„Atak rozpaczy” Artur Hajzer

IMG_20181007_163243Artur Hajzer, „Słoń”, w środowisku wspinaczy, himalaistów był bardzo znany. Zaczynał przygodę ze wspinaczką dość wcześnie, bo w wieku 14 lat i już w 1976r. wspinał się w  Tatrach. Himalaje odwiedził po raz pierwszy na początku lat osiemdziesiątych. Jego partnerem wspinaczkowym bardzo często był Jerzy Kukuczka, ale w ogóle „Słoń” miał to szczęście, by wspinać się z najlepszymi: Wielickim, Rutkiewicz, Wareckim… i uczyć się od nich. Wymieniać nazwiska naszej polskiej, złotej ery himalaizmu można by długo, Hajzer wśród nich był zawsze najmłodszy, ale pełen entuzjazmu i dobry kondycyjnie.

Dużo później został twórcą i szefem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010–2015, w ramach którego udało się przeprowadzić wiele wypraw w góry wysokie. Ostatnią była ta na Gaszerbrum I podczas której, 9 marca 2012 r. Adam Bielecki i Janusz Gołąb dokonali pierwszego zimowego wejścia na ten właśnie szczyt. Rok później, już latem, podczas wyprawy na tę samą górę, Hajzer zginął wycofując się z obozu III do II. Zawsze ostrożny i skupiony, odpadł od jednej ze ścian Kuluaru Japońskiego i spadł około 500 m. PHZ stanęło pod znakiem zapytania, a świat himalaistów stracił kolejnego fantastycznego wspinacza i człowieka.

Czym jest tytułowy atak rozpaczy? Z iloma takimi atakami Hajzerowi przyszło się zmierzyć? O tym dowiecie się z książki pod tym właśnie tytułem, wydanej po raz drugi w 2012r. z dodrukiem w 2014r. Nie znam wydania pierwszego z 1994r. ale z tego co pisze wydawca nie zmienione zostało nic jeśli chodzi o treść, a jedynie lepiej „obrobione” pod kątem interpunkcji i ortografii. Książka jest naprawdę pięknie wydana. Praktycznie na każdej stronie są kolorowe fotografie, a każdy rozdział odróżnia się kolorowym paskiem u góry strony, na którym podane jest dane zagadnienie lub wyprawa, tak by łatwiej było się odnaleźć czytelnikowi. W drugim wydaniu jest również dłuższy wstęp i posłowie autora.

Hajzer, powiedzmy to szczerze, nie był jakimś rewelacyjnym gawędziarzem. Jak sam powiedział „chciałem uniknąć linearnej, autobiograficznej, nudnej i standardowej fabuły. Myślałem wtedy, że mi się udało, i że to będzie COŚ dla czytelnika, okazało się jednak, że nie bardzo. Miało być wielkie BUM a wyszło zdaje się mały PYK”. Nie uważam jednak, żeby to było aż tak małe pyk, owszem czytałam lepsze książki o tematyce górskiej, ale bez przesady. Nie każdy musi być „wielkim pisarzem”, by czytało się dobrze jego książkę.

„Atak rozpaczy” napisany w 1989r. stanowi zapis wrażeń i emocji z kilku wypraw Hajzera w góry wysokie, kiedy to on, jako nowicjusz, nie bardzo jeszcze wtedy doświadczony młodziak, trafia na wyprawy, których ekipy składają się z samych wielkich nazwisk. Odwiedzamy z autorem rejon n.p. Annapurny, Manaslu, Lhotse czy Spitsbergenu. Czytamy o tym wielkim, monstrualnym strachu, który często towarzyszy wspinaczom od samego początku wyprawy, albo czasem tuż przed samym wierzchołkiem zmuszając ich do wycofania się. Czytamy o „jeżdżeniu po trawnikach” i „owczym pędzie” – odsyłam do książki, abyście mogli zrozumieć, jak się mają te wyrażenia do wspinaczki wysokogórskiej. Czytamy o stylach wspinania: tradycyjnym, alpejskim i tym kombinowanym, dziwacznym, wymyślonym przez Kukuczkę i Hajzera. W tle gdzieś cały czas pobrzmiewa „rywalizacja” Kukuczki i Messnera w zdobywaniu ośmiotysięczników. Czy to faktycznie była rywalizacja, wyścig, czy tylko zostało to nadmuchane przez media? Czy w górach istnieje pojęcie ścigania się, czy jest to etyczne, czy kompletnie inaczej rozumie się takie rzeczy w górach? „A choć za pewnik uchodzi, że alpinizm to ściganie się z samym sobą, rosną, doprawdy, skrzydła, kiedy inni zostają trochę w tyle” – napisze Joanna Koźbiel w „Tygodniku Kulturalnym” w 1983r.

Sam Hajzer pełen entuzjazmu, ale też i pokory słucha liderów, obserwuje pracę w zespole, wyrabia sobie własne opinie na temat świata himalaistów, uczy się organizacji, pomaga i ratuje kolegów, zaczyna palić, a po śmierci Kukuczki w 1989r. mówi „wszystko zdechło” i przestaje się wspinać. Wraca do tego po latach. 

To bardzo dobra pozycja literatury górskiej. Taka „naturalna” i młodzieńcza, pełna wspomnień, początków, sukcesów, ale nie tylko. Warto sięgnąć po nią, choćby z szacunku dla Artura Hajzera, który był jednym z najwybitniejszych. Zdobył 7 ośmiotysięczników, a w 2012r. został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Myślę, że każdy fan literatury wysokogórskiej i samej wspinaczki powinien znać tę pozycję, zanim na przykład sięgnie po biografię Hajzera autorstwa Bartka Dobrocha. Polecam.

„Atak rozpaczy” Artur Hajzer, wyd. Annapurna 2012

(zdjęcia: off.sport.pl; ratownictwogorskie.pl; wspinanie.pl)
Reklamy

„Kochankowie” Anne B. Ragde

DSC03887Jak mi żal, że skończyłam lekturę. Tym razem się nawet popłakałam. Tak jakoś na mnie oddziałują książki Anne B. Ragde i postacie stworzone przez nią i to ich surowe, trudne ale zwyczajne życie w nieco dysfunkcyjnej rodzinie.

Bohaterowie kolejnego tomu są nadal bardzo wyraziści. Jest zatem Magrido, jeden z braci Neshov, który swoją mądrością, dojrzałością, ale i wewnętrznym smutkiem i wrażliwością ujmował mnie od początku mojego spotkania z prozą Anne B. Ragde. Jego ogromna, czysta wiara w Boga i podejście do śmierci i życia były zawsze pełne szacunku i pokory. „Wszystko ma swój powód i sens, trzeba było tylko mieć wiarę, a on zdecydował się właśnie na wiarę. Jednak wiara nie eliminowała smutku Wiara nigdy nie wybawiała od śmierci. Tym, co mogła uczynić, było danie nadziei, nadziei tak wielkiej, że trudno było ją pojąć, ponieważ zawarte w niej było życie wieczne”. Niestety Magrido umiera. I ta śmierć wdzierająca się nagle w życie wszystkich bohaterów o których pisałam w „recenzji” wcześniejszych czterech tomów, zaskakuje ale jednocześnie na powrót zbliża i scala rodzinę. Jak potoczą się ich losy? I co się wydarzy zanim Magrido umrze? Nie mogę zbyt wiele pisać, ale niestety nie da się choćby pokrótce przedstawić tych postaci.

Torunn, która objęła gospodarstwo w Neshov w posiadanie, remontuje dom, powoli zapuszcza korzenie w nowym-starym miejscu, porządkując rzeczywistość i oswajając się z pracą w zakładzie pogrzebowym Magrida. Pracuje im się bardzo dobrze, Magrido czuje, że postąpił słusznie zatrudniając bratanicę.

Tormod – staruszek, ojciec-nie ojciec wreszcie czuje się szczęśliwy w domu opieki, gdzie może czytać swoje ulubione książki o wojnach, delektować się ulubionym napojem i po prostu czuć się szczęśliwym z dala od domu w Byneset, gdzie był wiecznie traktowany jak śmieć. Dostajemy tu też porcję wspomnień Tormoda z czasów jego dzieciństwa przypadającego na czasy II wojny światowej. To wtedy wydarzyło się coś, co na zawsze naznaczyło jego życie. Miłość. I ta miłość, która wybuchła jakoś tak bezwiednie i zaskakująco dla wszystkich, nawet dla samego Tormoda, ta niespełniona, zakazana, jedyna na całe życie miłość, odcisnęła piętno na przyszłości Tormoda i całej jego rodziny. To od tego właściwie zaczął się powolny rozpad rodziny Neshov. Trzeba było wielu, wielu lat, by coś wreszcie prawdziwie szczerego zakiełkowało w tej rodzinie, na ziemi kłamstw… Dlaczego, przecież miłość to zawsze coś dobrego, zatem dlaczego rozpad? 

No i kochany Erlend, który w duecie ze swoim grubiutkim Krumme remontuje ogromną willę dla swoich dzieci i ich matek. Tak, pojawiły się dzieci. Dzieci pary gejów. Dziwne? Niekoniecznie. Wprowadzają oni wszyscy do powieści lekkiego zamieszania, i bardzo ciepłego i przyjemnego klimatu z cudownym humorem, to coś jak kieliszek ich ulubionego szampana Bolingera. 

Dzieje się wiele w piątym tomie „Kochankowie”. Powracają wspomnienia, są zwyczajne, codzienne czynności, jest trochę śmiechu i sporo wzruszeń, ale przede wszystkim dużo miłości, szacunku i takiej wiary w człowieka. To piękna historia. Myślę, że przede wszystkim nie dla osób, które nie znają poprzednich tomów. Czytanie „Kochanków” bez lektury poprzednich części mija się dla mnie z celem. Owszem, autorka stara się wprowadzić czytelnika w przeszłość, wyjaśniając to i owo, ale uważam, że zaczynając znajomość prozy Anne B. Ragde od ostatniego tomu, skazujemy się wyłącznie na domysły i pozbawiamy się klimatu poprzednich części. I oczywiście nie zrozumiemy pewnych niuansów i sytuacji. Warto zacząć przygodę z sagą o rodzinie Neshov od pierwszego tomu. Dla przypomnienia: 1. „Ziemia kłamstw”, 2. „Raki pustelniki”, 3. „Na pastwiska zielone”, 4. ” Zawsze jest przebaczenie”, 5. „Kochankowie”.

 Niby książka o zwyczajnych ludziach, ale warto z niej czerpać takie prosty prawdy jak np. ta: „Chciałbym dobrze czuć się w tym, co robię na co dzień, bo takich dni jest w życiu najwięcej.” Serdecznie polecam. I chociaż zakończenie jest tu raczej zamknięte (ale tak też było w trzecim tomie), to czekam na kolejny tom, choć nie wiem czy będzie… Chciałabym bardzo. 

„Kochankowie” Anne B. Ragde, tłum. Ewa M. Bilińska, Karolina Drozdowska, wyd. Smak Słowa 2018

„Ogrodnik” Agnieszka Płoszaj

DSC04164

Wcześniejsza książka Agnieszki Płoszaj „Czarodziejka” nie podobała mi się jakoś specjalnie. Była to dobra rozrywka, ale uznałam, że jest przegadana i jakoś nie do końca czułam zadowolenie z lektury. „Ogrodnika” natomiast czytało mi się dużo lepiej, mimo że to pozycja dużo grubsza (prawie 600 stron). Sama historia ma tych samych bohaterów, których poznaliśmy w „Czarodziejce”. Akcja książki dzieje się w Łodzi. Mamy klimatyczną, małą kawiarenkę, której właścicielkami są Julia (ksywa Hermes) i Mania. Julia ma mroczną przeszłość, jakieś traumy i wcześniejsze wydarzenia definiują jej wybuchowy i nieokiełznany charakter. Polubiłam tę postać. Odważna, bystra, trochę lekkomyślna, ale wrażliwa dziewczyna. Mania z kolei jest dość pogubiona, roztrzepana, ale przede wszystkim ogromnie boi się swojego byłego faceta. Trzeba jej bardzo pilnować i chronić. 

Kolejne dwie ważne postacie to dwaj przyjaciele, policjanci śledczy: Tomek – chłopak Julii, zakochany w niej zakochany po same uszy, co często nie pozwala mu się skupić na pracy, oraz Kuba, porywczy, nieco zgryźliwy człowiek, lekko uprzedzony do Julii, ale który w tej książce podzieli los zakochanego kolegi i sam wpadnie w sidła pewnej Rudej, co wszystkich niezmiernie zaskoczy.

Mariusz Czubaj określił tę książkę „Petardą z Łodzi”, zatem nie ma opcji, żeby nie było tu wątku kryminalnego. Dotyczy on zabójstwa młodej dziewczyny, Klaudii, której ciało znalezione zostało w parku przez pewnego spacerowicza. Co dziwne, zwłoki zostały dokładnie umyte i ułożone na płatkach kwiatów. Z tym policja jeszcze nigdy się nie spotkała. Kuba i Tomek rozpoczynają śledztwo, w którym przesłuchanych zostanie sporo osób z otoczenia Klaudii. Śledztwo nadzoruje wredny i gruby Dziewoń, który nie pała miłością do swoich podwładnych. Będzie wiele poszlak, niedomówień, zapędzania w „kozie rogi”, ale też powoli sporo rzeczy zacznie się klarować. 

W tak zwanym „międzyczasie”, Julia będzie szantażowana przez dość wpływową w światku gangsterskim osobę. Dlaczego? Tomek poza śledztwem w sprawie zabójstwa Klaudii, będzie badał przeszłość swojej dziewczyny. Dowie się wielu tajemniczych rzeczy i wszystko stanie się niezwykle poplątane, ale jednocześnie nie pozbawione sensu. Dodajmy, że w treści książki pojawiać się będą również dość tajemnicze i egzotyczne zapiski z Samarkandy. Czy da się to wszystko połączyć? Ano da się. Czytało mi się to bardzo przyjemnie, szybko i choć czasem traciłam wątek, to humor i fajne, charakterne postacie to nadrabiały. 

Całkiem przyjemna rozrywka, chociaż nadmiar postaci może czasem męczyć. Niemniej jednak jestem zadowolona z lektury. Zakończenie jest dość ciekawe i właściwie to czekam na kolejną część. 

„Ogrodnik” Agnieszka Płoszaj, wyd. W.A.B. 2018

„Między falami” Sarah Moss

DSC03890Urzekająca i piękna powieść. O miłości do dziecka, o strachu przed jego utratą i o tym wszystkim, co czuje się, gdy życie ukochanej osoby jest zagrożone. A wszystko z perspektywy ojca. 

Sarah Moss ma ogromny talent. To moje pierwsze spotkanie z jej twórczością. Na półce czeka również „Nocne czuwanie”, której to książki jestem ogromnie ciekawa. Po lekturze „Między falami” (swoją drogą, piękna okładka), jestem zachwycona subtelnym językiem, emocjami, jakie wywołują zwykłe, codzienne czynności, wykonywane przez Adama, ojca dwóch dziewczynek, który zajmuje się domem, gdyż żona (a matka dziewczynek) ma bardzo wyczerpującą pracę w szpitalu, i albo jej nie ma w domu, albo jak jest, to odsypia dyżury. Adam gotuje, sprząta, robi zakupy, odwozi dziewczynki, przywozi – jednym słowem robi wszystko, co zwykle robi stereotypowa kura domowa, czyli kobieta, która nie pracuje zawodowo. 

Przeczucia nie istnieją. […] Nie da się zapobiec czemuś, wyobrażając sobie, że to się nie stanie. Zresztą unikanie takich myśli też nie pomoże”. Pewnego dnia, starsza, 15-letnia córka Miriam, upada w szkole i przestaje oddychać. Bez żadnej przyczyny. Lekarze nie potrafią wyjaśnić, dlaczego tak się stało, ale przestrzegają rodzinę, że może się to powtórzyć. Może raz, a może dwa, a może całe życie Miriam będzie już takie „przerywane”? Pstryk – oddycha, pstryk – nie oddycha. Loteria – kiedy i gdzie? czy będzie wtedy ktoś, kto pomoże? A może to się stanie podczas snu? Czy zatem Adam w ogóle będzie mógł zasnąć? A co z drugą córką, młodszą Rose? A co, jeśli to genetyczna choroba? Wiele pytań i gdybać można tu bardzo długo.

Każdy rodzic w takiej sytuacji zapewne by panikował. Zrozumiałe. Tutaj również jest to przedstawione, od początkowej paniki, poprzez stopniowe oswojenie się z sytuacją. Ale czy da się z tym oswoić tak do końca? Żyć trzeba dalej i dlatego w tej książce ważne są drobne codzienności, kolejne dni i noce otoczone co prawda aurą strachu i obaw, ale jednak na pozór „starające się” zachować pozory normalności. Opis pobytu w szpitalu to majstersztyk (wyjęte z mojej głowy myśli, kiedy sama odwiedzałam tam bliskich): „Nocą słyszałem prawdziwy głos oddziału, tak jak silnik samolotu słychać, kiedy pasażerowie pogrążą się w półśnie, a w kabinie zapanuje namiastka nocy. Otoczeni przez śliniących się nieznajomych, okularników o obnażonych twarzach, z odciskami na nosie, czujemy zapach stóp, nieświeże oddechy i krążący w płucach wstyd. Słuchałem, jak monitory pikają w jednym rytmie, nagle zsynchronizowane, tak jakby serca dzieci śpiewały jedną pieść. Słuchałem, jak dzwoneczek alarmuje o bradykardii, terkotanie o niskiej saturacji. Słuchałem, jak kręci się rodzić, którego umysł potrafi przetłumaczyć dźwięk monitora nawet we śnie”.

Życie z tą niewiadomą chorobą staje się upiornie trudne. Adam cały czas dzieli się z czytelnikiem swoimi obawami, wyczerpującym oczekiwaniem na to, co i kiedy może się wydarzyć, zmaga się z rzeczywistością. Jednak to silny facet, dobry i zaradny, daje radę, to wszystko świadczy o jego wielkiej miłości do córek (liczba mnoga, bo druga córka w pewnym momencie zaczyna mieć podobne objawy co Miriam). „Dobrze ci się oddycha? czujesz jakieś poświstywanie? Chcesz inhalator? Przeczuwasz zagrożenie? Przestań. Nie pozwól, żeby strach wydostawał się z twojej głowy, żeby przesączał się jak spaliny”. W tak zwanym „międzyczasie” udaje się Adamowi nawet kontynuować pisanie swojej książki o historii katedry w Coventry. 

To książka, o której ciężko jest coś więcej napisać. Tutaj najważniejsze są emocje i uczucia. To nie jest taka sobie zwykła powieść. To historia o miłości, „nie można unikać kochania, bo obiekt naszej miłości kiedyś umrze”. Pięknie napisała o niej Sylwia Chutnik: „Sarah Moss dotyka naszych utajonych lęków i obaw. Wyobrażam ją sobie, że stoi za moimi plecami i obejmuje ramieniem: „Czego się boisz?” pyta. Tak, wszyscy boimy się śmierci najbliższych i uczucia niemocy, kiedy patrzymy na ich cierpienie i nic nie możemy zrobić”. Dokładnie tak. Dokładnie wiem, o czym mowa. 

Polecam ogromnie. Piękna książka, piękny język.

„Między falami” Sarah Moss, tłum. Paulina Surniak, wyd. Poznańskie 2018

„Ziemia Kłamstw”, „Raki Pustelniki”, „Na pastwiska zielone”, „Zawsze jest przebaczenie” Anne B. Ragde

DSC03888

Postanowiłam, że o tych czterech tomach sagi o rodzinie Neshov, norweskiej autorki Anne B. Ragde napiszę w jednej notce. Rozdrabniając się na recenzję każdej części musiałabym zbyt wiele zdradzić, a nie chcę. Na osobną recenzję pójdzie tom piąty „Kochankowie”, który „za chwilę” będzie czytany.

Teraz kilka słów o niezwykłej rodzinie Neshov, która zanim stała się prawdziwą rodziną, musiała zmierzyć się nie tylko z trudną rzeczywistością, ale i z własnymi demonami i tajemnicami. „Nie wydaje mi się, by w tej rodzinie istniały szczególnie bliskie więzi” i „to nie jest rodzina w której kupuje się sobie prezenty na święta, i że Neshov to nie jest miejsce, w którym chce się pozostać”. No właśnieBardzo to prawdziwe, szczególnie w pierwszym tomie jakim jest „Ziemia Kłamstw”. Jeśli coś budowane jest na kłamstwach, to szanse na szczerość w przyszłości są nikłe. Ale są. Tego się trzymajmy.

Gospodarstwo rodziny Neshov, w Byneset niedaleko Trondheim, z hodowlą świń prowadzone jest przez 56-letniego Tora. Jego stara już matka, Anna, utrzymująca całe gospodarstwo umiera. Tor zostaje sam z całym dobytkiem (a właściwie z całą biedą) na głowie, oraz ze starym, gburowatym, traktowanym od zawsze jak popychadło i śmieć, ojcem Tormodem. Sam nie da rady zająć się gospodarstwem, wie, że niewiele umie, zawsze zajmował się tylko swoimi ukochanymi świniami, które rozmnaża, daje na rzeź, opiekuje się nimi tak dobrze, jak tylko potrafi, zna je jak mało kto, rozmawia z nimi, głaszcze i po kryjomu karmi co lepszymi kąskami. Jego ukochana Siri jest najlepszą świnią. Ale bywa agresywna, o czym Tor przekona się całkiem niebawem.

Tor ma córkę Torunn, którą widział raz w życiu. Kobieta ma już 37 lat, mieszka w Oslo, ma upierdliwą matkę, ale ojca nie zna. Decyduje się jednak go odwiedzić i wziąć udział w pogrzebie swojej babci. Wiele ją to będzie kosztowało. Sama nie spodziewa się tego, co nastąpi, a będzie tego naprawdę sporo w „Rakach Pustelnikach” i w „Na pastwiska zielone”. A już w tomie czwartym „Zawsze jest przebaczenie” życie Torunn nabierze kompletnie innego wymiaru. Bo ważne jest jednak „ukorzenienie”. Odnalezienie swojego miejsca, nawet jeśli jest to cholernie trudne i okupione wyrzeczeniami, bólem, samotnością, płaczem i ryzykiem utraty innych rzeczy. „Patrzyła na te wszystkie pogrążone w ciemnościach okna bloków dookoła. Ludzkie życia i niezliczone losy, dobre i złe dni, nadzieje i oczekiwania, kupony lotto i rachunki, narodziny i zgony, wszyscy ci obcy ludzie śpiący pod swoimi kołdrami, konfrontowane z życiem ciała i marzenia, w podróży ku nowemu dniowi. Nie było się co nad sobą użalać. Wolała być sobą niż kimkolwiek innym i nie zazdrościła nikomu”. 

Kolejną, ciekawą i bardzo dobrze „dojrzewającą” w kolejnych tomach postacią jest Magrido, kolejny z rodzeństwa Neshov, brat Tora. Właściciel zakładu pogrzebowego, sumienny, samotny człowiek, żyjący według własnego rytmu i rytuałów, w nieodłącznej koszuli i ciemnym garniturze, nagabywany przez pewną wdowę, ale za to mocno wierzący w Boga człowiek. Wzruszający i irytujący. Nieśmiały, zahukany ale bardzo mądry i konkretny.  Kochający swoją pracę: „Śmierć potrafiła zrobić z ludźmi także to, popchnąć ich bliżej do siebie, w całej ich szczerości i kruchości, z godnością, ale i zdecydowaną siłą. Oczywiście, że nie mógł iść na wcześniejszą emeryturę. Robiąc to, zrezygnowałby z doświadczeń takich jak to. Oczywiście, że się zestarzeje w pracy!”. Genialna postać, to, jak dojrzewa do pomocy bratu i siostrzenicy, to jak początkowo unika gospodarstwa Neshov, wymiguje się od bycia blisko z rodziną, by później zrozumieć, że nie można uciekać. I moment, kiedy zamiast koszuli wreszcie zakłada t-shirt. Po raz pierwszy w życiu….

Kolorytu powieściom dodaje Erlend, kolejny z rodziny Neshov, brat Tora i Magrido, wujek Torunn, gej. Niezwykle wrażliwy człowiek, mieszkający w Kopenhadze, ze swoim partnerem, pulchniutkim Krumme, którego kocha ponad życie. Obydwaj są bajecznie bogaci. Erlend jest dekoratorem wystaw sklepowych z wielką wyobraźnią, który w swojej pracy używa wszystkiego co najlepsze i najdroższe. Nie dlatego, żeby przemawiała przez niego pycha i buta, ale dlatego, że po prostu kocha luksus i piękno. Kto bogatemu zabroni? Krumme jest również bardzo bogaty, więc oboje żyją na naprawdę wysokim poziomie, co nie umniejsza absolutnie ich dobroci i wrażliwości. Ich miłość jest naprawdę bardzo szczera i silna. Oni również wiele przejdą, zarówno w związku z gospodarstwem Neshov, z relacjami rodzinnymi, jak i później, we własnych pieleszach, gdy w trzecim i czwartym tomie, będziemy obserwować ich zaskakujące decyzje o przyszłości. Erlend jest rozczulający, szczególnie, gdy czyści swoją kolekcję figurek Swarovskiego; to wśród tej właśnie kolekcji znajdzie się tytułowy (z tomu trzeciego) rak pustelnik, który rodzi się nagi, pozbawiony ochrony przed światem. Musi znaleźć muszlę, która stanie się dla niego osłoną i domem. Gdy urośnie, wyrusza na poszukiwanie nowego domu, podobnie zresztą, jak wszyscy bohaterowie powieści Anne B. Ragde.

Na koniec zostawiłam najbardziej wzruszającą dla mnie postać. Ojca, „nie-ojca”. To Tormod, samotny, skazany początkowo na potępienie pozostałych członków rodziny, skrywający wielką tajemnicę, stary mężczyzna, który marzy, by wreszcie trafić do porządnego domu opieki, by nie być dla nikogo ciężarem. Jedynie Torunn pokocha go naprawdę, będzie o niego dbała, wystawiała mu krzesło przed dom, na słońce, kupowała książki i okulary… Ale tak naprawdę, Tormod jest spoiwem dla wszystkich wymienionych wcześniej osób. To dzięki niemu, wbrew pozorom, nie-rodzina stanie się rodziną.

To przepiękne książki. Dawno nie „połykałam” kolejnych tomów tak prędko. Dawno tak długo nie myślałam o bohaterach. Ich zwyczajne życie, pełne rozterek, sekretów, radości i emocji długo ze mną zostanie. Już nie mogę doczekać się lektury kolejnego tomu i z drugiej strony, aż mi żal rozpoczynać, bo wiem, że skończę bardzo szybko, i co dalej? ….

Bardzo polecam. 

„Ziemia kłamstw” Anne B. Radge, tłum. Ewa M. Bilińska, wyd. Smak Słowa 2010

„Raki Pustelniki” Anne B. Radge, tłum. Ewa M. Bilińska, wyd. Smak Słowa 2011

„Na pastwiska zielone” Anne B. Radge, tłum. Ewa M. Bilińska, Witold Biliński, wyd. Smak Słowa 2012

„Zawsze jest przebaczenie” Anne B. Radge, tłum. Ewa Bilińska, Karolina Drozdowska, wyd. Smak Słowa 2017

„Małe ogniska” Celeste Ng

DSC03891

To druga książka Celeste Ng, jaką przeczytałam. Pierwszą była bardzo dobrze oceniona przeze mnie powieść „Wszystko, czego wam nie powiedziałam”. 

„Małe ogniska” to powieść równie dobra, która porusza kilka ciekawych kwestii społecznych  i napisana jest w bardzo fabularny sposób, co sprawia, że czyta się ją bardzo szybko, właściwie w dwa wieczory. 

Akcja dzieje się w niewielkim amerykańskim miasteczku niedaleko Cleveland: Shaker Heights, które było „pięknym miejscem. Wszędzie rosły trawniki i kwitły ogrody, a mieszkańcy przyrzekli, że będą wyrywać chwasty i hodować jedynie kwiaty, nigdy warzywa. Ludzie mieszkający w miasteczku uważali, że w całych Stanach nie ma lepszej społeczności. Jak odkryła kiedyś jedna z mieszkanek, było to miejsce, gdzie mogłaś zgubić swój pierścionek zaręczynowy z diamentem wart tysiąc dolarów podczas odśnieżania pojazdu, a służby miejskie zgarniały całą zaspę, transportowały ją do swojej siedziby i topiły pod lampami grzewczymi, by odzyskać swój skarb”.

W takim właśnie idyllicznym miejscu, gdzie wszyscy się szanują i chcą dla siebie jak najlepiej, pojawia się artystka fotograf Mia Warren z nastoletnią córką Pearl. Zjawiają się znikąd, wynajmują dom od rodziny Richardsonów, Pearl od razu zaprzyjaźnia się z dziećmi Eleny Richardson: Moodym, Izzy, Lexie i Tripem. Ich dom powoli staje się jej domem. Dziewczyna szuka akceptacji, miłości i własnego miejsca na ziemi. Ma dość ciągłych podróży, zmian szkół, przeprowadzek. Chciałaby się „ukorzenić”. Nastoletnia buntowniczka? Nie, raczej nieśmiała, zagubiona dziewczyna, która mimo, iż docenia artystycznego geniusza własnej mamy, nie rozumie dlaczego muszą ciągle prowadzić takie cygańskie życie. I kiedy wydaje się, że Pearl odzyskała jako taki spokój i pewność siebie, znalazła przyjaciół, to niestety wydarzą się rzeczy, które wprowadzą niepokój nie tylko do jej życia, ale też do życia córek Richardsonów: Izzy (wiecznej buntowniczki i „czarnej owcy” w rodzinie) i Lexie (zupełnego przeciwieństwa Izzy). 

W miasteczku wybuchnie skandal związany ze sprawą o adopcję chińskiej dziewczynki. I tu Pani Richardson, ta kobieta, której życie biegnie uregulowanym trybem, zgodnie z zasadami z idealnego świata, nagle trzaśnie drzwiami zmywarki i powie o tejże dziewczynce: „Będzie się wychowywać w domu, w którym kwestie rasowe nie mają znaczenia. W którym nikt nie dba, nawet odrobinę, jak ona wygląda. Czasem tak sobie myślę – powiedziała gwałtownie – że wszystkim nam żyłoby się lepiej w ten sposób. Może po urodzeniu każdy z nas powinien być oddany rodzinie z innej rasy na wychowanie. Może to rozwiązałoby problem rasizmu raz na zawsze”. Tylko czy aby na pewno? Czasem nie wiadomo, po której stronie barykady stanąć. Jak zachowa się Elena Richardson, gdy dowie się o prawdziwej matce chińskiej dziewczynki? I co z tym wspólnego będzie miała Mia Warren? Jakie tajemnice skrywa jej przeszłość? I czy tylko ona ma sekrety? 

Dobra powieść. Wciągająca. Podobała mi się: to że musimy w sobie szukać iskierek namiętności i pasji, być sobą, nie dać się podporządkowywać sztywnym regułom, bo potem zżera nas żal i gorycz. I to, że czasem trzeba wszystko zniszczyć, by na tym miejscu wyrosło coś nowego, silniejszego, to by, zaczynać od nowa, rzucać iskry i rozpalać swoje małe ogniska, póki jeszcze wiemy, co jest dla nas ważne i aby uniknąć katastrofy, do której może doprowadzić sztywne trzymanie się zasad.
Trochę chaotyczne to moje pisanie, ale cóż. Zmęczona nieco jestem. Książka do polecenia.

„Małe ogniska” Celeste Ng, tłum. Anna Standowicz-Chojnacka, wyd. Papierowy Księżyc, 2018

uzupełnienie do ostatniego stosiku

Miały dolecieć książki, to doleciały. Obiecałam, że zamieszczę, no to voila! Dwie recenzenckie: Isabelle Allende „W samym środku zimy” i Celeste Ng „Małe ogniska”. Zobaczymy, zapowiadają się nieźle, Allende skusiła w sumie okładką, bo generalnie nie jest nam po drodze. Pozostałe kupiłam w ŚK a „Pocałunki składane na chlebie” i „Patrię” bodaj po 10 zł w outlecie Sonia Draga. No i kolejny tydzień minął, a ja nie napisałam żadnej recenzji…. się do kupy zebrać gdzieś nie mogę.

„Uwielbiam jesień. Wszystko zdycha” – takie hasło znalazłam w internetach gdzieś. Ja też zdycham …. z przemęczenia i przesilenia.

DSC03882