„Cztery pory roku Heleny Horn” Wanda Majer-Pietraszak

cztery-pory-roku-heleny-horn „Duże szczęście, to własne zdrowie, ale i bliskich, miłość, umiejętność dawania, spokój serca, a to małe, codzienne, nie zawsze zauważalne czy zapamiętane na dłużej, to szczęśliwość czy zminimalizujmy nawet – szczęśliwostka, bo zakwitło drzewo, słuchamy muzyki, która nas porusza, zachwyt na tym obrazem, który do nas mówi, słońce, nasz ostrożny krok, żeby nie rozdeptać pasikonika, motyl, który pomylił naszą dłoń z rośliną, nasz przyjazny gest wobec kogoś drugiego, smak, dotyk i wzrok i mogłabym snuć i snuć, bo przykładów mam na kilometry, byle je zauważyć i zatrzymać w sobie na dłuższą chwilę. A bywa, że i na czarną godzinę…”

I tak się ta powieść snuje. Niespiesznie i w niezwykle ciepłym klimacie. Okładka kompletnie nie pasuje mi do treści, sugeruje jakiś romans, a tu nie o romans chodzi. Chodzi o proste i spokojne życie dojrzałych ludzi. O to, by w spokoju ducha i serca BYLI – ISTNIELI. Niekoniecznie chodzi mi tutaj o związek między kobietą a mężczyzną, ale bardziej o to, by każdy człowiek odnalazł w życiu własne miejsce. Dobrą przystań, w której odnajdzie przyjaciół, radość chwili, może nawet miłość, jeśli jeszcze do tej pory jej nie zaznał, lub też wcześniej utracił. Ta opowieść podzielona na 4 rozdziały o nazwach pór roku i pokazuje jak ważne jest BYCIE i rozmowa. Jak ważne są uczucia i to co nienazwane czasem. Pokazuje jak ważna może być bliskość między matką a córką, i że ta bliskość w konsekwencji może uratować coś jeszcze, nie tylko relację między matką a dzieckiem.

Główna bohaterka to Helena Horn, aktorka, która nagle zerwała z pracą w teatrze i wyjechała do Milanówka do starej willi, w której mieszka razem ze swoją przyjaciółką – suflerką, Henryką. Jest już starszą kobietą, która jakiś czas temu pochowała ukochanego i najwspanialszego na świecie męża Jaromira. Ma dorosłą córkę Julię, która wyszła za mąż za dyplomatę i jeździ po świecie gubiąc gdzieś po drodze najprostrze zdolności do radości życia. Helena ma również ukochanego wnuka Bruna, który cierpi bardzo w tych wszystkich wojażach z rodzicami, bo najbardziej jest przywiązany do swojej ukochanej babci i jej pięknego ogrodu. Z willą w Milanówku sąsiaduje dom niejakiego Tomasza, lekarza, który po rozwodzie,  żyje tylko z ukochanym psem Maksem i bardzo głęboko ukrywa swoje uczucie do pani Heleny, choć przy niej jest beztroski i niezwykle przyjacielski oraz pomocny.

Losy tych wszystkich osób przeplatają się i zmieniają niczym pory roku. Wiosną coś rozkwita, latem dojrzewa, jesienią obumiera, a zimą…?

To piękna książka, która daje nadzieję na to, że w dojrzalszym wieku, kiedy wydawałoby się, że już nic nas nie spotka, dzieje się samo DOBRO. Niby banały : cieszenie się chwilą, docenianie jej, spokój, ale czy nie o tym tak naprawdę marzy każdy z nas? Czy nie chcemy na starość mieć przy sobie bratnią duszę, która poda nam rękę przy wejściu po schodach lub zrobi pyszną kolację?

I co chyba najważniejsze w tej książce, to fakt, że uczymy się cały czas. Nawet na starość. Uczymy się zrozumienia, wybaczenia, leczymy się z uraz i żalu… To bardzo trudne, ale im jesteśmy dojrzalsi i im bardziej pielęgnujemy w sobie te szczęśliwostki, o których było wyżej, im lepsi jesteśmy, tym łatwiej nam potem żyć. Bo życie zawsze jest PRZED nami…

Bardzo polecam, bo i w ładnym stylu napisana.

„Jest jesienne piękne popołudnie. Helena wyciąga dłoń, na którą delikatnie opada listek brzozy. Żółte serduszko z brzegami w ząbki. Już niepotrzebny, bezbronny, „przeminięty” i porzucony przez drzewo pod którym stoją… „

„Cztery pory roku Heleny Horn” Wanda Majer-Pietraszak, wyd. Muza 2016

„Żywopłot” Dorin Rabinyan

507393-352x500 Czym jest tytułowy żywopłot? Barierą, która już zawsze będzie dzieliła Liat i Hilmiego. Izraelkę i Palestyńczyka. Dwóch zakochanych w sobie do szaleństwa ludzi. Ona tłumaczka, on artysta malarz z bujną grzywą loków. Spotkali się przypadkiem w zimowym Nowym Jorku. Obydwoje tęsknią do morza. Obydwoje tęsknią do rodzinnych miast. Ona do Tel Awiwu, on do swojej wsi w prowincji Ramallah w Palestynie. Dwa kraje zwaśnione i połączone od dawna wojną staną się barierą, żywopłotem dzielącym miłość dwojga młodych, która właściwie nie powinna mieć miejsca, ale się narodziła. Uczucie to z góry będzie skazane na koniec, na śmierć. Wie to Liat. Nie dopuszcza do siebie tego Hilmi. Ale koniec końców, będzie musiał się z tym pogodzić.

„Wspominam jego zaciekawienie mną, nienasycenie. Jak bardzo się roznamiętniał, zanurzał we mnie i nieustannie się rozpalał. jak bardzo do siebie pasowaliśmy. Jak bardzo byliśmy naleektryzowani i bez tchu. Nieprzerwanie zadziwialiśmy się sobą, tym, że jesteśmy tak bardzo olśnieni i cały czas poruszeni. Przypomniałam sobie też nasze spotkanie nad ranem, odrealnione zetknięcie w kuchni. Jak roztapiał mnie i rozbierał, upajał się i jęczał ze mną, aż wybuchłam tam całkiem przy blacie kuchennym. I tak ponownie tutaj, zatopił się, wyczerpany w moich ramionach, a ja powoli zaczęłam zapadać w sen. Jak w chwili gdy odprężona tonęłam w ślad za nim, pomyślałam ze smutkiem, z prawdziwym żalem, jakbym już teraz zaczynała tęsknić: jaka szkoda. Jakąż wielką stratą będzie zrezygnowanie z niego. Jak trudno będzie o nim zapomnieć.”

Niezależnie jednak, jak odbierzecie ten cytat, to nie jest powieść tylko i wyłącznie o zakazanej miłości jak sugeruje reklama. To głównie książka o poszukiwaniu siebie i o poszukiwaniu wolności. Takiej pełnej wolności. Bo Hilmi – ten Hilmi artysta malarz, żyje pracą. Poza tym, że miłość do Liat pozwala mu na bycie częścią jej życia, on swoją część chce zachować dla siebie. A może wcale nie część? Może całość? Szuka wolności w swoich obrazach, w zapamiętałym całonocnym malowaniu, w braku czasu dla Liat i jej znajomych, w zamyślonej, pełnej pomysłów na kolejny szkic głowie. Obydwoje żyją razem, ale jednak osobno. Nie potrafią się porozumieć zbyt dobrze na tyle, by się prawdziwie zbliżyć. Sam seks nie wystarcza. Korzystają z języka angielskiego, bo hebrajski i arabski są dla siebie zbyt dziwne i niezrozumiałe. Mylące, twarde, szydercze.

Życie obydwojga, a szczególnie Liat, przepełnione jest lękiem, bo dziewczyna cały czas boi się, że jej związek wyda się w ojczystym kraju. „Zastanawiam się, co by teraz powiedział mój tata o swojej dobrej dziewczynce, gdyby wiedział, że wsiadam nocą do do pociągu z młodym, obcym Arabem. Z kimś, kogo poznałam przed kilkoma godzinami. Co powiedziałby tata, gdyby mnie teraz zobaczył. „I do tego Arab z terytoriów okupowanych, Liati? Bóg jeden wie co to za człowiek” dodaje mama”. Bo to przecież nie jest good boy z sąsiedztwa. Oj biada Arabom…

Liat uznaje piękno miłości w tymczasowości i efemeryczności. Teraz – tutaj. Hilmi tego nie rozumie. Nie rozumie, gdy musi znikać „na 10 minut z życia” Liat, podczas gdy ona dzwoni do domu. Rozmowy telefoniczne z rodzicami, lub siostrą Liat są pełne obaw i cały czas Liat pilnuje się, by za dużo nie powiedzieć. I by mówić o sobie w liczbie pojedynczej a nie formie „My”. To bardzo męczące. Tym bardziej, że Hilmiemu jest bardzo przykro, bo wie że jest dla Liat tylko „wstydem” i czymś co nie powinno się stać. Raniąc się cały czas jednak lgną do siebie.

Piękna książka. Mądra, dająca do myślenia, wzruszająca. Skomplikowana historia, która właściwie może być aktualna cały czas, biorąc pod uwagę to co się dzieje na świecie. Wielu z nas oddziela żywopłot, ale i  czasem mur – zbyt solidny i zbyt wysoki na to by go przeskoczyć.

„Nie zapominam się. Cały czas pamiętam, że to chwilowe, że kiedyś to się będzie musiało skończyć, ale do tego czasu to…

I że to tylko przygoda, sama tak powiedziałaś: przygoda, wyspa na morzu czasu…”

„Żywopłot” Dorit Rabinyan, Wyd. Smak Słowa 2016.

„Diabelski owoc” Tom Hillenbrand

diabelski-owoc-u-iext39936324Okrzyknięta „kryminałem kulinarnym” książka „Diabelski owoc” przede wszystkim zachęciła mnie do wizyty (kiedyś tam) w Luksemburgu. Bo opisy miasta – państwa są całkiem do rzeczy. Dolne i Górne Miasto, nazwy uliczek, kościoły, restauracyjki oferujące lokalne jedzenie (jak ta, głównego bohatera, kucharza Xaviera Kieffera) w której serwowane są potrawka z zająca, zupa luksemburska i paszteciki podlewane rieslingiem. 

(Poszukałam sobie w internecie, jak wygląda Luksemburg – no i proszę, czyż nie ładnie?)

a4f8606bc249ec6c7f92fc2ee9f71da0641000

Sam autor, Tomi Hillenbrand jest kucharzem – hobbystą, i z racji wielu miesięcy spędzonych w Luksemburgu na praktykach, zakochał się w tym miejscu, a swojego bohatera uczynił jednym z lepszych kucharzy luksemburskich, który mimo wielu umiejętności i stawaniu w kuchni na prostotę, gdzieś w głębi duszy chciałby chyba, aby jego restauracja Deux Eglises została oznaczona gwiazdką przez przewodnik kulinarny Gabin (nie wiem czy takowy rzeczywiście istnieje, bardziej kojarzę gwiazdki Michelin). Jednakże, jego restauracja nie jest miejscem gdzie serwuje się „haute cuisine” – to miejsce gdzie można zjeść pysznie ale raczej po domowemu (co oczywiście jest dużym pozytywem, ale nie takim by być rozpatrywanym przy przyznawaniu gwiazdek).

Przypadkiem jednak, pewnego dnia w tej małej restauracji pojawia się znany z przewodnika Gabin, krytyk kulinarny Agathon Ricard, który opróżniając dwa pełne talerze podane mu w Deux Eglises, nagle umiera. Nie jest to komfortowa sytuacja, bo przecież policja może uznać, że jedzenie było zatrute… Kieffer jest załamany, bo on zawsze się stara i wymaga od załogi, aby zawsze podawała świeże dania. Dlaczego zatem krytyk umiera? Rozpoczyna się śledztwo.

Kieffer ma bardzo duże doświadczenie w kuchni, uczył się u samego Paula Boudiera, jednego z lepszych kucharzy francuskich, którego restauracja „Renard noir” w Châlons-en-Champagne we Francji posiada 2 gwiazdki. Sam Boudier jest już starym człowiekiem, którego sława powoli przemija, bo i w lokalu widać pewne zaniedbania i nieporządek, być może troszeczkę odpuścił? W każdym razie Kieffer, prowadząc własne małe śledztwo dotyczace śmierci krytyka kulinarnego, odwiedzi starego nauczyciela, który ponoć zmarłego Ricarda osobiście skierował do restauracji Kieffera – Deux Eglises.

Jaki związek ma śmierć krytyka z Boudierem? Na co natrafi Kieffer? i dlaczego restauracja Boudiera, a potem kilka innych zostanie spalonych? Zniknie Boudier, pojawi się pewna urocza kobieta – właścicielka przewodnika kulinarnego Gabin, która bardziej niż troszkę spodoba się Kiefferowi. Ktoś będzie chciał dopaść Kieffera, akcja przyspieszy. Winny i poszukiwany będzie pewien owoc. Niezwykły, nieodkryty jeszcze przez badaczy, a który ma ogromny wpływ na podawane potrawy. Jaki? Lepszy niż jakikolwiek sztucznie wytworzony wzmacniacz smaku, ale niestety też lekko toksyczny po spożyciu większej ilości. I tutaj, sam temat książki, uważam jest dość interesujący z punktu widzenia konsumenta (bo czyż koncerny spożywcze nie oszukują zwykłych obywateli dodając różnych świństw do produktów, jakie jemy i kupujemy?) – warto czytać etykiety, zapewniam!

Fajna i miła lektura w sumie. Nie jest to jakiś kryminał, do jakich jestem przyzwyczajona, to wersja „light” a faktem jest, że często przy lekturze tej książki myślałam o jedzeniu, tudzież (i pewnie dobrym) mozelskim winie. Książka ma premierę 21 września. Polecam. A w październiku już kolejna z serii o Kiefferze „Czerwone złoto”.

„Diabelski owoc” Tom Hillenbrand, wyd. Smak Słowa 2016

„Szumowiny” Jorn Lier Horst

500148-352x500 „To, czy zabójstwo jest słuszne, czy nie, zależy od tego, jakie ma konsekwencje dla wszystkich zainteresowanych.”

Dokładnie dzisiaj ma premierę oficjalną, kolejna książka Horsta „Szumowiny”. Nie bardzo rozumiem dlaczego wydawnictwo Smak Słowa raczy nas kolejnymi częściami ale .. kompletnie nie po kolei (o czym już zresztą mówiłam w poprzednich recenzjach (link na różowo).

  • Vinterstengt, 2011 (Poza sezonem, przeł. Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2015)
  • Jakthundene, 2012 (Psy Gończe, przeł. Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2015)
  • Hulemannen, 2013 (Jaskiniowiec, przeł. Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2014)
  • Blindgang, 2015 (Ślepy trop, przeł. Karolina Drozdowska, Smak Słowa, Sopot 2016)

„Szumowiny” to po norwesku „Bunnfall” i ta książka w Norwegii wydana została w 2010r.! U nas w 2016. A nie lepiej byłoby poznawać losy głównego bohatera (bo ma on jakieś życie osobiste) od początku?  A tak?  Pozostaje jeszcze 5 książek z serii i de facto  przy ostatniej z cyklu cofniemy sie do 2004. Lekko bez sensu, no ale pewnie jest tego jakaś przyczyna. Póki co, mnie nieznana. A szkoda, bo gubię się w relacjach, jakie inspektor William Wisting ma z kobietami. Jest to ważne, bo jednak tworzy postać, a w książkach wydawanych nie po kolei, nieco zaburza jej obraz.

W każdym razie jest to dobry kryminał, typowo skandynawski, z powolnie toczącym się śledztwem, a akcją przyspieszającą dopiero mocno pod koniec książki. Przyzwyczajona jestem do tego, po lekturze książek Mankella (a propos, niebawem premiera „Szwedzkich kaloszy”!) czy duetu Sjowall & Wahloo. Samo przestępstwo, czy też dążenie do rozwikłania owego, przeplatane jest odniesieniami społecznymi i dylematami, jakie są uniwersalne dla każdego kraju i społeczeństwa.

Tutaj będziemy mieli do czynienia z tajemnicą sprzed lat. Ktoś komuś pomógł, ktoś kogoś wykiwał, komuś zależało na wielkich pieniądzach, ktoś zaginął, ktoś wyszedł z więzienia po długiej resocjalizacji, która nic nie zmieniła (jak to zwykle bywa, zdaniem Line – córki Wistinga, dziennikarki zajmującej się w „Szumowinach” wywiadami z byłymi więźniami). Wisting będzie prowadził śledztwo w sprawie wyrzuconych przez morze ludzkich stóp, w dodatku samych lewych, obutych w sportowe obuwie. Do kogo należały? ile ich jeszcze będzie? czy pozostałe części ciała są również w morzu? ile jest ciał i kim są ofiary? Wypadek? Morderstwo?

Policja żmudnie i powoli będzie badać sprawę, Wisting pomiędzy śniadaniem a kolacją będzie tropił ślady, a Line wplącze się w sprawę, która zespoli się ze śledztwem ojca w jedną całość. Tak było w poprzednich ksiąkach i tu jest podobnie. Obydwoje zajmują się z pozoru różnymi rzeczami, ale zawsze na końcu się one ze sobą sprytnie łączą. Nie przeszkadza mi ta powtarzalność i schemat.

Czytało mi się bardzo dobrze, choć momentami gubiłam się kto jest kim i kto z kim, bo postaci jest sporo (właściwie było, bo większość to trupy :))  POLECAM.

A tu fotka miasteczka Stavern, w którym dzieje się akcja „Szumowin” – piękne miejsce !

stavern

„Szumowiny” Jorn Lier Horst, wyd. Smak Słowa 2016

 

„Czcij ojca swego” Ela Sidi

„Głos w mojej głowie denerwuje mnie i rozprasza. Nie mogę go wyciszyć. Wraca w dziesiątkach powtórzeń, unosząc mnie z powrotem w czas, który nie przemija z kolejnym rokiem i nigdy nie staje się przeszłością”.

493188-352x500

Pamiętacie grę w chłopka? Rysowany kredą na asfalcie stanowił jedną z zabaw jakie pamiętam z okresu dzieciństwa lat 80-tych. Nie zawsze udawało się przeskoczyć bezbłędnie wszystkie pola. Pamiętacie czym była skucha?  Było to wrzucenie szkiełka w nieodpowiednie pole lub na jakąkolwiek z linii chłopka, to nieutrzymanie się na jednej nodze lub naskoczenie na linie oddzielające poszczególne pola. Często mi się to zdarzało. I wydaje mi się, że równie często zdarzało się Ani – bohaterce książki „Czcij ojca swego”, którą poznajemy w wieku 6 lat. Historia jej życia opowiadana jest właśnie z jej perspektywy. A perspektywa kolorowa nie jest. Ania jednak z tych wszystkich skuch utkała własny świat, w którym próbuje się odnaleźć.

Jej życie tak naprawdę rozpoczyna się wraz z nagłą śmiercią mamy, która umiera przy porodzie braciszka. Nagle, niespodziewanie świat Ani staje się światem bez mamy. Dziwnym światem, bo wszyscy dookoła mają mamy. Ona nagle staje się „biedną sierotką”, głaskaną po głowie, „a możeś głodna? biedne dziecko”. Ania jednak sierotką nie jest. Ma starszego nieco brata i tatę. Tatę alkoholika, który nie potrafi odnaleźć się po śmierci żony.„Umarła. Kurwa, zostawiła mnie z trójką dzieciaków! Jak mogła mi to zrobić?!” A co czuje Ania słysząc słowo „umarła”, nie rozumiejąc go do końca… ?

„Domy rosną wokół mnie w górę. Przebijają niebo. Drzewa próbują mnie złapać konarami. Ulica ucieka gdzieś w bok, a ja się kurczę. Jestem tak mała, że przechodząc obok mnie, można na mnie nadepnąć, nawet tego nie zauważając. Nie mogę przełknąć śliny. Niebo wyszło z kryjówki. Przygniata mnie do ziemi swym ogromem. Jest mi zimno. Zatrzymuję się. Skąd ta cisza? Nie jestem w stanie zrobić nawet kroku. Żelazna obręcz zaciska mi się wokół szyi. Nie mogę oddychać. Dławię się. Krzyczę. Żaden dźwięk jednak nie przedostaje się na zewnątrze. Rozglądam się. Wstaje dzień. Ludzie śpieszą się do fabryki na poranną zmianę. Rozmawiają ze sobą, jakby  nic się nie stało. Stara Lewicka otwiera kiosk, obok nas przejeżdża jelcz, jacyś młodzi ludzie o długich nogach i pająkowatych rękach ścigają się na rowerach. Śmieją się tak głośno, że mam wrażenie, iż za chwilę ogłuchnę. Ludzie ! czy wy nie widzicie, co się stało? Świat umarł i nikt tego nie zauważył, oprócz mnie.”

„Mamo, czy ze śmierci się wyrasta?” Oto jest pytanie.

Wraz z mamą umarł świat Ani. Ojciec nie potrafiący wyrażać swoich uczuć ucieka w alkohol i popada w nałóg coraz to bardziej i głębiej.

Ania idzie do szkoły. Dobrze, że starszy brat Adam się nią opiekuje. Ojciec się stara ale coraz bardziej mu nie wychodzi. Alkohol, choć na początku to przecież tylko piwo, rządzi jego życiem coraz bardziej. Ania wbrew pozorom jednak ma dużo siły. Nawet wtedy gdy płacze po nocach i gdy obcy wujek każe jej głaskać swojego nagiego penisa. I również wtedy, gdy ojciec poznaje drugą żonę, którą leje do nieprzytomności, kopie po głowie, brzuchu, wyzywa od grubej jebanej pizdy. Ania doświadcza wiele okrucieństwa, ale jest na tyle mądrą i wrażliwą dziewczynką, że ucieka w swój wyimaginowany świat snu i książek. Opiekuńcza dla młodszego rodzeństwa, które się powiększa, kochająca swojego starszego brata i ojca w pewien sposób też, próbuje żyć normalnie i wybaczać.

Wszystko w tej książce jest bardzo smutne, gorzkie, intensywne tak, że rozrywa wręcz serce, kiedy się o tym czyta. Ta książka jest mi bardzo bliska, mój ojciec też był alkoholikiem. Wiem jak takie życie wygląda, choć na szczęście, nie dane mi było doświadczyć AŻ tyle okrucieństwa. Wiem też, jak takie zrujnowane dzieciństwo wpływa na przyszłość. Jak blokuje i jak męczy nadwrażliwością, niszczy relacje koleżeńskie, sprawia, że unika się ludzi i szuka ciągłego poczucia bezpieczeństwa. I jak najmniejsza krytyka może zaboleć. Wiem to. Ania poznała to również, ale nie poddała się.

Ela Sidi stworzyła przepiękną, wzruszającą, niezwykle emocjonalną książkę. Umiejscowiła akcję w maleńkiej mieścinie Klonów, gdzieś w dolnośląskim. Pokazała bezbarwne czasy Polski przełomu lat 70/80. Niezwykłe i trudne, nieporadne czasy. Smaczki typu: woda z saturatora, rower Wigry 3, czy kolejki w mięsnym przypomniały mi moje dzieciństwo. Skuchę za skuchą, ale też i małe sukcesy: mieszkanie w bloku z łazienką, na obiad kapuśniak albo smalec ze słoniny na kolację, a przede wszystkim krótkie, nieliczne chwile szczęścia i śmiechu z trzeźwym ojcem. Dopóki nie dopadło go delirium. Ania – dziewczynka z początku książki, wyrasta na dość ładną nastolatkę, potem już kobietę. Jak potoczyło się jej życie? Bardzo chciałabym się dowiedzieć. Zakończenie pozostaje otwarte i dwuznaczne …

Chciałabym. by powstała kolejna historia. Ogromnie polecam tą książkę. Wyciska ślad na psychice, zostaje na długo, harata serce i ogromnie wzrusza… Niezapomniana lektura!

„Czcij ojca swego” Ela Sidi, wyd. Smak Słowa 2016.

„Płyń z tonącymi” Lars Mytting

454480-352x500 To dobra powieść. Nie rewelacyjna, ale dobra. Czyta się szybko, momentami się nieco dłuży, czasem śmieszą frazy a la Paolo Coelho, ale ogólnie jest dobrze. Lars Mytting napisał powieść o odkrywaniu przeszłości, poszukiwaniu tożsamości, rozwiązywaniu zagadki, której charakter jest  miejscami lekko kryminalny.

„[…] moje życie było wydrążone przez pytania, których nigdy nie zadałem”. Edvard – główny bohater żyjący na farmie w Saksum w Norwegii, po śmierci swojego dziadka Sverrego, postanawia dowiedzieć się dlaczego i dlaczego aż we Francji zginęli jego rodzice. Jest to jak do tej pory owiane tajemnicą rodzinną i dość niejasne. Sam, mimo, że brał udział w wypadku samochodowym, niewiele pamięta, bo w tym dniu miał zaledwie 3 lata, a do tego na kilka dni gdzieś zniknął i nie wiadomo, gdzie przebywał. Znaleziono go 100 km od miejsca wypadku. Edvard próbuje ze wspomnień złożyć portret rodziców, wstępnie pięknie przedstawiony:

„MATKA BYŁA DLA MNIE ZAPACHEM. Była ciepłem. Była nogą, którą obejmowałem kurczowo. Powiewem czegoś niebieskiego – sukienki, w której, zdaje się, chodziła. Powtarzałem sobie,że wystrzeliła mnie wżycie jak z łuku, i kiedy przywoływałem o niej wspomnienia, nie wiedziałem, czy są właściwe lub zgodne z prawdą, odtwarzałem ją po prostu tak, jak zdawało mi się, że syn powinien wspominać swoją matkę. To o niej myślałem, wystawiając swoją tęsknotę na próbę. Rzadko o ojcu. Czasem tylko zadawałem sobie pytanie, czy byłby taki, jak inni ojcowie we wsi. Mężczyźni, których widywałem w mundurach obrony cywilnej, w korkach na piłkarskich treningach old boyów, ci, którzy wstawali wcześniej w weekendy, żeby zdążyć na czyn społeczny Związku Myśliwych i Wędkarzy w Saksum. Ale bez żalu pozwoliłem mu zniknąć. Przez wiele lat uważałem po prostu, że dziadek próbował robić wszystko, co robiłby ojciec, i że to mu się udawało”.

Aby poznać historię życia swoich rodziców i rozwiązać zagadkę ich śmierci musi wyjechać najpierw na Szetlandy, z którymi mocno związany był brat jego dziadka – Einar. Tam na malutkiej wysepce, znajdzie malutki domek, w którym Einar tworzył swoje dzieła sztuki, a mianowicie drewniane, wysokogatunkowe trumny. Jedną z takich trumien otrzymał jeszcze na długo przed swoją śmiercią, dziadek Edvarda – Sverre. Kiedy przyszło załatwiać sprawy pogrzebowe, okazało się, że zakład pogrzebowy już od dawna przechowuje ten „prezent” z zaleceniem, aby właśnie w niej pochowano zmarłego Sverrego. Dość dziwny to upominek. Dlaczego akurat taki? Wiadomo, że Lars Mytting ma lekkiego hopla na punkcie drewna (którego zawarł w swojej książce „Porąb i spal” -> nie czytałam), dlatego i tutaj zostały zawarte dość szczegółowe opisy rodzajów drewna i sposobów jego obróbki, może lekko nużące ale opisane z pasją. Drewno, drzewa orzechowe i brzozy płomienistej są poniekąd drugoplanowym bohaterem tej książki.

Edvard zacznie drążyć i powoli odkrywać kolejne karty tajemnic swojej rodziny. Musi bo jak mówi: „Całe życie słyszałem szelest dochodzący z zagajnika, gdzie rosły brzozy płomieniste. Pewnej nocy w 1991 roku ten szelest przeszedł w wycie wiatru, który wszystkim zachwiał. Bo coś w historii o matce i ojcu ciągle żyło, ruszało się i wiło niczym tłusta żmija w trawie.”

Życie osobiste trochę mu się pogmatwa, bo najpierw zawróci w głowie przyjaciółce z dawnych lat: Hanne, a potem na Szetlandach zakocha się w dość pulchnej (jak to on określił) Gwen, która również będzie mieć swoje tajemnice i okaże się być kimś innym, niż się podaje.

W tle będą wspomnienia z I wojny światowej, głównie z koszmarnej dla żołnierzy brytyjskich, krwawej i tragicznej w skutkach bitwy nad Sommą we Francji, która pochłonęła ponad milion ofiar. Wojna rozdzieli dwóch braci: Sverrego i Einara. Jeden walczył w norweskim ruchu oporu, drugi w szeregach pro-nazistowskich. Z tych wszystkich wspomnień Mytting utkał dość zgrabną historię, która połączy wiele wątków. Do tego dołożył piękne opisy. Na przykład ten:

„HIRIFJELL LEŻY NA TYŁACH SAKSUM. Duże, bogate gospodarstwa pobudowano po drugiej stronie rzeki, tam gdzie wcześnie topnieją śniegi, a promienie słońca pieszczą drewniane ściany i mieszkającą w nich szlachtę zagrodową. Ta strona wsi nigdy nie jest nazywana „tą właściwą”, czasami tylko „słoneczną”, ale najczęściej w ogóle nie nazywa się jej w żaden sposób, jedynietyły wsi mają nazwę odpowiadającą temu, gdzie się naprawdę znajdują. Pomiędzy nami płynie rzeka Laugen. Wilgotna granica, którą przekraczamy, kiedy mamy zacząć naukę w gimnazjum albo musimy się wybrać do centrum na zakupy.”

Warto przeczytać, bo mimo, że takich książek jest już na rynku sporo, to jednak jeśli czyta się dobrze i daje to czytelnikowi pewną radość z obcowania z lekturą – to znaczy, że jest ok. Jedyne co mnie drażniło to lekko „górnolotny” miejscami język i brak tłumaczenia niektórych wtrąceń po angielsku. No i może zbyt wydumana historia.. Ale poza tym jest nieźle.

„Płyń z tonącymi” Lars Mytting, wyd. Smak Słowa 2016.

„Wyspa powrotów” Peter May

„Zasiewany ziarno własnego zniszczenia, nawet sobie tego nie uświadamiając.”445775-352x500

Peter May po trylogii z wyspy Lewis , o której pisałam tutaj i tutaj nadal jest w bardzo dobrej formie. Tym razem nie śledzimy już losów Fina MacLeoda. Poznajemy detektywa Sime’a Mackenzie i udajemy się na wybrzeża Kanady, do Zatoki Świętego Wawrzyńca, a konkretnie na wyspę Entry, gdzie ma miejsce morderstwo tamtejszego milionera Cowella. Podejrzana o zabójstwo jest jego żona Kirsty, którą Sime gdzieś już widział, gdzieś poznał, na pewno ją skądś kojarzy, ale skąd? skoro Kirsty nigdy nie opuściła wyspy, a Sime jest na niej pierwszy raz? Być może to senna mara, która kiedyś, gdzieś, mu się przyśniła, a może to wspomnienie odległe? tyle, że nie jego osobiste i własne? a raczej wspomnienie praprapradziadka, którego pamiętniki czytała mu kiedyś babcia?

===========================

„Sime dostrzegł ją – widniała na tle wschodzącego słońca i ciągnęła się wzdłuż horyzontu, a jej dwa wzgórza przywodziły na myśl przewrócony posąg z Wyspy Wielkanocnej. Gubiła się niemal w porannej różowej mgle, która unosiła się nad morzem. I zupełnie niespodziewanie poczuł na plecach dreszcz”.

entry_island_quebec_canad-453241

Wyspa Entry jest pięknym, ale i czasem groźnym miejscem, wietrznym, rozległym, ale i kojącym domem, ostoją,  wyspą na której „nie ma prawa. Tutaj wszystko załatwiamy między sobą”. Społeczność wyspy mówi jedynie po francusku, stąd decyzja wysłania tam Sime’a, który poza angielskim, włada biegle i francuskim. Podejrzewana przez wszystkich bez wyjątku o zabójstwo męża, Kirsty od początku wydaje się Sime’owi nie dość, że znajoma, to niewinna. Rozpoczyna się śledztwo, ale wątek kryminalny tutaj jest właściwie drugoplanowy. May skupia się bardziej na rozwinięciu historii praprapradziadka Sime’a, który podobnie jak on nosił takie samo imię i był Szkotem mieszkającym na wyspach znanych nam już z poprzednich książek Maya : Hebrydów Zewnętrznych.

Cofamy się do czasów kiedy to Szkoci byli niechcianym narodem, czasów „highland clearances” czyli przymusowych i okrutnych wysiedleń i czystek (w tym morderstw) całych rodzin szkockich, ponieważ jakiemuś właścicielowi ziemskiemu bardziej opłacało się zagarnięcie ziemi pod hodowlę owiec, niż dzierżawienie jej ludziom. Ziemia stała się celem. Upragnionym przez bogaczy. Niepożądani na niej byli biedni ludzie, którzy właściwie nie mieli z czego już opłacić dzierżawy, bo nawet nie mieli co jeść, do tego przyplątała się zaraza ziemniaczana, a ziemniak był wtedy jedynym głównym pożywieniem biedoty wyspiarskiej.  Historia przodka Sime’a ożywa najpierw we wspomnieniach sennych, potem podczas lektury pamiętników, które Sime odnajduje u swojej siostry. Wtedy może na dobre zatopić się w lekturze i poznać historię swojego praprapradziadka. Wówczas zrozumie skąd zna Kirsty.

Niezwykła to będzie opowieść, bo i będzie w niej wielka miłość, wielka tragedia, smutek, tęsknota: „Ciorstaidh! – Czekaj na mnie! … Gdziekolwiek będziesz! przekrzykuję własną bezradność. Znajdę cię, obiecuję!” będzie też przelana krew, dużo śmierci, odwaga, ucieczka, odnajdywanie własnej drogi i rozpoczynanie nowego życia w Nowym Świecie, do którego jedni wyjeżdżali z własnej chęci a inni z przymusu, nie mając innego wyjścia. To genialny kawałek historii Szkocja, jaką zafundował czytelnikowi autor. Wiele się dowiedziałam, czytałam z wypiekami na twarzy i wzruszałam się po wielokroć.

Sam wątek kryminalny również poprowadzony został ciekawie, a May stworzył postać kolejnego detektywa z problemami osobistymi. Świetna powieść, którą bardzo polecam!

„Wyspa powrotów” Peter May, wyd. Albatros 2016.