stos urlopowy

Wcale nie stos urlopowy, po prostu naprzychodziło tego zaś do mnie :) Kilka przesyłek z allegro, jakieś tanie książki, promocje itp. (jak ja uwielbiam polować na takie przeceny), plus jedna recenzyjna od wyd. Czarna Owca „Przeciwko bratu” Marcina Dudzińskiego – kryminał z akcją w Częstochowie (czyli moim mieście), już czytam i już mi się ogromnie podoba :)

DSC06070

A że mam urlop to i głowa lżejsza i czytać można, chociaż i tak czasu nie ma, no bo urlop i chciałoby się i to i tamto, i tu pojechać, i tam pojechać… No i tak to. Pozdrawiam wszystkich :)

Reklamy

„Zamrożone płomienie” Jens Henrik Jensen

64320885_2255867667796014_578442179630858240_n To trzecia część serii z Nielsem Oxenem, byłym żołnierzem duńskich sił specjalnych, który zmaga się ze stresem pourazowym, swoim życiem osobistym, a dodatkowo w poprzednich dwóch częściach został uwikłany w bardzo podstępną i niebezpieczną, nie tylko dla niego, sprawę.

To świetna książka sensacyjna autorstwa Jensa Henrika Jensena, duńskiego dziennikarza i pisarza.  Czytało mi się genialnie, podobnie jak poprzednie dwie części cyklu. Mamy tu głównie pogoń z czasem, walkę z potężną i tajemniczą organizacją Dagenhof, która trzyma za sznurki całą Danię i skrzętnie ukrywa swoje zamiary, zbrodnie i przekręty, nie wyjawiając swoich przywódców i członków, przez co potrafi zmanipulować dosłownie każdego, oraz świetnie wykreowane postacie.

Na okładkowym skrzydełku wyczytałam, że wykupiono prawa do adaptacji cyklu Oxen przez agencję, która wyprodukowała filmy z serii „Millenium” Larssona, czy też te o Kurcie Walanderze, Mankella. No bardzo mnie to cieszy, bo chętnie obejrzałabym filmy na podstawie tych trzech części. Ze strony facebookowej pisarza wiem natomiast, że powstaje już piąta część z cyklu o Oxenie, więc cieszę się ogromnie, że to nie koniec. Oby tylko kolejne części zostały szybko przetłumaczone i wydane w Polsce. 

Po lekturze drugiej części nie wiedziałam, czy Oxen przeżył ucieczkę. Nie było to zbyt jasne, natomiast logicznym jest, że skoro powstała część trzecia, to znaczy, że główny bohater istnieje (sorry za spojler). Teraz musi oczyścić się z zarzutów, jakie na nim spoczęły, musi przestać uciekać, ukrywać się i wreszcie żyć jak normalny, wolny człowiek. Został wrobiony w morderstwo staruszka – rybaka, u którego długo się ukrywał, a którego tak naprawdę zamordowali ludzie wynajęci przez wspomnianą już, tajemniczą organizację Dagenhof. Oxen musi najpierw znaleźć prawdziwych oprawców, by zrzucić z siebie oskarżenie.

W tym samym czasie w Danii znalezione zostają zwłoki Krestena Hildmanda, jednego z przedstawicieli duńskiej finansjery a także świadka koronnego w pewnym ważnym procesie. Samobójstwo czy niekoniecznie? Jak ważna będzie ta sprawa w dalszych działaniach Oxena?  Znana z poprzednich części agentka PET – Margrethe Franck, już nie jest agentką PET i pracuje w hotelu na zmywaku, dorabiając sobie dodatkowo na kasie w Netto. O co chodzi? Dlaczego nie pracuje już dla duńskich służb specjalnych  odpowiedzialnych m.in. za kontrwywiad i bezpieczeństwo wewnętrzne, zresztą podobnie jak jej wcześniejszy przełożony Axel Mossman? 

„Czasem myślę sobie, wiesz, że my wszyscy mamy w sobie coś w rodzaju płomienia. Ten płomień to życie, właśnie.  I kiedy on zgaśnie, to bach – i cię nie ma. Umierasz, po prostu. Tak jest i tak być powinno. Ale mój płomień został nie tylko zgaszony – on został zamrożony. Jestem żywym trupem”.

Oxen dla wszystkich oficjalnie umarł. Jedni się z tego cieszą, inni go wspominają. Szczególnie jego odwagę i dokonania w służbach specjalnych. Kiedy jednak Margrethe i Axel dowiedzą się, że Oxen jednak żyje i zobaczą go na własne oczy, zmieni to ich życie. Stagnacja i marazm odejdą w siną dal, a powrócą siła, zapał i spryt, które tylko czekały, by znów wziąć się do roboty i działać. Będą mieć ręce i umysły pełne roboty, bo Dagenhof zacznie ostro kombinować. No i tu dopiero zacznie się niebezpieczna gra. Kto wygra? 

Podobało mi się w tej części wszystko. Dodatkowo, poprzez działania Dagenhofu, jest tu dużo odniesień do sytuacji Danii, jako państwa. Znalazłam nawet odniesienie do ostatniej książki, jaką czytałam: „Strzały w Kopenhadze Niklasa Orreniusa. 

Mossman mówi: „A my, Oxen, jesteśmy narodem uzależnionym od poczucia bezpieczeństwa. Nadal pielęgnujemy w sercu wizję policjanta, który wstrzymuje ruch na jezdni, by kacza rodzina mogła bezpiecznie przejść na drugą stronę. Lubimy myśleć, że Kopenhaga jest wolny, beztroskim miastem cyklistów. Lubimy wierzyć, ze ludki w futrzanych czapach strzegą naszej królowej i naszej demokracji. Dammit, to wszystko iluzja! Rzecz w tym, że jesteśmy wrażliwym społeczeństwem i przez to łatwym łupem. Przekonaliśmy się o tym, gdy tamten szaleniec zaatakował centrum kultury i synagogę w stolicy. A to był tylko jeden człowiek, nie żaden skoordynowany atak… Mimo to, w takiej sytuacji natychmiast paraliżuje nas strach. I potem długo nie możemy się otrząsnąć. mamy pozwolić, by ten strach się rozszerzył?”

Bardzo dobra lektura. Jeśli lubicie sensację w połączeniu z kryminało-thrillerem, czy jak to w ogóle nazwać (nie znam się na gatunkach) – to ogromnie polecam całą serię.

O poprzednich dwóch częściach pisałam już tutaj, więc jeśli ktoś ciekawy może zajrzeć:
– „Zanim zawisły psy”
– „Mroczni ludzie”

„Zamrożone płomienie” Jens Henrik Jensen, tłum. Edyta Stępkowska, wyd. Helion S.A. – Editio Black, 2019.

Stosik na lipiec

Dawno nie pokazywałam tu zdobyczy z ostatnich tygodni. Trochę przybyło. Jest kilka egzemplarzy do recenzji m.in. Jensen (czytam właśnie, świetna sensancja, trzecia część z Nielsem Oxenem), jedna książka Brejdyganta „Układ”, ale głupio czytać 2gą część bez znajomości „Rysy” więc dokupiłam, „Grecja,  Gorzkie pomarańcze” Dionisiosa Sturisa, „Yeti” Taylora i „Początki” Carla Frode Tillera. Reszta to są moje małe „zakupy” w sporych promocjach. I jak zawsze, przydałoby się więcej czasu… Aaa.. na samym dole z niewidocznym tytułem jest przepiękna książka „Na Giewont się patrzy”- Barbary Caillot-Dubus i Aleksandry Karkowskiej, niebawem coś o niej napiszę.

DSC05811

„Strzały w Kopenhadze” Niklas Orrenius

666576-352x500„…muszę powiedzieć o tym, czym jest Szwecja. Że to kraj zróżnicowany. Nasze ideały otwartości i tolerancji opierają się na przekonaniu, że można być innym. Ale żyjemy razem”. To jedna z najtrudniejszych prawd do przyjęcia dla ludzi. Bo bardzo często wszystkim się wydaje, że tolerancja polega na dopasowaniu się do tego, co oni za tolerancję uważają. Bardzo to jest ostatnio wyraźne. Cała debata jest tym naznaczona: przyjedźcie tu i stańcie się tacy jak my, wtedy będziemy was lubić, wtedy wszystko będzie okej. Zrozumienie, że różnimy się od siebie i że tolerancja polega na tym, by to szanować: to jest największa trudność”.

Reportaż „Strzały w Kopenhadze” to bardzo rzetelna, mądra i obiektywna próba przedstawienia problemu wolności słowa i wypowiedzi. To książka, która jest jednym z lepszych reportaży, jakie przeczytałam w życiu, choć łatwa w lekturze nie jest. Bywają rozdziały, przez które ciężko przejść, jest tu sporo nazwisk, sporo polityki, ale też wbijających w fotel informacji, jak wielu ludzi przechodzi na stronę radykalnego islamu, jak wielu ludzi (czy to mieszkańców Szwecji czy Danii, bo tu akurat opiera swoją opowieść autor) nienawidzi odmienności, nie podejmuje nawet próby akceptacji, chce za wszelką cenę eliminować, niszczyć i zabijać. 

Gdzie zaczyna się „teren” na którym kiełkują: brak empatii, nietolerancja, rasizm, radykalizm, nienawiść i terroryzm? Czy ten teren ma jakiekolwiek granice? Czy tu gdzieś jest ta mała, cienka linia, za którą, lub przed którą jest wolność słowa i wypowiedzi?  Jak się wypowiadać w mediach, publicznie, by nikogo nie urazić, by ktoś nie poczuł się skrzywdzony, wkurzony, aż w końcu nie zapragnął zemsty? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nigdy chyba nie będzie. To, co wolno artyście, wolno tylko w jego pojęciu. W pojęciu kogoś, kto artystą nie jest, i kto tolerancją nazywa podejście „jeśli to według moich zasad, to toleruję”, zabroniona jest wolność słowa, bo wtedy już jest to: wyśmiewanie, szydzenie, krytykowanie, obrażanie. To bardzo skomplikowany temat i dotyczy jak wiadomo, nie tylko sztuki. To, co jeden człowiek uzna za wolność słowa i wypowiedzi, demokrację, czy jakkolwiek inaczej to nazwiemy, inny uzna za bezczelność i przekraczanie dobrego smaku. To wszystko kwestia wrażliwości ludzkiej.

Niklas Orrenius próbuje odnaleźć w tym wszystkim złoty środek na przykładzie Larsa Vilksa, szwedzkiego artysty, rzeźbiarza, rysownika, który swego czasu, a dokładnie w 2007r. narysował karykaturę Mahometa (Mahomet jako pies na rondzie). To sprowadziło na niego wyrok śmierci. Muzułmanie zaczęli mu się odgrażać, straszyć, że za obrazę uczuć religijnych może go spotkać tylko śmierć. Od tamtej pory, a Lars Vilks ma już 73 lata, żyje pod ciągłym okiem ochrony, nie wolno mu się samemu nigdzie przemieszczać, a próby jego zabójstwa (jak właśnie tytułowe strzały w Kopenhadze) mogą przecież się powtórzyć. Sama Szwecja uznaje sztukę Vilksa za niezbyt wartościową i z tego co, zrozumiałam, bardziej uważa go za prowokatora, niż za artystę. No ale… to on spowodował masowe protesty muzułmanów i sprowadził wielkie zagrożenie na kraj. 

I tu też pada pytanie, skoro sam Vilks domaga się tolerancji dla swoich dzieł, to czy on sam jest tolerancyjnym człowiekiem rysując tego typu rzeczy? Mówią o nim, że to wariat. Prawicowiec nienawidzący islamu. „Robi się z niego kogoś, kto sam sobie jest winny”.  Sam Vilks, mam wrażenie, na pytanie „Dlaczego narysował tę karykaturę” odpowiedziałby „Bo mogę?”. No i tu właśnie zadwozdka. Mógł, czy nie? 

Autor jednak nie ocenia. On tylko przedstawia fakty, i to właśnie cenię w reportażu. Stawianie czytelnika przed faktami i pozwolenie mu na wyciągnięcie własnych wniosków. Nie zawsze jest to możliwe. Wszystko zależy od kontekstu danej sytuacji, kraju w jakim się żyje, a Szwecja przecież od dawna postrzegana jest jako kraj bardzo liberalny, tolerancyjny, przyjmujący wielu uchodżców. A tu, okazuje się, że ciemna strona tego kraju jest o wiele bardziej mroczna i rośnie w siłę, bo jest tu wielu admiratorów, na przykład, Breivika, wielu zradykalizowanych Szwedów, neonazistów i fanatyków „white power”. Ale jest też kobieta o imieniu Mahu… ogromnie podobała mi się jej postać. I jest też sam autor, który również w pewnym momencie będzie uznany za „zdrajcę narodu” i żydowskiego dziennikarza.”

Ten reportaż to opowieść o naszej epoce, o partiach i stowarzyszeniach, gdzie dochodzi do różnego rodzaju kryzysów: moralnych, etycznych, na tle rasowym itp. To gęsta od lęków, fobii, fanatyzmów, pytań i braku odpowiedzi, książka. A to, co dzieje się w Szwecji, dzieje się również w każdym innym kraju. Zamachy są wszędzie. Fanatycy również. Problem wolności słowa dotyczy każdego z nas. Strach nie jest nam obcy. To ważna i bardzo dobrze napisana książka.

„Strzały w Kopenhadze” Niklas Orrenius, tłum. Katarzyna Tubylewicz, wyd. Poznańskie 2018.

„Ryczące ośmiotysięczniki” Jean Ammann, Erhard Loretan

erhard-loretan-ryczace-osmiotysieczniki-w-iext54117898„Nigdy nie zadawałem sobie pytania, dlaczego się wspinam – tak jak nigdy nie zadawałem sobie pytania, dlaczego żyję.”

Erhard Loretan był jednym z najlepszych himalaistów szwajcarskich. I to o nim właśnie jest ta książka. Współautor, Jean Ammann, dziennikarz „La Liberte” oddaje Loretanowi głos w każdym rozdziale, po to by sam opowiedział o swoich początkach, karierze, emocjach, smutkach i swojej górskiej miłości. Wspomnienia zebrane zostały podczas spotkań w latach 1993-1996. To dziesiątki nagrań, do tego dzienniki Loretana, artykuły prasowe itp. Na podstawie tego można było poniekąd odtworzyć życie tego szwajcarskiego himalaisty. 

Sam Ammann wypowiada się na koniec każdego rozdziału i w tych wypowiedziach porusza różną tematykę, czy to moralno-etyczną, czy też sam próbuje opisać postać Loretana przez pryzmat jego wypowiedzi i zachowań.

Loretan, jak każdy właściwie himalaista, to człowiek pasji. Z zawodu stolarz, z zamiłowania górołaz. Zaczął przygodę z górami już w wieku 11 lat. Dobry kondycyjnie, od zawsze czuł pociąg do Alp, które widział przecież z własnych okien. Jego pierwszym znaczącym osiągnięciem wspinaczkowym było zdobycie w wieku lat 15-stu, szczytu Doldenhorn (3645 m) w Alpach Berneńskich, który osiągnął trudną skalną drogą, prowadzącą wschodnią granią. Poprowadził wtedy swoją pierwszą drogę i poczuł, że to jest to. Że to chce dalej robić. Nie tylko wytyczać nowe szlaki, ale spędzić resztę życia w wysokich górach.

Potem przyszła pora na Himalaje. Pierwszym szczytem pow. 8000 m. była Nanga Parbat w 1982r. W ciągu 13 lat od rozpoczęcia wspinania, stał się trzecim w historii (po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce) himalaistą, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. A można by powiedzieć, że nazwisko słabo znane medialnie, że właściwie zawsze gdzieś w cieniu, skromnie i cicho. Był jednym z pierwszych obok m.in. Wojciecha Kurtyki, z którym zresztą też się wspinał, prekursorem wspinaczki w stylu alpejskim, czyli na lekko, jak najmniej sprzętu, jak najmniej czasu i bez tlenu. W 1986 roku wszedł na 38 szczytów w ciągu 19 dni, a kilka lat później zdobył 13 północnych ścian Alp Berneńskich w 13 dni! Nigdy nie rywalizował z innymi. Próbował jedynie pokonywać swoje własne granice. Czuć wolność. Czuć, że żyje.

I to wszystko właściwie jest bazą tej książki. Znajdziemy tu opisy początkowych wypraw w Alpy, potem już wypraw na poszczególne ośmiotysięczniki w Himalajach, ale także wyprawy w Andy, na Antarktydę, gdzie Loretan samotnie zdobywa dwa dziewicze lodowe szczyty pow. 4000m. „W Himalajach zdarzało mi się zdobywać nietknięte ludzką stopą sześciotysięczniki, ale nigdy nie czułem czegoś podobnego. Tutaj mam wrażenie, że stanąłem na Księżycu. Otwieram wrota do nowego świata. Zimno, jak najbardziej ziemskie, przerywa te rozmyślania i przywołuje mnie do porządku. Muszę schodzić, ale którędy?”.  Jeden ze szczytów zostanie nazwany Mount Loretan. 

Przywołane zostaną nazwiska wielu znanych, francuskich czy szwajcarskich wspinaczy, m.in. Pierre’a-Alaina Steinera, który na oczach Loretana spadł w 100-metrową przepaść podczas wyprawy na Cho-You i mimo iż, przeżył ten upadek, połamał się i niestety nie mógł zostać uratowany na tej wysokości. Loretan długo w snach słyszał głos przyjaciela. Ale to nie jedyna tragedia w życiu Erharda …. 

„Ekstremalnie boję się śmierci”, powiedział w 1995r. magazynowi L’Objectif. Sam zginął w 2011r. w Alpach Berneńskich, żyjąc do końca z ogromnymi wyrzutami sumienia. Dlaczego? To tragiczna postać, ale bardzo fascynująca. Postać, która do światowego alpinizmu i himalaizmu wniosła bardzo dużo. 

Książkę się dobrze czyta, na początku każdego rozdziału jest jakiś cytat znanego himalaisty, jest też sporo czarno-białych fotografii. Wszystkim miłośnikom wspinaczki i gór polecam. Warto przeczytać i poznać kolejnego z wielkich pasjonatów (choć dla  większości ludzi, pewnie głupich ryzykantów ..)

(zdjęcia ze strony http://off.sport.pl/)

„Ryczące ośmiotysięczniki” Jean Ammann, Erhard Loretan, tłum. Maria Zawadzka-Strączek, wyd. Agora 2019.

„Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” – Jesmyn Ward

708920-352x500Podobała mi się bardzo ta opowieść. Było czasem dziwnie, wzruszająco, były duchy, a wszystko na tle głębokiego południa Stanów Zjednoczonych, gdzie jeszcze pobrzmiewają echa plantacji bawełny, a przekonania rasowe i nienawiść wobec czarnoskórych są jeszcze nadal mocno zakorzenione w świadomości mieszkańców.

Trzynastoletni Jojo jest dzieckiem mieszanej pary. Ojciec – Michael, jest biały, matka – Leonie, czarnoskóra. Mieszkają w małym miasteczku Bois Sauvage w delcie Mississippi u rodziców Michaela, których Jojo nazywa Mamcią i Tatkiem. Mamcia ma pewien dar, niestety jest ciężko chora na raka, a właściwie umierająca, a Tatko, czyli duży Joseph, jest zamkniętym w sobie, dobrym i ciepłym człowiekiem. Kiedyś nosił przezwisko Zrzeki, ale wtedy jeszcze przebywał w więzieniu, gdzie pracował na plantacji bawełny. To tam wydarzyło się coś tajemniczego, coś co do tej pory go gnębi i nie pozwala na spokój. To stąd nagle pojawia się kolejny bohater: Bogaś – chłopiec duch, którego Jojo widzi bardzo wyraźnie, a który musi poznać prawdę o swojej śmierci, by móc odejść w spokoju w zaświaty.

Leonie z Jojo i jego młodszą siostrzyczką, Kaylą, wyruszają w drogę, by odebrać Michaela z więzienia. Jedzie z nimi jeszcze przyjaciółka Leonie. Podróż nie będzie łatwa, bo Kayla się rozchoruje, ale niestety zawrócić nie można. Można tylko liczyć na to, że małej przejdzie. I tak się powoli toczy historia. W zdezelowanym aucie, na zakurzonych drogach, w upale, z narkotykami w samochodzie, które mają być po drodze dostarczone w jedno miejsce. Ale.. co jest bardziej istotne w tej ksiażce to sami jej bohaterowie i tło.

Jojo cały czas zajmuje się siostrą, która lgnie do niego. Matka nie potrafi się nią zająć, nigdy nie miała instynktu macierzyńskiego i traktuje dzieci właściwie jak zło konieczne, choć momentami widać, że chciałaby się zmienić. Poznajemy jej historię, którą sama nam opowiada. Dowiadujemy się, że ma ten sam dar co Mamcia. Jaki?

Jojo musi sam dorastać, próbuje rozumieć sytuację, ale nie do końca wie jak ma się zachowywać. I tu pojawia się Bogaś – chłopiec duch, który zabiera się z nimi w trasę. Siedząc na podłodze opowiada Jojo o swoim ciężkim dzieciństwie. Są równolatkami, z tą różnicą, że Jojo żyje, a Bogaś już nie. Dlaczego jest takim smutnym chłopcem? dlaczego cały czas próbuje odnaleźć swoją własną prawdę, swoją pieśń, którą będzie mógł śpiewać z czystym sumieniem? I czego nauczy się od niego Jojo? 

To właściwie dzięki Bogasiowi czytelnik ma możliwość poznać przeszłość, spojrzeć na poniżanych kiedyś i bitych mężczyzn i chłopców, którzy cały czas muszą ciężko pracować na plantacji. „Wiedziałem, że łańcuchy i kajdany wrastają w skórę. Wiedziałem, że cienka, zwierzęca skóra bata wchodzi w ciało jak w masło. Wiedziałem, że głód boli, patroszy człowieka jak tykwę, a widok głodującego rodzeństwa patroszy jeszcze inaczej. Sprawia, że serce wyrywa się rozpaczliwie z piersi”. Segregacja rasowa wciąż żywa. Pot, kurz i łzy, zgnilizna i zło, które powstało z prochów

Podobnie świat widzi Leonie, czarnoskóra matka Jojo, która o swoim mężu mówi: „Ujrzał mnie, nie bacząc na skórę koloru czarnej kawy, czarne oczy, wargi koloru śliwek – ujrzał m n i e. Ujrzał chodzącą ranę, którą byłam, i przyszedł uśmierzyć ból”. Nie zaakceptowana nigdy przez białych rodziców Michaela, czuje, że tonie, że wszyscy toną. I że nie ma ratunku. Jedynym ratunkiem dla niej jest Michael, który wreszcie ma wyjść z więzienia, i którego musi za wszelką cenę odebrać, nawet za cenę choroby córeczki.

Cóż. Ta książka ściska za serce. Czytając o Mamci, ogarniętej bólem całego swojego jestestwa, zżeranej przez raka, miałam szczerze ochotę wyć. Emocje mnie rozjechały. Podobnie, kiedy widziałam tę miłość Kayli, małej dziewczynki do swojego brata… 

To piękna książka, a tłumaczenie Pana Jędrzeja Polaka, jak zawsze niezawodnie cudowne. Mnie ta opowieść bardzo ujęła i cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać.

ps. może ta recenzja jest nieco nieskładna, ale ostatnie upały chyba wypaliły mi jakąś część mózgu…

„Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”, Jesmyn Ward, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie 2019.

„Teoria opanowywania trwogi” Tomasz Organek

60774739_2206948942687887_4550135726871674880_n-001„Niedzielę zwiastuje cisza. W niedzielę w powietrzu wisi dym, ledwo widoczna zawiesina unosząca się nad zgliszczami budowanego z mozołem przez cały tydzień świata. Dzień po dniu, od poniedziałku do piątku, we wszystkie dni robocze świat powstaje, jak sam Bóg przykazał. Rośnie w siłę, mnoży się, rozpiera w posadach, pręży i napina się po to, żeby około soboty już nie wytrzymać. Od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie musi. Na Boga, nie musi. Wtedy spektakularnie ginie. Wyciąga z szuflady drogi, wysadzany diamentami łańcuch, pęta go sobie wokół szyi, osuwa na kolana i mdleje w ekstazie, liżąc jaszczurzym językiem buty właściciela. Wtedy nie wytrzymuje i na własne życzenie idzie na dno. Gwałtownie się kurczy, wyje z bólu i rozkoszy, tapla się we własnej spermie, odchodach i moczu. Jak wisielec wije w konwulsjach, publicznie rozrywa wnętrzności, uwalniając tłoczące go w środku ciśnienie. Dusi własnymi rzygowinami, żeby wreszcie w niedzielę nad ranem po raz kolejny umrzeć. […] Odbija się kebabem z nocy i to już jest koniec. Przemieniło się, stało. spełniło. Transsubstancjacja krwi w kielichu po winie odbija się niestrawioną wódką z red bullem, wysoko gazowanym piwem, dziwką przygodną, śmiercią rozkładaną na raty, rozróbą w dyskotece, rzygiem w taksówce tuż pod domem. Nieprzespaną nocą i wyrzutem sumienia w ubikacji. Nadzieją na to, że wszystko będzie dobrze. Że żona się nie dowie. Że dzieci będą rosły, a kredyt zmaleje. Oto wielka tajemnica wiary”.

Taka jest ta książka. Dziwna, dosadna, realistyczna i czasem przeintelektualizowana, ale też bywa pięknym językiem, subtelnym, pisana i wrażliwością, a także sarkazmem mnie ujmuje. O, jak mi się to podobało! Na początku, nie. Na początku było ciężko, trudno i jakoś tak do bólu. Nie szło mi. Nie mogłam się skupić i wczuć. Myślałam, co ten Organek nawywijał. Przecież on muzyk, artysta, Męskie Granie, długa grzywa i „głupi ja”. A się okazuje, że to obserwator rzeczywistości jak mało kto. On rozdrapuje, pokazuje palcem gdzie i jak jest źle, opowiada monotonię współczesnego, hipsterskiego życia, w sposób mi bardzo bliski.

Debiutant. Teraz każdy pisać może przecież. I artyści, muzycy, aktorzy, sportowcy, celebryci. Każdy ma prawo i każdy pisze jak umie. Nie zawsze dobrze, choć i tak się sprzedaje. A Organkowi zarzuca wielu bełkot. Widziałam recenzje, myślałam sobie, kurcze, strach czytać. Ale… ja będę bronić, bo mi jego pisanie bardze bliskie. Bo ja podobnie często widzę rzeczywistość. Bo mnie też nuży rutyna pracowej rzeczywistości i też czekam weekendu, by wyrzygać ciśnienie z siebie. I wtedy pięknie jest. I wszystko to co zbudowane w tydzień, upada. Zaczyna się nowe, inne życie. Ucieczka, pozorna może, ale jednak. Na chwilę, na moment. Bo chciałoby się „.. do czegoś dojść i przy tym pozostać. I już nie szukać. Nie chodzić, nie łazić, nie dosiadać się, nie pytać. Zostać kimś. A najlepiej sobą, żeby już donikąd nie chodzić. A tak, wiecznie tylko przelotem”. I też ciągle się czegoś boję, o coś lękam, czemuś muszę stawiać czoła.

Borys, 39-letni „korposzczur” traci pracę, jest zmęczony i zniechęcony. Aneta, niegdyś jego wielka miłość, prosi go, bo wpadają na siebie przypadkiem po latach, żeby pojechał z nią na pogrzeb jej ojca. To daleka droga, bo aż nad morze, na wyspę Wolin, a ona sama nie chce. Borys w sumie też nie bardzo, ale że nie ma nic lepszego do roboty zgadza się. Łatwo nie będzie, bo Aneta to Nieta. „Nie ta” kobieta od zawsze. „Nie ta”, ale jednak ta kiedyś jedyna. Też w życiu jej nie wychodzi, lubi alkohol. No ale… I tu zaczyna się taka powieść „drogi”. Ucieczka przed tu i teraz. Strach przed tym, co nastąpi. Aneta boi się spotkania z dawno nie widzianą matką, nie zależy jej właściwie na tym by widzieć zmarłego ojca, ale nie wie jak to będzie. Borysowi zaś nie wiadomo na czym zależy, choć też boi się, czy sprosta zadaniu towarzysza podróży. Dobrze się jest wyrwać, oderwać, coś przeżyć nowego. A nowe będzie. I niebezpieczne. I groźni ludzie po drodze i zamieszanie i nawet strach przed śmiercią. Nagłą. I potem okaże się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. 

Będzie wielkie zaskoczenie, złość i przemiana, ale ciągły lęk pozostanie. Opanowywanie trwogi. Ciągły egzystencjonalny lęk. Bo łatwo w życiu nie jest. Lektura łatwa również nie jest, ale warto. Jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam tę książkę. Organek okazał się być nie tylko świetnym muzykiem, ale też bardzo dobrym (wg mnie) obserwatorem i bliskim mi człowiekiem emocjonalnie i empatycznie. Ma dobre pióro, naprawdę momentami język mnie bardzo zaskakiwał. Gęsto tu od porównań, epitetów, metafor i słów trudnych i niejasnych, jest też trochę charakterystycznych wtrąceń ze Stachury,  czy Kerouaca.

Jest drobiazgowo, realistycznie, błyskotliwie, czasem dziwacznie, posępnie i ironicznie. Będę bronić tej książki i na pewno wrócę do fragmentów, bo wiele z nich jest w punkt. Mój punkt. Tak się złożyło. 

„Teoria opanowywania trwogi” Tomasz Organek, wyd. W.A.B. 2019