„Włoski nauczyciel” Tom Rachman

DSC08051

Trudno było mi się na początku przebić przez tę prozę, nie wiem właściwie dlaczego, może trochę przez styl autora i sposób narracji w trzeciej osobie, jednak nie poddałam się. I zaskoczyło! Okazuje się, że to książka, która na pewno zostanie ze mna na długo, a jako pierwsza, ukończona w nowym roku lektura, nie umknie mojej uwadze przy kolejnym podsumowaniu roku. Nie czytałam „Niedoskonałych”, czyli debiutu powieściowego autora, a teraz jestem go bardzo ciekawa. Ktoś z Was czytał może?

Akcja „Włoskiego nauczyciela” dzieje się w latach 1955-2018 w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Anglii i Francji. Tytułowa postać to Pinch, a dokładniej, Charles Bavinsky, syn Bear’a Bavinsky’ego, amerykańskiego malarza, jednego z bardziej tajemniczych, modernistycznych, eksperymentujących geniuszy, fikcyjnych oczywiście. Czy naprawdę był geniuszem, czy może tylko tak siebie postrzegał i kreował? Kim był i dlaczego jest tak ważną postacią? 

Pinch od dziecka jest pod ogromnym wpływem swojego ojca. Ojca, który jest uparty, a wręcz zawzięty w swoich postanowieniach, zasadach i samoocenie, to cyniczny egocentryk, który ma głeboko gdzieś swoją żonę, syna, a w przyszłości również kilka innych żon i wiele innych dzieci, które spłodzi. Dla Bear’a najważniejsze jest malowanie,  jego obrazy nie mogą zostać sprzedane zwykłym marchandom, czy podrzędnym. nowojorskim galeriom sztuki. Bear marzy o największych muzeach świata. Uznaje tylko swoje racje. „Wszystko zawsze kręci się wokół jego sztuki – narzeka Birdie. – A prawdziwe dzieła, które stworzył, go nie obchodzą”. Birdie, to żona Bear’a, jedna z wielu, para się ceramiką, chce być w tym dobra, ale niestety żyje w cieniu męża, który skutecznie buduje swoje ego. Birdie prawdziwymi dziełami nazywa dzieci, w tym oczywiście Pincha, syna, który w pewnym momencie zostanie niejako „wybrany” przez ojca, ale do czego: do pomocy, czy do pracy dla niego? 

Seria obrazów Bavinsky’ego „Żywe natury”, które Bear stworzy w wielkiej udręce swojej ciągłej niedoskonałości, ujrzy światło dzienne, a właściwie „wystawiennicze” dopiero po jego śmierci. Choć czy faktycznie? Obrazy namalowane przez Bear’a i cały czas skrywane w jego pracowni, gdzieś we Francji, staną się przyczyną, celem i konsekwencją pewnych wydarzeń, które będą niejako zadośćuczynieniem, odkupieniem, a może zemstą Pincha? Albo zwyczajnie próbą jego poradzenia sobie ze sobą i ze światem? 

Czy Pinch zawalczy o siebie, czy pogrąży go cień swojego ojca? Czy w świecie sztuki, gdzie rządzą się całkiem inne prawa (co zresztą jest świetnie przedstawione) liczy się tylko wyrazista, dobrze kalkulująca osobowość, a talent schodzi na drugi plan? Czy z obrazu namalowanego przez jakiegoś twórcę, poznajemy prawdę o nim samym? A może to tylko iluzja? Pewności nie ma nigdy. 

Pinch vel Charles, to świetnie zarysowana postać. Poznajemy jego dzieciństwo i śledzimy jego losy aż do śmierci. Ten inteligentny, nieśmiały i wrażliwy człowiek, desperacko pragnący kogoś do kochania, samotny w swoim świecie, próbujący naśladować ojca, uczący się malować, budzi nasze współczucie, smutek, sympatię, kibicujemy mu. Nieważne, czy ma talent, czy tylko chciałby go mieć, jego postać „boli” czytelnika. „Nigdy nie zostanę swoim ojcem, bo zawsze byłem swoją matką” – powie, i to jest jedno z najsmutniejszych zdań, jakie przeczytałam w tej powieści. W nim jest wszystko, co określa Pincha i jego matkę. Bear to również genialnie przedstawiona postać – wzbudza tyle emocji, raczej negatywnych, że ma się ochotę naprawdę momentami wyrzucić tę książkę za okno, tak bardzo jest irytującym człowiekiem. 

To świetna powieść, z klimatem, z genialnie zbudowanymi postaciami, wzbudzająca wiele emocji, polecam. 

P.S. Każdy rozdział rozpoczyna się stroną z tytułem rozdziału i z notką na dole, typu „olej na płótnie (172x406cm) reprod. za zgodą spadkobierców autora”. Oczywiście na tejże stronie nie ma żadnego obrazu. Maluje go autor książki, a czytelnik, albo go ujrzy takim, jakim jest, albo zinterpretuje, jak będzie chciał.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Włoski nauczyciel” Tom Rachman, tłum. Jerzy Kozłowski, wydawnictwo Znak, 2019.

styczniowe zapowiedzi książkowe

Wybrałam kilka książek z oferty zapowiedzi kilku wydawnictw, które mnie najbardziej interesują. Jeśli chcecie wiedzieć o czym są, no to wystarczy wyguglować – wlepiam jedynie same okładki.

Na pewno kilka reportaży z wyd. Czarne:

Ciekawa książka o Arktyce z wyd. Marginesy

209fea1b857e340cff54ed1c4c899fb6_full

i dwie „górskie” z wyd. Agora (choć wydaje mi się, że „Rozmowy o Evereście” to ja już mam w jakimś starym wydaniu… muszę poszukać ;))

Te książki na pewno chciałabym przeczytać. Widzicie jeszcze coś ciekawego na styczeń? Bo na luty już wynalazłam parę, ale o nich kiedy indziej :)

Krótkie podsumowanie i stosik świąteczno-noworoczny

Przeczytałam w tym roku 75 książek, sporo jak na mnie i zabiegany czas. Oto najlepsza 15-stka (kolejność bez znaczenia):

  1. Legenda o samobójstwie” David Vann
  2. „Toksyczność” Jarosław Czechowicz
  3. „Milion małych kawałków” James Frey
  4. Strzały w Kopenchadze” Niklas Orrenius
  5. „Na Giewont się patrzy” Barbara Caillot-Dubus, Aleksandra Karkowska
  6. „Budząc lwy” Ayelet Gundar-Goshen
  7. „Uwolniona” Tara Westover
  8.  Trylogia Jensa Henrika Jensena: „Zanim zawisły psy”, „Mroczni ludzie”, „Zamrożone płomienie”
  9. Frankenstein w Bagdadzie” Ahmed Saadawi
  10. „Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” Souad Mekhennet
  11. „Miejsce” Dominika Kluźniak
  12. „Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata
  13. „Posełki. Osiem pierwszych kobiet” Olga Wiechnik
  14. „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen
  15. „Niewiarygodne. Prawdziwa historia gwałtu” T. Christian Miller, Ken Armstrong

Poniżej kilka książek, które dotarły po świętach jako taki mój prezent ode mnie dla mnie. I to są ostatnie zakupy tegoroczne. Na szczycie leży powieść „Włoski nauczyciel” – książka do recenzji, którą sobie wybrałam w ramach współpracy z księgarnią Tania Książka.

DSC08049

W nowym roku chciałabym kupować mniej (tiaaa, już wypatrzyłam z 10 nowości styczniowych ;)) które kuszą). Zobaczymy jak to wyjdzie. A tymczasem wspaniałości na 2020! Szczęśliwego!

„A co wyście myślały. Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja

e036d548-31a6-49d5-9b38-07f348ff97ad_900x„Wyglądacie normalnie, wcale nie jak panie z miasta. Jak was zobaczyłam, pomyślałam, że jesteście z Sanepidu. Bo co by tu obcy robił? To nie jest fajne miejsce – sklep byle jaki, na zewnątrz kosz na śmieci i pijaki. Nic ciekawego tu nie ma, żadnych rozrywek. Jedna osoba potrafi do mnie z dziesięć razy przyjść. Drobną rzecz kupuje i za trzydzieści minut wraca po następną. Żeby tylko się coś działo. Główną atrakcją tygodnia jest kościół w niedzielę. Wszyscy pędzą na mszę, bo niby tacy wierzący, a gdyby tylko mogli, łby by sobie pourywali. Dziwnie tu jest, serio. Chleba może mi zabraknąć, herbaty może zabraknąć, czekolady, ale wódka być musi”.

Autorki objeździły wiele wsi w województwie mazowieckim, które przecież jest dość rozległe i w każdym właściwie rejonie poglądy, zachowania i podejście ludzi do życia mogą się różnić, Objeździły te wsie, których nazw nie wymieniają, po to, by porozmawiać ze zwykłymi kobietami, napotkanymi gdzieś a to w polu, a to przed domem, a to na rowerze w drodze do sklepu, a to w sklepie, na manicure itd. Można się domyślić, że pytają je o to, jak im się na wsi żyje, jak było kiedyś, co sądzą o mieście, jak żyją, bo czytamy już tylko monologi/odpowiedzi tych kobiet. Czasem pojawiają się też krótkie informacje od ekspertów z dziedzin antropologii, etnologii czy socjologii, co nie do końca zawsze mi pasowało, bo trochę gryzło mi się z prostym językiem mieszkanek wsi, ale z drugiej strony czasem się przydawało do szerszego objaśnienia pewnych zagadnień. Czasem też autorki wtrącają krótkie akapity swoich wspomnień związanych z wsią.

W tych opowieściach mamy wszystko: jak to było dawniej na wsi, jak teraz się wieś postrzega, że ci miastowi to tacy mądrzy i wykształceni i zarozumiali, myślą, że na wsi same tępaki mieszkają, słowa „A co wyście myślały?” powtarzają się w kilku wypowiedziach, żeby nie było, że kobiety na wsi to gorsze są, że gorzej żyją i że nie potrafią myśleć. Mówi się o tym, że jedni wyjeżdżają do miast za pracą, bo na wsi już nie opłaca się prowadzić gospodarstw, to nie to co za PGRów, kiedy lepiej płacili. Mówi się o tym, że wiejskie kobiety nie mają aż takiego obycia jak te miastowe, ubierają się w jednym, wiejskim sklepie w to co jest, bo do miasta jechać za daleko a i wydatek większy. Ale niektóre lubią zrobić sobie manicure czy pójść do fryzjera. Czasem, bo generalnie na wsi zawsze jest robota i nie ma sensu zbytnio dbać o wygląd zewnętrzny.

Ta książka równie dobrze mogłaby odnosić się to jakiejkolwiek wsi w Polsce, nie tylko do tych z województwa mazowieckiego. Widać i nawet autorki same piszą w posłowiu, że nie chciały w żaden sposób wyciągać wniosków czy analizować wypowiedzi kobiet. Chciały po prostu ich wysłuchać, oddać im głos, pokazać, że są interesujące. Tylko co dalej? Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o tych kobietach. Mam wrażenie, że to trochę zbyt powierzchowne, no ale z drugiej strony skoro taki był zamysł… 

Podobały mi się te historie. Nie ma w nich zbytniego narzekania, czy skarżenia się na swój los.., choć czuć czasem żal za minionym, albo żal, że nie wiedziało się tego, czy owego, bo mogłoby się wtedy życie inaczej potoczyć. Widać, że ludzie pogodzeni są ze swym losem, że jest im dobrze na wsi, że żyją po swojemu, nawet jeśli ciężko trzeba pracować, bo przez to więcej doceniają i szanują. „My z nieba nie wyszlim. Ale może przez to mniej nam dziś trzeba”.

„Nie jesteśmy jak te cielęta. Mamy swoje zainteresowania, pasje” – mówi jedna z kobiet, która kocha czytać książki. Bo to nie tak, że jak ktoś ze wsi, to już tylko ze świniami w chlewie, albo w chuście w kościele. Dużo tu jest takich zdań, którymi kobiety za wszelką cenę chcą pokazać, że wcale nie są niewykształconymi, ciemnymi „wieśniarami” (jak stereotypowo się mówi). Bo nie są, choć niektórzy wyjeżdżają do stolicy, żeby w sobie takie kompleksy wyleczyć. Bywa, że czasem bardziej wieśniacki jest ktoś, kto z tak zwanej warszawki przyjedzie, dom sobie na wsi wybuduje i siedzi w nim jak panisko jakieś, kontaktu z sąsiadami nie chce, albo się obnosi.

To ciekawy obraz polskiej wsi, ale nie tylko. To również świetna lekcja pokory, szacunku do pracy i ojcowizny. Dzięki tym, niby na pozór chaotycznym, wypowiedziom mogłam się wzruszyć, docenić to, co mam, przypomnieć moje wakacyjne wyjazdy na wieś do rodziny, bo choć wszystko w tej książce jest właściwie oczywiste i niczego nowego się nie dowiecie, to warto czasem zajrzeć za płot do innych, by przypomnieć sobie, jak różni są ludzie i jak mylące są stereotypy.

„A co wyście myślały. Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja, wydawnictwo Poznańskie, 2019.

„Posełki. Osiem pierwszych kobiet” Olga Wiechnik

701708-352x500W 1919r. pierwszy sejm wolnej i zjednoczonej Rzeczypospolitej Polskiej został uznany za otwarty, a weszło do niego po raz pierwszy, osiem kobiet. Marszałek nadal nie umie się przestawić i mówi „Życząc Panom powodzenia….”. „Problem ma też prasa: „posełki”, „posełkinie”, „posłowie kobiecy”, może „poślice”? Nie jest łatwo nazwać kogoś, kto przed chwilą jeszcze nie istniał.

Ta książka to fantastyczna skarbnica wiedzy o kobietach walczących o prawa i godne życie kobiet po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, a nawet i wcześniej, przed I wojną światową. Olga Wiechnik przedstawia każdą z nich w sposób niezwykle interesujący: Zofia Moraczewska, Zofia Sokolnicka, Irena Kosmowska, Maria Moczydłowska, Jadwiga Dziubińska, Anna Piasecka, Gabriela Balicka, Franciszka Wilczkowiakowa wywodziły się z różnych środowisk, miały różne pochodzenie, poglądy czy to lewicowe, czy prawicowe,  doświadczenie życiowe, ale każda z nich była jak lwica. Zmotywowane, zmęczone panującą sytuacją, pewne siebie i pragnące zmian, miały dość niesprawiedliwości i poniżającego traktowania. Wiadomo, że aktualnie prawa kobiet są  i tak mocno podważane, czy ograniczane, ale należy uznać za wielki sukces sam fakt, że kobieta w wielu sferach przestała być zależna od mężczyzny, stała się samodzielną jednostką, uznaną za „myślącą”.

Podobał mi się sposób przedstawienia historii każdej z tych kobiet. Prym wiedzie zdecydowanie Zofia Moraczewska, której życie poznajemy najbardziej szczegółowo i pozostajemy z nią do końca książki, ponieważ występuje w każdym rozdziale. Poprzez listy pisane do swojej siostry Heleny, widzimy jak napięty był jej tryb życia i jaka ona sama była. Pisze m.in. „Wiesz, jedyna – odkryłam – że jest w tym życiu o własnych siłach jedna, wielka korzyść… Ogromnie się wyrabiam pod każdym względem. Co dzień prawie widzę postęp – uczę się energii, spokoju, szybkiej decyzji i organizowania się w każdej sytuacji. Zaczynam być naprawdę całym człowiekiem”. Jej mąż, Jędrzej Moraczewski, również jest mocno zapracowany, żyją praktycznie oddzielnie, a życie ich nie oszczędza. Dzieci rodzą się i umierają, a pomiędzy tym wszystkim Jędrzej, od posła w parlamencie austriackim staje się premierem w rządzie powołanym przez Piłsudskiego, po ustąpieniu Daszyńskiego. Ale nie o nim miało być, choć to ważna, wspierająca we wszystkim żonę, postać. Zofia do końca swoich dni pracuje, zostaje odznaczona Krzyżem Kawalerskim i Oficerskim, a także Orderem Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Niepodległości. Jest niezwykłą kobietą, o której w ogóle wcześniej nie słyszałam (wstyd).

Książkę czyta się jak dobrą powieść z pełnokrwistymi bohaterami, tym bardziej świadomie, że istnieli naprawdę. Czuję ogromny szacunek i podziw. Historycznie, Polska była przecież cały czas na rozdrożu: I wojna światowa, bolszewicy, potem okres międzywojenny, II wojna światowa, ale n.p. Jadwiga Dziubińska znajduje środki i siłę, by utworzyć szkołę dla dziewcząt ze wsi w majątku Kruszynek. Maria Moczydłowska w podkaliskim Liskowie pracuje w szkole rolniczej ucząc wszyskiego, co tylko może pomóc w rozwoju i życiu, nie tylko kobiet, a we współpracy z tamtejszym księdzem Wacławem Blizińskim, wieś rozwija się tak bardzo, że „stawiana jest za wzór w całym Królestwie, jak miejsce z bajki”. Irena Kosmowska zaś to kobieta „o kryształowym charakterze i wielkim sercu, która nie miała rannych pantofli, ale wydeptała ruchowi ludowemu setki ścieżek na swojej rodzinnej ziemi”.

Mogłabym tu wymieniać zasługi wszystkich ośmiu kobiet, o jakich mowa w „Posełkach”, ale musiałabym streścić ksiażkę, a nie o to chodzi. Wspomnę jeszcze tylko o: powstaniu Ligi Kobiet, tajnym nauczaniu, sprowadzaniu jeńców wojennych zesłanych do rosyjskich obozów, uświadamianiu kobiet, co do walki o to, by mogły w przypadku rozwodu być niezależne i mieć prawo do godnego życia, by mogły zawierać umowy, a nawet mieć prawo do utrzymania swojego nazwiska i że ich rolą nie musi być tylko rodzenie dzieci i sprzątanie domu.

Każda z kobiet – ośmiu posełek – znajduje swoje miejsce w kolejnych rozdziałach. Każda z nich warta jest uwagi. Każdej życie to nie tylko pasmo sukcesów politycznych czy społecznych, ale też nieszczęścia, bieda i trudności. Niemniej jednak, skąd brały w sobie tę siłę do walki o swoje prawa i przyszłość kraju? Nie wiem…. Jest to naprawdę godne podziwu i najwyższego szacunku. To także wielka odwaga i upór, by w kraju rządzonym przez mężczyzn, umieć przeforsować swoje racje, kiedy to generalnie, uważa się, że „kobiece mózgi są zbyt małe, żeby mogły pojmować nauki ścisłe, a narządy rodne uniemożliwiają racjonalne myślenie. Niektórzy przestrzegają nawet, że od intensywnego wysiłku umysłowego, wysychają piersi, a dzieci rodzą się wątłe i chorowite”.  

Chapeau bas. Jeden z lepszych reportaży w tym roku, jakie czytałam. Napisany sprawnie, płynnie i ciekawie, przy pomocy sporej ilości źródeł, bez oceniania, bez nadmiernych egzaltacji i peanów. Te kobiety są przedstawiane wręcz w skromny sposób… Ogromnie polecam.  I cieszę się, że ulica, na której mieszkam, nosi imię jednej z posełek właśnie.

„Posełki. Osiem pierwszych kobiet” Olga Wiechnik, wyd. Poznańskie, 2019

„Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata

pobrane„Już się pani zestarzała, a ciągle pracuje dorywczo, kandydata na męża pewnie też brak, Dziewica, ale warta tyle, co używany towar. Coś okropnego. W neolice błąkała by się pani po wiosce, za stara na rodzenie dzieci, bez mężczyzny. Balast dla społeczeństwa. Ja to co innego, jestem facetem, jeszcze mogę się odkuć, ale dla pani już przecież nie ma ratunku”.

Japońskie społeczeństwo rządzi się swoimi zasadami. Zresztą, nie tylko japońskie. W każdej zbiorowości ludzkiej istnieje pewien narzucony odgórnie system reguł, który ma czemuś służyć. Każdy człowiek w takiej zbiorowości, społeczności musi znaleźć swoje miejsce, a nie zawsze jest to proste. Indywidualizm jest przeszkodą. Są osoby, które nie chcą podporządkowywać się zasadom, chcą żyć po swojemu, pewnie i bezpiecznie, nie spełniając wymogów innych: rodziny, przyjaciół, ludzi z pracy. Chcą być częścią systemu, ale na własnych zasadach. Nie zawsze tak się da. Czasem trzeba dokonywać trudnych wyborów. Okazje ku temu pojawiają się nagle lub nie, wtedy sami musimy do tego dojrzeć. Ale też wszystko zależy od perspektywy. To jak nas widzą inni, nie zawsze zgadza się z tym czego my pragniemy.

Sayaka Murata pokazuje właśnie taki świat. „Świat normalnych ludzi nie znosi odmienności. Obce elementy są po cichu likwidowane. Ci, którzy nie pasują, zostają usunięci”. 36-letnia kobieta, niezamężna, nie mająca dzieci, nie potrzebująca właściwie niczego do szczęścia, poza miejscem, gdzie czuje się dobrze, bezpiecznie i pewnie, to właśnie Keiko. Tym miejscem jest konbini, czyli całodobowy, malutki sklepik wielobranżowy, który musi lśnić, musi być idealnie zorganizowany, jeśli chodzi o obsługę klienta, reklamę, czy też sezonowe promocje. Keiko pracuje w nim dorywczo od 18 lat. Właściwie nigdy nie przeszło jej przez myśl, by zmienić pracę, by zmienić słowo „dorywczo” na „etat”. Bo niby czemu miałaby o tym myśleć, skoro tam pracując właśnie dorywczo czuje się spełniona i szczęśliwa? Dlaczego ma ulegać presji rodziny czy koleżanek i szukać na siłę męża i płodzić dziecko, skoro tego nie chce i nie potrzebuje? Czy nowy chłopak, Shiraha, który zostanie zatrudniony w sklepie, zmieni jej podejście? Czy to co się później wydarzy, zmieni podejście Keiko do swojego życia?

To nie jest książka o tym, że nagle pojawia się książę i wyrywa podstarzałą dziewicę z zapyziałej roboty i żyją długo i szczęśliwie. Wręcz przeciwnie. On uzmysłowi Keiko, co jest tak naprawdę dla niej ważne, choć w sumie ona dobrze o tym od początku wie. Mimo, że od dzieciństwa jest uznawana za dziwaczkę i osobę mającą problemy z emocjami, to wie czego chce. Czy do bólu poukładanego życia i bycia nadal trybikiem w zorganizowanej machinie sklepu, czy może jednak nie? Czy warto może coś zmienić i tym samym wpasować się w ogólny obraz współczesnej kobiety? A może po prostu lepiej zostać sobą i mimo presji, mieć święty spokój i robić to co się chce, bez poczucia bycia kimś gorszym?

Świetna, prosta z pozoru, opowieść, która na zaledwie 142 stronach, daje nam lekcję nieoczywistego poczucia normalności i siły w tym trudnym, zaprogramowanym i śpieszącym się donikąd świecie. Polecam ogromnie.

„Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata, tłumaczenie Dariusz Latoś, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Dziewczyny” Emma Cline

496519-352x500Książka Emmy Cline opowiada historię Evie, nastolatki żyjącej gdzieś w północnej Kalifornii pod koniec lat 60tych. Evie jest samotna, nie ma przyjaciół, poza jedną koleżanką Connie, jej życie toczy się z dnia na dzień zupełnie nijak. Rodzice dawno są po rozwodzie, ojciec żyje z duża młodszą od siebie kobietą, a matka próbuje znaleźć sobie kogoś, by nie być tak przeraźliwie samotną, co nie do końca jej wychodzi. Zaczyna się lato i Evie przypadkowo poznaje czarnowłosą Suzanne Parker. Dziewczyna jej imponuje odwagą, pewnością siebie, jakimś rozmarzonym, seksualnym napięciem, które wywołuje, gdy się pojawia. Suzanne ma przyjaciółki, razem wygrzebują jedzenie ze śmietników, kradną, są bezczelne, ale wolne i swobodne.

Evie poznaje ich ranczo. Okazuje się, że na tymże, mieszka wiele osób, tworząc swoistą komunę/wspólnotę, która utrzymuje się z tego, co ukradnie, albo z tego, co znajdzie na śmietniku. Dzielą się wszystkim, nie zależy im na pieniądzach, wyśmiewają komsumpcjonizm, a dążą do niczym nieskrępowanej wolności. Guru wspólnoty jest Russell. „Pokochasz go – powiedziała – Jest zupełnie inny niż wszyscy. Żadnych bzdur. Bycie z nim to jak naturalny haj. Jak słońce albo coś takiego. Tak bardzo wielkie i słuszne”. To charyzmatyczny mężczyzna, który emanuje dziwnym seksapilem, mimo, iż nie jest super przystojny i super młody. Wszyscy wpatrzeni są w niego jak w Boga, który pokazując palcem wybiera sobie kolejne dziewczyny do uprawiania seksu czy też innych przyjemności. Sam próbuje śpiewać i marzy o nagraniu własnej płyty, w czym ma mu pomóc znany producent muzyczny, gruby i obleśny Mitch, który czasem zjawia się na ranczu, a czasem dziewczyny z rancza jadą do niego. Po co? No cóż, by być mu posłuszne, by przekonać go do muzyki Russella, tak aby ten mógł wreszcie nagrać swoją płytę marzeń. 

Wydarzy się tu wiele, dodajmy, że historia inspirowana jest sektą Charlesa Mansona i zbrodnią, jaka wydarzyła się w willi Polańskiego. Jest tu sporo odniesień do tego wydarzenia, choć bardziej skłaniałam się ku twierdzeniu, że jest to po prostu książka o dorastaniu i o szukaniu własnego miejsca i celu. Zbrodnia – owszem, wydarza się, i jest podobna w konsekwencjach i przyczynach, do tej którą popełniła sekta Mansona. Jednak to nie o tym w głównej mierze jest ta historia.

To co tu istotne, to to, że młody człowiek zawsze pragnie gdzieś przynależeć, szczególnie w wieku nastoletnim, kiedy wszystko jest czarno-białe, a w rodzinie nie dzieje się dobrze. Wtedy ważne jest, by być zauważonym. Evie, która zostaje zauważona przez Suzanne czuje się niezwykłą osobą, wyróżnioną. Już nie jest szarą myszką uczącą się z Connie w jej pokoju, teraz może nosić zwiewne, hipisowskie sukienki, palić papierosy, uprawiać seks, pić alkohol, bo na ranczu jest to codzienne i normalne. Może się otworzyć na nowe. Może słuchać własnego ciała i robić z nim co chce, ale przede wszystkim chce być WIDZIANA, głównie przez Suzanne, która jest dla niej kimś wyjątkowym, a może też przez Russela? Bo wcześniej bycie dziewczyną było takie: „trzeba przyjmować z rezygnacją, wszystko co się dostawało. Jeśli się wściekałaś, byłaś wariatką, a jeśli nie reagowałaś – byłaś suką. Mogłaś zrobić tylko jedno – uśmiechać się z kąta, w który cię zapędzili. Włączyć się w żart, nawet jeśli zawsze żartowanano tylko z ciebie”.

„Ale ranczo dowiodło, że można żyć na innym, bardziej wyjątkowym poziomie. Że można przepchnąć się przez te drobne, ludzkie słabości, że dalej jest większa miłość”.

Podobała mi się ta książka, mimo, iż mówi się o niej, że nijaka ta historia, i że egzaltowanym językiem napisana. Dla mnie to bzdury. Podobała mi się kreacja postaci matki Evie – totalnie zagubionej kobiety, która łaknie miłości, robi głupie rzeczy, poznaje beznadziejnych facetów i kurczowo się ich trzyma, mimo, iż wie, że nic z tego nie będzie, Chce choć przez chwilę udowodnić sobie, że jeszcze może znaleźć miłość. To bardzo samotna osoba, bardzo wrażliwa, kochająca córkę, ale nie potrafiąca pokochać samej siebie. Próbuje stworzyć dobry dom, ale tak naprawdę nie wie co robić. „Matka myślała, że życie jest proste jak zbieranie złota z ziemi, jakby rzeczy mogły się w taki sposób dla niej układać”. Evie to widzi, nie jest dla matki dobra, czasem potrafi jej wykrzyczeć: „Przykro mi, że cię rozczarowuję. Przykro mi, że jestem taka okropna. Powinnam płacić ludziom, żeby mi mówili, jaka jestem wspaniała, tak jak ty to robisz. Dlaczego tata odszedł, skoro jesteś tak kurewski wspaniała?”

Opis z okładki tej książki sugeruje rzeczywiście, jakby najważniejsza była tu inspiracja Mansonem i Emily Cline opowiadała tylko o sekcie i zbrodni. Uważam, że to błędna sugestia. To po prostu książka o smutnej i wrażliwej dziewczynie, która dorasta, szuka przyjaciół i za wszelką cenę pragnie miłości, a która potem, już jako, starsza kobieta (bo i taką poznajemy) żyje w samotności i strachu, bo tak się zatraciła w tych pragnieniach, że nie zauważyła, jak bardzo ta obsesja zmieniła jej życie, bo przecież „wszyscy chcemy być widziani”.

P.s. książkę kupiłam kiedyś za 5 zł.

„Dziewczyny” Emma Cline, tłum. Alina Siewior-Kuś, wyd. Sonia Draga, 2016