„Kredziarz” C.J. Tudor

kredziarzKsiążka „Kredziarz” to debiut angielskiej copywriterki i prezenterki telewizyjnej C.J. Tudor. Książka określana jest mianem thrillera z podobieństwami do prozy chociażby Stephena Kinga. Tychże doszukiwać się nie będę, bo Kinga czytałam wieki temu będąc nastolatką, za to powiem że typowym thrillerem bym tej książki nie nazwała. Dla mnie to po prostu dobra powieść. Czy są w niej zapożyczenia od innych pisarzy? Niech sobie nawet i będą. Dobrze mi się czytało, zakończenie rozwaliło mój mozolnie budowany przez prawie 400 stron obraz postaci, zatem miała być dobra lektura i ciekawie spożytkowany czas? Miała. I tak właśnie było.

Wydaje się nam, że chcemy poznać prawdę, ale w rzeczywistości interesuje nas tylko ta jej wersja, która nam pasuje. Taka już jest ludzka natura. Zadajemy pytania i mamy nadzieję, że usłyszymy odpowiedzi, które chcemy usłyszeć. Problem w tym, że prawdy nie można sobie wybrać. Prawda ma to do siebie, że po prostu jest. Można jedynie dokonać wyboru, czy w nią uwierzyć, czy nie.”  No właśnie. W książce właściwie cały czas chodzi o prawdę. O to, kto zabił i dlaczego zabił. I kto tak naprawdę był tym tytułowym „The Chalk Man” czyli „Kredziarzem” zostawiającym wszędzie dziwne rysunki kredowych, kolorowych ludzików. „Ludzie zawsze będą oszukiwać i kłamać. Właśnie dlatego ważne jest, żeby wszystko poddawać w wątpliwość.” Tu nic nie jest podane na tacy. Trzeba, jak główny bohater Eddie Adams, obserwować i dochodzić do własnych wniosków. A i tak okaże się, że w wielu sprawach się myliliśmy.

Małe miasteczko, rok 1986, grupka 12latków: Eddie, Gruby Gav, Mickey Metal, Hoppo i Nicky (jedyna dziewczyna) przyjaźnią się, chodzą do szkoły, spotykają się w wolnym czasie. W pewną sobotę, kiedy udają się do wesołego miasteczka, zdarza się tragiczny wypadek na karuzeli zwanej waltzerem. Pęka pierścień łożyska osi obrotowej karuzeli z nadmiernego obciążenia i jeden z wózków karuzeli odrywa się. Jedna z dziewczyn, która kilka minut wcześniej zafascynowała urodą Eddiego, upada nagle obok niego z przeciętą nogą i poranioną twarzą. To wydarzenie zmienia życie Eddiego i całej jego grupki przyjaciół już na dobre. Elisa, bo tak ma na imię dziewczyna, trafia do szpitala, opiekuje się nią pan Halloran, nauczyciel, dość dziwaczny człowiek, co postrzegane jest w miasteczku jako oburzające. Jakiś czas później dziewczyna zostaje zamordowana i poćwiartowana. W miasteczku rozgrywa się równolegle wiele innych dramatów. Każdy z chłopców, a nawet Nicky ma swoje problemy. Pojawiają się koszmary nocne, tajemnicze, rysowane kredą ludziki i znaki, a także inne nieprzyjemne wydarzenia. 

Akcja książki dzieje się dwutorowo. Śledzimy wydarzenia z 1986r. a także z 2016r. kiedy wspomniani: Ed, Gav, Hoppo, Mickey i Nicky są już dorośli, a sprawy sprzed lat wracają do nich jak bumerang, nadal nie do końca rozwiązane. Ed dostaje nagle list z kredą w środku…. i wszystko wraca.

Sama opowieść jest może nieco pogmatwana i niedopracowana, ale to debiut, więc wiadomo, że idealnie nie będzie. Niemniej jednak mnie bardzo przypadła ona do gustu. Wyziera z niej taki niezwykły smutek i takie wszechobecne zło, które przypomina o sobie w najmniej spodziewanym momencie. Aura małego miasteczka spowitego jakąś szarością, jakimś niedopowiedzeniem, gdzie mieszkańcy borykają się z tajemnicami i własnymi koszmarami jest bardzo sugestywna. „Karma oznacza, że dostajesz to samo, co sam dajesz. Jeśli robisz innym przykrości, prędzej czy później sam na tym ucierpisz.” A przykrości w tym mieście jest wiele. Karma wraca prędzej czy później. Kwestią jest bycie w zgodzie z własnym sumieniem i przyznanie choćby przed sobą, że zło również jest w nas. 

„Kredziarz” C.J. Tudor, tłum. Piotr Kaliński, wyd. Czarna Owca, PREMIERA 28.02.2018

 

Reklamy

„Górska Korona Polski. Wędrówki przez cztery pory roku” Bartosz Andrzejewski

www_gkp.png

„Jestem tylko turystą. To o czym piszę jest wypadkową własnych obserwacji, odczuć i doświadczeń związanych z całokształtem górskich doświadczeń. To również subiektywny wybór szczegółów, które postanowiłem uwypuklić, ponieważ w jakiś sposób przyciągnęły moją uwagę.”

Górska literatura, jak zauważyłam nie tylko ja, wypłynęła teraz na szersze wody dzięki polskiej wyprawie na K2 i z powodu ostatnich wydarzeń na Nanga Parbat. Książki o słynnych himalaistach sprzedają się jak ciepłe bułeczki, co mi wcale nie przeszkadza, wręcz cieszy, bo sama jestem fanką górskiej literatury i im więcej osób czyta książki o naszych, lub też nie-naszych wspinaczach, tym lepiej. Dzisiaj jednak chciałam napisać parę słów o książce Bartosza Andrzejewskiego „Górska korona Polski”, bo nie samymi Himalajami człowiek żyje.

W Polsce pasm górskich mamy naprawdę sporo, nie istnieją tylko znane szerokiemu ogółowi Tatry, Beskidy i Bieszczady. Sama mocno się zadziwiłam, gdy dowiedziałam się o górach Bardzkich, Opawskich czy Orlickich. Hmmm.. I dzięki tej książce nabrałam dużej ochoty, by te inne, niższe góry kiedyś bliżej poznać. Gór wysokich się boję, ze względu na mój lęk wysokości i lęk przestrzeni przy większych ekspozycjach, wiem, że nie nadaję się do chodzenia po wysokich szczytach – zdecydowanie wolę o nich czytać. Ale to taka dygresja…

Bartosz Andrzejewski i jego kolega Rafał Uwijała postanowili zdobyć w ciągu jednego roku koronę polskich gór czyli, jak można wywnioskować z ilości rozdziałów, 28 szczytów. Każdy z rozdziałów opisuje dość szczegółowo poszczególne góry. Mamy tu garść takich informacji jak: położenie geograficzne, czyli wysokość szczytu i pasmo, do jakiego przynależy dana góra, następnie nieco geologii, opis klimatu i przyrody, szlaków, a także słówko o okolicznych atrakcjach, jakieś ciekawostki jeśli są, przygody podczas wchodzenia, tudzież wspomnienia osobiste autora (jak w przypadku zdobycia Rysów, które to wejście zadedykował swojej zaledwie miesięcznej córeczce Zosi). 

I tak też jest podczas całej lektury. Dobrze się to czyta, podejrzewam, że gdybym sama pisała taką książkę, zrobiłabym to w bardzo podobny sposób, tak, by udokumentować swoje wspomnienia, zdjęcia, stworzyć własne archiwum czy też pamiątkę z podróży na późniejsze lata. Przykładowo, gdy czytamy o najwyższym szczycie w Górach Izerskich: Wysokiej Kopie możemy dowiedzieć się jakie schroniska mamy w pobliżu, o tym, że jest możliwość uprawiania narciarstwa biegowego w Jakuszycach k/ Szklarskiej Poręby, a także otrzymujemy kilka detali dotyczących znajdującej się w okolicy kopalni kwarcu (co prawda już nieczynnej). Mamy też zdjęcie wielkiego ostańca skalnego przy szlaku prowadzącym na Wysoką Kopę (co mnie akurat uradowało, bo uwielbiam tego typu formy skalne, choćby z lubianych przeze mnie jurajskich wypadów). A z wypadu w Góry Kaczawskie, dowiemy się, że gdzieś na szlaku istnieje hippisowskie drzewo obwieszone… butami. 

Oczywiście nie traktujmy tej książki jako typowy przewodnik, bo opisy w niej zawarte są tylko po to, by jak mówi autor, podzielić się „osobistą fascynacją światem „nad poziomem morza”. Niemniej jednak, uważam, że te opisy są dość szczegółowe i naprawdę mogą być pomocne w górskich wycieczkach na któryś ze szczytów korony Polski.

Książka jest pięknie wydana, kredowy papier, na każdej stronie zdjęcie opisywanego szczytu plus dodatkowe fotografie, a także mała mapka trasy wraz ze szlakami (zdjęcia poniższe nie są zbyt dobrej jakości, ale możecie mieć ogląd choć w niewielkim stopniu, jak książka się prezentuje). Naprawdę bardzo ładne i solidne wydanie.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wszyscy, którzy lubią góry, zarówno te niższe jak i te wyższe, powinni sięgnąć po tę książkę, bo przecież polskie góry są naprawdę piękne. Warto je poznawać. Nie trzeba porywać się od razu na północną ścianę Eigeru. Polecam.

Bartosz Andrzejewski „Górska Korona Polski. Wędrówki przez cztery pory roku”, wyd. Stapis, 2017

„Szepty stepowe” Ewa Cielesz

74„Szepty stepowe” to kolejna część przygód Jagody, którą poznałam w powieści „Słońce umiera i tańczy”. Jagoda jest malarką, zakochaną w przystojnym muzyku, Dymitrze, którego poznała na rynku w Krakowie. Mężczyzna oszołomił ją swoją wrażliwością i jednocześnie przytępił jej rozsądek składanymi obietnicami o szczęśliwym życiu. Czułam po pierwszej części, że ta sielanka trwać nie może i że coś z tą Jagodą jednak jest nie tak, że zbyt dojrzała to ona nie jest. Ale byłam ciekawa jak potoczą się jej losy.  Dymitr zaproponował Jagodzie wakacje w swoim ojczystym kraju – Mongolii. Przygoda życia, egzotyczne stepy i perspektywa skosztowania dalekiej podróży skutecznie Jagodę skusiły. I ta powieść zaczyna się właśnie od momentu opuszczenia samolotu w Ułan Bator. 

Oboje rozpoczynają dość długą podróż do rodzinnego domu Dymitra, który już na samym początku drogi pokazuje swoje drugie oblicze. Jego delikatność i wrażliwość przemieniają się w złość i nadmierną pewność siebie graniczącą z bezczelnością. Nie tego spodziewała się Jagoda. Widać, że zaczyna się obawiać tych dwóch miesięcy wakacji, które miały być odpoczynkiem i cudowną romantyczną przygodą. Jej przewidywania niestety okazują się być słuszne. Będzie to czas, w którym wydarzy się wiele złego, a przykrości jakie ją spotkają ze strony Dymitra i jego rodziny, skutecznie zniechęcą ją do człowieka, o którym myślała, że jest tym jedynym. 

Autorka wie, jak pokazać „zaćmienie umysłu” podczas stanu zakochania. Euforia niestety przysłania wówczas zdrowy rozsądek i nawet nie zdajemy sobie sprawy z pewnych dość oczywistych rzeczy. Rzucamy wszystko i wchodzimy na głęboką wodę bez zastanowienia. A potem, marzenia jakie snuliśmy na temat szczęśliwego życia u boku ukochanego biorą w łeb, bo okazuje się, że kiedyś obłok euforii opada i rzeczywistość jest kompletnie inna niż by się wydawało. Jagoda w obcym kraju, nie znając języka i tamtejszych obyczajów jest zdana na łaskę rodziny Dymitra, który ukrywa jakieś sekrety, a nawet okazuje się, że jego imię nie jest prawdziwe. Dziewczyna jest przerażona, bo wraz z upływem czasu, dociera do niej, że pobyt w Mongolii tak szybko się nie zakończy. 

Czy uda się jej uratować swój związek? czy też jednak będzie musiała uciekać jak najdalej od tych pięknych, choć nieprzyjaznych mongolskich stepów? 

Książkę czyta się bardzo szybko, choć po raz kolejny mam wrażenie, że nie do końca do mnie trafiła. Nie zaprzyjaźniłam się z bohaterką, która według mnie jest po prostu głupia i irytująca. Jej podejmowanie decyzji jest niezdarne i już pomijając stan zakochania, który zaślepia (i który w sumie rozumiem) to naprawdę zadziwiały mnie momentami reakcje Jagody na zachowanie Dymitra.  Jednocześnie, przy tej jej głupocie zaskakująca była bystrość w nauce mongolskiego (który przecież łatwym językiem nie jest) i w zorganizowaniu sobie pracy i życia już później… po tak zwanych przejściach. Mam wrażenie, że trochę to wszystko nieskładne.

Podsumowując, niby wciąga, niby czyta się szybko, ale średnio mnie ta książka „obeszła”. Nie pałam chęcią sięgania po kolejne części (choć nie wiem czy będą), ale też nie chcę nikogo zniechęcać do lektury. Może wam się spodoba? Uważam jedynie, skoro to mój blog i moje odczucia, że lepiej być szczerym, niż nieszczerze słodzić, nie? 

Ewa Cielesz, „Szepty stepowe”, wyd. Axis Mundi 2018

„Podpalacz” Wojciech Chmielarz

619423-352x500 „Była godzina druga w nocy z piątku na sobotę. Wszyscy wokoło spali. Mógł być na każdym dachu każdego domu, a ich właściciele, niby bezpieczni we własnych czterech ścianach, nawet by o tym nie wiedzieli. Obudziłyby ich dopiero płomienie. A wtedy byłoby już przecież za późno.  […]
Wstał. Z kieszeni kurtki na piersi wyjął latarkę i zajrzał do komina. Nie zauważył niczego, co mogłoby utrudniać wykonanie zadania. Ostrożnie wsadził do otworu kominowego butelkę. Nie chciał, żeby się rozbiła, uderzając o ściany. Miała spaść wprost do kominka. Wstrzymał oddech i puścił szklaną szyjkę.”

Świetna okładka tegorocznego wznowienia tego tytułu przez wydawnictwo Marginesy. Jest to moje pierwsze spotkanie z autorem i z komisarzem Jakubem Mortką (dość niezwykłe nazwisko, przyznaję). Nie zawiodłam się. To dobry kryminał, choć w sumie dość przewidywalny schemat. Komisarz, jak zwykle z problemami, co też już jest wszechobecne w tego typu książkach, ale mnie to zbytnio nie przeszkadza i nie męczy. Nawet jeśli coś jest powtarzalne, ale daje mi dobrą rozrywkę i nie mam poczucia straconego czasu, to znaczy, że jest okey. Chmielarz mnie dodatkowo przekupił, wspominając w „Podpalaczu” moje ulubione okolice, czyli Jurę Krakowsko-Częstochowską. Nie ma zbyt wielu topograficznych opisów, ale samym słowem „Jura” zdobył moją ogromną sympatię. Niewiele mi trzeba do szczęścia, jak widać.

„Podpalacza” czyta się bardzo dobrze. Finał lekko zaskakuje, choć wszystko jest dość schematyczne, jak wspomniałam wyżej. Niemniej jednak, chętnie sięgnę po kolejne części z Jakubem Mortką, bo to fajny facet, jak się okazuje. Problemy ma, bo rozwiódł się z żoną, ma dwóch synków, których widuje raz w tygodniu, ciągle zapomina zapłacić alimenty, jest rozbity i kompletnie nie radzi sobie ze swoim życiem, wynajmuje mieszkanie (ze studentami!), je byle co, rzadko się goli. Mimo tego, jest świetnym policjantem, skrupulatnym, ambitny, bystrym i często działającym niezgodnie z regulaminem. Problemem Mortki jest głównie to, że tak naprawdę żyje tylko pracą. Jego obowiązkowość i ambicje zepsuły mu małżeństwo, bo rodzina niestety stała wiecznie na drugim miejscu. Dopiero po rozwodzie zrozumiał, co stracił (tak przynajmniej myśli), ale czy da się to jeszcze odzyskać? 

Samo śledztwo dotyczy podpaleń domów. W pierwszym, ginie mężczyzna, mąż niedoszłej gwiazdki pop, Klaudii Kameron vel Klau. Ona sama zamknięta (dlaczego?) na górze, w pokoju, wyskakuje przez okno i poparzona trafia do szpitala. Kto chciałby wyrządzić im krzywdę?  Podobnie jak dwojgu dzieciom z innego domu, który również stanie w płomieniach w najbliższym czasie. Czy piromanom faktycznie zależy na śmierci ludzi, czy może jednak bardziej chodzi im o podziwianie własnego dzieła, kiedy płomienie wzbijają się do nieba i mienią się kolorami, jak okładka książki? 

Na te pytanie będą musieli odpowiedzieć sobie policjanci z Warszawy z Mortką na czele. Czy ekipa wydziału zabójstw da sobie radę? bo śladów i dowodów niewiele. Warszawska sceneria i polska rzeczywistość jako tło sprawią się świetnie. „Ten kraj zamienia się w bagno, komisarzu”. Bagnem tym, w większości, rządzi mafia, hazard i przemoc, ale też dążenie do kariery za wszelką cenę, a także codzienne frustracje zwyczajnych ludzi, które mogą doprowadzić do czegoś bardzo złego.

Warte uwagi, jeśli lubicie kryminały – to tym bardziej. A komisarz Mortka jest jak ten człowiek z cytatu autorstwa Denisa Lehane’a na początku książki: „Prawdę mówiąc, jestem okropnie nudny, pani Marcus. Odebrać mi mój zawód i mnie nie ma”.

               „Podpalacz” Wojciech Chmielarz, wyd. Marginesy 2018

„Dziecko” Fiona Barton

Fiona Barton_Dziecko grzbiet 32_3 mm.indd„Czasem przekonanie, że wie się wiele, może okazać się niebezpieczne, bo kto tak naprawdę w pełni zna inną osobę? Można dotknąć skóry, ale nigdy nie przebijesz się do mięsa. Nie wnikniesz do szpiku kości”.

Fiona Barton, brytyjska reporterka i dziennikarka, postanowiła napisać drugą książkę. Debiut „Wdowa” (którego nie znam) ponoć będzie ekranizowany, natomiast kolejna powieść „Dziecko” okazała się być całkiem dobrym thrillerem/kryminałem. Początkowo, nie sądziłam, że akcja się rozkręci, troszkę zamieszania stanowił dla mnie podział na rozdziały. pisane każdy z perspektywy innej kobiety. Niemniej jednak, da się to opanować i potem lektura idzie jak z płatka, fabuła wciąga i właściwie nie wiadomo kiedy, książka się kończy. 

Na budowie, podczas prac, robotnicy znajdują szkielet małego dziecka, właściwie noworodka. Kate Waters, reporterka gazety „Post”, czytając newsa o sensacyjnym znalezisku, „czuje w kościach”, że to będzie wielka sprawa, którą to właśnie ona powinna się zająć. Jej reporterski nos już węszy. Nie tylko sensację, ale na pewno wiele tajemnic, które się w tej sprawie kryją. Od razu zaczyna prowadzić swoje małe prywatne śledztwo. Musi być pierwsza. Musi wreszcie zabłysnąć w gazecie, tym bardziej, że szykują się zwolnienia. Nie przypuszcza, że nie będzie to zwykłe śledztwo i nie spodziewa się, że tak się w nie zaangażuje. Jej pokłady empatii i zwykłej ludzkiej dobroci pomogą w rozwiązaniu tej bardzo trudnej, jak się okaże, sprawy.

Emma – druga kobieta z kolejnych rozdziałów książki, czytając tego samego newsa, sprawia wrażenie przerażonej odkryciem, ale i liczącej na ciąg dalszy w tej sprawie. Dlaczego? Czuć, że nosi w sobie jakiś wielki ciężar, o którym nikomu nie mówi, ale chciałaby, by wreszcie ktoś go z niej wydobył. Jej relacja z matką, Jude (kolejną kobietą z kolejnych rozdziałów książki) nie jest typową relacją matki i córki. Dlaczego? Obie są wobec siebie oschłe, obie mają do siebie pretensje o przeszłość, obie cały czas myślą o Willu. Kim był i jaki miał wpływ na Emmę i Jude? Co takiego wydarzyło się wiele lat temu, że Jude jest jaka jest? Co stało się Emmie, która tak zamknęła się w sobie, że nawet jej mąż nie zna jej przeszłości? I co ma z tym wszystkim wspólnego znaleziony na budowie szkielet dziecka, zakopanego tam wiele lat temu… ?

Stopniowo zaczynamy być wprowadzani w ciąg wydarzeń poprzez retrospekcje i wspomnienia Emmy i Jude. Dodatkowo możemy łączyć je z odkryciami reporterki Kate, która zawzięcie grzebie w archiwach i próbuje wraz z policją odkryć, co wydarzyło się w Woolwich i kim jest znalezione na budowie dziecko.  Finał będzie zaskakujący.
„Kiedy prawdę zastępuje się milczeniem, milczenie jest kłamstwem” cytat Jewgienija Jewtuszenko umieszczony na początku książki dobrze pasuje do całej fabuły. Polecam. Czyta się szybko, jest to książka na jeden, dwa wieczory do pochłonięcia i zapewnienia sobie rozrywki. Nic ambitnego, ale jeśli macie chęć na trzymającą w napięciu książkę, to sięgnijcie. Premiera 15.02.2018.

ps. troszkę dziwne były dla mnie niektóre słowa np. „pierwiastek” – kobieta która rodzi dziecko po raz pierwszy, albo „ejtisowy kostium” jako kostium z lat 80-tych. Ale może się nie znam… 

„Dziecko”, Fiona Barton, tłum. Agata Ostrowska, wyd. Czarna Owca 2018.

książki, które mi się marzą

Tak sobie przeglądam nowości, zapowiedzi i inne takie, sporo jest ciekawych książek (szczególnie Czarne i jego zapowiedzi na marzec!), ale właściwie to najbardziej, na tę chwilę, chciałabym mieć te pozycje, których fotografie okładek tu zamieszczam. I nie są to w ogóle nowości.

Desktop25

To takie moje klimaty. Reportażowe Bieszczady w PRL’U oraz książki wydawnictwa Tatrzański Park Narodowy: piękny album „Tatrzańska Atlantyda” (ten w czarno-niebieskiej okładce) „unikatowy, elegancko wydany zbiór starych, w większości dotychczas niepublikowanych zdjęć miejsc dawniej ważnych dla Zakopanego i Tatr, a bezpowrotnie już utraconych. Smakowity kąsek dla każdego miłośnika Podhala i gór, fotografii, historii”, album o ptakach Tatr i Podtatrza z pięknymi zdjęciami, książkę „Ślady, szlaki, ścieżki – Pośród tatrzańskich i zakopiańskich wyobrażeń” i „Na Giewont się patrzy”. No i cudownie ilustrowane wydanie zbiorcze pierwszej i drugiej części Bestiariusza Słowiańskiego („Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach” oraz „Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach”). 

Tak sobie dumam, bo to wszystko drogie i wkurza mnie to … :)