„Stacja Tokio Ueno” Yu Miri

„Seria z Żurawiem” to dla mnie gwarancja dobrej lektury. Jak dotąd, kilka książek, które z tejże serii czytałam, podobały mi się bardzo. Nie inaczej było i teraz.

Yu Miri napisała smutną powieść o człowieku, którego życie nie oszczędziło. Szczęśliwe, choć trudne i zwyczajne życie mężczyzny zaburzone śmiercią syna, a potem nagłą śmiercią żony, przedstawione zostało z perspektywy ducha. Jego ducha, ponieważ Kizu już nie żyje. Jego ostatnie lata życia to bezdomność i dworcowe życie na tytułowej stacji właśnie, pod brezentową płachtą, których wiele na tym znanym, japońskim dworcu,

Kizu teraz, już jako duch, podsłuchuje rozmowy bezdomnych, ale też rozmowy ludzi, którzy z jakiegoś powodu znajdują się na dworcu, ale głównie wspomina dawne czasy, kiedy przyjechał do Tokio, jako budowlaniec do pomocy przy budowie stadionu na Igrzyska Olimpijskie. Jego ciężka praca nie dała mu bogactwa, ale tak w sumie żyje wielu Japończyków, ledwo wiążąc koniec z końcem. Wspomina swoje dzieciństwo, pierwsze prace, które wykonywał przy połowach ryb, zbieraniu wodorostów, rozładunkach itp. które zwykle były ciężkimi, fizycznymi czynnościami, za które dostawał marne kwoty, ale które nauczyły go dyscypliny i szacunku.

Kiedy po latach jego syn, urodzony w tym samym dniu co książę Japonii, Naruhito, umiera nagle we śnie w wieku 21 lat, to całe życie Kizu zaczyna pędzić w przepaść. „Tylko śmierć jest w stanie zatrzymać upadek. Ale do śmierci trzeba jakoś dożyć, więc nie pozostaje nic innego jak tylko cierpliwie ciułać jen do jena”. A kiedy jeszcze później, w 2011 Japonię nawiedza silne tsunami i rodzinna wioska Kizu zostaje zalana, a w przebłyskach wspomnień widzimy, że traci on wówczas kolejnych najbliższych, i kiedy potem jeszcze dodatkowo umiera mu żona, to nagle już nic nie ma sensu. Samotność prowadzi go do Dworca Ueno. „Szukałem miejsca, żeby umrzeć, ale przez kilka dni, które spędziłem w parku Ueno, kompletnie opadłem z sił i koniec końców żyłem tu już pięć lat. Zimy były najgorsze”. […]
Być może powiedziałam tu już za dużo, ale wydaje mi się, że fabuła nie jest tu aż tak ważna, bo bardziej istotne jest przedstawienie Japonii odartej z „ochów” i „achów”. Yu Miri pokazuje brutalną rzeczywistość, gdzie brakuje szacunku dla biednych i bezdomnych, gdzie Japonia jest „brudna” i trzeba ją posprzątać, co szczególnie widać w scenie, która opisuje przejazd cesarza Japonii przez okolice dworca Ueno, a także gdzie wydarzenie, jakim są igrzyska olimpijskie, jest lub może być dowodem na wykorzystywanie ludzi w ciężkiej pracy.

Co mi się również podobało, to topograficzne szczegóły, które łatwo mogłam wygooglować i umiejscowić sobie idealnie akcję tej książki. Samo otoczenie dworca Ueno, sąsiadujące z nim budynki, pomniki itp. są świetnym dodaniem klimatu do książk. Poza tym, jest tu też wiele przypisów wyjaśniających niektóre wsponmniane w treści japońskie święta, wydarzenia, pojęcia, potrawy etc.

Podsumowując, to piękna opowieść o życiu w typowym, japońskim klimacie, ale z lekką domieszką brudu i sporą dozą smutku, poruszająca ważne tematy. Polecam.

„Stacja Tokio Ueno” Yu Miri, tłumaczenie Dariusz Latoś, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020

„Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii” Eliane Brum

„Reportaż oznacza konieczność opuszczenia siebie i zamieszkania w drugim człowieku – w świecie będącym drugim człowiekiem. Ruch ten możemy wykonać wyłącznie przez słuchanie angażujące wszystkie zmysły, a więc docierające zarówno do tego, co wypowiedziane, jak i do tego, co niewypowiedziane; do tego, co brzmi i wybrzmiewa, jak i do ciszy. Zarówno do powierzchni mebli, jak i do wyboru obrazków na ścianach. Do zapachów i nieobecności. Zaprzeczeń, zaskoczeń i wahań. Obgryzionych paznokci, nałożonego lub zapomnianego lakieru. Szczelin. Pozostałości. Słuchanie pozwala nie tylko poznać drugiego człowieka, lecz także umożliwia nam opuszczenie siebie i wejście w jego skórę. Reportaż oznacza wyjście poza uprzedzenia, sądy, światopogląd, aby wkroczyć w odmienne doświadczenie istnienia na świecie. Następnie trzeba udać się w długą drogę powrotną, wydać na świat słowa składające się na historię zapośredniczoną przez ciało powracające z nieznanego miejsca i opowiadające o pewnym „gdzieś”, które dzięki reportażowi stało się również „tu”. W ten sposób docieram też do ludzi, dla których słowo i pismo to dwie różne rzeczy”.

Powyższy cytat pochodzi ze wstępu do książki autorstwa Eliane Brum. Warto go przeczytać, bo autorka opisuje w nim swoje podejście do świata, do ludzi, do życia w ogóle. Przedstawia swój sposób widzenia różnych, poruszonych w reportażach kwestii, pokazuje jak dobierała sobie historię i jak odbywało się samo ich zapisywanie, ile czasu spędzała z konkretnymi osobami, które w tym zbiorze zyskują miano bohaterów.

Nie wiedziałam wcześniej zbyt wiele o Brazylii. Jak sama autorka wspomina, nikt z Europy o niej zbyt wiele nie wie. Kraj ten kojarzy się nam z nędznymi fawelami, karnawałem w Rio, piłką nożną i puszczą amazońską. Właściwie nikt nie zagłębia się w historię kraju i ludzi, których przeszłość to pokolenia niewolników, emigrantów, biedaków. Historia Brazylii była i jest burzliwa: wiele lat pod rządami dyktatury, wiele niesprawiedliwości społecznych, rasizm, gangi przestępcze, ale przede wszystkim kontrasty między bogactwem, a biedą to najważniejsze problemy. Każdy z reportaży porusza ważne kwestie, ale zrobione jest to w bardzo wyważony, delikatny sposób. Wiele z nich wzrusza, łamie serce i co wrażliwszemu czytelnikowi może być ciężko to czytać. Niemniej jednak warto, bo to kawał dobrej roboty. Autorka, jak jest napisane na ostatniej stronie okładki słowami Aleksandra Lipczak: „Jak nikt inny potrafi spleść w całość przemoc i poezję, niesprawiedliwość i piękno, ekstremalne wykluczenie i zwykłe życie”.

Ujęło mnie tu sporo historii, ale najbardziej chyba dwie: o domu spokojnej starości i o matkach, które musiały pochować własne dzieci, zabite w wyniku porachunków gangsterskich. Te dwa reportaże najbardziej mnie dotknęły i na pewno zapamiętam je na długo.

Dom spokojnej starości jawi się jako przejście z życia w śmierć, ale mimo, iż samotność, smutek i choroby są tam najmocniej ukazane, to zdarzają się również romanse, tkliwości i radość z ukradkowego przebywania razem. Niemniej jednak to bardzo smutny reportaż. „Tak jak wszyscy Sandra znajduje się w martwym punkcie. Starcom ubyło więzi, przyjaźni i czułości, a przybyło lat. Żyją dłużej niż ich rodzice i dziadkowie i doświadczają większej samotności. Jeszcze zanim ich serce zabije po raz ostatni, spotyka ich śmierć społeczna. Kroczą zbyt wolno w szybkim świecie, który nie wybacza potknięć. Stali się nieygodnymi dowodami. Społeczeństwo porzucające ich pod żelazną bramą Domu wie, że stąpa po grząskim gruncie, bo nawet najlepszy chirurg plastyczny nie będzie w stanie przeciągnąć młodości w nieskończoność. Stanowią pokryte zmarszczkami, niepewnie stawiające kroki, uciążliwe przypomnienie nie tego, co było, lecz tego, co czeka każdego”. Co za piękny i trafny opis w ogóle! (Język Eliane Brum jest genialny, dodatkowo trzeba pochwalić tłumacza, Pana Gabriela Borowskiego, który wykonał świetną robotę, bo czyta się te reportaże niezwykle płynnie i dobrze. Sam zresztą popełnił niewielkie „Słowo od tłumacza”, w którym opowiedział, jak trudna była praca nad tym przekładem.).

Z kolei reportaż o matkach swych zabitych synów, odkładających pieniądze na kolejne trumny, nie tylko obrazuje ich ciężkie życie, jako matek, ale też odsłania zasady rządzące w fawelach, czyli brazylijskich dzielnicach nędzy. Średnia długość życia chłopców zaangażowanych w handel narkotykami (bo tu nie ma nic innego do roboty, a z drugiej strony, by przeżyć w ogóle, trzeba przynależeć do jakiegoś gangu) wynosi dwadzieścia lat, do tego dochodzi klasa społeczna i kolor skóry, które determinują, kto szybciej zginie. Matki próbują chronić swoje dzieci, zamykając je w domach, ale przecież nie da się tak żyć cały czas. Broń palna noszona przez chłopców w wieku trzynastu lat, jest tu czymś normalnym. „Helena Silva Cruz straciła dwóch synów. Trzeci stał się zabójcą, gdy pomścił braci”.

„Kolekcjoner porzuconych dusz” jest tytułem całego zbioru, ale też tytułem jednego z reportaży opowiadającym o człowieku, który zbiera z ulic w Porto Alegre różne przedmioty wyrzucane przez mieszkańców, nazywa to „okruchami miasta”. To kolejny wzruszający reportaż. Inny z kolei opowiada o akuszerkach niosących pomoc w puszczy amazońskiej, które zajmują się, jak to określają, „łapaniem dzieci”. „Akuszerka nie ma wyboru. Wzywa się ją w środku nocy, by zasiedlała świat”. Jest tu też opowieść o chorej na nieuleczalny nowotwór kobiecie, o człowieku, który od rana wykrzykuje na ulicy reklamę kumulacji w totolotka, o połykaczu szkła, o poszukiwaczach złota, o krainie Śródziemia w puszczy amazońskiej, którą za wszelką cenę rząd chce zniszczyć, budując elektrownię wodną na rzece etc..

Każdy z tych reportaży jest ważny i każdy niesie jakąś naukę, wzbudza empatię w czytelniku. Mogłabym tu zarzucić was cytatami, bo jest mnóstwo wartych tego, ale sięgnijcie sami po reportaże Eliane Brum. Książka tej wielokrotnie nagradzanej dziennikarki jest warta dużej uwagi, bo mimo, iż w każdym kraju są podobne problemy i podobne krzywdy, to warto o nich czytać, by mieć choćby świadomość tego, co działo się/ dzieje na świecie.

„Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii” Eliane Brum, tłum. Gabriel Borowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020.

„Cios kończący” Mariusz Czubaj

Jak ja lubię takie kryminały: mroczne, z wartką akcją, ciekawą intrygą, smutnym i styranym życiem policjantem. Czubaja czytałam tylko „Dziewczynkę z zapalniczką” w 2018r. Błąd. Zaczęłam od końca przygodę z profilerem z Katowic, Rudolfem Heinzem, a teraz sięgam po najnowszy „Cios kończący”, którego premiera jest dokładnie dzisiaj i który niestety kończy serię książek z tymże policjantem, bluesmanem i karateką w jednym. Nie bardzo łapałam się w szczegółach dotyczących wcześniejszych wydarzeń i spraw z życia Heinza wspomnianych tutaj, no ale na szczęście, nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo w lekturze, a mam na półce poprzednie tytuły, więc będę mogła to nadrobić. No ale do brzegu, jak mówią..

Rudolf Heinz, aktualnie nie pracuje już w policji od dwóch lat. Jest na przymusowej „emeryturze”, ale nie z racji wieku oczywiście. Nie wiem dlaczego, gdyż nie znam poprzednich wydarzeń, ale to nie szkodzi. W policji zjawia się młoda i ambitna, a także niezwykle rezolutna aspirantka Sylwia Świętoń która dnia pewnego znajdzie Heinza i poprosi o pomoc w śledztwie już dawno zamkniętym, ale jakoś nie dającym jej spokoju. W Świętochłowicach zamordowana została niegdyś, w swoim mieszkaniu, młoda kobieta, Justyna: ktoś rozwalił jej głowę młotkiem, a dodatkowo dusił. Sprawcy nie znaleziono. Śledztwo zamknięto. Zupełnie bez sensu. Świętoń uważa, że to niesprawiedliwe, że nikt nie zainteresował się na tyle tą samotną dziewczyną, która wcześniej była wesoła i towarzyska, a przed śmiercią zamknęła się w sobie, wzięła tajemniczy kredyt. Potem tak po prostu ktoś rozwalił jej czaszkę. Dlaczego?

Heinz w swoim sarkazmie i obojętności na życie, „z syndromem wypalenia, otoczony przez wewnętrzne demony, targany wyrzutami sumienia” nie chce znów babrać się w jakimś mrocznym śledztwie, a tym bardziej nielegalnie, w końcu nie pracuje już w policji. Niemniej jednak, gdy Sylwia donosi mu więcej szczegółów, jego ciekawość i intuicja biorą górę. Zbiera się w sobie i razem z policjantką, próbują rozwikłać sprawę dawnego morderstwa. Podejrzanych będzie kilku. Kim będzie morderca?

Mało tego, drugim torem powieści biegnie sobie historia gościa o czarnych oczach. Kim jest? Czy ma związek z morderstwem Justyny? czy może to zupełnie odrębny wątek? „Nawet nie wiemy, kiedy osadza się na nas ludzki syf. I musimy go zmyć. Bo inaczej sami staniemy się częścią tego brudu. Zrastamy się z nim. Tak naprawdę mało kto to dostrzega i potrafi oczyścić się w porę. Niektórzy widzą to za późno, inni, i tych jest zdecydowana większość, nigdy” – powie. Muszę przyznać, że bardzo fajnie został ten wątek wpleciony do śledztwa Heinza i Świętoń. Wszystko się później zazębiło i zagrało jak trzeba. Finalne zaskoczenie i przyspieszone tempo akcji to też, to co lubię w kryminałach.

Czubaj pisze lekkim piórem, stworzył ciekawą postać, w której trochę jest z niego samego, jak sam przyznaje w Posłowiu, choćby ten blues i fascynacja karate. Żal, że to ostatnia już książka z tej serii z Heinzem, ale uważam, że też nie ma sensu ciągnąć czegoś na siłę. Czasem trzeba pozwolić bohaterowi odejść. Już dość się narobiłeś, Heinz, dość przeżyłeś, oszczędzę Ci dalszych zawirowań, wyjedź, spakuj walizkę, zacznij od nowa gdzieś indziej, my Cię tu zapamiętamy.

Ja na pewno niedługo wrócę do poprzednich tytułów, więc dla mnie to nie koniec przygody. Dla mnie bujany fotel z okladki jeszcze się buja :)

„Cios kończący” Mariusz Czubaj, Wydawnictwo W.A.B., 2020

„Moja mroczna Vanesso” Kate Elizabeth Russell

Niektórzy mężczyźni nigdy nie zostaną moimi facetami, bo zerkają pod spód i widzą cały mój syf, dosłowny i metaforyczny: w mieszkaniu wąska ścieżka prowadząca między stertami ubrań i śmieciami z sypialni do łazienki, chlanie, niekończące się chlanie, aż film się urwie, potem seks i koszmary. „Jesteś lekko porąbana”, powtarzają, najpierw ze śmiechem, postawa w rodzaju „może jednak będzie zabawnie”, ale gdy tylko wybełkoczę im historię swojego życia – nauczyciel, seks, piętnaście lat, lubiłam to, tęsknię za tym – natychmiast rezygnują. „Masz poważny problem”, stwierdzają w drodze do drzwi. Z czasem dociera do mnie, że lepiej trzymać buzię na kłódkę, że lepiej być naczyniem, które oni zapełniają”.

Ta powieść, pod kątem psychologicznego rozkładania na elementy pierwsze odczuć i emocji bohaterki: Vanessy, początkowo 15-letniej uczennicy, a potem już 30-letniej kobiety (bo narracja prowadzona jest w dwóch ramach czasowych) jest genialna. Kompletnie nie wiem, czy będę umiała napisać coś konkretnego i mądrego o tej książce, bo ona wymaga jeszcze ode mnie „przegryzienia się” i przefiltrowania przez moje emocje. Niełatwo było mi zrozumieć tak chorą relację, jaka wywiązała się między nastolatką, a 42-letnim nauczycielem. Dlaczego? No jest niesmak, nie ukrywajmy. Z jednej strony wygląda to wszystko na manipulację i wykorzystanie dorastającej dziewczyny przez obleśnie śliniącego się mężczyznę, a z drugiej, widzimy Vanessę, która jednak od początku lgnie do niego, pragnie go, obsesyjnie go prowokuje, choć gdzieś głeboko w myślach czuje obrzydzenie do jego dużego brzucha, czy staromodnego ubioru. Czy czuje się na tyle samotna, by szukać pocieszenia w ramionach byle kogo, kto zwrócił na nią uwagę? czy po prostu lubi niebezpieczeństwo, ryzyko i dominację?

Dziewczynka niewątpliwie ma w sobie ten tytułowy mrok. Jak tylko opuszcza dom rodzinny gdzieś w stanie Maine i ląduje w akademiku, stara się skupić na nauce, ale nie ma przyjaciół, ledwo nawiązuje kilka dziwnych relacji, chce być młodą buntowniczką, nie sprząta w pokoju, jest opryskliwa, popija, podpala. Kiedy Strane zwraca na nią uwagę, Vanessa zapisuje się do dodatkowego kółka z literaruty, a wtedy już sama leci, jak ćma do światła, w łapy tego człowieka.

Strane stanie się jej obsesją, ale tak naprawdę, kto i kiedy rozpoczął tę grę? „Każde nasze spotkanie jest podminowane czymś potencjalnie niszczycielskim”, powie Vanessa. A kogo niszczy bardziej? Jak poradzi sobie dziewczyna w tym dziwnym związku, który musi być ukrywany przed wszystkimi, bo przecież ona jest nieletnia? Jak zachowa się Strane, kiedy będzie musiał stawić czoła oskarżeniom? „Nigdy bym się tak nie zachował, gdybyś nie była taka chętna”. Bo była. Zawsze i wszędzie gotowa. Tęskniąca i pragnąca miłości, opieki, tego, że jest jak „Lolita” która ma władzę nad tym żałosnym mężczyzną.

W dorosłym życiu jednak, cała ta młodzieńcza fascynacja i relacja będą miały wielki wpływ na relacje damsko-męskie Vanessy, co widać na przykładzie początkowego cytatu w mojej notce. Psychoterapia, jakiej podda się kobieta doprowadzi ją do kluczowego pytania „Bo jeśli to nie była miłość, to co?”. Jak odpowie sobie na to Vanessa? Co zrobi, kiedy okaże się, że nie tylko ona była tą „wybraną” przez Strane’a, kiedy okaże się, że były też inne… Czy przyzna się, że również była ofiarą, czy nadal będzie temu zaprzeczać?

Ważnym wątkiem w powieści są też rodzice Vasessy i to jak zareagowali ci prości ludzie: matka i ojciec, kiedy skandal wybuchł w szkole? Więcej nie dodam, bo i tak chyba już za dużo napisałam. To trudna książka do zrecenzowania, tak by, nie wyjawić zbyt wiele. Tu się tyle dzieje na podłożu emocji i uczuć, że naprawdę czuję się wykończona lekturą. Ale w taki pozytywny sposób. To angażująca opowieść, która naprawdę daje w kość i doceniam bardzo ten debiut prozatorski autorki.

To jak Russell opisuje, co działo się w głowie nastoletniej, a potem już dorosłej Vanessy jest genialne i nie mieści mi się w głowie. To ciągnące się przez całe życie uzależnienie od Strane’a, wspieranie go w chwilach, kiedy został oskarżony o molestowanie innej uczennicy, uprawianie z nim po latach seksu w wynajmowanym pokoju, a jednocześnie nienawidzenie go za te szybkie w niej ruchy…. To wszystko, sprawiło, że lektura powieści wlazła mi w trzewia tak głęboko, że wiem, że jej nie zapomnę. Jakże porypane są ludzkie umysły! Jak bardzo niewiele wiem jeszcze o człowieku… Jak trudne jest ogarnięcie rozumem podporządkowania się człowiekowi, który jedną pieszczotą, albo jakimś zdaniem, potrafi wpłynąć na psychikę drugiej osoby.

Autorka niewątpliwie musiała poświęcić wiele czasu na wgryzienie się w temat pedofilli, molestowania seksualnego, czy w ogóle samej manipulacji człowiekiem. Nie na darmo przywołana jest tu książka Nabokova „Lolita” (której nie czytałam jeszcze, bo jakoś mnie odrzucała zawsze), w której relacja między Humbertem a Lo dość mocno przypominała tę pomiędzy Vanessą a nauczycielem literatury amerykańskiej.

Szalony rollercoaster emocjonalny. Mocne i dobitne. Jak dla mnie, jedna z lepszych książek tego roku.

P.S. Jedyne co mnie lekko raziło, to niektóre tłumaczenia, dokładnie dwa, ale też nie znam oryginalnej treści. Przykład? no nie sądzę, żeby kiedykolwiek mocno wkurzona dziewczyna odpowiedziała mężczyźnie „Aj waj!”, albo, kiedy ma ochotę na seks powiedziała mu „jestem potrzebowska”. Zgrzyt.

„Moja mroczna Vanesso” Kate Elizabeth Russell, tłum. Robert Sudół, wydawnictwo Otwarte, 2020

„Żmijowisko” Wojciech Chmielarz

Chmielarz ma umiejętność wyjątkową. Potrafi ostatnimi trzema czy czterema stronami obrócić wniwecz wszystko, co czytelnik sobie do tej pory poukładał w głowie czy rozkminił po swojemu. Rozwiązanie śledztwa, zagadki, tajemnicy nigdy nie jest takie, jakby się wydawało, że będzie. I co najlepsze, Chmielarz zostawia z tym człowieka samego, daje prztyczka w nos, mówiąc „weź se teraz to ogarnij i przyswój”. Jego końcowe twisty w powieściach udowadniają, jak trudno jest rozgryźć człowieka, choćby nie wiem jakie psychologiczne analizy mu robić, choćby nie wiem jak próbować go zrozumieć i układać sobie te puzzle z jego czynów, do których popchnęły go okoliczności czy inne przypadki. To nigdy nie będzie jasne i proste. I ten moment zaskaczenia w powieściach Chmielarza mnie mocno kręci i bardzo mi się podoba. Skończyłam czytać „Wyrwę” i pamiętam, że siedziałam z godzinę z rozdziawioną buzią, tutaj jest podobnie.

„Żmijowisko” niektórym się podobało bardziej, innym mniej. Filmu czy tam serialu nie oglądałam, ale książką jestem zachwycona, to mówię od razu. Fantastycznie nakreślone postacie, świetnie ukazane relacje pomiędzy grupą przyjaciół, którzy z czasem stają się dla siebie wrogami. Ich zachowania, reakcje na pewne wydarzenia z życia, nie są według mnie przerysowane, są normalne, po ludzku prawdziwe, mają gdzieś tam swoje podłoże i są konsekwencjami pewnych postaw i charakterów. I mimo, iż akcja przyspiesza właściwie w samej końcówce, to te 477 stron czytało mi się bardzo szybko. Rys psychologiczny wszystkich postaci i ich historie są jakby długim wprowadzeniem do tego, co rzeczywiście się wydarzyło w Żmijowisku, odległej wsi, do której cała grupa przyjechała pewnego lata na wakacje.

Gospodarstwo agroturystyczne w Żmijowisku prowadzone przez Krzysztofa i jego rodzinę (świetna postać teścia Krzysztofa zwanego Szuwarem!) znane jest z tego, że można tu odpocząć na łonie natury, w ciszy, niedaleko jeziora, z dala od zgiełku miasta. Znane jest z tego do czasu zaginięcia nastolatki, Ady, córki jednego z małżeństw, które przyjechało tu wypocząć. Potem będzie już znane tylko z tego zaginięcia, a tym samym interes zacznie upadać.

Arek i Kamila, rodzice Ady, nie są szczęśliwi ze sobą. Ada urodziła się z tak zwanej „wpadki”, małżeństwo zatem „powstało” z czystej odpowiedzialności i rozsądku, grzebiąc marzenia o lepszym życiu, szczególnie Arkowi. Para ma jeszcze małego synka, Ignasia, którego Kamila (od momentu zaginięcia Ady) nie kocha już tak mocno, jak powinna. Dla niej najważniejsza zawsze była Ada, choć relacja z nią, jak to z nastolatką, do najłatwiejszych nie należała. Kiedy Ada zaginęła, Kamila „zapominała o podstawowych czynnościach, jak picie, jedzenie, oddychanie i kochanie tego drugiego dziecka. Tego, które jeszcze mieli”. Arek z kolei, musiał dalej pracować, opiekować się synkiem, zajmować domem, zakupami, praniem, gotowaniem, kombinowaniem kasy na poszukiwania zaginionej córki, ale koniec końców i tak został oczerniony przez swoją żonę. Wszystko przez pewien wywiad. Od tamtej chwili z Arkiem nikt nie chce mieć do czynienia, znajomi się odsuwają, pracodawca go zwalnia, a obcy ludzie obchodzą go szerokim łukiem. Dlaczego? Po roku od zaginięcia córki w tajemniczych okolicznościach (policja nadal nic nie ustaliła), Arek postanawia wrócić do Żmijowiska, bo wierzy, że być może natrafi na nowe ślady i wreszcie odnajdzie Adę.

Jego przyjazd do Żmijowiska oczywiście będzie obfitował w różne nieprzyjemności, gdyż Arek nie jest tam mile widzianym gościem. Przypadkiem trafia na koleżankę, która również przyjechała do Żmijowiska. To Adaoma, dziewczyna o nigeryjskim pochodzeniu, niegdyś znana prezenterka telewizyjna. Jej chłopakiem jest była wielka miłość Kamili – Robert. Czy Arkowi uda się wpaść na jakieś nowe ślady? Czy Adaoma, której historia jest również bardzo ciekawa i mocno skomplikowana, będzie mogła pomóc Arkowi?

To wszystko może się wydawać dość pogmatwane, ale rozdziały podzielone są na „Przed”, ‚Pomiędzy” i „Teraz”, co doskonale przedstawia wszystkie zdarzenia i ich konsekwencje. Każda z postaci jest tu ważna. Syn właścicieli agroturystyki: Damian, teść właściciela: Szuwar, córka nowego sąsiada: Sabina, on sam: Kajetan Rybak, ale przede wszystkim Robert – aktualny chłopak Adaomy, a były Kamili, Arek, Kamila, a nawet pojawiający się przez chwilę komendant policji. Oni wszyscy są na swoich miejscach. Niczego i nikogo bym z tej powieści nie wyrzuciła. Każdy zrobił coś, co wpłynęło na rzeczywistość, a sploty tych wszystkich zdarzeń doprowadziły do tragedii. No i jak już wspomniałam zakończenie rozwaliło mnie. Nie tego się spodziewałam. Nie tego…

Czekam z niecierpliwością na kolejne książki Chmielarza. Zostały mi do przeczytania jeszcze niektóre z serii kryminalnej z komisarzem Mortką (równie świetne). Samo „Żmijowisko” jednak kryminałem według mnie nie jest w ogóle. To raczej thriller psychologiczny, ale przede wszystkim opowieść o człowieku, o jego uczuciach, które trwają mimo wszystko, lub zmieniają się nagle o sto procent, o zdradach, bólu, tragedii, strachu, niespełnieniu… Świetna!

„Żmijowisko” Wojciech Chmielarz, wydawnictwo Marginesy, 2018.

„Las, pole, dwa sobole” Joanna Stoga

„Gdy do tego doszło, pomyślała, że to za karę. Za wszystkie zmarnowane lata, za brak odwagi i stanowczości. Za to, że zawsze przychodziła za wcześnie albo za późno, że odzywała się, gdy należało milczeć, i na odwrót – milkła, gdy słowa były na wagę złota. Za to, że dotąd była „nie dość” albo „za bardzo” i nawet urodziła się nie w porę, w dodatku wyrwana z łona matki kleszczami za głowę”.

To maleństwo, książeczka niewielkiego formatu i zaledwie 92 stron zawiera w sobie tyle uczuć i emocji, że po lekturze, już wiem, że będzie ona ze mną długo. Może dlatego, że w sporej części widzę tu siebie, jako córkę, która kilka lat temu również pochowała matkę, a może dlatego, że to naprawdę piękna książka o miłości i jednoczesnym braku miłości, o żalu i o smutku po śmierci, ale też o uldze i o „dobrze, że już mam to za sobą”….

Wiem, co czułam czytając tę historię, składającą się z króciutkich rozdziałów, które mogą być traktowane jako krótkie opowiadanka, ale tak czy siak, łączą się w jedną całość. Co zatem czułam? Bolało mnie. Gdzieś w środku. Czułam jakiś skurcz, który czuje się wtedy, kiedy chce się płakać, albo kiedy człowiek się boi. Czułam też taki potężny żal, za tym, że moja relacja, podobnie jak relacja bohaterki z matką, nie była taka, jak tych obserwowanych przez ducha matki dwóch kobiet w restauracji ( tak, ducha, bo są rozdziały, w których obserwujemy świat oczami zmarłej).

Córka, po śmierci swojej matki, musi załatwiać te wszystkie papierkowe sprawy, jakiś notariusz, jakieś podpisy, dokumenty, kończenie umowy z operatorem telefonicznym, sprzątanie mieszkania po zmarłej. Wiem, jak ciężko jest wykasować z telefonu kontakt „Mama”. Wiem, jakie to dziwne nie móc zadzwonić już do niej, mimo, że właściwie nie wiadomo co by się powiedziało? A może znów usłyszałoby się krytykę? Wiem, jak to jest kiedy nie zna się lub nie pamięta zdjęć matki, kiedy była młoda, kiedy ocenia się ją tylko przez pryzmat tego, jak burczała, jak się czepiała, jak żyła swoimi serialami… To wszystko tutaj o sobie przeczytałam. Wiem również, jak bardzo migawkowe bywają wspomnienia z dzieciństwa. Czy faktycznie kiedyś było się z tą mamą „razem”? Jeśli tak, to jak te okruchy wspomnień przywołać? Tytułowa wyliczanka dla bohaterki jest takim sposobem. Dzięki niej spływa zapach minionych lat, dotyk i emocje, jakie się czuło.

Matka, w postaci ducha, wspomina również swoje życie, szuka odpowiedzi na pytania o rodzaj samotności, którą odczuwała. Obserwując ludzi kolekcjonuje ich własne samotności nazywając je „mroczną”, „ostateczną”, „odkrywcy” czy „zastygłą w przerażeniu”. „Pytasz, po co mi ta kolekcja? Czemu krążę w poszukiwaniu samotności? Czy ja wiem? Może po to, by znaleźć wreszcie to jedno określenie, którym zdołam przyszpilić moją własną”. Odwiedza również swoje ulubione miejsca, spaceruje znanymi sobie ścieżkami, by koniec końców wrócić do swojego grobu i patrzeć jak jej córka przynosi znicze i szoruje pomnik, „… a przecież tyle razy jej powtarzała, że ona woli zwykły kopczyk albo prostą, kamienną płytę”.

To piękna ksiażka. Niesamowite, że na tak niewielu stronach formatu nawet nie A5, (format kojarzy mi się on z takim starym dzienniczkiem ucznia, roczniki ’75 powinny wiedzieć, o co chodzi, no może ciut większym) można tyle zawrzeć, tak głęboko i wnikliwie pokazać relacje, zmierzyć się z bólem i zajrzeć tym samym do wnętrza czytelnika, który, albo się w tym doskonale odnajdzie, bo już się z utratą bliskiej osoby mierzył, albo się nie odnajdzie, bo jeszcze tego nie przeżył, ale dzięki temu będzie mógł się dowiedzieć, jak to jest/będzie. Bo przecież „Wszyscy przychodzimy i odchodzimy. Ledwie się człowiek obejrzy”.

Mocna proza. To taka może zbyt osobista „recenzja”, ale cóż…. Trafiła we mnie bardzo ta książka. Polecam.

„Las, pole, dwa sobole” Joanna Stoga, Wydawnictwo Seqoja, 2020

„Szaniec” Agnieszka Jeż

„Czarne myśli. Dużo czarnych myśli. Cały świat wydawał mu się czarny. Budził się w nocy. Nie mógł spać. Rano podnosił się z łóżka z trudem, jakby każda noga ważyła więcej niż on cały. Ze wstrętem wkładał sutannę. Dlaczego nie mogły być w innym kolorze? Znał symbolikę – czerń wiąże się z prostotą i pokorą, ma przypominać kapłanom o konieczności praktykowania tych cnót. Czarny to także kolor śmierci i żałoby; kapłan ma umierać dla siebie, aby robić miejsca dla Boga w swoim życiu. Jemu też się wydawało, że umiera, ale w to zwolnione miejsce nie przybywało Boga. Było mu duszno, nie mógł się skupić. Powinien był myśleć o Najwyższym, a myślał o czymś zupełnie innym. „Źle się czujesz, bo wiesz, że to złe”, mówił sobie na początku. „Źle się czujesz, bo się boisz, że to się wyda”, mówił sobie potem. „Źle się czujesz, bo to trudne”, to mówił sobie jeszcze później. Nie można być dla siebie ciągle katem, trzeba trochę zrozumienia. Aż przychodziły ulga i spokój. Do następnego razu”.

W tajemniczym hotelu „Szaniec”, jeden z ośmiu gości zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju. Czyżby umarł we śnie? Chyba nie. Na biurku leży kartka z cytatem z Nowego Testamentu „Do MNIE należy pomsta, ja wymierzę zapłatę”. Wezwani na miejsce policjanci: Wiera Jezierska i komisarz Janusz Kosoń z komendy w Giżycku od razu podejrzewają morderstwo. Późniejsza sekcja przynosi dowody. Podejrzana jest pozostała siódemka gości hotelowych plus parę osób osługi. To w ogóle jest nietypowy hotel i nietypowi goście. Każdy z nich przyjechał na swoisty, surwiwalowy turnus. Tyle, że nie chodzi tu o taplanie się w błocie, krzesanie ognia i polowanie na zwierzynę, ale o kontemplację, odpoczynek w ciszy, z dala od zgiełku miasta oraz pewne psychologiczne zadania oraz testy jakim poddawani są uczestnicy. „Najważniejsze jest odosobnienie. Wszyscy mają pojedyncze pokoje. Znają tylko swoje imiona, nie wolno podawać nazwisk, miejsca pochodzenia, zawodu i tak dalej. Każdego dnia mają do wykonania zadania – pojedynczo albo w grupach. W hotelu albo na zewnątrz, ale na terenie ośrodka. Każde ma w jakiś sposób konfrontować – albo ze sobą samym, albo ze światem”. Jak swierdzi Kosoń, to dość oryginalna formuła, no ale, każdy robi to co lubi. Jeśli ktoś szuka takiej rozrywki, to czemu nie? Tylko dlaczego i jak dochodzi do morderstwa? Co jest powodem? Kto jest zabójcą? I czy rzeczywiście zawsze jest tak, że kat jest katem, a ofiara ofiarą? A co jeśli kiedyś kat był ofiarą i teraz szuka zemsty?

Śledztwo będzie szło do przodu, głównie dzięki dokładności i sprytowi Jezierskiej. Podobała mi się ta postać i chętnie poczytałabym o niej więcej, w kolejnych częściach. Na tę chwilę wiem, że jest sierżantem, ma dość mroczną przeszłość, siostrę rodzoną w zakonie, z którą ma słaby kontakt, obie wychowywały się w domu, gdzie ojciec nie stronił od przemocy i tłukł matkę, kiedy tylko przyszła mu ochota. Jezierska zatem dobrze zna pojęcie kata i ofiary, a także wie jak to jest odczuwać przemożną chęć zemsty. I choć jej ojciec już nie żyje, to nadal nie brakuje w niej chęci zaciśnięcia rąk na jego szyi. Jeśli chodzi o pracę natomiast, to Jezierskiej marzy się śledztwo z prawdziwego zdarzenia, „morderstwo z morałem, przewrotne czynienie dobra”, a nie tylko marne interwencje, z których niewiele wynika. Czyżby śmierć gościa hotelowego, który koniec końców okaże się księdzem, będzie przyczynkiem do takiego właśnie śledztwa?

Kosoń z kolei to stary wyga, ze swoimi odchyłami, lekko „niedogolony, niedoczesany i wymięty”, zmęczony i niemodnie ubrany, ale skuteczny i z dość dużą dozą sarkazmu, szczególnie wobec przełożonego. Jest jeszcze świetna postać pani prokurator Marii Przyzwan, och, ależ ją polubiłam! To kobieta, która jest rezolutna, bezczelna, często przeklina i ma celne riposty, jest zawzięta i uczulona szczególnie na niesprawiedliwość i układy. Bardzo fajnie dogaduje się, a właściwie przekomarza z Kosoniem i powoli zacznie doceniać również i Jezierską.

To bardzo dobry, solidny kryminał z akcją, która wciąga. Poza ciekawym śledztwem, w tym genialnie przedstawionymi przesłuchaniami gości hotelowych, bedzie się sporo działo. Uważność i skrupulatność w wyciąganiu wniosków Jezierskiej i Kosonia pomogą w postępie śledztwa, ale choć „góra” będzie poganiać, sprawa nie będzie prosta. Zanim dowiemy się, kto jest mordercą, poznamy wiele faktów z przeszłości wielu osób. Co do tożsamości mordercy zaś, byłam mocno zaskoczona, bo obstawiałam zupełnie inną osobę. A nawet dwie. Nie trafiłam. I o to chodzi w rozrywce kryminalnej. Żeby nie trafić. A przynajmniej nie od razu. Wątek zamordowanego księdza, który poprzez restrospekcje jawił się będzie w oddzielnych, krótkich rozdziałach, z których jeden zacytowałam na początku, to również mocna historia. Nadal aktualna, że tak powiem… No a samo zakończenie śledztwa, to już inna kwestia. Czy zgodzimy się z takowym? Czy sami bohaterowie będą usatysfakcjonowani? Powiem za autorką „Teraz wszystko zależało od interpretacji”.

Świetna rzecz. Polecam miłośnikom kryminałów! Premiera 2 września.

„Szaniec”, Agnieszka Jeż, wydawnictwo Burda Książki, 2020.