„Krew z krwi” Przemysław Piotrowski

Śmierć ze mnie drwiła, czułem jej obecność, tak jakby przysiadła mi na barkach, żebym wiedział, że wciąż ze mną jest. Tak jak na moich barkach siadał mój syn, co lubiłem, i razem się wtedy śmialiśmy, a ja udawałem, że jestem statkiem kosmicznym i latamy na różne planety, które były tylko kolejnymi pomieszczeniami w naszym mieszkaniu, a w końcu dochodziło do awarii i śmiejąc się, wspólnie padaliśmy na łóżko, a on naprawiał rakietę i musiałem lecieć dalej. Śmierć, choć niewidzialna i niby bez ciężaru, miała jednak ciężar dużo większy niż syn. Czasem myślałem, że zbyt wielki. Ciężar, który pewnego dnia mnie przygniecie i wszystkie marzenia o udawanym lataniu rakietą z synem na barkach, a potem chodzeniu na grzyby, graniu w piłkę i pływaniu z żółwiami runą jak domek z kart”.

Matko. co tu się wydarzyło??! Piotrowski stworzył opowieść, która rozwaliła mnie swoim finałem. O nim oczywiście nie powiem ani słowa, ale to ten finał właśnie czyni z Piotrowskiego mistrza gatunku. Plot twisty są w jego książkach z Igorem Brudnym, ale ten ?!

Krótko o fabule: mamy pisarza kryminałów, Daniela Adamskiego, który opiekuje się swoim ciężko chorym, pięcioletnim synkiem. Nie dość, że mały cierpi na SMA, to jeszcze przyplątał się okrutny nowotwór mózgu. Czy to nie za dużo dla małego chłopca? Ba, to zbyt wiele nawet dla rodziców. Daniel sam wychowuje syna, bo jego matka uciekła do Indii, przerosło ją to wszystko. Może kiedyś wróci, a może nie. Sam Daniel ledwo sobie radzi z opieką nad dzieckiem. Oczywiście pomocą służy mu mama, ale też w późniejszym czasie i znaleziona opiekunka. Sęk w tym, że do tego dochodzi niebezpieczna gra z pewnym psychopatą, który zaczyna mordować dokładnie w taki sam sposób, w jaki pisze Adamski w swoich książkach. Na kogo zatem pada w pierwszej kolejności podejrzenie policji?

To co jednak będzie ważniejsze, to fakt, że Adamski będzie musiał sprostać wyzwaniu jakie rzuci mu morderca. Jakie to wyzwanie? Jakie to warunki? Czy uda się powstrzymać mordercę?

Wszystko trzyma w napięciu, jak to u Piotrowskiego bywa, ale szczerze mówiąc, jest to w tej książce drugorzędne i zaskakujące. Piotrowski tym razem postawił na coś innego i to wybija się najmocniej (poza wspomnianym wcześniej przeze mnie plot twistem na koniec). To wspaniała książka o miłości ojca do syna. Nie ma tu kolorowych baloników i słodkopierdzących aniołków, jest troska, ból i strach o życie dziecka. Jest niezmierzony ocean uczucia skierowany do odważnego Leosia, który cierpi po kolejnej chemioterapii, który, bywa, że powie, że chce już umrzeć. To wspaniale ukazana relacja, wzruszająca i piękna, bo przecież za wszelką cenę trzeba chronić tego, który jest przecież krwią z krwi. „Poświęcilibyście życie innego człowieka, aby uratować chore dziecko? Swoje dziecko? Swojego ukochanego syna?” – pierwsze zdanie powieści wcale nie jest tak symboliczne dla czytelnika rozpoczynającego lekturę, ale będzie takim dla czytelnika kończącego lekturę. Niesamowity zabieg.

Poruszająca książka, bardzo dobrze zbudowane napięcie, fabuła. Dla mnie książki Piotrowskiego są na bardzo wysokim poziomie, ale to moja oczywiście subiektywna ocena. Kupię i przeczytam wszystko, co wyjdzie spod jego pióra. Już w kolejce czeka najnowsze „Prawo matki”.

„Krew z krwi” Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca, 2021.

„Krwawnica” Mieczysław Gorzka

Uwielbiam kryminały Mieczysława Gorzki, natomiast „Krwawnica” jest według mnie bardziej thrillerem z elementami grozy. Słów kilka o fabule: Rafał Dzikowski, były policjant, razem ze swoją żoną Weroniką uciekają z Wrocławia i przeprowadzają nad jezioro we wsi Bagniska, do świeżo wyremontowanego domu. Od dawna było to marzeniem Rafała. Weronika nie była nigdy zachwycona tym pomysłem, ale zgodziła się na przeprowadzkę, ze względu na miłość do męża. Ot, poświęcenie – a nuż faktycznie uda się tam zaklimatyzować. Wszystko byłoby właściwie do ogarnięcia i można byłoby cieszyć się sielankowym życiem na odludziu, w ciszy i spokoju, ale…. od pierwszego dnia zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Najpierw w przydomowym ogrodzie odnalezione zostają zwłoki dwóch zaginionych kiedyś kobiet, na murze domu ktoś sprayem pisze słowo „krwawnica”, a dziwne szepty snują się w nocy nad jeziorem… Czyżby ktoś chciał przestraszyć nowo przybyłych? Mieszkańcy wsi nie są przyjaźnie nastawieni do nowo przybyłych, choć dobrze to ukrywają. Widać jednak, że na pytania Rafała o zwłoki kobiet i o słowo „krwawnica” nagle zmieniają temat albo milkną.

Kiedy dochodzi do morderstwa we wsi, Rafał już nie wie co robić. Czy te wszystkie wydarzenia mają związek z jego policyjną przeszłością? Czy ktoś kogo wsadził kiedyś za kratki chce mu uprzykrzyć życie? Dlaczego ta wymarzona sielanka i piękny nowy dom stają się pułapką? Mówi się często, że stare domy mają energię: dobrą albo złą. Ten, choć odremontowany i położony w pięknym miejscu, ma ewidentnie złą. I do tego pojawia się niezwykle sympatyczny sąsiad, mieszkający nieopodal w lesie, który wcale nie jest tym, za kogo się podaje. Dotrze to do Rafała, kiedy już będzie późno na reakcję, a jego żona będzie w wielkim niebezpieczeństwie. Tylko czy ona tak naprawdę jest szczera wobec niego?

Wiele pytań, zagadek, tajemnic – to wszystko trzyma czytelnika w napięciu, przyprawia o ciarki na plecach i zdumienie. Niemniej, jest to mocno przekombinowane. Zakończenie i wszystkie wątki splątały się i rozwiązały dość interesująco, ale mam wrażenie, że autor upchał tu za dużo wszystkiego i trochę przedobrzył. Atmosfera jest mroczna i duszna, postaci fajnie wykreowane, ale sama fabuła przybiera już gdzieś w połowie książki za bardzo pokręcony kształt :) Nie mówię, że jest to zła książka, nie… ale przekombinowana, jak już wspomniałam.

W każdym razie do serii z Marcinem Zakrzewskim jej daleko, ale nie ukrywam, że spędziłam z „Krwawnicą” dwa fajne wieczory.

„Krwawnica” Mieczysław Gorzka, wydawnictwo Skarpa Warszawska, 2022.

„Kobieta ze szkła” Caroline Lea

„Nad brzegiem zawodził zimny wiatr. Nie sposób było zgadnąć, gdzie kończy się ląd, a gdzie zaczyna morze. Jeśli nie liczyć sterczących kawałków lodu – tam, gdzie tafle zamarzniętej wody potrzaskały się i przemieściły, a na nie naparły nowe. Stłoczone ciasno, niewielkie lodowe płyty przywodziły na myśl las nagrobków. Morze skrzypiało pod naszym ciężarem – biały niedźwiedź pomrukiwał ostrzegawczo, gdy tuż pod naszymi stopami kotłowała się ciemna głębina. Zamarliśmy. Serce podchodziło mi do gardła i tylko czekałem na trzask, na ryk pochłaniającej nas toni. Świat na chwilę wstrzymał oddech.”

Powieść Caroline Lea przenosi nas w czasie do 1686 roku, do islandzkiej, biednej osady Stykkishólmur, gdzie młodziutka Rosa zamieszkuje po śmierci swojego ojca. Jej matka ciężko choruje, bieda nie pozwala na życie w godnych warunkach, zatem dziewczyna zgadza się na opuszczenie swojej osady i wychodzi za mąż za obcego, ale bogatego człowieka –  Jóna Eiríkssona, który w zamian obiecuje zapewnić jedzenie i pomoc matce Rosy i mieszkańcom jej rodzinnej osady. Jest on bondim, czyli zarządcą osady, jest od niej starszy, a jego pierwsza żona (o której krążą w osadzie dziwne opowieści) zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Tajemnica pierwszego małżeństwa Jóna wisi nad całą osadą niczym złowrogi cień. Mieszkańcy nie chcą o nim wspominać, a Rosa z czasem zaczyna popadać w obłęd, bo raz: nie może opuszczać swojego domu (gdyż mąż będzie z niewiadomych powodów zły), a dwa, na strychu (który Jón zamyka na klucz) cały czas słychać dziwne odgłosy, które w wyobraźni dziewczyny zamieniają się w przerażające wizje. Czyżby pierwsza żona Jóna jednak żyła i była tam uwięziona? Nie, to niemożliwe przecież. A może jednak?

Klaustrofobiczna i niepokojąca sytuacja w jakiej znalazła się Rósa nie czyni jej szczęśliwą żoną. W tamtych czasach kobieta nie mogła być żadną heroiną z sagi o… , a jej głównymi cnotami miały być milczenie, uległość i szacunek wobec mężczyzny. Niemniej Rósa ma swoje pasje, a i serce oddane komuś zupełnie innemu. Całe to małżeństwo zawarte zostało jedynie ze względu na okoliczności w jakich się znalazła. Nie ma tu krzty miłości i mimo starań Rósy o bycie przykładną żoną, Jón zachowuje się co najmniej dziwnie, jego dystans i obojętność są bardzo przykre dla młodej żony. Jeszcze ten cały Petur, jego przyjaciel, który uważany jest przez mieszkańców za pomiot szatański… Dlaczego więź między nim a Jonem jest tak zażyła? Co się stało z pierwszą żoną Jóna? I co się wydarzy, gdy w osadzie pojawi się mężczyzna z rodzinnej wioski Rósy, któremu ona niegdyś oddała swoje serce?

Klimat tej powieści jest bardzo mroczny, momentami z elementami grozy (czasem przypominał mi „Rebekę” Daphne du Maurier). Świetnie oddana jest surowość Islandii, jej natura i bezmiar przestrzeni. Również wszechogarniające zimno i sypiący śnieg (kiedy opisana jest ogromna nawałnica nawiedzająca osadę) dodają dodatkowych emocji. Podobało mi się to wszystko bardzo. Podobnie jeśli chodzi o przedstawienie niewielkiej społeczności Stykkishólmur, która już zaczyna nieco wchłaniać chrześcijańskie wartości, ale nadal jednak jeszcze trzyma się runicznych wierzeń. Sama Rósa nosi przy sobie kamień z runami. Na szyi z kolei nosi wisior z kobiety ze szkła, który podarował jej Jón. Czy to symbol tego kim się stała? Twardej, ale kruchej? Niezłomnej, ale delikatnej? Jak się potoczy jej historia? A jak historia Jóna? (jest kilka rozdziałów pisanych z jego perspektywy, co pozwala lepiej zrozumieć jego zachowanie).

Oryginalna, dobra powieść. Polecam.

„Kobieta ze szkła” Caroline Lea, przekład Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie, 2020

„Przewodnik po emocjach. Jak lepiej rozumieć własne uczucia” Anna Cyklińska

„Bez lęku niewiele udałoby nam się osiągnąć – zapomnielibyśmy o każdym z umówionych terminów i każdym naszym zobowiązaniu. Bez smutku, przygnębienia i rozpaczy nie potrafilibyśmy przeżywać straty, analizować własnych niepowodzeń ani wyciągać wniosków. Gdyby nie złość, wszyscy wchodziliby nam na głowę, przekraczali nasze granice i wykorzystywali nas. Gdyby nie wstyd, nie respektowalibyśmy norm społecznych. Gdybyśmy z kolei żyli w niepohamowanej radości i ekscytacji, być może ciężko byłoby nam powrócić na ziemię i zająć się codziennością”.

Zawsze zachwycało mnie to, jak fascynującym organem jest mózg człowieka – jego skomplikowana budowa i to, że w tak „magiczny” sposób, dzięki niemu odczuwamy emocje. Każdy niby o tym wie, uczymy się o tym na biologii, studenci psychologii tę wiedzę mają mocno poszerzoną, że już nie wspomnę na przykład o neurochirurgach. W każdym razie, jest to niezwykłe i niesamowite, że w jakiejś niewielkiej strukturze naszego mózgu tworzy się pamięć, gdzieś indziej wydziela się dopamina, a jeszcze gdzieś indziej lokujemy wspomnienia czy też powstają emocje. Autorka książki stworzyła przewodnik po tychże, szczególnie dla osób, które moim zdaniem, nie mają aż tak dużej wiedzy jak psycholog czy psychoterapeuta. Laikiem w pewnym sensie jestem również ja, choć czytam sporo książek psychologicznych (o których tu nie piszę). Niemniej, pewne rzeczy, by do mnie dotarły i trafiły, a dodatkowo wytłumaczyły moje emocje i zachowania, muszą być podane w sposób jasny, klarowny, a najlepiej, żeby jeszcze były poparte przykładem czy badaniami. I tutaj tak właśnie jest.

Podzielona na trzy części książka jest świetnym kompendium wiedzy przekazanej bardzo prostym, przystępnym językiem. Kawa na ławę, jak dla kogoś, kto kompletnie nie ma o niczym pojęcia. Bardzo mi się to podobało. Czytelnicy, mający już większą wiedzę, mogą uznać, że ta książka jest odtwórcza, że nic tu nowego nie odkryto. Ja aż tak dużej wiedzy (a przede wszystkim uporządkowanej) w temacie nie mam (choć coś tam wiem) i dla mnie była to idealna pozycja. Na pewno nie raz do niej wrócę.

Pierwsza część to wstęp, w którym autorka wprowadza czytelnika w temat emocji: czym są, skąd się biorą, jak ich doświadczamy, jakie są ich źródła. Druga część to już tytułowy przewodnik, które wspaniale rozróżnia i opisuje poszczególne emocje. Mamy tu dość krótkie, aczkolwiek bardzo treściwe i opatrzone sporą bibliografią rozdziały, w których opisane są: złość, furia, irytacja, rozdrażnienie, uraza, strach, lęk, trauma, wstyd, poczucie winy, radość, szczęście, zachwyt, ekscytacja, smutek, rozpacz, rozczarowanie, żałoba, bezradność i spokój. Wymieniłam je wszystkie po to, by pokazać jak niewielkie, a zarazem jak znaczące są niuanse dzielące poszczególne emocje np. strach a lęk, irytacja a rozdrażnienie, szczęście a radość itp. Często nie odróżniamy tych poszczególnych emocji od siebie tak, jak należy, stąd biorą się u nas takie, a nie inne zachowania i odczucia. Być może właśnie powinniśmy nauczyć się je poprawnie nazywać, by nad nimi pracować i by było nam łatwiej w życiu? A może warto zastanowić się też dlaczego czujemy taką emocję a nie inną, dlaczego nie możemy przestać się bać, dlaczego odczuwamy złość, urazę czy wstyd? skąd się bierze poczucie winy i co jest odpowiedzialne za ruminacje, czyli negatywne, natrętne myśli?

Trzecia część to bardziej część praktyczna, zawierająca również pewne dodatki, które mają pomóc w tym właśnie zrozumieniu, o którym piszę. Bardzo jest to pomocne, by nauczyć się zauważać swoje emocje, nazywać je, wyrażać w odpowiedni sposób, by zredukować stres itp. Oczywiście, psychoterapia jest najlepszą drogą do pracy nad sobą, ale ta książka to, jak dla mnie, świetna rzecz dla „ogarnięcia” siebie dla siebie, dla lepszego poczucia, że wiem, co się dzieje w mojej głowie.

Wszystko o czym pisze autorka, wydaje się niby banalne, niby się o tym wie, ale jednak jeśli powie nam o tym psycholog / psychoterapeuta, to otwiera się w nas takie okienko, do którego wpada światełko rozjaśniające tunel. Przyznaję, że miewam problemy z wyrażaniem emocji, żyję cały czas w jakimś chorym napięciu, stresie, miewam lęki, ruminacje, ogólnie jest mi z tym ciężko i kiedy czytam np. o lękowym tudzież unikowym stylu przywiązania, to mnie coś łapie za serce i boli. Dlaczego? No bo wcześniej nie umiałam tego nazwać, zrozumieć? Albo gdy czytam o widzeniu tunelowym.. Mam w tej książce wiele znaczników i będę do niej wracać.

Bardzo się cieszę, że przeczytałam ten przewodnik. Dziękuję wydawnictwu za tę możliwość.

„Przewodnik po emocjach. Jak lepiej rozumieć własne uczucia” Anna Cyklińska, wydawnictwo W.A.B, 2022

„O zmierzchu” Hwang Sok-Yong

„Gdy byłem młody, wcale nie patrzyłem na świat tak cynicznie. Rozumiałem tych, którzy sprzeciwiali się wszelkim niesprawiedliwościom, jednocześnie zapewniając samego siebie, że jakoś muszę je znosić. To właśnie dzięki tej samokontroli byłem w stanie sam sobie wybaczyć. Wraz z upływem czasu dopadło mnie swego rodzaju notoryczne zrezygnowanie, moim nawykiem stało się traktowanie wszystkiego i wszystkich wokół chłodno, z obojętnością. Sądziłem, że świadczy to o mojej dojrzałości. Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy większość ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie zdołała nieco odbić się od dna, frustracja i rezygnacja były już na porządku dziennym, niczym małe otarcia, które z czasem przemieniały się w bolesne zgrubienia. Jak uwierająca kurzajka na stopie – człowiek zarzeka się, że musi ją usunąć, aż w pewnym momencie staje się ona po prostu nierozerwalna częścią jego ciała. Tylko chwilami, przez przypadek, przypomina sobie o niej i zdaje sprawę z istnienia tej niedoskonałości”.

Narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw. Pierwsza z nich należy do starszego już wiekiem architekta, Parki Min-u, który opowiada historię swojego życia opierając się na wspomnieniach z dzieciństwa i młodości. Sam wywodzi się z dzielnicy slumsów, z której od zawsze pragnął się wyrwać. Chciał zostać kimś, kto nie będzie musiał już więcej patrzeć na biedę, blaszane baraki i kolegów parających się czyszczeniem butów zamożnych panów. Jedynym, co ukochał w swojej biednej dzielnicy była Cha Sun-A, córka właściciela sklepu z makaronem. Pierwsza miłość, o której nigdy nie zapomniał, którą wiele lat później zdradził, a o której cały czas pamięta i żałuje straconego czasu.

Druga perspektywa to opowieść kobiety, która również pochodzi ze slumsów, ale wbrew pozorom za nimi bardzo tęskni. Teraz jest autorką scenariuszy teatralnych do bardzo niepopularnych i niedochodowych sztuk. Nie wiedzie się jej, mieszka w biednym, wynajmowanym pokoju i uważa, nie ma męża i uważa, że już nigdy w życiu do niczego nie dojdzie. „Zawsze gdy myślę o czasie, który przeminął, wydaje się, jakbym nie miała żadnych wyraźnych wspomnień. Wszystko jest takie mętne. Cholera, kiedy zdążyłam się tak zestarzeć?”

Co łączy tych dwoje bohaterów, poza żalem za utraconą przeszłością, frustracją i zrezygnowaniem? Czy jest coś więcej, jakaś niewidzialna nić, która jest na styku ich smutnych historii?

„O zmierzchu” opowiada dokładnie o…zmierzchu: życia, oczekiwań, świata, jaki zapamiętało się w dzieciństwie, o, jak pisze autor, „cieniu blaknącej starej miłości”. To smutna książka o rozliczaniu się z życiem, wyrzutach sumienia i żalu za tym, co już nie wróci. Z drugiej strony, to też świetny obraz Korei Południowej i jej modernizacji. Slumsy, które kiedyś były całym światem bohaterów zostały zniszczone, na ich miejscu stoją nowoczesne budynki, ale za tym wszystkim stoi też historia ludzi, którzy byli, mimo protestów, wysiedlani ze swoich biednych domów, których życie często zostało okupione tragedią prowadzącą nawet do samobójstw, jakże wtedy powszechnych w Korei. To, co Park Min-u chciał zrobić jako architekt, dla wielu stało się zmorą i czymś, co odcisnęło piętno na ich życiach. A nasz bohater w związku z tym, może odczuć jedynie skruchę i smutek, ale nie może już nic z tym zrobić. I to pogrąża go jeszcze bardziej w niepokoju, niepewności i chaosie własnych myśli. „I tak też stałem tępo na środku drogi, niepewny, w którym kierunku powinienem się udać”.

Myślę, że to też ciekawa opowieść o tym, jak bardzo ciężką pracą można dojść do celu, ale nie wszystkim się to udaje, bo inni może po prostu mają mniej szczęścia? mniej wsparcia ze strony bliskich?

Poruszająca książka, gęsta od emocji. Warto. Dodam, że książka nominowana była do Międzynarodowej Nagrody Bookera.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu.

„O zmierzchu” Hwang Sok-Yong, przekład Dominika Chybowska-Jang, Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego – Bo.Wiem, 2022

„Bezpieczna odległość” Samanta Schweblin

To chyba najdziwniejsza książka, jaką czytałam. Zupełnie nie mam pojęcia co o niej myślę. Czy mi się podobała? Nie wiem. Ogólnie zaciekawiła mnie fabuła, ale samo wykonanie już mniej. Momentami męczyłam się tym surrealistycznym klimatem, ale z drugiej strony, coś mnie w tym fascynowało.

Amanda umiera, przy jej łóżku czuwa Dawid, chłopiec, którego ona nie zna, a który zadaje jej przeróżne pytania mające na celu doprowadzenie do odpowiedzi : dlaczego Amanda umiera, co się wydarzyło w jej życiu takiego, co doprowadziło ją do takiego stanu.

Pomiędzy ten dialog, wplata się historia Amandy i Clary, jej przyjaciółki, z którą spędzała wakacje. Clara ma synka Dawida, a Amanda córkę Ninę. Kiedy czytamy te wspomnienia (również w postaci dialogów), nakłada się na to dialog Amandy z Dawidem, zupełnie tak jakby w tym samym czasie był on jakimś niewidzialnym duszkiem i szeptał jej do ucha, przeszkadzając non stop. No i w tej całej historii, kto jest kim? bo na pewno nie jest tak, jakby się mogło wydawać.

Ta krótka powieść, po którą sięgnęłam przy okazji wyczytywania ‚trupów’ z półki mnie bardzo zaskoczyła. Tytułowa bezpieczna odległość jest wyznacznikiem dystansu miedzy matką a dzieckiem, którego przekroczenie byłoby już czymś bardzo niepożądanym i niebezpiecznym. To dystans określony niewidzialną nicią, która co rusz się napręża wywołując paniczny strach matki o dziecko.

Dodatkowo mamy jeszcze temat „migracji dusz”, chyba w argentyńskich wierzeniach powszechny, kiedy to dusza z chorego organizmu (gdy życie dziecka jest zagrożone) wysyłana jest do zdrowego, a ta ze zdrowego przechodzi do chorego. Taka wymiana. To jednak powoduje wiele komplikacji i zmian w charakterze człowieka poddanego migracji dusz. W „Bezpiecznej odległości” będziemy mieć również i tego przykład, co było bardzo interesujące i z lekka zahaczało o horror.

Jak się potoczy historia Amandy i w ogóle o co w tym wszystkim chodzi? Balansowanie na granicy świata realnego i nierealnego. Trochę grozy, niepokoju, nieco poważnych tematów, czyli bezpieczeństwo dziecka, walka z zatruciami środowiska – ogólnie przedziwna książka, ale skoro była nominowana do Man Booker 2017 to chyba docenić należy.

„Bezpieczna odległość” Samanta Schweblin, przekład Tomasz Pindel, wyd. Sonia Draga, 2014

„Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” Haruki Murakami

To było dość dziwne doświadczenie. Lubię Murakamiego za powieści, natomiast tu mamy do czynienia z krótką, właściwie bardzo krótką opowieścią / esejem / zlepkiem informacji na temat ojca pisarza. Napisane to wszystko jest w bardzo suchy sposób, taki bezpłciowy troszkę. Murakami za dużo o swoim ojcu nie wie, przytacza wiele informacji z czasów wojny, ale tak naprawdę chyba nie do końca umie powiedzieć o swoim ojcu coś dobrego. Widać, że ma do niego żal, czuć dystans, a tytułowe porzucenie kota, które miało miejsce na plaży, gdy Haruki był dzieckiem, chyba odbiło się zbyt mocno na psychice autora. Nie dziwi mnie to zresztą.

Jak Haruki Murakami pisze „urodziłem się w rezultacie różnych przypadkowych wydarzeń i gdyby losy ojca potoczyły się nieco inaczej nie istniałbym. Tak działa historia – z niezliczonych możliwości wyłania się tylko jedna nada rzeczywistość.” No fajnie, że się urodził, bo inaczej nie byłoby tych wszystkich powieści, niemniej czuć w tym zdaniu smutek i jakiś wyrzut, rozgoryczenie?

Fakt, że gdy Murakami został sławnym pisarzem, jego stosunki z ojcem bardzo się rozluźniły i nie rozmawiali z sobą przez około 20 lat, mówi wiele. Gdy nie ma się bezpośredniego kontaktu z rodzicem przez tak długi czas, nic dziwnego, że mocniej zasklepiają się urazy, dystans rośnie i właściwie człowiek, który nas spłodził, staje się dla nas kompletnie obcy. Haruki Murakami sam przyznaje, że wolał skupić się na swojej karierze, zamiast pielęgnować więzy krwi. Wymaga dużej odwagi przyznanie się do tego, bo przecież wielu czytelników może się zrazić do takiego podejścia i powiedzieć: „O, ale egoista!” Cóż, nie nam oceniać. Widocznie były ku temu jakieś powody, a nawet jeśli nie, cóż, każdy ma prawo jakiegoś wyboru.

Cały czas w tej książce wybrzmiewa rozczarowanie ojca synem, nawet jeśli chodzi o oceny w szkole, toteż może dlatego te więzi nie były tak trwałe jak być powinny. Cały czas brakuje mi w tym wszystkim miłości. Smutne.

„Do­wie­dzia­łem się, że trud­niej jest skądś zejść, niż się tam wdra­pać. Można to uogól­nić w ten spo­sób: sku­tek cał­ko­wi­cie po­chła­nia przy­czy­nę i od­bie­ra jej moc. W nie­któ­rych wy­pad­kach za­bi­ja to koty, a w in­nych może zabić i czło­wie­ka.”

Niemniej, sam sposób pisania o tym był dla mnie dość meczący, a fragmenty (dość spore) o wojnie nużyły mnie. Rozumiem, że wojna wpłynęła na ojca Harukiego bardzo mocno i rozumiem zamysł autora, by o tym wspomnieć, że ma to wpływ na pokolenia itp, ale jednak… nie mogłam przez to przebrnąć i w sumie niewiele zapamiętałam.

Książeczka ma ok. 80 stron, kilka ilustracji, ale oczekiwałam czegoś więcej. Uważam, że bardziej potrzebne było napisanie tego samemu autorowi aniżeli czytelnikom. I choć doceniam, że to bardzo osobista historia i nie powinnam jej oceniać czy się czepiać, to czuję lekkie rozczarowanie.

„Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” Haruki Murakami, przekład Anna Zielińska – Elliott, wyd. Muza, 2022