest prosto podane, poparte przykładami z jego życia i właściwie, jest to poniekąd książka o samym Murakamim, a nie poradnik (jakby się wydawało). Poznajemy drogę, jaką autor przeszedł jako początkujący i później już mniej początkujący pisarz, a że jest człowiekiem unikającym rozgłosu, strzegącym swej prywatności i jak sam mówi „kiedy idę ulicą nikt na mnie nie zwraca uwagi, w restauracji zwykle dostaję najgorszy stolik”, to chce podzielić się refleksjami nabytymi podczas tych trzydziestu czy trzydziestu pięciu lat kariery. To skromny człowiek i taki normalny. Bez zadęcia na wielkiego pisarza i bez jakichś wielkich wymagań czy chełpiący się sławą. Siada i pisze, kiedy chce i kiedy czuje, że coś z tego będzie. Nie uważa, by miał talent. 

A czego Murakami chce dla czytelników? „Chciałbym otworzyć nowe okna w ich duszach i wpuścić przez nie świeże powietrze. Pisząc, zawsze o tym myślę i tego sobie życzę. Bez logicznych wywodów. Po prostu”. No właśnie. Bez wywodów. Eseje esejami, znudziły mnie dość mocno …  jednak czekam na nową powieść :-)

„Zawód: powieściopisarz” Haruki Murakami, wyd. Muza 2017, tłum. Anna Zielińska – Elliott.

 

 

„Nie myśl, że znikną” Marcin Grygier

583167-352x500Nie czytałam pierwszej części „Nie patrz w tamtą stronę”, ale nie przeszkodziło mi to w lekturze „Nie myśl, że znikną”. Roman Walter, aktualnie szef dochodzeniówki w Katowicach, do których tyle co został przeniesiony z Drohiczyna, po śmierci żony i córki, nadal spada na dno, pije, nie potrafi znaleźć sobie miejsca i jest dość mrocznym człowiekiem. Niemniej jednak policjantem bardzo dobrym. Drążącym i dociekającym. Lubię takich bohaterów, którzy zmagają się z demonami przeszłości i chociaż można by powiedzieć, że „to już było” w wielu innych kryminałach, to mnie jednak nie przeszkadza. Kryminał ma być mocny i mieć w sobie mrok. Najczęściej jest to mrok związany z tajemnicą jakiegoś zabójstwa, ale jeśli jeszcze do tego dołożymy mrok i tajemnicę policjanta prowadzącego śledztwo, mamy całkiem sporą dawkę dobrego kryminału. To oczywiście moje subiektywne odczucie, z którym nie trzeba się zgadzać. 

Roman Walter zaczyna swoją pracę w Katowicach. „Nie tak to sobie wyobrażał. W zasadzie niczego sobie nie wyobrażał. Gdy jednak przyjechał do Katowic, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w głębi duszy spodziewał się czegoś innego. Czegoś – wstyd mu było przyznać nawet przed samym sobą – niższej kategorii. W jego podświadomości pokutował utrwalony przez stereotypy obraz, nad którym wcześniej nawet się nie zastanawiał. Tymczasem na miejscu nie ujrzał rozsianych po horyzoncie kominów fabrycznych, wypluwających ze swych czeluści kłęby toksycznego dymu, w powietrzu nie wisiał smog duszących oparów, hutniczych wyziewów i połowy tablicy Mendelejewa, a ludzie na ulicach nie byli przyprószeni węglowym pyłem. Katowice pod względem architektury i infrastruktury niczym nie ustępowały innym wielkomiejskim ośrodkom Polski; na szyldach królowały te same logo kanapkowych potentatów czy szwedzkich tekstyliów, a mieszkańcy wyglądali tak jak rodacy z każdego innego miejsca w kraju”.

Dostaje na asystenta dewianta i palanta jednocześnie, którego po prostu miałam ochotę potrząsnąć. Nie dość, że ten cały Szutkowski ma ogromne plecy w postaci swojego wuja i właściwie jest w policji nietykalny, może robić co chce, to jeszcze jego osobiste, obrzydliwe zboczenia, którym się oddaje w domowych pieleszach są niestrawne i wywołują niesmak, ale z drugiej strony, też dodają tej opowieści dodatkowego „brudnego” klimatu. Bo i zbrodnia jest „brudna”. „Na dnie parowu twarzą do ziemi leżał mężczyzna. Od pasa w dół był nagi. Miał zakrwawione pośladki. W zakrzepłej krwi migotały kawałki zielonego szkła, rozświetlane przez słabe promienie słońca.” 

Dlaczego bogaty biznesmen został zamordowany i tak po śmierci upokorzony? Kto maczał w tym palce i kto jeszcze zginie? Brudne interesy, brudne myśli, brudne czyny – wszystko tu jest zagmatwane, spływa krwią, kłamstwem i odsłania powoli tajemnicę sprzed lat. Autor nie pozwoli, by czytelnik domyślił się tak łatwo. Różne poboczne, meandrujące wątki (w tym osobne rozdziały opisujące historię pewnej dziewczyny) doprowadzą wreszcie do zakończenia. Czy będzie ono zaskakujące? 

Walter nie dość, że będzie się zmagał ze swoją przeszłością, brakiem snu i jakąś apatią, to również będzie musiał chronić swoją bratanicę Luizę, która wplątana w różne dziwne sytuacje, narkotyki, pojawi się nagle znikąd w jego życiu. Czy jej obecność rozjaśni nieco mroczne życie Waltera?  

Podobało mi się. Czytało się szybko, było wszystko, co w kryminale być powinno. Nie porównam do części pierwszej bo jej po prostu nie znam, ale myślę, że jeśli pojawi się część kolejna, bo zakończenie jest tu dość otwarte, to chętnie sięgnę. 

„Nie myśl, że znikną” Marcin Grygier, wyd. Prószyński i S-ka 2017.

 

Nagroda Nike po raz 20

Nominowani w tym roku:

„Krivoklat” Jacek Dehnel, Znak Literanova (powieść)
„Wykluczeni” Artur Domosławski, Wielka Litera (reportaż)
„Danke” Dominika Dymińska, Krytyka Polityczna (poezja)
„Mów” Sławomir Elsner, Biuro Literackie (poezja)
„Serce” Radka Franczak, Marginesy (powieść)
„Skucha” Jacek Hugo-Bader, Agora (reportaż)
„Paraliż przysenny” Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, Instytut Mikołowski (poezja)
„Ucieczki” Urszula Kozioł, Wydawnictwo Literackie (poezja)
„Skok w dal” Jerzy Kronhold. Wydawnictwo Literackie (poezja)
„Sztuczki” Joanna Lech, Nisza (powieść)
„Żeby nie było śladów” Cezary Łazarewicz, Czarne (reportaż)
„Dwanaście srok za ogon” Stanisław Łubieński, Czarne (esej)
„Ślady” Jakub Małecki, Sine Qua Non (powieść)
„Stary gmach” Piotr Matywiecki, Więź (esej)
„Między Placem Bohaterów a Rechnitz” Monika Muskała, Ha! Art (esej)
„Niemiec” Włodzimierz Nowak, Agora (reportaż)
„Włos Bregueta” Jacek Podsiadło, WBPiCAK (poezja)
„Fałszerze pieprzu” Monika Sznajderman, Czarne (esej)
„Las nie uprzedza” Krzysztof Środa, Czarne (powieść)
„Nie dam siebie w żadnej postaci” Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Lokator (poezja)

Wydawnictwo Czarne wiedzie prym, co mnie cieszy! Kibicujecie komuś szczególnie? Moimi faworytami  byli Jakub Małecki, Artur Domosławski i Cezary Łazarewicz.

UPDATE: A oto finałowa siódemka:

  1. „Serce” Radka Franczak, Marginesy (powieść)
  2. „Dwanaście srok za ogon” Stanisław Łubieński, Czarne (esej)
  3. „Żeby nie było śladów” Cezary Łazarewicz, Czarne (reportaż)
  4. „Fałszerze pieprzu” Monika Sznajderman, Czarne (esej)
  5. „Paraliż przysenny” Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, Instytut Mikołowski (poezja)
  6. „Las nie uprzedza” Krzysztof Środa, Czarne (powieść)
  7. „Włos Bregueta” Jacek Podsiadło, WBPiCAK (poezja)

stosik na wrzesień

DSCN8555.JPG

Jako, że wena do czytania mi powróciła, a i jesienna pogoda i wcześniejsze wieczory sprzyjają, to i zakupy nowe. Tym razem mega cudne. Szczególnie album „O tatrzańskich pocztówkach”, który jak tylko się pojawił, od razu stanął na czele listy górskich „must have”. Autor Adam Czarnowski, nieżyjący już krajoznawca, przewodnik turystyczny, dziennikarz, fotografik, kolekcjoner pocztówek m.in. tatrzańskich, zgromadził ich tu bardzo dużo. „Pocztówka nie jest tu potraktowana jako ciekawostkowa ilustracja świata minionego – to wnikliwa analiza formy, treści, techniki, zmieniających się mód i poczucia estetyki. To przewodnik dla pasjonatów, ale też album zawierający ponad 900 ilustracji – pocztówek, ich stron odwrotnych, rozmaitych detali”. Wydawnictwo Tatrzański Park Narodowy, jeśli już coś wydaje, to warto po to sięgnąć, choć nie są to książki tanie… Mnie się udało zakupić ten album z niewielką zniżką, bo bałam się, że jak teraz nie nabędę, to za czas jakiś album się rozpłynie, nakład wyczerpie i będzie kiszka. Zatem mam i będę to chyba hołubić, przeglądać przed snem, chociaż to ciężkie 528 stron!! Ale warto, zapewniam. 

Kolejne książki to kilka nowości, takich jak „Na pokuszenie” czy „Stancje”, jest brakująca do mojej kolekcji Jagielskiego „Modlitwa o deszcz”, jest „Fiva. Przekroczyć granicę strachu” o wspinaczce na Ścianę Trolli w Norwegii, jest również kolejny kryminał „Zgubna trucizna” Kwiatkowskiej, reportaż Katarzyny Boni „Ganbare. Warsztaty umierania” i wreszcie „Ślady” Małeckiego (już czekam na zapowiadaną niebawem „Rdzę”, bo kończę właśnie „Dygot” i jestem zachwycona). No i tak się właśnie moje nabytki prezentują. Ha :)

„Prezent” Louise Jensen

583320-352x500Książka Louise Jensen jest thrillerem, który połyka się w jeden / dwa wieczory. Mnie to zajęło nieco dłużej, nie dlatego, że książka zła, ale dlatego, że natchnienie do czytania mnie wzięło i opuściło. Dziubałam tę opowieść po kilka kartek, za każdym razem mając ochotę czytać jak najwięcej, ale z drugiej strony jakieś moje zmęczenie nie pozwalało. Niemniej jednak skończyłam i jestem bardzo zadowolona. Nie dlatego, że koniec, ale dlatego, że to dobry thriller. Nie jest może obłędnie skonstruowany i genialny, ale trzyma w napięciu i porusza temat tak zwanej pamięci komórkowej, co jest dość oryginalnym tematem. Ponoć niektórzy ludzie po przeszczepie jakiegoś organu czują w sobie „obecność” zmarłej osoby, która im tego organu „użyczyła”. Ta obecność jawi się we wspomnieniach, snach lub przebłyskach emocji związanych z różnymi miejscami, osobami, przedmiotami, których wcześniej się nie znało, a teraz wydają się znajome i bliskie.

Jenna – główna bohaterka, otrzymuje nowe serce, które kiedyś, gdy należało do kogoś innego, biło z niezwykłą energią. Poprzednia właścicielka serca, niejaka Callie, zginęła w wypadku samochodowym. Dzięki niej Jenna może dalej cieszyć się życiem. Nie jest to dla niej łatwy etap, bo właśnie rozstała się z Samem, swoim narzeczonym, do którego w sumie nadal coś czuje. Mimo to, próbuje ułożyć sobie jakoś to swoje nowe życie, ale od czasu operacji pojawiają się dziwne sny, a w jej głowie, znikąd obrazy, których wydają się jej obce, a jednocześnie znajome. Czasem odczuwa obezwładniający strach i zaczyna jej się wydawać, że ktoś próbuje jej coś przekazać, nakłonić ją do rozwiązania pewnych spraw.

„Niemal sześć miesięcy temu ktoś umarł, żebym ja mogła żyć. Mój świat stał się tak mały, że czasami mam wrażenie, iż nie mogę oddychać. Kim była osoba, która straciła dla mnie życie? Mocno zaciskam powieki, ale ta myśl wciąż mnie zadręcza i nie wiem, jak się jej pozbyć. Drżę i podchodzę do okna. Wiatr jest lodowato zimny, ale jestem wdzięczna za świeże powietrze. Wróciłam do domu wiele tygodni temu, jednak mam wrażenie, że ciężka szpitalna woń osiadła mi w płucach i niezależnie od pogody zawsze siedzę przy otwartych oknach. Wyglądam przez żaluzje w mrok i dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Jakiś cień przesuwa się w otworze drzwiowym po drugiej stronie ulicy i ogarnia mnie pragnienie ucieczki, o którym wspominałam Vanessie. Oddech przyspiesza, ale na ulicy panuje spokój. Cisza. Zamykam okno, opuszczam żaluzje i otula mnie przyćmione światło salonu. Mój świat się kurczy; podobnie jak moja pewność siebie.

Wracam na sofę, a dłonie trzęsą mi się za bardzo, bym mogła utrzymać w palcach ołówek. „Jestem bezpieczna”, powtarzam sobie. Więc dlaczego tak się nie czuję?”

Jenna nawiązuje kontakt z rodziną Callie, jej narzeczonym Nathanem, do którego zaczyna czuć niezrozumiałą wręcz chemię. Spotkanie z bliskimi dziewczyny tylko umacnia ją w przekonaniu, że Callie była jedną wielką tajemnicą. Teraz posiadając jej serce i być może tę pamięć komórkową (choć nie do końca jest to zrozumiałe dla bliskich dziewczyny) Jenna popada wręcz w obsesję na punkcie Callie. Przypuszcza, że wypadek samochodowy nie był wcale wypadkiem. Dodatkowo, sama zaczyna bać się o siebie… i bać się siebie, ale za wszelką cenę będzie drążyć i poszukiwać prawdy.

Czy Jennie uda się rozwikłać wszystkie niezrozumiałe dla niej znaki, jakie otrzymuje jej mózg? Jak to naprawdę jest z tą pamięcią komórkową? Czy faktycznie istnieje takie zjawisko, czy też może jest to zespół stresu pourazowego, jak sugeruje Jennie jej terapeutka? I jaką tajemnicę skrywała Callie i jej rodzina? 

„Wszyscy mamy powody, dla których robimy to co robimy, prawda? Kłamstwa, które opowiadamy. Każdy z nas jest mieszanką dobrego i złego i nie sądzę, by ktokolwiek mógł być całkowicie dobry i zły. W każdym razie lubię tak myśleć”.

Dobrze się to czyta. Spróbujcie.

„Prezent” Louise Jensen, wyd. Burda Książki 2017, tłumaczenie Ewa Kleszcz