„Misja helikopter” Simone Moro

misjaSimone Moro jest jednym z moich ulubionych wspinaczy. Wydaje mi się bardzo miłym i szczerym człowiekiem. Jego partnerami byli m.in. ś.p. Piotr Morawski, a także jego przyjaciele ś.p. Anatolij Bukriejew i Denis Urubko (ten ostatni żyjący na szczęście). Simone zdobył 8 ośmiotysięczników (z czego jako pierwszy człowiek na świecie 4 zimą), jest z wykształcenia bibliotekarzem (!) i został nagrodzony przez UNESCO nagrodą Fair Play, za uratowanie brytyjskiego himalaisty na wysokości 8000 m na Lhotse. Dużo można by mówić o wspinaniu Simone’a Moro i o jego osiągnięciach, o jego pozytywnej filozofii życia i sportowej postawie. Kocha góry, kocha wysokość i lubi pomagać. Książka „Misja helikopter” opisuje spełnienie kolejnego marzenia tego włoskiego alpinisty – latanie. Zdobył licencję pilota w wieku 42 lat, kupił śmigłowiec i stworzył pogotowie himalajskie. Helikopter stał się nie tylko hobby, ale też kolejnym, bardzo potrzebnym zajęciem.

„W tej książce chcę opowiedzieć o przełomowych spotkaniach i o drodze, którą przeszedłem, żeby spełnić moje marzenie wetknięcia głowy w chmury, podobnie jak już to kiedyś zrobiłem, wspinając się na najwyższe szczyty Ziemi, skacząc z samolotu na spadochronie i w specjalnym kombinezonie wingsuit. Teraz chciałem to zrobić inaczej, nie koncentrując się wyłącznie na aspekcie sportowym lub rozrywkowym, i odkryć jeszcze raz, że nigdy nie jest za późno na marzenia ‒ do każdego wieku trzeba tylko dobrać odpowiednie.” – mówi.

Trzeba jednak przyznać, że nauka latania helikopterem, mimo iż przyszła mu łatwiej, niż się spodziewał, wymagała od niego wiele cierpliwości, samozaparcia, no i oczywiście pieniędzy. Przydał się tu też łut szczęścia oraz spotkanie na swojej drodze życzliwych i szczerych ludzi.  

Simone Moro w swojej książce opisuje perypetie związane ze zdobywaniem licencji, z pierwszymi lotami, potem kolejnymi, trudniejszymi, zwiazanymi z akcjami ratunkowymi w niższych i wyższych górach. Simone wie, że często wspinacze nie mają szans na przeżycie na dużych wysokościach i ratunek z powietrza może być jedyną słuszną opcją. Czy helikopter jest faktycznie dobrym sprzętem do poruszania się na wysokości 7-8 tysięcy metrów? Okazuje się, że może takim być, często jednak przeszkodą  mogą być zakazy i procedury. Simone wie jednak, że trzeba czasem te zakazy łamać, bo ludzkie życie warte jest wszystkiego. 

Nie jest to książka porywająca według mnie, ale porywająca jest idea autora. Pomiędzy opowieściami o zdobywaniu kolejnych szczytów, nawiązuje współpracę z wieloma firmami lotniczymi, zdaje egzaminy i kursy, spędza wiele godzin za sterami helikoptera ucząc się różnych trudnych manewrów. Kocha to co robi, cieszy go,  że niebawem będzie mógł pomagać ludziom. Wiele jednak czasu będzie musiało upłynąć i wiele kartek papieru będzie musiało być opatrzonych stempelkami, by do jakiejkolwiek akcji ratunkowej, a nawet zwykłego lotu, dojść mogło, ale Simone się nie poddaje. Zbiera pieniądze, gdzie tylko się da, walczy z urzędnikami, którzy niestety we Włoszech są niestety bardzo upierdliwi i nie wychodzą naprzeciw człowiekowi. Przewozi swój ukochany helikopter do Nepalu, po to, by tam zacząć wszystkie bezsensowne procedury od nowa. Nie zniechęca go nawet pobicie przez Szerpów w obozie bazowym pod Everestem, nie zniechęca go ryzyko, jakie należy podjąć, by wznieść się na himalajską wysokość 7-8 tysięcy metrów w rozrzedzonym powietrzu, kiedy helikopter pozbawiony zbędnych ładunków i balastu kołysze się przy silnych podmuchach wiatru. Nie zawsze uda mu się uratować żywego człowieka. Czasem trzeba będzie sprowadzić ciało…

Z książki wyłania się człowiek, który jest ciągle wierny swoim marzeniom i ideałom. Wierny również swojej rodzinie, choć pasje zabierają mu mnóstwo czasu. Ma w swoim sposobie bycia i działania wiele motywacji i mimo ogromnych stresów, potrafi znaleźć wyjście. Oczywiście, ma wokół siebie grono przyjaciół, o których wyraża się bardzo ciepło (podobnie wspomina tych, których już nie ma wśród nas). Ma też pieniądze, które generalnie pomagają mu w realizacji tychże marzeń, ale te pieniądze zarabia w sposób uczciwy. Ta książka jest opowieścią o dobrym człowieku, który po prostu spełnia swoje marzenie. Warto przeczytać, choćby po to, by dotarło do nas, że nigdy nie można się poddawać.

„Misja helikopter” Simone Moro, wyd. Agora 2016.

„Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” Andy Kirkpatrick

El Capitan – formacja skalna o ponad kilometrowej wysokości położona w dolinie Yosemite, w środkowej Kalifornii. Ten granitowy monolit to jeden z najbardziej cenionych celów wspinaczkowych. Na tej formacji skalnej jest ponad 70 dróg wspinaczkowych, z których najtrudniejszą jest tak zwana Reticent Wall. By ją przejść potrzeba mniej wiecej około 8 dni. Andy’emu zajęło to dni 13. Z powodzeniem.

el

„Po raz pierwszy wspięli się na nią Amerykanie: Steve Gerberding, Lori Reddel i Scott Stowe. Było to w 1995r. Niemal natychmiast została okrzyknięta najtrudniejszym wielkościanowym wyzwaniem na świecie: czternaście najbardziej niebezpiecznych, potencjalnie najbardziej wymagających wyciągów, począwszy od Lay Lady Ledge, dużej półki ciągnącej się sześć wyciągów nad ziemią.”

Czym jest wyciąg? To odległość między dwoma stanowiskami asekuracyjnymi na ścianie, wyznaczona przede wszystkim długością liny. Ale na El Capitanie sama lina to nie wszystko. Tu miejsca odpowiednie do stworzenia stanowiska asekuracyjnego są od siebie mocno oddalone. Trudno je wypatrzeć. Ściana jest gładziutka, pionowa, praktycznie pozbawiona jakichkolwiek rys, szparek etc. Tutaj wyciągi zatem są niezwykle długie i przez to bardzo niebezpieczne. O ich długości decyduje dogodność warunków do założenia bezpiecznego stanowiska, a także przebieg drogi i układ punktów asekuracyjnych, a w tym przypadku dogodność jest pojęciem dość abstrakcyjnym. Andy’ego często paraliżuje strach, na długie godziny unieruchamia go w jednej pozycji. Strach przed odpadnięciem od skały nie jest bezzasadny. Każde odpadnięcie na drodze Reticent Wall oznacza bardzo długi i niebezpieczny lot (grożący nawet śmiercią). Dlaczego? dlatego, że założone wcześniej punkty asekuracyjne pod wpływem spadania człowieka na linie, odpaść mogą również. Czasem leci się przez kilkaset metrów, modląc się, by któreś z malutkich stanowisk wreszcie przyjęło na siebie całą energię i w efekcie utrzymało linę. Stanowiska są z kolei montowane przy pomocy maluśkich sprzętów na maluśkich krawądkach, czasem wielkości paznokcia, na malutkich uskokach, ryskach, które nawet ciężko wyczuć dłonią. Jakże wielką umiejętność musi posiadać wspinacz, by je wyczuć, by uznać, że się nadają, i jak dobrze musi umieć umocować malutkie haki, kostki itd., aby utrzymały się one w skale, jednocześnie dały pewność wspinaczowi, że utrzymają jego ciężar przy wykonywaniu kolejnych ruchów w górę. Stuprocentowej pewności jednak nie będzie nigdy… 

To powyższe wprowadzenie miało na celu pokazanie jak trudna jest wspinaczka w takiej formacji skalnej, jaką jest El Capitan. A Andy Kickpatrick nie jest jakimś wspinaczem genialnym. Nie ma na swoim koncie nie wiadomo jakich szczytów i trudnych przejść. Jest człowiekiem, który po prostu lubi się sprawdzać. Jak większość z nas, lubi czasem uciec od przytłaczającej go rzeczywistości. Chce coś udowodnić samemu sobie. Być może jest w tym sporo egoizmu, bo przecież w domu czeka żona, dziecko, drugie w drodze, niemniej jednak Andy się nie patyczkuje – szuka odskoczni. „Życie codzienne zostaje zawieszone – w każdym tego słowa znaczeniu – na całe dnie lub tygodnie uczciwej, ciężkiej pracy; przedziwnej radości walki i eskapizmu. Tam, w górze, nie ma rachunków do zapłacenia, żądań emocjonalnych, żadnych innych spraw rozpraszających uwagę, tylko wspinanie – od świtu do zmierzchu, z nagrodą w postaci oglądania zachodu słońca pod koniec dnia”. Nie mnie oceniać jego zachowanie. Polubiłam go, bo ma poczucie humoru, otwarcie mówi o swoich przywarach i braku talentu, otwarcie przyznaje się do strachu.

W książce „Psycho Vertical” Andy Kirkpatrick poza wejściem na El Capitana, opisuje swoje młodzieńcze lata spędzone w nędznym blokowisku w Hull w Wielkiej Brytanii, pierwsze porażki i sukcesy, pierwsze próby wspinaczkowe, odnajdywanie się w świecie alpinistów, treningi. Jego przesadny entuzjazm może irytować, ale w sumie ujmuje. 

W tej książce widzę człowieka jako trochę nieporadnego i ślamazarnego idealistę, ale za to niezwykle silnego w swoim uporze. Wiadomo, że wspinaczka solo wymaga niezwykłej umiejętności autoasekuracji i transportowania bagażu (sprzętu, portaledge’u -> małego łóżka do spania, jedzenia, wody, lin itp). Trzeba przyznać, że autor świetnie sobie z tym wszystkim poradził, ale oczywiście wymagało to wielu godzin prób i błędów, samozaparcia i cierpliwości. Udowadnia, że małymi krokami można wejść na szczyt, niekoniecznie ośmiotysięcznika.

Za książkę „Psycho Vertical” autor otrzymał nagrodę Boardman Tasker Price, a 4 lata później tą samą nagrodę za kolejną książkę „Zimne wojny” (która również na półce czeka). Obie napisał będąc zaawanasowanym dyslektykiem, a czyta się to świetnie. Można? Pewnie, że można, jak tylko się chce…

indeks

„Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” Andy Kirkpatrick, wyd. Stapis 2016

„Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci” Anna Malinowska

indeks70 lat po wojnie wciąż żyją ludzie, którzy nie wiedzą kim są.

Tak jest napisane na okładce książki, która ukazała się w styczniu tego roku. Jest to reportaż autorstwa Anny Malinowskiej – bardzo rzetelny, który powstał na bazie żmudnej i długiej pracy reporterskiej, a który również na długo pozostanie w mojej pamięci. Opowiedziane są w nim historie kilkunastu osób, już teraz dorosłych, czasem już nieżyjących, które jako małe dzieci, zostałe porwane przez nazistów w celu zniemczenia przez Himmlera w ośrodkach Lebensbornu (tzw. „Żródła Życia”)

Basia Gajzler, numer 397, zmierzony obwód czaszki i rozstawienie oczu, przeszła badania rasowe, została obfotografowana, przewieziona do ośrodka w Bad Polzin, a potem do Niemiec, do Lemgo, już jako Barbel Geisler. To dziewczynka z okładki. Blondynka o niebieskich oczach. Takie dzieci są najczystsze rasowo.Mają najlepszą wartość i mogą zapewnić cudowną przyszłość narodowi niemieckiemu. Szaleńczy pomysł Himmlera, szefa SS, opętanego teoriami rasowymi i ideą „dobrej krwi” zbierze swoje żniwo podczas wojny i zaraz po niej: będą to setki, tysiące dzieci wywiezionych do Niemiec, do niemieckich rodzin, odebrane z rodzin polskich siłą bądź podstępem. Maluchy łatwiej przyswajają język obcy, a często nawet jeszcze nie zdążyły zapamiętać / nauczyć się swojego ojczystego, polskiego języka, oraz wyglądu własnych rodziców. Wtedy łatwiej jest im się przystosować do życia w niemieckiej rodzinie. Rodzinie, która właściwie nie jest niczemu winna. Po prostu chce mieć dziecko, bo albo nie może, albo je utraciła. Dzieci polskie, które trafią do niemieckiej rodziny są naprawdę bardzo kochane i mają wszystko co najlepsze. Niemniej jednak, jest to zbrodnicze działanie.

Jak mówił Himmler „rodzenie dzieci nie jest czyjąś prywatną sprawą, ale obowiązkiem wobec przodków i narodu” Parom, które nie mogły mieć dzieci, Himmler zalecał: „Każdy dowódca SS powinien zaadoptować wartościowe pod względem rasowym oraz genetycznym dzieci i wychowywać je w duchu narodowego socjalizmu”.  „Gdziekolwiek napotkacie dobrą krew, macie ją zdobyć dla Niemiec, albo postarać się o to, by przestała istnieć. W żadnym wypadku nie może ona znajdować się po stronie naszych wrogów”.

Odzyskiwaniem polskich dzieci, wyszukiwaniem ich na terenie Niemiec zajmował się niejaki Roman Hrabar – prawnik, Pełnomocnik Rządu Polskiego ds. Rewindykacji Dzieci Polskich, rezydujący w Katowicach, gdzie rozpoczął praktykę adwokacką i podjął współpracę z Główną Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Hrabar odniósł wiele sukcesów, udało mu się sprowadzić do Polski wiele uprowadzonych dzieci, a dzięki zeznaniom odnalezionych: Aliny Antczak, Barbary Mikołajczyk i Sławomira Grodomskiego-Paczesnego, trzynastu nazistów oskarżonych w VIII procesie norymberskim zostało skazanych na wieloletnie więzienia.

Powroty dzieci z reguły były bardzo wzruszające, ale były też te bardziej trudne i problematyczne. Zresztą, poszukiwania przez organizację Hrabara, trwały czasem miesiącami, a nawet latami, więc te dzieci dorastały. Wychowywane przez ten czas w Niemczech, w kochających rodzinach, nie dowierzały, że tak naprawdę nagle ktoś im powiedział, że są Polakami, i że ich prawdziwa rodzina jest gdzieś daleko, dla nich przecież kompletnie obca. „Jest nas sporo. Wielu już nie żyje. Nasza psychika, psychika tych dzieci, jest złamana jak gałąź, która nigdy się nie zrośnie. Nic nie przywróci człowiekowi życiowej równowagi” mówi Barbara Paciorkiewicz (dawniej Gajzler). „Ciągle czuję się niechcianym dzieckiem. Ono wciąż jest we mnie. Teraz, kiedy jestem starsza, dużo bardziej niż kiedyś”. No bo jak ma się czuć dziecko, szczęśliwe w swojej rodzinie, nagle z niej zabierane, wysyłane do jakichś niby obcych ludzi, którzy jak się potem okazywało, już nie żyją… Chciano dobrze, ale nie zawsze było to w porządku wobec tych maluchów, które płakały i nie rozumiały całej sytuacji. Dlaczego nie mogą być ze swoją rodziną (niemiecką rodziną, tą jedyną, którą znają)? Dlaczego nie mogą wrócić do Niemiec? Manipulacja uczuciami dzieci powiodła się nazistom. Dobrze wiedzieli co robią. W ośrodkach Żródła Życia karmiono dzieci uspokajaczami, zastrzykami, by nie krzyczały i nie płakały. Ciągłe zmiany pobytu mieszały im w głowach. Nie czuły się nigdzie przynależne. Poza tym „jeśli w ciagu dziesięciu miesięcy siedem razy zmienia się dom, to nawet dziewięcioletnie dziecko obojętnieje na warunki w jakich zamieszka”.

Ta książka to nie tylko świetny reportaż o losach germanizowanych dzieci, to także książka o poszukiwaniu zagubionej tożsamości i braku przynależności narodowej. Niejaki Alojzy Twardecki, uprowadzony jako dziecko i sprowadzony do Polski przez organizację Hrabara, czuje się i Niemcem i Polakiem. Nie potrafi wybrać. Inny z uprowadzonych, Alfred Ratajczak po powrocie do Polski mówi „Co ja tu w ogóle robię? Nie znam tej Polski. Człowiek nie jest maszyną, którą można przeprogramować. Dlaczego mnie to wszystko spotyka. I kim do cholery, jestem?”.

Książka Anny Malinowskiej jest dowodem na to, jak wielką krzywdę może człowiekowi sprawić drugi człowiek. Jak bardzo szaleństwo potrafi zaślepić… Bo jak mówił Hrabar „Wojna nie kończy się w dniu, w którym walczące strony składają broń”. Autorka dodaje „Dla bohaterów mojej książki trwa ona do tej pory”. Jak żyć zatem?

Ważny reportaż. Polecam.

„Brunatna kołysanka” Anna Malinowska, wyd. Agora 2016

„Most przez czas. Listy do praprawnuka” (różni autorzy)

mostPamiętacie, kiedy ostatnio pisaliście do kogoś list? Prawdziwy, taki na papierze, długopisem czy piórem? Zapewne bardzo dawno temu. W erze elektronicznych wiadomości, portali społecznościowych, aplikacji różnego rodzaju, messengerów, whatsupów itp. zaciera się gdzieś dawna tradycja pisania listów. Żyjemy w czasach, kiedy na nic nie ma czasu. Brakuje chwili na oddech. A do listu trzeba zasiąść, zastanowić się, pogimnastykować nieco nadgarstek, by jakąś poprawną polszczyzną napisać te parę słów. Żal, że to zanika. Zmieniają się rzeczywistość, okoliczności, potrzeby.

A gdybyście mieli napisać list do swojego praprawnuka/praprawnuczki, o czym byście napisali? Czy umielibyście stworzyć taki most przez czas, 200 lat w przyszłość? O czym pisać, co powiedzieć, co przekazać? Czy to ma sens i czy tak się da? Ta książka jest właśnie dowodem na to, że można. To zbiór takich właśnie listów. Pisały je osoby znane tu i ówdzie: np. Marta Fox, Zbigniew Piotrowicz, Sabina Waszut, Stanisław Pisarek, ale też i zwykli ludzie, czasem oznaczeni w książce tylko inicjałami.

Wydawca pisze, że „mało kto dożywa praprawnuków, a jeśli już, to zazwyczaj w charakterze rośliny wegetującej w domu opieki społecznej. W codziennym życiu nie zastanawiamy się, jacy byli czy będą, co przeżywali czy będą przeżywać nasi przodkowie oraz potomkowie”. Pomysł na taką książkę zatem jest zacny i ciekawy. Dla wielu autorów listów, to okazja do szczerego wyznania, swoistej spowiedzi z własnego życia. Są również listy, które zawierają pytania o przyszłość, są niezwykle wnikliwe obserwacje doczesnego świata, poruszane są problemy globalne i indywidualne. Więzień pisze o wolności, kwiaciarka o rzuceniu pracy w korporacji i poświęceniu się pasji, Ślązak wyznaje patriotyzm wobec swojej nacji, Góralka – niedzielna poetka, gwarą pisze o oscypkach i nie tylko. Wymieniać można wiele. Mieszają się tu różne poglądy i stanowiska, z którymi zgadzać się nie musimy, ale należy je uszanować, bo jak wiadomo, ile ludzi, tyle poglądów. Listy są szansą dla zastanowienia się nad własnym życiem – co, jaką naukę, z tego naszego życia chcielibyśmy przekazać potomnym? Nieważne czy w ogóle doczekamy jakiegokolwiek praprawnuka. Ważne, by wiedzieć, co chcielibyśmy mu przekazać, jaką prawdę i jakie rady. Czy w ogóle jest sens radzić komuś, kto będzie żył 200 lat po nas? Jak wtedy będzie wyglądał świat? O co taki praprawnuk czy praprawnuczka mogłaby nas poprosić, zapytać i czego można mu życzyć? Proszę, oto kilka przykładów odpowiedzi.

„Jak żyć, zapytasz? Zwyczajnie kochany, zwyczajnie i codziennie. Tak jakby kromkę chleba masłem smarować, tak się uśmiechać, jakby wojny nigdy już miało nie być, tak patrzeć, aby ogarnąć całą szerokość i wysokość, i każdy okruch na podłodze. Nie wierzysz?  Bo wiara jest wtedy,. kochany, gdy nie wierzysz, że to, co przeszłe, było kłamstwem a co teraźniejsze, złym snem. I pamiętaj, nadzieja nigdy nie umiera. Zmienia tylko odzienie z zielonego na chitynowe i cierpliwie czeka w kącie na odwagę”.

„Biegaj więc boso po trawie, rozmawiaj ze zwierzętami, pisz, tańcz lub śpiewaj. Czerp pełymi garściami z życia. Jeśli przytrafi ci się coś przykrego, powiedz sobie : och królowo, twoja korona tylko trochę się przekrzywiła, popraw ją i dumnie idź do przodu. Poznaj mężczyznę, jakbyś go nigdy nie znała. I najważniejsze – czytaj, bo słowo może unieść wszystko kilka centymetrów nad ziemię.”

„Gdybym miała przed sobą tylko kilka chwil życia i coś do pisania, gdyby czasu nie było zbyt wiele, co chciałabym Ci powiedzieć? Żebyś wsłuchał się w swoje serce. Tak, tylko tyle – choć to najtrudniejsza sztuka na świecie”.

„Tobie też tego życzę – właściwych priorytetów, poukładanej historii wartości i pewności, co jest w życiu najważniejsze. Oczywiście, dla każdego coś innego, ale, kochany Praprawnuku, dopasuj te wartości do siebie, a nie do środowiska, w jakim żyjesz. To prawda, że jesteś jego częścią i ono Cię kształtuje, ale to Ty powinieneś ostatecznie decydować o całokształcie swojego życia, a nie świat zewnętrzny”.

Zbiór listów w tej książce to zbiór przesłań, jakie (być może naiwnie) warto zostawić dla przyszłych pokoleń. By pamiętali (o ile kiedyś przeczytają), że przed nimi, żył ktoś inny, a jeszcze przed nim, ktoś i jeszcze wcześniej… ktoś i ktoś… By mogli się uśmiechnąć do starych czasów, zamierzchłych historii, by mogli się nad nimi zastanowić albo nimi zadziwić czy wyśmiać. O czym ja bym napisała do mojego praprawnuka? Mniej więcej już wiem. A Wy?

Książkę polecam wszystkim, warto sięgnąć, bo w niej jest po prostu Człowiek. Ponadczasowość tej książki jest warta uwagi i poruszająca. Zbliżają się Walentynki, pomyślałam, że mógłby to być nietuzinkowy prezent – zamiast kolejnego romansu czy kryminału. Warto przeczytać i zastanowić się (w konsekwencji) nad własnym życiem.

„Most przez czas. Listy do praprawnuka”. wyd. Stapis 2016

„Kiedy będziemy deszczem” Dominika Van Eijkelenborg

indeks„Nic i nikt nie odchodzi na wieczność, nic i nikt po prostu nie znika. Przybiera jedynie inną formę. Przeradza się w coś innego. Jak deszcz”.

Nie wiem jak zacząć… Kasuję zdanie za zdaniem. Nie umiem opowiedzieć o tej książce, tak jakbym chciała. Pochłonęłam ją w dwa wieczory i czuję każdą emocję w niej zawartą. To piękna, niezwykle sugestywna opowieść. Zaczyna się jak kryminał. Mąż zgłasza na komisariacie zaginięcie żony. Kończy się zupełnie nie tak, jakbym chciała, ale w życiu wiele rzeczy idzie nie po naszej myśli. A pomiędzy początkiem a końcem jest tajemnica, którą powolutku odkryjemy.

Zwyczajne małżeństwo z dwójką dzieci prowadzi swój rutynowy żywot gdzieś w małym holenderskim miasteczku – codzienne czynności, wieczny bałagan, zwykłe życie w którym brakuje ognia, pasji, namiętności, iskry, która była na samym początku związku… Mąż wiecznie zapracowany, a właściwie uciekający w pracę. Żona zajmująca się domem i dziećmi dawno już porzuciła marzenia o byciu tłumaczką literatury, nie ogarnia wiecznej domowej mordęgi, hałasu i bałaganu. Rutyna zabija ją od środka, wypala w niej dziurę, przez którą uchodzi energia. Burczenie na męża i wieczne wzajemne pretensje odsuwają ich od siebie coraz dalej. Mąż coraz bardziej ucieka w pracę, żona coraz bardziej chce uciec od domowych spraw, przytłaczających ją obowiązków.

Pewnego dnia, ot tak po prostu, wychodzi z domu, bierze rower i jedzie przed siebie…Oczywiście do domu po paru godzinach wróci, ale przez chwilę poczuje wolność, złapie oddech, odnajduje coś, czego nie zaznała od dawna: spokój. Trafia na grupę ludzi uczących się łucznictwa, postanawia spróbować, bierze łuk, ćwiczy. Poznaje tam dużo młodszego chłopaka, który zaczyna ją niebezpiecznie fascynować. Dalej może być już tylko … no właśnie.. gorzej czy lepiej? Co jest lepsze, a co gorsze? Co należy, a czego nie wolno?  Dlaczego nie spróbować? Czy może dać się porwać i obudzić w sobie tą dawną, beztroską i szaleńczą pasję życia? Czy matka dzieciom i przykładna żona nie powinna jednak zająć się bardziej praniem, zmywaniem i dziećmi, niż jeździć rowerem na jakieś głupawe lekcje strzelania z łuku? I do tego przygarniać dziwnego, obcego psa, który nagle pojawił się w jej otoczeniu?  Niech każdy odpowie sobie na to sam, jako i ja uczyniłam.

Autorka poprowadziła tą historię w sposób niezwykle wysublimowany. Początkowo sądziłam, że pójdzie to w stronę harlekina, ale nie… jest to bardzo niepokojąca i mroczna historia, choć wydaje się zwyczajną. Dzięki sugestywnym opisom psychologicznym zaglądamy w duszę mężczyzny i kobiety, odzieramy ich z ciała, tkanek, krwi, wchodzimy w ich serce, czujemy nimi i pragniemy jak oni. Czasem ma się ochotę, zupełnie jak Inga (bohaterka) wejść wgłąb człowieka, dotrzeć do jego bijącego serca, objąć je i utulić, ogrzać. Zarówno Inga, jak i młody chłopak: Robin, są osobami, które coś w życiu zgubiły, których życie w pewnym sensie pokonało i nie pozwoliło na czerpanie z niego radości pełnymi garściami. Obydwoje mają tajemnice, pragną wyzwolenia. Spotykają się przypadkiem, w odpowiednim czasie i miejscu, bo wszystko według mnie zawsze dzieje się po coś.

„Ludzie i psy przychodzą do naszego życia nie bez przyczyny. Przychodzą by nas ukarać, kochać, czegoś nas nauczyć. Przychodzą jak lekcje, które trzeba odrobić, jak egzaminy, które trzeba zdać. Myślimy, że odchodząc, zostawiają w nas puste miejsca. A przecież jest odwrotnie. Rodzimy się opustoszali. Ci, którzy przychodzą do naszego życia i z niego odchodzą, zostawiają odłamek siebie. Pozostają na zawsze częścią nas. Żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy sobą, oryginalną, odrębną jednostką. Tymczasem jesteśmy zbudowani z fragmentów innych żyć. Zaczyna się od naszych matek i ojców, babć i dziadków, sióstr i braci i trwa przez całe nasze życie jak układanka, która nigdy nie jest kompletna. Jesteśmy mozaiką sklejoną z pozornie przypadkowych odłamków. Są w niej kawałki z pozoru niepasujące, dla których trudno jest znaleźć odpowiednie miejsce, mimo to bez nich układanka nie byłaby całością. Są w niej luki, dla których brakuje wypełnienia. Czasem po prostu potrzeba czasu, by odłamek trafił we właściwy punkt, dopełnił mozaikę, dopasował się do całości.”

No właśnie. Jednak, czy to zawsze się udaje? Nie dowiemy się, gdy nie będziemy próbować. Czy zaginiona żona się odnajdzie (dosłownie i w przenośni?)

Serdecznie polecam. Wiem, że ta historia zostanie ze mną na długo. Może nawet do momentu, kiedy sama stanę się deszczem, rosą, wiatrem, albo chmurą… Chciałabym wiatrem.

„Kiedy staniemy się deszczem” Dominika Van Eijkelenborg”, wyd. Kobiece 2016

z serii: nabytki

dscn6627-001

Na powyższym stosiku „Misja helikopter” Simona Moro + „Był sobie pies” Camerona to recenzyjne, reszta zakupione w jakiejś taniej księgarni na allegro. A na poniższym zdjęciu do recenzji jedynie „Najdłuższa noc”, która dotarła w stanie lekko ubłoconym i obdartym (a wystarczyłoby zapakować w bąbelkową kopertę), pozostałe zakupowe z cudownym 42% rabatem na chodnikliteracki.pl, oprócz „Bóg zwierząt” i „Gaumardżos” (12 zł za sztukę w Dedalusie).

dscn6633

„Był sobie pies” W. Bruce Cameron

7758017-6Dziś ma premierę książka, która na pewno będzie komercyjnym hiciorem, również, ze względu na wchodzący niebawem na ekrany kin film o tym samym tytule. Wahałam się czy czytać, bo wydawało mi się, że to takie zwyczajne,  familijne, wzruszające, że była już „Lessie wróć” i wiele innych filmów w podobnym, łzawym i ckliwym tonie. Jednak, ze względu na to, że od zawsze byłam i będą wielbicielką psów, która wzrusza się na sam widok szczeniaczków, doszłam do wniosku, że wolę przeczytać, niż obejrzeć film na którym pewnie się zasmarkam i zaryczę. Tu niestety nie było wcale lepiej. Chlip, chlip. Książka bardziej pobudza wyobraźnię, o czym od dawien dawna wiadomo.

Jest to typowa ciepła i bardzo wzruszająca opowieść o piesku, którego przeznaczeniem jest nie tylko służenie człowiekowi i kochanie go, ale też ratowanie. Takie dosłowne i w przenośni – ratowanie przed samotnością. Życie psa nabiera sensu, gdy ten wypełni swoją powinność wierności, miłości i uszczęśliwienia samym byciem, dotykiem mokrego nosa, polizaniem i spojrzeniem czułych psich oczu.

„… i to podczas zasypiania w tym gorącym pokoiku naszło mnie pewne niewytłumaczalne pytanie, pytanie o sens życia. Nie wyglądało mi to na kwestię, którą powinien rozstrząsać pies, ale wciąż wracałem do niej myślami, zazwyczaj wtedy, gdy odpływałem w drzemkę, której nie mogłem się oprzeć. Dlaczego? Dlaczego znowu byłem szczenięciem? Dlaczego nie odstępowało mnie przeświadczenie, że jako pies mam w życiu coś do zrobienia?”

Książka nie jest taka zwyczajna, jak myślałam. Jest piękna. W dodatku to pies jest tu narratorem, który opowiada o swoim życiu od momentu przyjścia na świat do śmierci. Kolejnego przyjścia na świat i kolejnej śmierci, bo jego dusza jak się okazuje wędruje przez cztery wcielenia. Opowieść jest tak dokładna, że zastanowiłam się przez moment czy autor nie był kiedyś psem….  Tobby, Bailey, Ellie, Koleżka – cztery różne psy, które łączy wspólna pamięć: osób, zdarzeń, zapachów. Czy jest możliwa wędrówka psiej duszy? Czy pies w ogóle duszę posiada? O tym można dyskutować i na pewno wiele opinii by się znalazło. Nieważne. Ważne, że w tej książce odnajdziemy prostotę życia, szczerą radość merdającego ogona, ale też szczery smutek i strach przerażonego psiaka. To daje do myślenia, bo każda z czterech historii pokazuje, że pies jest nie tylko najwierniejszym przyjacielem, bo tak mu każe natura. Pies czuje, ma zdolność oddzielenia dobra i zła, wyczuwa psim nosem złe emocje, łasi się do tych dobrych, szczeka czując zagrożenie i walczy o życie swojego pana. Poświeca się z odwagą i oddaniem. Przyjmuje na klatę, to co niesie los, bo wie, że tak trzeba. Ma służyć, ma słuchać człowieka i nawet jeśli czasem marzy o wolności, to tęskni do dotyku i głasków.

Bo każdy pies ma swojego Ethana – swojego pana, który kocha go wielką, z głębi serca płynącą miłością, której nic nie zmienia, nawet upływające lata. Każdy Ethan, w domyśle człowiek, powinien mieć psa, lub inne zwierzę, (choć psi bohater z książki uważa choćby  koty za bezmózgi ;)), bo wtedy może zrzucić z siebie przygniatający go od wewnątrz ciężar, wyzwolić uczucia.

Jeśli macie psa, kupcie tą książkę. Przeczytajcie, a zrozumiecie psi język. Zrozumiecie co robicie dobrze, a co źle. Jak wasze zachowanie jest odbierane. „Ludzie byli zdolni robić tyle niesamowitych rzeczy, a mimo to tak często siedzieli bezczynnie, wypowiadając tylko słowa”.

Przekonacie się jak łatwo jest psa rozczarować, zranić i namieszać mu w głowie. Zobaczycie jak wasz pies was widzi. Przykład? „Bardzo lubiłem Mamusię. Jedynym zastrzeżeniem, jakie do niej miałem, było to, że wychodząc z łazienki zamykała klapę od mojej misy z wodą. Ethan zawsze zostawiał ją dla mnie otwartą”.

Cudowna historia, która daje dowód na to, że dobrym człowiekiem jest się tylko wtedy, kiedy się kocha zwierzęta. Jeśli dajemy im serce, one oddają nam swoje. Na zawsze. Na wieczność. Polecam z całego serca.

„Był sobie pies” W. Bruce Cameron, wyd. Kobiece 2016