Stosik na początek grudnia

Poniżej książki, które napłynęły do mnie, bądź też zakupiłam w listopadzie. Począwszy od Tomasza Hildebrandta (od wydawnictwa Akurat) w górę – są to książki do recenzji. Mamy więc coś od wydawnictwa Annapurna i wydawnictwa Poznańskie. Pozostałe , w dolnej części stosu, kupiłam za jakieś grosze lub w fajnej promocji z okazji Black Friday. Ferrante brakuje mi 4-go tomu, ale dokupię jak znajdę gdzieś używany, bo pozostałe są również z drugiej ręki. Dobrego, czytelniczego również, grudnia!

DSC04235

 

Reklamy

„Mgła” Kaja Malanowska

46491661_2004811916233921_1196556087411605504_nKryminał, moim zdaniem, bardzo niedoceniony. Nie widziałam zbyt wielu recenzji, a to prawie 700 stron historii, która niebywale wciąga, w której występują pierwszorzędnie skonstruowane postacie,  sama fabuła i wątek kryminalny są świetnie poprowadzone, a osobiste sprawy bohaterów stanowią bardzo smakowity dodatek. Nic tu nie jest przesadzone, przerysowane czy napisane na siłę. Nie znalazłam ani jednego fragmentu, który bym wycięła, czy jakiejś dłużyzny, która by mnie znudziła. To naprawdę prosty ale bardzo dobrze skonstruowany kryminał. Szanowna Pani Autorko, ja czekam na ciąg dalszy z komisarzem Marcinem Sawickim i oficer dochodzeniową Adą Rochniewicz. Naprawdę bardzo czekam. 

Lektura sprawiła mi niesamowitą przyjemność. Pozwoliła oderwać się od rzeczywistości, która zasnuwa mi ostatnio życie, jak ta tytułowa mgła, osacza i nie pozwala ruszyć dalej, bo nic nie widać, ani początku ani końca. Tego właśnie oczekuję w kryminałach.  Rozrywki, oderwania, zapomnienia o świecie i skupienia się na fabule. Bardzo polubiłam też głównych bohaterów. Pełnokrwistych, takich, o których długo się nie zapomina, mimo, że nie są supermenami czy agentami 007.

Marcin Sawicki to komisarz policji, który jest normalnym facetem, nieco otyłym, postawnym, lubiącym czekoladowe batoniki. Ma niemałe, jak się okaże, problemy z kondycją, a także ze swoją żoną, czasem bywa oschły, obcesowy, ale jest wrażliwym i sympatycznym mężczyzną i ojcem dwóch dziewczynek. Jego ciągła nieobecność w domu niestety odbija się na życiu osobistym. A teraz jeszcze przydarza się to dziwne morderstwo Zofii Wagner. Kobieta ginie w swoim domu na Mokotowie, a my poznajemy ją przez krótką chwilę, przebywamy z nią, a także z myślami mężczyzny, który miał się z nią spotkać. Komisarz Sawicki niestety nie wie o niej nic, a musi rozwiązać sprawę, jak najszybciej, gdyż „góra” ciśnie. Partnerką Marcina w śledztwie zostaje Ada Rochniewicz, kobieta koło 40-tki, właścicielka kota, bogata i zadbana, znana jako świetny oficer dochodzeniowy, ale borykająca się z dziwną i zagadkową przypadłością, jaką jest jej niesamowita intuicja, a także objawiające się jej dziwne wizje i koszmarne sny, w którym czasem będziemy uczestniczyć. Kolega Sawickiego nazwie ją „jebanym medium”. 

Śledztwo mozolnie ruszy z kopyta, poznamy różne osoby, które również nakreślone będą bardzo wyraziście, będą elementy humorystyczne, jak przykładowo obowiązkowy „wuef” policjantów w Łazienkach (spłakałam się ze śmiechu), no ale przede wszystkim okaże się, że morderstwo Zofii wcale nie jest taką banalną sprawą. Jaka zatem intryga stoi za tym zabójstwem? Kto maczał w tym wszystkim palce i czy przede wszystkim sprawiedliwości stanie się zadość? Obyście się nie zdziwili… 

Fantastyczna pozycja. Polskie realia, polska autorka, polskie problemy, polska policyjna rzeczywistość (sekretarka i koledzy z pracy… mega!) i mroczna Warszawa, taka nasza polska: „Gdzieś daleko, w bardziej cywilizowanych częściach Europy, przez całe stulecia kształtowały się dzielnice, ich charakterystyczny klimat i specyficzna architektura, dla określonych mieszkańców. W Warszawie żyli obok siebie ludzie zupełnie obcy, nie lubili się, nie znali i nie tworzyli żadnej wspólnoty”. 

Świetna lektura, bardzo, bardzo polecam miłośnikom dobrych kryminałów. Książka do dostania za grosze, gdzieś na portalach aukcyjnych – aż żal, że tak mało doceniana. Naprawdę chciałabym jakiegoś dalszego ciągu, bo aż się o to prosi.

„Mgła” Kaja Malanowska, wydawnictwo Znak, 2015

 

„Dziewczyna z gór” Małgorzata Warda

46308125_2000242723357507_6319777559810670592_nTo drugie spotkanie z tą autorką. Na pewno nie ostatnie. „Dziewczyna z gór” „przeciorała” mnie emocjonalnie bardzo. Świetna powieść! Świetna. Kompletnie zaskakująca, choć osobiście, intuicyjnie czułam, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i końcówka nie była dla mnie, aż tak wielkim szokiem. „Dziewczyna z gór” porusza wiele tematów związanych z emocjami, reakcjami na traumę, postrzeganiem rzeczywistości przez osoby mocno skrzywdzone i poddawane przemocy. Ale przede wszystkim to piękna opowieść o miłości i zaufaniu.

Gdy 11-letnia Nadia zostaje uprowadzona z domu, rodzice rwą włosy z głowy, policja rozpoczyna śledztwo, mieszkańcy szukają już zwłok, a czytelnik śledzi w napięciu rozwój akcji. Porywaczem okazuje się być Jakub, mężczyzna z ciałem pełnym blizn i tatuaży.

Dowiadujemy się kim jest: chłopakiem po bardzo traumatycznych przejściach (aż ściska się serce czytając o tym). Gdy miał 17 lat trafił do kolejnej rodziny zastępczej, którą byli właśnie rodzice Nadii. Nadii jeszcze wtedy nie było na świecie, a małżeństwo wiele razy dawało dom różnym potrzebującym dzieciakom z domów dziecka, stanowiąc dla nich zastępczą rodzinę. Są dobrymi ludźmi, chcą pomagać. Co takiego zatem wydarzyło się w tamtym czasie, że Jakub po latach powraca do miasteczka i wywozi przerażoną dziewczynkę w góry, do chaty w lesie tak gęstym, że nikt tam nie trafi, do chaty, pod którą podchodzą wilki, gdzie nie ma ogrzewania i ciepłej wody? Jak się rozwinie cała sytuacja? 

„Ludzie mówią o mnie „dziewczyna z gór”, ponieważ mieszkamy właściwie poza światem, w domu położonym tak głęboko w lesie, że nie dociera do nas nawet listonosz. Nie słychać tu odgłosów cywilizacji, warkotu samochodów, wycia syren i nawoływania turystów”.

Samo porwanie sugeruje jakiś wątek kryminalny, walkę z czasem i strachem. Owszem, ale relacja między porywaczem, a dziewczynką stanie się inna, niż by się czytelnik spodziewał. Być może po części to syndrom sztokholmski, a być może oboje są po prostu do siebie podobni? Z czego to wynika?

Sytuacja mimo, że trudna, w surowych warunkach i niewiadomym ciągiem dalszym wyzwala w Nadii jakby inną osobę. Dziewczynka przecież dorasta i jej wrażliwość jest bardzo krucha, najpierw obawiamy się o jej życie, ale potem zachwycamy się jej podejściem do sytuacji, z którą przyszło jej się zmierzyć i która potrwa… dość długo. Ten czas zmieni jej postawę, ale nieubłaganie będzie zmuszał ją do pewnego wyboru. Wzruszającego i trudnego. Jakiego? 

BARDZO dobra powieść. Chcę więcej. Czytałam jak do tej pory „Ta, którą znam” i na półce mam jeszcze „Nikt nie widział, nikt nie słyszał”. Coś jeszcze warto przeczytać tej autorki? Czekam na Wasze „polecajki” a „Dziewczynę z gór” polecam bardzo. Lektura tej książki wyzwoliła we mnie ogrom emocji i wzruszeń. Świetne psychologiczne studium zarówno osoby porwanej, jak i porywacza, chociaż ja te dwie osoby nazwałabym całkiem inaczej.

p.s. jedna uwaga do korekty, str.95 – nie zmywa się z ciała „bródu”, tylko „brud”. 

„Dziewczyna z gór” Małgorzata Warda, wyd. Prószyński i S-ka, 2018

„Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze” Ewa Matuszewska

42528632_1878473675535417_8183471282382176256_n„Wielcy liderzy nie wykorzystują ludzi po to, aby sami mogli wygrywać. Przewodzą ludziom, aby odnosić wspólne zwycięstwa” (John C. Maxwell).

Książka wydawnictwa Annapurna to obszerna biografia Andrzeja Zawady, polskiego himalaisty (1928-2000), ale głównie organizatora i kierownika polskich wypraw wysokogórskich w latach 1970-90. Był mężem aktorki Anny Milewskiej, z którą tworzył cudowne, kochające się małżeństwo. Oboje wspierali się i akceptowali swoje pasje, choć to oczywiście Zawady więcej nie było w domu, niż Anny. Niemniej jednak ciągle byli razem, trwali i mimo wielu ciężkich sytuacji, przetrwali do końca.

Andrzej Zawada nie zginął w górach, jak większość jego kolegów. Zmarł na raka trzustki. Nigdy też nie zdobył żadnego ośmiotysięcznika, ale faktycznie był liderem wypraw. Motywował, organizował, załatwiał to, co dla innych było niemożliwe, wspierał, stwarzał szansę innym na zdobycie szczytu i zawsze traktował sukcesy jako „wspólne”, nigdy nie wyróżniał nikogo, sukces zawsze był zespołowy, drużynowy. Za to był bardzo ceniony. Może dlatego, w głównej mierze, w tamtych latach odnosiliśmy tak wielkie sukcesy w Himalajach? „Lodowi wojownicy” – termin ten powstał właśnie wtedy, a konkretnie w 1980r., kiedy to polska wyprawa weszła na Mount Everest po raz pierwszy zimą. 

Zawada ukochał sobie góry już w wieku nastoletnim. Polacy zresztą mieli to szczęście (co zauważa autorka i inni, znani ludzie „wypowiadający się” w książce), że zawsze mieli Tatry, w których mogli zakosztować podobnej wspinaczki i podobnych często warunków pogodowych, jakich później doświadczą w Karakorum czy w Himalajach. Zawada zaczynał również od Tatr. „Góry musiały zapaść mi w pamięć, skoro podczas okupacji dość często wymykałem się z domu i jechałem pociągiem do Zakopanego. Polakom nie było wówczas wolno chodzić po Tatrach, nie przejmowałem się jednak tym zakazem, gnałem w góry i późnym popołudniem wracałem do Rabki […] Gdy tylko znajdę się na wysokości przekraczającej dwa tysiące metrów, odżywam. Widocznie moje płuca dostosowały się do rozrzedzonego powietrza. W górach mam szybsze tętno i o wiele więcej energii”.

Andrzej_Zawada_1980

Książka Ewy Matuszewskiej to kompendium wiedzy o tamtych czasach. Opisy kilku ważnych wypraw są niezwykle bogate w szczegóły i fotografie. Mamy tu m.in. pierwsze zimowe przejście całej grani Tatr w 1959r, wyprawy na Spitsbergen, no i wyprawy w góry wysokie, okupione trudem, bólem, odmrożeniami, często śmiercią członków ekip, takie jak na Noszak, Lhotse, K2, Kunyang Chhish, Nanga Parbat, Cho You. Wszystko okraszone wspomnieniami członków wypraw. Na kartach książki spotkamy odważnych Szerpów, cudowną Elisabeth Hawley, amerykańską dziennikarkę i kronikarkę wypraw w Himalaje mieszkającą w Nepalu, Krzysztofa Wielickiego, Wojciecha Kurtykę, Macieja Berbekę, Jerzego Kukuczkę, Annę Okopińską, Jana Franczuka, Reinholda Messnera, Leszka Cichego, Bernadette McDonald, Wandę Rutkiewicz, Macieja Pawlikowskiego,  Andrzeja Czoka, Nazira Sabira, wybitnego pakistańskiego wspinacza, i wielu innych. Niektórzy z nich już niestety nie żyją, ale wszyscy pamiętali/pamiętają Andrzeja Zawadę i mogą powiedzieć o nim kilka słów. Nie ukrywam, że czekałam, czy ktoś opowie coś o jakichś wadach naszego bohatera. Nie doczekałam się. Wszyscy wystawiają mu laurki. Być może faktycznie był tak idealnym kompanem, człowiekiem, towarzyszem? Nie wiem. Tak jest przedstawiony w książce.

„Andrzej był dobrym kierownikiem, bardzo dużo wymagał od ludzi, lecz siebie również nie oszczędzał. Jeśli zlecał komuś jakieś zadanie, wiadomo było, że właśnie ten ktoś wykona je najlepiej. Myślał o wyprawie jako o całości, nie manipulował ludźmi, nie rozgrywał swoich gierek. Wszystkie jego poczynania były klarowne, jasne i oczywiste, takie jakieś naturalne. Miał oczywiście opracowaną koncepcję działania wyprawy, nie kalkulował jednak, kierując się osobistymi racjami. Jego naczelną zasadą jako kierownika było stwierdzenie: „Zróbmy wszystko, co możemy, dajmy z siebie maksimum wysiłku, a potem wszystko się jakoś poukłada”. I to działało”.

Sama książka była już wydana w 2003r. Teraz została przeredagowana i ubogacona o fotografie z archiwum Zawady czy wypowiedzi dodatkowych osób. Trzeba przyznać, że fotografie są wielkim atutem tej pozycji. Jest ich mnóstwo, co naprawdę uprzyjemnia lekturę. Złota era polskiego himalaizmu jest naprawdę fascynującym czasem, o którym zawsze warto czytać, podobnie jak o ludziach, którzy doprowadzili do światowych sukcesów w tej dziedzinie sportu … życia?  

„Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze” Ewa Matuszewska, wydawnictwo Annapurna 2016

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha

572728-352x500Ta książka jest piękna. Czytałam ją dość długo, dawkując te krótkie rozdziały, wracając do niektórych, podczytując szczegóły, bo ze szczegółów się ten zbiór składa. Ni to eseje, ni to wspomnienia, ni to opowieści. Wszystkie dotykają życia i jego spraw. Czasem trudniejszych, jak polityka. Czasem po prostu zwyczajnych sytuacji. Tłem jest śmierć. A może nie tłem, może głównym tematem. Śmierć i odchodzenie. Bo kiedy umiera rodzic nie wiadomo co dalej. I co zrobić z tymi rzeczami, które pozostają? Zostawić? Wyrzucić? Jak to „m” z wyrazu „wyrzuciłem” na okładce, które jest w części obecne, a w części nie.

We wrześniu tego roku minęły 4 lata od śmierci mojej mamy. Dobrze znam opisany na końcu książki, wzruszający, niby stereotypowy dla lekarzy etap nazwany tutaj po prostu „TO”, w którym człowiek odchodzi. Ostatnie rozdziały, choć bardzo krótkie, były dla mnie dość trudne w lekturze. To finalne odchodzenie jest najtrudniejsze, bo nie da się go już zatrzymać. I z jednej strony myślisz sobie, okey, taka kolej rzeczy, lepiej niech już będzie koniec, a z drugiej: nie, jeszcze nie teraz, to za wcześnie. Wicha chyba też nie do końca umiał rozgraniczyć te myśli. Tak naprawdę się nie da tego zrobić. Ale to, czego dokonał w swojej książce, która otrzymała tegoroczną Nagrodę Nike, to cudowne zatrzymanie w kadrze obrazu swojej matki, opisanie tego kim była, przez pryzmat wspólnych wspomnień i jej rzeczy, które teraz musi uporządkować.

Z pozostawionych starych notatek, karteczek z zapiskami, przepisami, książek, jakie czytała, wyłania się obraz kobiety twardej, nieustępliwej, walczącej o swoje, lubiącej pokazać, że ona ma rację, może nieco szyderczej i krytycznej wobec syna czy innych ludzi z otoczenia, ale silnej i mądrej kobiety. Nie była pozbawiona wad, sam autor i inni bliscy nazywają ją „trudną osobą”: „Moja matka nie zostawiała maksym, złotych myśli ani przykazań. Zbyt ostrożna, żeby miała pierwsza występować z jakąś opinią, wybuchała w odpowiedziach. W reakcjach. W szyderstwach. Zawsze gotowa do interwencji, kiedy ktoś za bardzo się nadymał”. Podobało mi się jej ‚motto”, by zawsze być „zawadiacką liszką. Wesołą, pewną siebie liszką. Nie wychodzić z roli. Nie stroszyć. Nie użalać się nad sobą.  „Lepiej mnie zostaw w spokoju. Ze mną nie próbuj, bo stanę ci w gardle”. Słuszne podejście.

Ta książka ma tylko 183 strony, ale pokłady emocji są w niej nieprzebrane. Jedno słowo, jedno zdanie potrafi trafnie podsumować cały rozdział i pobudzić do myślenia. O tym, co można było zrobić, o ile miałoby się jeszcze czas… 

Wicha pisze tak lekko, ale jednocześnie mocno porusza struny wrażliwości. Mojej na pewno. Mówi, że „kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić”. Czy faktycznie tak jest? Myślę, że w moim przypadku jeszcze trochę tak. A rzeczy? „Pilot od telewizora. Pudełko z lekami. Miska do wymiotowania.” Czy one faktycznie pozwalają zachować jakiś ślad tego, że istnieliśmy? czy właściwie to tylko przedmioty, które będą się tylko kurzyć? To pozostawiam bez odpowiedzi.

Intymna książka o intymnym życiu zwyczajnej rodziny w Polsce, którym autor potrafił się tak pięknie podzielić. Dziękuję.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha, wyd. Karakter, 2017

„Kuba – Miami. Ucieczki i powroty” Joanna Szyndler

DSC04218

To jest pierwsza książka non fiction o Kubie, jaką przeczytałam. Wiele się słyszało o rządach Fidela Castro i jego Rewolucji Kubańskiej, która wybuchła w latach 50-tych przeciwko dyktaturze Fulgencio Batisty. Ten, w końcu obalony przez oddziały Armii Powstańczej pod dowództwem Che Guevary i komunistów, został zmuszony do ucieczki z kraju. W konsekwencji Castro wraz z Armią Powstańczą zajął Hawanę i w 1961 proklamował socjalistyczny charakter rewolucji. Kuba stała się jednym z najbardziej reżimowych państw, a Castro obalając dyktaturę Batisty, sam stał się kolejnym dyktatorem nazywając swój ustrój „zdyscyplinowaną demokracją”. Opinie są jednak podzielone. Jedni uważają Castro za bohatera, który sprzeciwiał się amerykańskim imperialistom, walczył z apartheidem i chciał szerzyć dobro, a inni za człowieka żądnego krwi, nacjonalistę, który sprowadził na mieszkańców Kuby nędzę i cierpienie. 

Książka „Kuba – Miami. Ucieczki i powroty” to zbiór opowieści spisanych przez autorkę w trakcie spotkań czy wywiadów z mieszkańcami Kuby i tymi, którym udało się opuścić wyspę, oraz rozmów z rodziną swojego męża Oscara (Kubańczyka).  Czego dotyczyły? Samego życia na Kubie, lub też może jego brakach. Bieda, wieczne podsłuchy, prześladowania, przymusy i zakazy zmusiły wiele osób do bardzo ryzykownych kroków. Tysiące ludzi opuszczało wyspę na tratwach, dętkach, czymkolwiek, byle dostać się na Florydę i tam uzyskać azyl.

Znana jest dobrze, opisana również tutaj, historia małego chłopca, którą żył świat. Elian, w 1999r, samotnie dopłynął na dętce do Ameryki, po drodze utopiła się jego mama i kilkunastu innych uchodźców. Amerykańskie prawo w latach 90-tych udzielało uchodźcom z Kuby azylu, jeśli zdołali sami dopłynąć do suchego lądu, jednak Elián został wyłowiony przez dwóch rybaków, którzy oddali go w ręce straży granicznej. Następnie zajęła się nim daleka rodzina jego matki, która jakiś czas temu uciekła z Kuby i otrzymała amerykańskie obywatelstwo. Władze kubańskie jednak upominały się o chłopca, ponieważ jego opiekunem prawnym po śmierci matki, był ojciec pozostający pod władzą reżimu Castro (rozwiedziony z matką Eliana). Niestety agenci federalni w 2000r. odebrali siłą dziecko i oddali w ręce władz kubańskich. Długo dywagowano, czy można sobie tak po prostu żonglować dzieckiem, no ale z racji tego, że chłopiec był za mały, nie mógł sam podjąć decyzji. Koniec końców, 15 letni już Elian Gonzalez sam  w 2008r. wstąpił do kubańskiego Związku Młodzieży Komunistycznej, z tego co wyczytałam. Bywa i tak.

Różne przypadki opisane są w tej książce. Niektóre ściskają za serce, inne zadziwiają, bo sporo osób jednak po ucieczce decyduje się na powrót na Kubę, mimo, iż udało im się dotrzeć do Miami. Częstym powodem powrotu jest tęsknota za pozostawioną na Kubie rodziną, przyjaciółmi, a często poczucie braku przynależności i obca ziemia, bo status uchodźcy zawsze pozostaje statusem uchodźcy. Nawet jeśli otrzymuje się obywatelstwo, pracę, mieszkanie, to ojczyzna – jaka by nie była – pozostaje gdzieś w tyle głowy, sercu, miejscem najważniejszym – przynajmniej dla większości opisanych w książce osób, które albo zdecydowały się na powrót, albo układają sobie życie w Miami, ale z nostalgią mówią o swoim kraju.

Mamy tu m.in. historię „marielitos” tych, którzy w nocy wypłynęli z portu Mariel. Czy udało im się dotrzeć do Florydy? Dodajmy, że w ciągu 72h wypłynęło około 3 tysięcy łodzi. Wielu wypłynęło pod przymusem Castro, bo potem okazało się, że byli to z reguły przestępcy i kryminaliści, których to niezłomny w budowaniu „dobrego” państwa Fidel chciał się pozbyć z kraju i przymuszał właścicieli łodzi, by brał ich na pokład. Autorka przywołuje przy okazji film „Człowiek z blizną”, z Alem Pacino w roli głównej. Film, który uwielbiam zresztą. „Tony Montana kradnie, morduje, uwodzi Michelle Pfeiffer, buduje królestwo narkotykowe. Śledczym w Miami mówi: „Nie jestem bandytą. Nie jestem puta ani złodziej. Jestem Tony Montana, kubański więzień polityczny. I żądam moich cholernych praw człowieka! Tak jak mówi prezydent Jimmy Carter. Jasne?” (genialna scena zresztą https://www.youtube.com/watch?v=kZgE_sUrXFY).

Reportaże Joanny Szyndler mówią o miłości do kraju, ale głównie o strachu, na przykład w historii o tzw. „Piotrusiach Panach”. Rodzice musieli wybierać: albo ich dzieci zostaną wcielone do wojska i będą musiały walczyć po stronie komunistów, będą mieć wyprane mózgi i utracą wiarę, możliwość wyborów i prawa, albo wyjadą, by żyć w wolnym kraju. Jest opowieść o drewnianym statku 13 de Marzo z uchodźcami, który został celowo zatopiony przez kubańskie holowniki, są opowieści o młodych ludziach, którzy nie mówiąc nic rodzinie wypływają pod osłoną nocy i ślad po nich ginie, a rodzina zamartwia się latami, czy przeżyli. Ale są też opowieści tych, którzy na Kubie żyli i żyć będą. Kubańskie osiedla, biedne bloki z dużymi balkonami, na których głównie toczy się życie, choć „chęć do życia miesza się z rozkładem”, imprezy urodzinowe organizowane na podwórkach, przesiadywanie na najsłynniejszej promenadzie hawańskiej – Malecon, opowieści o wolnym seksie, o piciu rumu, dojrzałych mango, graniu w domino (to wszystko robią też uchodźcy w Miami, gdzie utworzyli swoją Małą Hawanę) i wiele, wiele innych opowieści o życiu pod dyktaturą, przetykanych od czasu do czasu króciutkimi rozmowami autorki z mężem.

To bardzo interesująca książka, dobrze napisana, można się wiele dowiedzieć i poniekąd zrozumieć ten napis z okładki „Yo soy Fidel”. Trudne to wszystko, ale ważne, bo żyjemy w czasach, kiedy nie wiadomo, czego się spodziewać. A ludzkie, prawdziwe historie są ciekawsze niż najlepsza fikcja. Premiera dokładnie dzisiaj.

„Kuba -Miami. Ucieczki i powroty” Joanna Szyndler, wyd. Poznańskie 2018

 

„Ta, którą znam” Małgorzata Warda

576359-352x500To moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Udane. „Ta, którą znam” jest według mnie mieszanką powieści obyczajowej, psychologicznej i kryminału, a nacisk położony jest głównie na emocje odczuwane przez głównych bohaterów. Czyta się bardzo szybko, choć momentami jest to dość bolesna lektura. 

„Strach rozkładał nade mną swój parasol. Siedziałam w pokoju i słyszałam bicie swojego serca. Słyszałam szum krwi w uszach. Przed oczami znowu wszystko błyszczało jak miraż. Wypuszczałam powietrze drobnymi porcjami, oblewał mnie pot, przypominały mi się najgorsze rzeczy, które zrobiłam w życiu, dręczyły mnie dawne kłótnie z koleżankami, słowa wypowiedziane w złości, zabijane muchy, rozdeptywane w dzieciństwie biedronki. Kuliłam się w sobie, a moje ciało, jakby lepiej ode mnie wiedząc, czego mi potrzeba, zaczynało się kołysać.”

To słowa głównej bohaterki, Ady, która jest modelką i aktorką. Skąd w niej takie emocje i uczucia? Dlaczego siedzi w niej strach i ból? Co takiego przeżyła? Oczywiście dowiemy się wszystkiego w trakcie lektury. Autorka prowadzi fabułę tak, by wszystkie fakty z życia Ady i jej rodziny, aktualne i z przeszłości, dokładnie się zazębiały i aby czytelnik mógł poznawać kolejne konsekwencje czynów i wydarzeń.

Adę poznajemy w momencie, kiedy nagle otrzymuje telefon, że jej siostra Agnieszka zginęła w wypadku samochodowym. Jej córka Emilka w stanie ciężkim przebywa w szpitalu. Mąż Agnieszki – Paweł, reporter, jak większość swojego życia, przebywa gdzieś w świecie i nie można nawiązać z nim kontaktu. Ada musi szybko wracać do kraju ryzykując swój kontrakt modelki i aktorki. Powrót wywołuje w niej uczucia, o jakie by się nigdy nie posądzała. Poznajemy powolutku jej historię, począwszy od fragmentów dzieciństwa, po nastoletnie lata, kiedy po raz pierwszy i chyba ostatni się zakochała…. Problemy rodzinne z ojcem, który nadużywał alkoholu, niespełniona miłość i rozczarowania, które spotykały Adę ze strony najbliższych jej osób powodują, że ciężko jej odnaleźć się w życiu, a teraz w nowej sytuacji. A tytułowe słowa… czyje są? kogo dotyczą, jaka jest ich geneza i dlaczego są tak ważne? Jak rozwinie się cała sytuacja po śmierci siostry, którą to postać autorka również przedstawiła w bardzo interesujący sposób.

Podoba mi się, to co zrobiła pani Warda: umiejętne wejście w czyjąś głowę i opisanie wszystkich myśli, uczuć, jakie ciężko jest wypowiedzieć, a czasem nawet się do nich przyznać. Demony przeszłości siedzące gdzieś w pokładach naszych wspomnień są bardzo trudne do oswojenia i wydobycia na powierzchnię. Czasem trzeba sobie pomóc terapią. Czasem miłość wyzwala prawdę i pomaga zmierzyć się ze złem, jakie nas spotyka. W przypadku Ady jedno traumatyczne wydarzenie z czasów młodzieńczych zaburzyło całe jej życie. Mimo tego, że wyjechała zagranicę i starała się żyć normalnie, to nigdy od tych wspomnień i bólu nie uciekła. Bo się po prostu tak nie da. Co takiego się wydarzyło? I dlaczego tak ważną postacią w tej powieści będzie wspomniany wyżej Paweł? 

„Po siedemnastu latach nikt już nie pamiętał, co się wydarzyło w tym miejscu. Trawa wyrosła niemal do kolan, leżały w niej papierki po batonach i pusta paczka papierosów – najwyraźniej młodzież się tu dobrze bawiła, nie mając pojęcia, że to swoisty cmentarz”.

Bardzo dobra powieść. Ciężka, mocna, dojrzała, ale jednocześnie bardzo dobrze się ją czyta. Wiem, że na pewno sięgnę po inne książki tej autorki.  Polecam.

„Ta, którą znam” Małgorzata Warda, wyd. Prószyński i S-ka, 2016