„Legenda o samobójstwie” David Vann

49694549_2083210321727413_1101376493985988608_n

Ta książka to nie jest powieść. To kilka krótkich opowiadań i jedna większa, jakby nowela, „Wyspa Sukkwan” i to ona zmiażdżyła mnie emocjonalnie najbardziej. Całość książki traktuje o samobójstwie i o życiu przed / po. Trzeba wspomnieć, że ojciec autora zabił się, kiedy ten miał 13 lat, więc ślad w psychice pozostał mu na długo. Widocznie poprzez te historie w książce „Legenda o samobójstwie” autor próbuje przepracować sobie temat, uporać się z nim jakoś, wniknąć w głowę ojca i w swoją jeszcze głębiej, by zrozumieć: dlaczego? Problemy małżeńskie jego rodziców i rozwód to również fakt, bardzo dobrze przedstawiony w opowiadaniach. 

W każdym z nich śledzimy historię Roya (syna) i Jima (ojca). Każda z historii opowiadana jest jakby z innej perspektywy i ma inne zakończenie, czy też przebieg akcji, dziejąc się w różnym przedziale czasowym. Każda pokazuje konsekwencje czynów w inny sposób, po dokonaniu różnych wyborów. I w każdej widać, jak bardzo można pragnąć życia ale jednocześnie myśleć o śmierci, zniknięciu, ulotnieniu się, uwolnieniu. Czy to będzie ojciec, czy syn – zagubienie w relacjach wydaje się nie do naprawienia. Chcą czuć się rodziną, spędzać razem czas, ale nie potrafią. Skupieni wyłącznie na sobie i własnych odczuciach nie zauważają uczuć drugiej osoby, która coraz bardziej się oddala, odczuwa strach i niemoc, a jednocześnie cokolwiek by nie zrobiła, nie będzie happy endu…

13 – letni Roy w pewnym momencie, kiedy są razem z ojcem na odludnej wyspie Sukkwam, gdzieś na Alasce i gdzie zrobili sobie rok przerwy od cywilizacji i próbują przetrwać, myśli, że „ten ojciec, z którym jest w danej chwili, to jedyny istniejący ojciec, jakby ten jeden wypalał do cna wszystkich pozostałych”, tego, który jest twardzielem rąbiącym drewno i łowiącym ryby, oraz tego, który w nocy nie śpi i płacze; tego który kocha żonę, ale i tego, który jednocześnie zdradza ją bez przerwy; tego, który kocha syna, ale w sumie sam nie wie czy nie bardziej kocha siebie. „Roy nie wiedział, co mógłby powiedzieć, dlatego milczał. Zastanawiał się jednak, po co w ogóle tutaj są, skoro wszystko, co ważne dla ojca, jest gdzie indziej. Nie znajdował sensu w tym, że ojciec tu przyjechał. Zaczęło mu się wydawać, że może ojciec po prostu nie potrafił wymyślić żadnego innego, lepszego sposobu na życie. A to był plan zapasowy i Roy stał się częścią ogromnej rozpaczy, która mieszkała wszędzie, dokąd przenosił się ojciec”. To nie może się skończyć dobrze. Dla którego z nich? „wyczuwałem, z pewnością, którą czasem miewają dzieci, że nie będzie już moim ojcem zbyt długo”.

Były w tej książce momenty, które niczym obuch waliły w głowę. Odkładałam ją wtedy i mówiłam „nie… to się nie dzieje naprawdę, o co kurde chodzi??”. Szczególnie jeden moment dał mi w kość. Wymiękłam, odłożyłam i nie byłam w stanie wrócić do lektury przez cały dzień. Dawno nic mnie tak nie zbiło z tropu. I poczułam się jak ta rybka w akwarium Roya z wyssanymi oczami przez płaskoboki, obijająca się o ścianki akwarium.  Zdezorientowana. Swoją drogą to niezła metafora życia zarówno Roya jak i Jima. Obydwaj byli jak ta okaleczona rybka w oczekiwaniu na śmierć, która, pływając, swymi ruchami może tworzyć na wodzie „miliony drobnych zmarszczek paniki” (co za piękny język jest w tej książce!). 

Dwa końcowe opowiadania nie wbiły mnie już tak mocno w fotel, może dlatego, że przedstawiły historię zupełnie inaczej, choć też interesująco. Ta książka uczy jak być ojcem i jak nim nie być. Ale też pokazuje jak być dzieckiem. „Zdarzało się, że ojciec pokazywał mi  bardzo wyraźnie, czym się stanę, a to z pewnością zawsze jest dar, nawet jeśli nie zawsze błogosławieństwo”.

Podsumowując,  w tej książce znajdziemy, obrazowy, piękny język, dosłowność, absurd i nieco makabrycznych opisów, smutek wyzierający zewsząd, rozpacz i próby dźwigania się z niej, czasem pewne sytuacje mogą wydawać się lekko przesadzone, ale kto wie czy nie niemożliwe? Mimo tego nagromadzenia emocji, czyta się ją bardzo dobrze, ta historia wnika w umysł..  Do tej książki można i chyba trzeba wracać, bo kto wie, może za każdym razem znajdziemy coś innego, być może odpowiemy inaczej na wynikające z historii pytania? A może nie? Warto próbować. Mną ona wstrząsnęła, a to rzadko się zdarza.. jak na debiut. Na pewno na długo zostanie w  mojej pamięci. Nie umiem o niej napisać tak, jakbym chciała, ale polecam, bo warto.

„Legenda o samobójstwie” Davin Vann, tłum. Dobromiła Jankowska, wyd. Pauza 2018

Reklamy

„Papierowe duchy” Julia Heaberlin

49051933_1999079086808208_8199419960536072192_n

„Mówi się, że przychodzimy na świat z wrodzonym lękiem przed zaledwie dwiema rzeczami: głośnymi dźwiękami i wysokością. Umieszczone na szklanym stole małe dzieci i kocięta nieruchomieją, bo boją się, że spadną; kaczęta nie mają tej obawy, ponieważ wiedzą, że potrafią latać. Instynkt. Podobno. Moim zdaniem przychodzimy na świat z pełnym zestawem lęków i tylko udajemy odważnych, dopóki potwór się nie przebudzi”.

Młoda kobieta wyrusza w podróż po Teksasie. Jej pasażerem jest Carl Louis Feldman, mężczyzna z demencją, który niegdyś był słynnym fotografem. Zabrany ze specjalistycznego ośrodka przez kobietę, która mówi mu, że jest jego córką, a która jednocześnie jest narratorką opowieści, Carl stawia listę warunków, pod którymi pojedzie z nią w tę 10-dniową raptem podróż. Na liście są różne rzeczy, mniej lub bardziej dziwne. Gdzie jadą? Po co? 

Starsza siostra naszej narratorki „kiedy miała dwanaście lat, wpadła do grobu. […] Stała w dziurze i śmiała się”, była niezwykłą dziewczynką, odważną, serdeczną i kochającą, a kiedy miała dziewiętnaście lat, zniknęła. „Jakby z nieba spadło lasso i porwało ją do góry”. Kobieta wpada w obsesję poszukiwań swojej siostry. Trwa to wiele lat, ale nigdzie nie ma po zaginionej śladu. Poczucie straty i zagubienia, a także chęć odnalezienia siostry stają się czymś najważniejszym w życiu kobiety. Trauma, jakiej doznała w dzieciństwie po zniknięciu siostry odbija się na jej życiu, a Carl, który kiedyś był oskarżony o morderstwo pewnej młodej dziewczyny, staje się celem kobiety. Przeczuwa, że to on stoi za zaginięciem jej siostry i dodatkowo za zaginięciami innych młodych kobiet w okolicach. Czy słusznie? Dlaczego zabiera go w podróż? Jakie ma plany?

Mężczyzna ma demencję, jak wspomniałam, ale czy faktycznie nie pamięta nic ze swojej przeszłości? I z czym ma związek zdjęcie dwóch bliźniaczek znalezione kiedyś w domu naszej narratorki? Kto tutaj kłamie, kto okaże się bardziej inteligentny? „Nie wiem, czy kogoś zabiłem, ale zawsze uważałem, że każde zrobione przeze mnie zdjęcie jest jak małe morderstwo.” – mówi Carl. Swoją drogą to bardzo ciekawa postać. Jego niezwykłe halucynacje podczas podróży nie wiadomo czy są prawdą czy kłamstwem. Jego dobre serce nie wskazuje na to by, komukolwiek mógł zrobić coś złego, przygarnia psa i nazywa go Ćmą Barową (który zresztą staje się przyjemnym elementem tej książki).

Ciekawa i zaskakująca książka, czyta się ją dość dobrze, chociaż pierwszoosobowa narracja początkowo sprawiała mi trudność w lekturze, ale przyzwyczaiłam się. Poza tematem takiej totalnej obsesji i prywatnym śledztwem kobiety, można ją też nazwać powieścią drogi, bo bohaterowie cały czas przemieszczają się samochodem po Teksasie: Dallas, Galveston, Waco, Houston, Marfa – przydrożne motele i sklepy, klimat amerykańskich przestrzeni i w ogóle Ameryki.. co mi się bardzo podobało. Nie ma tu też zbyt szybkiej akcji, więcej dzieje się w głowie bohaterki, ale nie znaczy to, że jest nudno. Podobało mi się, zaskoczyło, choć bez fajerwerków, niemniej jednak warto sięgnąć, bo wciąga.

Premiera książki 16 stycznia.

„Papierowe duchy” Julia Heaberlin, tłum. Jacek Żuławnik, wydawnictwo W.A.B, 2018

pierwszy stosik noworoczny

Nie omieszkam się pochwalić nowymi nabytkami książkowymi w pierwszy dzień nowego 2019 roku. Jak już zaczynać to z przytupem ;-) i niech dalej idzie wszystko jak trzeba.

„Papierowe duchy” to egzemplarz od wyd. W.A.B. jako jedyny – tzw. recenzencki. Resztę kupiłam w grudniu, doszły do mnie po Świętach. Większość to wydawnictwo Sonia Draga, które czytam w ciemno – jeszcze nigdy się nie zawiodłam. „Póbrata” brakowało mi do pozostałych książek Christensena, a udało się złapać za 20 zł!! A o „Wojnie Kobiet” możecie przeczytać tutaj – warto znać, a w skupszop.pl za jakieś grosze.

DSC04246

małe podsumowanie 2018

Tak wiem, miałam nie robić podsumowań, ale tak dla porządku stwierdziłam, że tylko króciutko powiem. Przeczytałam 70 książek – ich lista wraz z linkami do recenzji jest tutaj. Poniżej wybrałam kilka tych dla mnie najlepszych, wydanych w różnym czasie książek, jakie zrobiły na mnie największe wrażenie. 

Desktop45

Chciałabym w kolejnym roku przeczytać więcej, ale wiadomo, nie ilość się liczy… niemniej jednak zaległości półkowych mam sporo….

Życzę Wam cudownego, jak najlepszego roku i samych dobrych lektur ! 

„Hajer na kole, czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie” Mieczysław Bieniek

705925-352x500„To, że wszystko nie wychodzi, to normalna sprawa. Czyż wielcy wspinacze zawsze zdobywali szczyty dokładnie wtedy, kiedy to planowali? Wiele razy się nie udawało, wiele razy wracali i próbowali od nowa. I wtedy właśnie pomyślałem, że właśnie z tego składa się życie – z sukcesów i przyjemności, ale też porażek i chwil goryczy. Każda podróż i każda porażka czegoś uczy. Choć to tylko taka drobna refleksja przy zdartych butach”.

Książka jest kolejną z cyklu w tak zwanej „rowerowej serii”. Nie znam wcześniejszych książek więc nie bardzo wiem, gdzie autor jeszcze był i co widział, natomiast tutaj byłam ciekawa tytułowych krajów: Kirgistanu i Kazachstanu, które autor zdecydował się przejechać swoim rowerem – Matyldą. Nie dowiedziałam się właściwie niczego nowego o tych krajach, poza kilkoma ciekawostkami, ale lektura była przyjemna. Czytanie o czyichś przygodach podczas takiej wyprawy, kompletnie nie zaplanowanej w jakichś większych szczegółach, dość odważnej jeśli chodzi o cel i środek lokomocji było naprawdę ciekawe. Zawsze podziwiam i cenię ludzi, którzy decydują się na takie samotne podróże.

Autor rozpoczął i zakończył swoją rowerową przygodę w Biszkeku w Kirgistanie. Przejechane kilometry odczuł zarówno w swoich nogach, jak i płucach, które i tak już mocno nadwyrężone przez górniczą chorobę – pylicę, dały mu się nieźle we znaki podczas podróży. Nie obyło się bez kuracji leczniczych zarówno miejscowej ludności, jak i specjalistycznych lekarskich.

Hajer miał wielkie szczęście, że spotykani na trasie ludzie wykazywali się dużą życzliwością i sympatią, oraz chęcią pomocy.  Mimo, iż oba kraje są znane z gościnności, (choć Kazachstan chyba mniej z tego słynie, a ludzie tam są naprawdę niezwykli), to też wiadomo: wszystko zależy na kogo się trafi. Hajer miał to szczęście, że wszędzie traktowano go jak swojego, karmiono, pojono, proponowano gorące źródła, żartowano z nim, zwierzano mu się, pytano o Polskę, a nawet wnoszono go na szczyt: Pik Komsomołu w Kazachstanie. Zawsze udawało mu się uzyskać pomoc – czy to w wymianie pieniędzy, czy w naprawie roweru, czy w zdobyciu wody podczas podróży przez pustynie,  rzadko rozbijał swój namiot, bo wszędzie proponowano mu nocleg, czy to w jurtach, domach, a i zdarzyło się, że i w bogatym apartamencie pewnego złodzieja.

Autor opowiada o swoich przygodach ze swadą, humorem i pasją. Tu podkoloryzuje, tam rozśmieszy, czasem niewybrednie zażartuje. Taki jest. Emerytowany górnik, ale z ogromną ciekawością świata i ludzi, ich historii, życia, obyczajów. 

Sama książka, poza kilkunastoma literówkami, jest pięknie wydana – na ładnym kredowym papierze z wieloma kolorowymi zdjęciami pokazującymi piękno obu krajów. A naprawdę jest tam co podziwiać: wysokie góry, oceany traw z pięknymi, kirgiskimi końmi, pustynie, przepiękne jeziora – całkowita różnorodność natury, która potrafi być obezwładniająco piękna, nieskażona cywilizacją i przemysłem. Warto sięgnąć po tę książkę i przenieść się na kilka wieczorów w inne, mniej znane zakątki świata. Polecam

„Hajer na kole, czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie” Mieczysław Bieniek, wydawnictwo Annapurna, 2018

„Niewidzialni” Roy Jacobsen

42506519_1878473672202084_4322343632293068800_n.jpg „Nikt nie może opuścić wyspy, wyspa to miniaturowy kosmos, w którym gwiazdy śpią w trawie pod śniegiem. Zdarza się jednak, że ktoś podejmuje próbę. W taki dzień wieje lekki wschodni wiatr”. 

Wyspa Barrøy gdzieś na Północy, niedaleko Lofotów jest miejscem wyjątkowym. Zamieszkana przez jedną rodzinę – rodzinę Barrøy jest ich domem, daje plony i czasem zabiera nadzieję. Otula niczym ciepły koc, ale też sprawia, że ciekawość, co za horyzontem wywołuje dreszcze. To taki mały świat, niedostępny dla obcych, do którego się przynależy, gdzie po wielu trudnościach oswaja się żywioły i zapuszcza korzenie, jednocześnie zdając sobie sprawę, że to trudne do oswojenia miejsce, a życie tu jest pełne pytań, problemów, zmartwień, żalu i samotności. 

Styl pisarza jest beznamiętny, suchy, tak jakby zaszył się gdzieś w zakamarkach domu rodziny Barrøy i obserwując ich, spisywał wszystko po kolei: czynności, zachowania, gesty, jednocześnie usiłując odgadnąć ich emocje. I tak z dnia na dzień, z pory roku na kolejną. Nie ukrywam, że ciężko było mi się wgryźć w tę książkę i w jej klimat, który przecież tu jest, ale jakby za szklaną szybą… którą musimy sami jakoś zbić. Dopiero kiedy natura zaczyna pokazywać swoją siłę, opisy stają się bardziej poetyckie, plastyczne i wówczas ma się wrażenie akcji, coś się dzieje. 

„…Pierwszy Zimowy Sztorm już rzęzi umierający poza trzeszczącymi ścianami, człowiek jest wtedy wytrącony z równowagi i nie rozumie, że jeśli już raz zamieszkało się na wyspie, to nie można się z niej wydostać, że wyspa wszystkimi swoimi siłami trzyma to, co do niej należy”.

Rodzina Barrøy tworzona przez Marię, Hansa, Martina, Barbro, Larsa i Ingrid Barrøy to spokojni, dobrzy, żyjący z dnia na dzień ludzie. Ingrid jest najmłodsza. Barbro niezbyt rozgarnięta, niezamężna, jest siostrą Hansa. Stary Martin jest dziadkiem Ingrid, a Hans i Maria to jej rodzice. Larsa rodzi Barbro. Kim jest jego ojciec?

I jest jeszcze wyspa. Kolejny, ważny bohater. 

„Na Barrøy mają trzy wierzby, cztery brzozy i pięć jarzębin, z których jedna jest pokryta bliznami i gruba w pasie jak beczka, nazywa się Stara Jarzębina, a wszystkich dwanaście drzew wygina się w tym kierunku, w którym pochyliła je natura. Jest jeszcze kilka mniejszych, rachitycznych brzózek na pagórku od zachodniej strony, wyglądają, jakby się obejmowały, noszą nazwę Lasek Miłości, ale kiedy wieje wiatr, wychylają się w różne strony. Oprócz tego mają też wielką wierzbę, która w dużej mierze leży wyciągnięta wzdłuż ziemi i żyje tak, odkąd sięga ludzka pamięć, na kolanach, na granicy między Ogrodem Różanym a Piersiowym. Przodkowie, zamiast zrąbać wierzbę, obudowali ją kamiennym murkiem. To przypuszczalnie jedyne drzewo na wyspie, którego nie wolno ściąć. Nie żeby ścinali inne drzewa, chociaż drewno jest kosztowne i niezbędne, więc zdarza się, że taka myśl przychodzi im do głowy. Ale nikt nigdy nie myśli o ścięciu wierzby znajdującej się między tymi dwoma ogrodami; ona już jest w pewnym sensie powalona, a przez to chroniona, jak grób. W największych jarzębinach rosnących wokół zabudowań wiszą wielkie gniazda srok. Wyspiarze często przeklinają sroki, bo ptaki srają i kradną, mówi się wtedy o zerwaniu gniazd. Z tego też nic nie wychodzi. Kiedy więc olbrzymie gniazda z gałęzi kołyszą się w walce z kolejnym sztormem i znów udaje im się przetrwać, ludzie stwierdzają z ulgą i stoickim spokojem, że i tym razem nic nie uległo zniszczeniu, bo jednak często coś się niszczy. Jeśli deszcz albo śnieg z rzadka padają całkiem pionowo, pod gniazdami na Starej Jarzębinie tworzy się w trawie suchy krąg. Wtedy tłoczą się tam owce. Zwłaszcza jagnięta nie lubią deszczu; ściśnięte, załatwiają się w tym miejscu na wyścigi, w ten sposób pod gniazdami powstaje czarny błotnisty krąg życia, wszystko jest ze sobą połączone, człowiek też nie dzieli się na dwoje, nawet jeśli pochyli się do przodu. Tak samo jest na tysiącu innych wysp archipelagu. Na dziesięciu tysiącach wysp.”

To prawda. Na lądzie też jest tak samo. Wszędzie życie jest podobne. Wszędzie są podobni ludzie.  Ta książka to taka zwyczajna relacja z życia zwyczajnej rodziny, która boryka się ze zwyczajnymi dla nich problemami codzienności. To, że mieszkają na odległej, malutkiej wysepce, i w nieco bardziej odległych czasach niż aktualne, to nic nie zmienia, bo problemy mają podobne, jak i my teraz. Muszą coś jeść, coś robić, z czegoś żyć. Muszą pracować, iść z duchem czasu, bo tego wymaga rzeczywistość, która się zmienia. Muszą próbować okiełznać morze budując przystań, którą za chwilę to samo morze mogłoby zniszczyć, muszą pozwolić na budowę latarni, muszą częściej wypływać do miasta, żeby zrobić zakupy, żeby coś sprzedać, coś załatwić. Muszą zabijać zwierzęta, szyć, robić na drutach, sprzątać. I jak w każdej innej rodzinie, tu też ktoś umiera, ktoś się rodzi, ktoś odchodzi, albo się nagle pojawia. I jak w każdej innej rodzinie istnieją żale i tajemnice, tak i tutaj. Ktoś powie „Żałowanie, że się o czymś marzyło, to coś co niszczy człowieka najbardziej”. Ktoś inny z kolei zda sobie sprawę, że nie trzeba się bać, że nie trzeba „przebywać na wyspie przez cały czas, żeby wyspa nie zniknęła”, że można próbować wydostać się poza horyzont i zawsze będzie można wrócić, bogatszym, dojrzalszym o doświadczenia.

To piękna, choć trudna w odbiorze książka. Podobne odczucia, jeśli chodzi o taki suchy styl autora, miałam czytając „Zbiornik 13”, ale jednak coś w tym jest. Wciąga. Sama fabuła przypomina mi trochę książki Herbjorg Wassmo (tym bardziej, że „Niewidzialni” to pierwszy tom trylogii Barrøy, drugi z całej trylogii „Białe Morze” ma się ukazać w przyszłym roku, liczę, że uda mi się szybko poznać dalsze losy Ingrid i pozostałych postaci). Dodam jeszcze, że „Niewidzialni” to powieść nominowana do Nagrody Bookera 2017 i rozpoczęła ona w Wydawnictwie Poznańskim Serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich (co mnie bardzo cieszy). Polecam.

„Niewidzialni” Roy Jacobsen, tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Poznańskie 2018

„W uścisku Katriny” Kuba Kucharski

7aa184290d696ffd59a1f2fcad7be7a6„Miasto było zalane. Nasz stadion wyglądał jak jakiś cholerny statek na morzu. Drzewa? Zaledwie niektóre wystawały z wody. Samochody pływały, część z nich kołami do góry. Pływały też inne rzeczy – śmieci, blachy… Ale to nie wszystko. W oddali było widać unoszące się na wodzie ubrania. Ubrania albo … ciała. Nie! Zwariowałem, na pewno zwariowałem! Nawet w filmach nie widziałem czegoś podobnego! Starałem się wypierać ze świadomości, że takie sytuacje są w ogóle prawdopodobne! Nie dopuszczałem do siebie takiej myśli, przekonywałem się, że na pewno wszystko wyolbrzymiam. Co się stało z ludźmi, którzy nie uciekli z domów? Ilu zginęło? Bo to, że zginęli, teraz gdy patrzyłem na tonący w wodzie Nowy Orlean, nie ulegało wątpliwości”.

Wszyscy pamiętamy z telewizji migawki z Nowego Orleanu po przejściu huraganu Katrina w 2005r. Wały przeciwpowodziowe przy sile wiatru powyżej 250 km/h nie wytrzymały naporu wody, jaka otaczała miasto. Zalane domy, zniszczone szkoły, budynki, drogi, zabitych 1836 osób, a 705 zostało uznane za zaginione. Mimo zarządzonej ewakuacji miasta wielu mieszkańców nie chciało lub też nie mogło go opuścić (niedołężni, niepełnosprawni starsi ludzie, którzy albo nie zdążyli, albo nie chcieli zostawić swojego dobytku, więźniowie w zamkniętych celach pozostawieni bez wody i jedzenia itd).

O skutkach huraganu Katrina i późniejszej mozolnej odbudowie miasta można poczytać w wielu miejscach w internecie. W tej książce Kuba Kucharski opisuje czas, kiedy jako 20-letni student wyjechał do Stanów w ramach studenckiego programu Work & Travel. Celem miała być praca i podszkolenie języka. Kuba zawsze marzył o Nowym Jorku, a nawet o tym, by tam zostać na stałe. Skierowano go jednak do pracy w parku rozrywki Six Flags w Nowym Orleanie, do obsługi karuzel. Kuba nie wyjechał sam. Z Polski wyjechał z nim jego dobry kolega Marek. A już na miejscu obaj spotkali innych studentów i studentki z Polski. Wśród nich była Sylwia, która Kubie zawróciła w głowie i która aktualnie jest jego żoną. 

Poza początkowymi przygotowaniami do wyjazdu i trudnościami w dostosowaniu się do innej kultury, osłuchaniu z językiem i próbami zaaklimatyzowania się w nowym miejscu, które nie do końca podoba się Kubie (bo jednak cały czas żal, że to nie Nowy Jork), autor opisuje kilka dni spędzonych na stadionie Superdome w Nowym Orleanie – jedynym miejscu, które zostało przeznaczone dla ewakuacji tych ludzi, którzy nie mogli, nie zdążyli, lub nie chcieli opuszczać miasta.

Nieprawdopodobny ścisk, płacz, rozpacz, smród niemytych ciał, duchota i brak dostępu do czystych toalet, brak wody do picia i żołnierskie, ohydne jedzenie, to rzeczywistość w jakiej przyszło spędzić Kubie i jego kolegom / koleżankom te kilka dni. Z racji tego, że byli obcokrajowcami, byli bardziej narażeni na niebezpieczeństwo. Dlaczego? W ludziach, rdzennych mieszkańcach Nowego Orleanu (a była to głównie społeczność afroamerykańska) budziły się najgorsze instynkty, głównie chęć walki o przetrwanie, o butelkę wody, o kawałek wolnej podłogi, a poczucie beznadziei sytuacji i straty dobytku całego życia powodowało niewyobrażalny żal i złość. Taki turysta tego nie zrozumie, przecież za chwilę wróci do siebie, nie będzie musiał odbudowywać swojego domu, opłakiwać śmierci swoich bliskich, więc dlaczego zajmuje miejsce na stadionie? 

Porażająca rzeczywistość. Porażające zdjęcia. Ktoś, kto przeżył coś takiego, na pewno ma teraz inne priorytety w życiu. Widząc ogrom tragedii tylko na zdjęciach, nie doświadczając jej bezpośrednio, nie wiemy tak naprawdę, jak byśmy się zachowali będąc na miejscu któregokolwiek z nowoorleańczyków. W takich sytuacjach budzą się demony. Ujawniają się najgorsze cechy charakteru, albo największe słabości. Kuba miał w sumie szczęście, że przypadkiem udało mu się skontaktować z rodziną, która ruszyła niebo i ziemię, aby wydostać studentów z tego piekła. Nie było to łatwe, ale udało się. Nie udało się za to innym. Wielu nie przeżyło. Kto wie, ile jeszcze czasu musieli spędzić na stadionie? Może tygodnie, a może dłużej? Wielu utraciło swoje domy i nie wiemy czy udało im się je odbudować. Wielu musiało emigrować do innych stanów, bo nie mieli do czego wracać, a nawet nie chcieli. 

Ta książka to zapis emocji. Doświadczenie, które staje się pewną lekcją życia. Ważną, bo ustawia różne sprawy w dobrej kolejności. Człowiek zauważa, jak ważne jest to, by był obok ktoś bliski z kim można się bać. A potem dzielić szczęście. Doświadczać życia, to doświadczać wszystkiego. Złego i dobrego. I poza relacją z samego serca kataklizmu, głównie chyba to było przekazem autora. Warto przeczytać.

„W uścisku Katriny” Kuba Kucharski, wyd. Annapurna 2018 (www.kubakucharski.pl)