„Żywica” Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt. Wszystko wówczas wyglądało inaczej. Wtedy rzeczy taty nie zajmowały jeszcze tyle miejsca, by nie dało się wejść do salonu. Mama nie była też jeszcze taka gruba, by nie móc wydostać się z sypialni. Było to natomiast po tym, jak zgłosili, że umarłam, bym nie musiała iść do szkoły. A może przed tym? Kolejność nie jest moją mocną stroną, czas zlewa mi się w jedno. Pierwsze lata życia wydają się trwać w nieskończoność. Teraz ta pani mi mówi, że to dlatego, że człowiek doświadcza wszystkiego po raz pierwszy i robi to na nim wrażenie, a wrażenia zajmują dużo miejsca, tak twierdzi. Rzeczywiście, wówczas w moim życiu wiele spraw zajmowało dużo miejsca. Wielu rzeczy doświadczałam po raz pierwszy. Jak na przykład zabijania babci.”

Już właściwie po przeczytaniu pierwszej strony można mieć wrażenie, że to będzie coś co zostanie z czytelnikiem na dłużej. I choć mamy dopiero początek stycznia, mam poczucie, że „Żywica” znajdzie się w Top 10 roku 2022 przeczytanych przeze mnie książek. Serio! To coś niezwykłego, przerażającego, dusznego, niepokojącego i jednocześnie napisanego pięknym językiem. Narracja prowadzona jest głównie przez 9-letnią Liv, która żyje, a jednocześnie jest martwa. Jak to możliwe?

Rodzina Haarderów żyła na duńskiej wyspie od pokoleń. Początkowo znani ze stolarstwa, a głównie z produkcji trumien, żyli spokojnie w lesie, miejscu dość izolowanym od miasteczka Korsted na duńskiej wyspie. Kiedy urodził się Jens Haarder, a jego ojciec zmarł nagle porażony piorunem, sytuacja zaczęła się komplikować. Brat Jensa opuścił wyspę, nie chciał zajmować się drewnem jak ojciec, pragnął nowych doświadczeń, ludzi wokół. Jens natomiast został na „Głowie” (czyli tej najbardziej wysuniętej i dzikiej części wyspy, oddzielonej od cywilizacji przesmykiem zwanym „Szyją”) i zajął się opieką nad matką oraz „produkcją” sadzonek choinek. Lubił też dłubać w drewnie, czuł je i kochał. Nauczył się wiele od ojca i chciał dalej coś z niego tworzyć. Pamiętał ich noce spędzane w trumnach z tyle co wystruganych świerkowych desek. Tak, dziwne, wiem, ale to z tym wiążą się najlepsze wspomnienia Jensa z dzieciństwa.

Kiedy Jens zakłada rodzinę, rodzą się bliźnięta: dziewczynka Liv i chłopiec Carl. Niestety dochodzi do wypadku i od tej pory Jens zaczyna popadać w pewnego rodzaju szaleństwo. Zamknięty w sobie, małomówny mężczyzna, panicznie boi się kolejnej straty, dlatego coraz bardziej izoluje życie swojej rodziny od innych. Stawia szlaban na terenie swojego domostwa z napisem „Wstęp wzbroniony” (zauważcie, że bez słowa „nieupoważnionym”), a jego totalne zdystansowanie się i maniakalne zbieractwo zaczynają stawać się dziwactwem dla mieszkańców Korsted, ale też zagrożeniem głównie dla żony, która po porodzie stała się tak tęga, że już nie opuszcza łóżka, a do tego traci głos. „Czasami myślę o twoim Tacie jako o motylu, który postępuje na przekór czasowi i właśnie się przepoczwarza. Ale może ja też to robię” – pisze w liściku do Liv jej matka. Jens nie jest pozbawiony uczuć, kocha rodzinę, uwielbia Liv, uczy ja wielu rzeczy, ona z kolei bezgranicznie mu ufa i mu wierzy. Jednak bez dostępu do szkoły i innych prawd, niż te wyrażane przez ojca, dziewczynka nie rozumie wielu kwestii. A Carl?

Mogłabym pisać wiele o tej książce, ale nie chcę zdradzić za dużo. Fabuła wciąga i coraz mocniej szokuje. Autorka wpędza czytelnika w nastrój totalnego oszołomienia i wielu różnych stanów emocjonalnych, bo początkowo wszystko wydaje się być w miarę „normalne”, ale im dłużej czyta się tę powieść, tym bardziej ona zaskakuje, a człowiek odczuwa lęk, złość, bezsilność, choć jednocześnie współczucie i smutek. Tytułowa żywica odgrywa tu ogromne znaczenie, jest lepka, można tak, jak mrówka idąca po „krwawiacym” pniu, obejść jej strumień z boku, ale można też stać się jej więźniem i ugrzęznąć w niej na zawsze, stając się kiedyś bursztynem z pradawną mrówką zatopioną w jego wnętrzu. A Jens kocha żywicę, potrzebuje jej. Do czego?

Wstrząsająca historia. Jak się zakończy?

Ogromnie polecam. Tę książkę znalazłam kiedyś na allegro, za jakieś grosze, kupiłam właściwie w ciemno, choć uwiodła mnie okładka i zaciekawił opis. Warto było. Uważam, że to jedna z takich pozycji, które zostają z człowiekiem na długo, ale są stanowczo zbyt mało doceniane i za słabo promowane.

„Żywica”, Ane Riel, tłumaczenie Joanna Cymbrykiewicz, wydawnictwo Zysk i S-ka, 2020.

„Almond. Ten, który nie czuł” Won-Pyung Sohn

Pierwsza przeczytana książka w nowym roku południowokoreańskiej pisarki okazała się być całkiem przyzwoita, mądra i mimo, że raczej przeznaczona jest dla nastolatków, to mnie zauroczyła. Pięknie przedstawiona jest tu przyjaźń między dwoma chłopcami: głównym bohaterem Yunjae, który cierpi na aleksytymię, a Gonem, chłopcem, który jest rozrabiaką, lubi się bić i pastwić nad innymi, zmienia szkoły i ogólnie jest dość nieprzyjemny dla otoczenia.

Czym jest aleksytymia? To niemożność odczuwania emocji. Yunjae nie potrafi się bać, nie czuje radości, smutku, jego mózg nie wykształcił odpowiedniej wielkości jądra migdałowatego ( to dlatego mama każe mu jeść migdały wierząc, że dzięki temu ciało migdałowate się powiększy). Zaburzenie zostało u chłopca zdiagnozowane tylko dlatego, że jego matka uważnie obserwowała jego zachowanie. Yunjae od początku był inny, a matka za żadne skarby nie chciała, by jej syn się wyróżniał, nie chciała by uznawano go za pozbawionego emocji, nieczułego chłopca, albo za głupka, który się nie uśmiecha i niczego się nie boi. Zamiast tego mówiła „Jest po prostu śmielszy od innych dzieci”. To doskonale przedstawiony element powieści: relacja matki z synem, a potem odwrotnie, jeśli mogę tak to ująć. Dlaczego tak właśnie? Bo w pewnym momencie dochodzi do bardzo tragicznego wydarzenia.

Ciekawie pokazana jest też relacja z Gonem, chłopcem, który najpierw pastwił się nad Yunjae, a potem uznał, że i tak nie osiągnie tego, co chce, że nie jest w stanie skrzywdzić Yunjae, gdyż tamten po prostu nic nie czuje. Owszem, czuje ból fizyczny spuszczanego łomotu, ale nie czuje emocji. Jak zatem zrozumieć taką osobę, jak ją sobie podporządkować? A może nie warto się tak spinać? Może warto po prostu się polubić, zrozumieć i zaprzyjaźnić? Autorka świetnie pokazuje jak ważnym jest nie ocenianie innych przez pryzmat ich zachowań. Wszystko może być bardzo względne i mieć źródło, które powstało z takiej a nie innej przyczyny. U jednych może to być kwestia medyczna, u innych chęć ukrycia własnych kompleksów i wrażliwości. „Nie mogliśmy się bardziej różnić. Ja nie miałem o niczym pojęcia, a on ukrywał swoją bezbroność. Udawał, że jest silny. Ludzie mówili, że ciężko go zrozumieć. Byłem innego zdania. Po prostu niewystarczająco się starali”. Jakże te słowa Yunjae są ważne. Nie tylko dla docelowego odbiorcy tej ksiązki (nastolatkowie) ale też dla rodziców, którzy mają problemy wychowawcze z dziećmi.

Jak potoczą się losy Yunjae i Gona? Czego nauczą się od siebie?

Ta powieść w prosty sposób pokazuje, że ludzie często ignorują to, co ważne, skupiając się na pozorach, powierzchownie podchodząc do człowieka, może ze strachu? może ich to po prostu nie obchodzi? Yunjae mówi, że „większość osób ma uczucia, ale nie podejmuje działań”. Tak właśnie żyjemy. Często kompletnie nie zdajemy sobie sprawy, co się dzieje w głowie innej osoby, ale oceniamy ją, albo sami czujemy się niezrozumiani, bo ktoś nam bliski nie wkłada wysiłku, by nas „usłyszeć”.

To mądra książka, napisana prostym językiem, ale daje do myślenia. Pokazuje jak wielu młodych ludzi czuje się samotnych, niesłusznie ocenianych albo niedocenianych, „niewidzianych”. Ale to też książka o miłości i dojrzewaniu. Polecam. Dobra lektura. Warto też przeczytać notę autorki i notę tłumaczki na angielski, które również są interesujące.

„Almond. Ten, który nie czuł” Won-Pyung Sohn, tłumaczenie z ang. Urszula Gardner, Wydawnictwo Mova, 2021.

Podsumowanie roku 2021

Z 80 przeczytanych w tym roku książek wybrałam do fotki 15 dla mnie najlepszych – okładki widać na poniższym kolażu. Wszystkie recenzje tych książek, jak i innych przeczytanych przeze mnie w 2021 r. znajdziecie w zakładce „Przeczytane w 2021” (dla informacji, całą trylogię Izabeli Janiszewskiej „Wrzask”, „Histeria i „Amok” oraz drugą książkę Ruth Ware „Pod kluczem” podciągam pod te najlepsze, ale nie chciałam już zmieniać kolażu)

Wreszcie czytałam w większości to, co chciałam, mam na półkach, kupowałam. I taki jest też plan na ten rok. Współprac już prawie nie mam żadnych, bo też zdaję sobie sprawę, że mój blog nie jest opłacalny statystycznie i reklamowo. Instagram również nie ma tych przysłowiowych setek „lajków”. Nie zależy mi zresztą na tym. Im dłużej w tym siedzę, widzę, że najważniejszy jest dla mnie własny komfort psychiczny i spokój wyboru. Oczywiście nadal jest mi miło, kiedy ktoś proponuje mi coś do recenzji, ale wiem, że prędzej czy później i to zaniknie. Blogi są już tak mało popularne, o ile w ogóle jeszcze… Teraz liczą się filmy na yt, tiktoki, krótkie wrzutki instagramowe, popularność itp. Cóż, taka kolej rzeczy, kiedyś i to się znudzi. Ale miłość do czytania zostanie i tak. Pisanie sprawia mi przyjemność, i o ile mam czas i siłę to staram się to robić jak najlepiej, zdając sobie jednak sprawę, że profesjonalne „recenzje” to to nie są.

W każdym razie, chciałam podziękować nielicznym odwiedzającym za obecność/komentarze na FB i życzyć Wam wszystkiego dobrego w nowym roku, samych ciekawych lektur, spokoju wewnętrznego, radości, miłości, no i zdrowia w tych naszych popieprzonych czasach :-) Obyśmy przetrwali ten 2022 rok w szczęściu i niezachwianej wierze w drugiego człowieka.

„Zaraza” Przemysław Piotrowski

„Korupcja, korupcja powiązana z władzą, władza powiązana z półświatkiem, wszechobecność krążących niczym sępy nad padliną psychopatów w każdym z tych światów. Nie było lekarstwa na tę zarazę, można było tylko improwizować, przyklejać plaster na ropiejące rany w nadziei, ze uda się utrzymać pacjenta przy życiu jeszcze trochę dłużej. Proces gnilny państwa przyspieszył jednak w zastraszającym tempie i Brudnemu zbierało się na wymioty, gdy po raz któryś z rzędu widział w telewizji te same mordy, wypacykowane, uśmiechnięte, udające niewiniątka ciężko pracujące na rzecz obywateli. Prawie wszyscy byli psychopatami, zakłamanymi sukinsynami, którzy sprzedaliby własną matkę, aby tylko utrzymać się przy korycie. Cały ten świat to była jedna wielka pierdolona kpina”.

Kończę ten rok z kolejnym tomem kryminalnym w serii z komisarzem Igorem Brudnym. Dzięki tej historii przeniosłam się do świata gorzkiego i smutnego, brutalnego i rozczarowującego, choć nadzieję w tej całej historii daje miłość, jaka rozkwitła między Brudnym a komisarz Julką Zawadzką. Są świetnymi partnerami, wspierającymi się i widać, że im na sobie zależy. Oboje się przed sobą otworzyli, potrafią się przyjaźnić i ufają sobie chroniąc się wzajemnie. Jedno za drugim poszłoby w ogień. To ważne.

Brudny po ostatnich przejściach, jakie śledziliśmy w „Cherubie” dochodzi do siebie. Jego ciało odmawia posłuszeństwa, jeździ na wózku inwalidzkim choć intensywnie ćwiczy i się rehabilituje. Jego praca przynosi efekty, ale L4 nie pomaga, wręcz dobija. Przypadkiem trafia do niego pewna dziewczyna, która szuka zaginionej od trzech miesięcy siostry. Dziwnym trafem zaginięcie to splata się ze śledztwami prowadzonymi przez zielonogórską policję, dotyczącymi zabójstw prostytutek, głównie ze Wschodu. Nie byłoby może w tym nic zaskakującego, poza jednym: zwłoki jednej z nich nie mają w sobie krwi. Co wiąże te sprawy? Początkowo wszystko się rozłazi w szwach, nic do siebie nie pasuje, ale uparta Julka i jeszcze bardziej ambitny Igor Brudny zaczynają widzieć w tym wszystkim części wspólne. Finał okaże się, jak to zwykle u Piotrowskiego, kompletnie zaskakujący! Czytałam, czytałam i w końcu rozdziawiłam buzię mówiąc do siebie: „He??? serioooo?”. Czy zło zostało zwyciężone? Może tak, może chwilowo… ?

Książka jak zwykle rozwaliła mnie pod kątem intrygi kryminalnej i splątania wątków, a potem ich doskonałego połączenia. Nadal mamy, jak w poprzednich częściach, mroczny klimat, Zielona Góra jawi się miastem psychopatów zadziwiających swoimi skłonnościami, a brutalność ich czynów naprawdę prowadzi do wielu pytań o istotę człowieczeństwa. Świetna książka z otwartym zakończeniem, które mam nadzieję, prowadzi do następnego tomu z Brudnym – już zacieram ręce. Świetna to była lektura na ostatnie dni grudnia. Te petardy za oknem to nic w porównaniu z petardą, jaką jest pan Przemysław Piotrowski, który wskoczył na polski rynek kryminalny nagle i rozwalił mi mózg :)

Polecam.

„Zaraza”, Przemysław Piotrowski, Wydawnictwo Czarna Owca, 2021.

„Linie krwi” Jesmyn Ward

„W delcie Missisipi ziemia była tańsza, więc wzdłuż wybrzeża rozprzestrzenili się czarni Kreole. Łamaną angielszczyzną i francuszczyzną targowali się o swoje hektary. Jednak i oni, i ich sąsiedzi z białej biedoty utrzymywali się z roboty dla bogaczy, zupełnie tak samo jak w Nowym Orleanie: budowali sezonowe rezydencje wzdłuż plaży dla majętnych wychodźców z Nowego Orleanu, sprzątali je, pielęgnowali ogrody, a do tego łowili ryby, krewetki, zbierali ostrygi. Tu jednak mieli przestrzeń, mieli ziemię. Tworzyli własne, zwarte społeczności, zawierali małżeństwa z podobnymi do siebie, na rdzawej glinie wznosili nieduże, koślawe domki. Siali i zbierali niewielkie plony. Hodowali konie, kury, świnie. W lasach za domami montowali tycie bimbrownie, słynące z czystości produktu, jego mocy, oleistej konsystencji, która przepalała gardło na wylot. Parcele dzielili potem między dzieci, a bywało ich w stadku siedmioro albo i tuzin. Dzieciaki od małego uczyli strzelać i kierować autem, posyłali je do jednoizbowych szkół, gdzie nauka kończyła się na siódmej klasie. Ich dzieci budowały własne, koślawe domki, zawierały małżeństwa jako siedemnastolatki czy czternastolatki i zakładały rodziny. A Bois Sauvage nazywały Bożym Zakątkiem”.

W takiej rzeczywistości śledzimy losy bliźniaków mieszkających ze swoją babcią. Chłopcy: Christophe i Joshua właśnie kończą szkołę i chcą znaleźć pracę. W domu jest bieda, babcia prawie ślepnie, matka wyjechała dawno temu i zostawiła synów pod jej opieką, a ojciec jest narkomanem, który właśnie wyszedł z odwyku i ćpa znów. Chłopcy są ze sobą bardzo zżyci, pomagają babci jak mogą, ale zależy im na znalezieniu pracy, by mogli dokładać się do domowych wydatków, by nie musieli jeść tylko kanapek z dżemem czy krewetek złowionych przez sąsiada, które już wychodzą im bokiem. Wszechogarniający upał wysysa z mieszkańców Bois Sauvage siły, nadal w głowach mają oni wspomnienia związane z huraganem Catrina, choć żyją wszyscy w miarę zgodnie i spokojnie, doceniając to, co mają. W miasteczku jedyną rozrywką jest spalenie blanta, mecz koszykówki czy walki psów. Kiedy jeden z braci znajduje pracę w porcie, drugi z nich przeżywa głębokie rozczarowanie. W końcu obaj składali tam CV. Czyżby był gorszy? On przecież też chce uczciwie zarobić. Niestety ta porażka sprawia, że chłopak zajmuje się sprzedażą narkotyków. Czy nie przeszkadza mu to, że jego ojciec jest ćpunem? Czasem zazdrość o to, że komuś lepiej się układa, bywa złym doradcą, a może po prostu chłopak chce być zauważony?

Książka jest debiutem Jesmyn Ward. Wydano ją w tym roku, choć wcześniej ukazały się już inne książki tej autorki: „Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie” i „Zbieranie kości”. Podobnie, jak w poprzednich historiach, akcja dzieje się znów na Głębokim Południu Stanów Zjednoczonych, w tym samym miasteczku Bois Sauvage, którego klimat niejednokrotnie zawarty jest w opisach. I właśnie sednem tej książki są opisy, siła tkwi w szczegółach miejsc, emocji, czynności. Podoba mi się taka niespieszna, pełna melancholii i nostalgii narracja, która jest też bardzo plastyczna. Czytelnik jest w stanie bez problemu poczuć żar słońca, suchość trawy, zapach wody morskiej z portu, brzęczenie owadów nocną porą, pot na koszulkach bliźniaków, kłęby dymu ze spalonych blantów.

Sama historia dotyka głównie potęgi braterstwa, więzów, czy też „linii krwi”, które mimo, iż życie podkłada pod nogi różne kłody, są silniejsze od wszystkiego. Wszystko najlepiej widać w finale powieści, którego ostanie strony wzruszają. Piękna jest też postać babci, która mimo swojego słabego zdrowia tak wspaniale opiekuje się chłopakami, zawsze ma dla nich miłe słowo, liczy się z nimi, a i ich relacja z nią jest pełna szacunku i miłości, mimo, iż jako nastolatkowie mają swoje za uszami. Podobała mi się ta powieść.

Polecam.

„Linie krwi” Jesmyn Ward, tłumaczenie Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Poznańskie, 2021.

„Pod kluczem” Ruth Ware

Wow, ależ to było dobre. Niedawno pisałam o książce „Śmierć Pani Westaway” i obiecałam sobie, że niebawem sięgnę po „Pod kluczem” – tak też zrobiłam. Kolejna lektura na wdechu. Uwielbiam takie książki, które powywają mnie do innego świata i pozwalają zapomnieć o wszystkim, co rzeczywiste.

Książka rozpoczyna się dość charakterystycznie, jest listem pisanym przez osadzoną w areszcie kobietę, Rowan, do prawnika. Kobieta prosi go o wysłuchanie, obronę i ma nadzieję, że on (choć nieznajomy) jako jedyny, jej uwierzy. W co? W to, że nie zabiła tego dziecka. Z każdą stroną powieści zdajemy sobie sprawę, że jest to wyznanie prawdy, opowiedzenie historii, której zwieńczeniem jest niestety tragiczna śmierć dziewczynki. Dlaczego Rowan została uznana za podejrzaną?

Od początku jest nam żal Rowan, ma się ochotę powiedzieć „Hej, nie martw się, nie pozwolę, by Cię skazano, wysłucham Cię, opowiedz mi co się wydarzyło, po kolei”. Rowan opowiada swoją historię, która okrutnie wciąga, okrutnie…

Początkowo, Rowan pracowała w żłobku, ale pewnego dnia natrafiła na bardzo zachęcające i intratne ogłoszenie o pracę w charakterze niani, w posiadłości rodziny Ellincourtów w Szkocji. Zainteresowała ją i pensja i opcja zakwaterowania, a także sama zmiana otoczenia na cichsze i spokojniejsze niż Londyn. Opieką miałaby otoczyć czwórkę dzieci: to dwie dziewczynki w wieku szkolnym, jedna kilkunastomiesięczna i czternastolatka, która większość czasu mieszka w internacie. Jak można się domyślić rozmowa kwalifikacyjna przebiega świetnie, referencje Rowan robią wrażenia na Sandrze Ellincourt, a dzieci, jak to dzieci – narazie nie reagują przesadnie ciepło. Rowan dostaje pracę, co ją ogromnie cieszy. Problemem jedynie jest to, że musi zacząć właściwie od zaraz, jest rzucona na głeboką wodę, ponieważ państwo Ellincourt musi wyjechać na kilkanaście dni, czy sobie poradzi? Poprzednie nianie nie zagrzały miejsca zbyt długo w ostatnich latach, dzieci są rozczarowane, że ciągle przychodzi jakaś nowa opiekunka, a sam dom na pierwszy rzut oka wydaje się być super azylem, choć jest tzw „smart” domem, gdzie większość rzeczy uruchamiana jest przez cholerne aplikacje i mechanizmy. Rowan nie ma zbyt wiele czasu na poznanie się z dziećmi i „oswojenie” domu, ale decyduje się, że spróbuje.

Dziewczynki nie są przekonane do nowej opiekunki. Maddie ciągle stroi fochy, Ellie wydaje się być bardziej pokorna i posłuszna, ale jest pod dużym wpływem Maddie, malutka Petra nie sprawia większych problemów, a czternostolatki póki co nie ma w domu. To, co zaczyna się dziać w kolejnych dniach a właściwie w nocy… sprawia, iż książka powolutku zamienia się w opowieść grozy. Kiedy jeszcze przy rozmowie kwalifikacyjnej Maddie szepce do Rowan, że ma stąd wyjechać, bo duchom by się to nie spodobało, Rowan nie bierze tego na poważnie, niemniej z upływem czasu, sama zaczyna wpadać w lekkie przerażenie. Dlaczego?

Wiktoriańska posiadłość kryje w sobie sporo sekretów, mimo, iż Ellincourtowie przeprowadzili w niej generalny remont i podłączyli te wszystkie dziwne technologie, kamery i nowoczesne sprzęty, jakaś część domu jest w pewnym sensie zachowana. To, co odkryje Rowan jeży włos na głowie, ale to co odkryje później czytelnik wprawi w osłupienie. Czytałam i w kilku momentach powiedziałam głośno „ale że co????”, „what the fuck??”, „COOOO”? Trzeba przyznać, że Ruth Ware potrafi w thrillery. Potrafi zaskakiwać sposobem prowadzenia fabuły i odkrywa karty w taki sposób, że naprawdę czytelnika mocno to porusza. Cóż, w takich historiach, zwykle wyjaśnienie pojawia się na końcu ksiązki. I zapewniam, że jest to cholernie mocne zakończenie. Czytałam z otwartą buzią. Ciekawi mnie tylko sam finał, bo nie do końca domysliłam się co dalej i jakby czuję lekki niedosyt. Ale to nic.

Ruth Ware ma dar do pisania książek z klimatem grozy, niepokoju, niedopowiedzeń, tajemnicy. I mimo, że akcja tu dzieje się w czasach współczesnych, to ma się wrażenie tej „gotyckości” czasów wiktoriańskich. Dodatkowo dochodzi jeszcze tajemnica z przeszłości tego domu, ogromny „trujący” ogród, który również jest tu takim „niemym” bohaterem. Co się zatem wydarzyło w posiadłości? Dlaczego zginęło dziecko?

Dodam, że poza klimatem książki i napięciem akcji, świetnie też przedstawiona została sama główna bohaterka, jej charakter, to co ukrywa, co odczuwa, jej relacja z matką w dzieciństwie. „Pamiętam jak szlochałam w poduszke „Nienawidzę Cię”, kiedy mama wyrzuciła mi ulubionego misia, jej zdaniem zbyt starego, zbyt sponiewieranego, zbyt dziecięcego na taką dużą dziewczynkę jak ja. „Tak strasznie Cię nienawidzę”. Ale wtedy to też nie była prawda. Kochałam moją matkę. Kochałam ją tak bardzo, że ją to dusiło – a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Te wszystkie lata małych rączek wyplątywanych z rękawów i spódnic, zdejmowanych z szyi. „Już wystarczy, zniszczysz mi fryzurę” i „Na Boga, masz takie brudne ręce” oraz „Przestań się zachowywać jak małe dziecko, taka duża dziewczynka”. Te wszystkie lata bycia zbyt nachalną, zbyt zachłanną, zbyt dotykalską – prób stania się lepszą, porządniejszą, po prostu bardziej kochaną. Nie chciała mnie.”

Warto sięgnąć. Jeśli lubicie tajemnicze thrillery to jak najbardziej polecam.

„Pod kluczem” Ruth Ware, tłumaczenie Anna Tomczyk, wydawnictwo Czwarta Strona, 2020.

„Niewybaczalne” Izabela Janiszewska

„Wydaje nam się, że jeśli zrobimy to, co należy, poczujemy się lepiej, ale wcale nie musi tak być. Czasami zamiast ulgi przychodzi niepokój. A na miejscu pewności pojawia się wątpliwość. Tak jakby ta gra nie miała końca i gdy rozwiązujemy supeł na jednym krańcu nitki, pięć innych węzłów powstaje na drugim.”

Kolejna świetna książka pani Janiszewskiej. Po genialnym dla mnie tryptyku („Wrzask”, „Histeria” i „Amok”) mamy historię zupełnie odrębną, choć, uwaga, pojawia się tu na chwilkę postać Bruna Wilczyńskiego! (zaskoczenie). Przeczytałam ją na wdechu właściwie, bo oczywiście akcja wciąga niemożebnie.

Główną bohaterką jest Zuzanna, niegdyś dobra dziennikarka, ale po pewnym błędzie zawodowym, straciła zaufanie w środowisku. Teraz właśnie straciła ojca. Jej małżeństwo jest w rozsypce, wszystko nie układa się jak powinno, ona sama ma dość poważny problem z alkoholem, a do tego odkrywa, że wszystko co do tej pory wiedziała o swojej matce i swojej rodzinie, było kłamstwem. Jej matka wcale nie zmarła na raka wiele lat temu, zmarła całkiem niedawno, skacząc z okna zakładu psychiatrycznego. Zuzanna jest w szoku i jest bardzo zdeterminowana, by odkryć prawdę. Dlaczego ojciec ją okłamywał? Dlaczego jej matka się zabiła?

Wraca do swojego rodzinnego miasteczka, gdzie wszyscy się znają i gdzie nikt nie lubi obcych, co węszą. A jest w czym, bo w 1990r. zaginął 3-letni chłopczyk, którego zwłoki znaleziono potem w zagajniku razem z ciałami dwóch innych starszych chłopców. Jednym z nich był Emil – brat Zuzanny.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Niewiele. Może tylko to, że śmierć tych chłopców przez wiele lat kładzie się cieniem na mieszkańcach, wzbudza emocje i niszczy relacje, w śledztwie skazano pewnego człowieka, ale Zuzanna drąży dalej. Uważa, że to jej matka znała prawdę, zupełnie inną od tej znanej powszechnie. Czyżby w miasteczku doszło do zmowy milczenia? Czyżby w więzieniu siedział nie ten człowiek? Dzieje się sporo, mamy kilka ważnych i ważniejszych postaci, które nie mówią całej prawdy. Zuzanna, wraz z prokurator Mają Miksą, która w tamtym czasie prowadziła śledztwo, odgrzebują całą sprawę raz jeszcze, by wreszcie odkryć prawdę, która będzie wielkim zaskoczeniem

To świetnie poprowadzona historia, w której jedno małe kłamstwo wywołuje lawinę kolejnych. Nie ma już wtedy odwrotu. Nie zawiodło mnie ani zbudowanie postaci, ani połączenie wszystkich wątków i śladów, ani napięcie, które trzyma czytelnika przez cały czas. Wszystko było w sam raz, co zapewniło mi dobrą lekturę.

Dużo tu jest rozważań o śmierci i stracie, bo przecież większość postaci w „Niewybaczalnym” kogoś straciła. A nawet jeśli nie kogoś, to coś: radość życia, wewnętrzny spokój, miłość, sens. „Tak naprawdę ludzie nie obawiali się tego, że spotka ich coś złego, w rzeczywistości umierali ze strachu przed tym, co będą czuli, gdy najgorsze już się wydarzy”. To, co też widać w tej historii, to to, że nie zawsze znamy do końca swoich bliskich na tyle, by wiedzieć, czego się po nich spodziewać (niezależnie czy to nasze dziecko, wujek, syn, żona). No i jeszcze że „zbrodnie przerażają bardziej, gdy dzieją się w miejscach, w których dotychczas czuliśmy się bezpieczni i beztroscy”.

To bardzo dobry thriller / kryminał, jak zwał tak zwał. Pani Janiszewska w formie, czekam na kolejne książki, bo jestem pewna, że będą gwarantem dobrze spędzonego czasu.

„Niewybaczalne” Izabela Janiszewska, Wydawnictwo Czwarta Strona, 2021