„Podróż nieślubna” Christina Lauren

aaaChristina Lauren to pseudonim dwóch przyjaciółek, amerykańskich autorek romansów: Christiny Hobbs i Lauren Billings. Zacznijmy od tego, że nie czytam romansów, mierzi mnie ta szczęśliwa, romansidłowa otoczka, słodkie do bólu, romantyczne sceny seksu itp. Będąc jednak dużo młodszym osobnikiem, dawno, dawno temu, podkradałam mamie Harlequiny, nie ukrywam, podczytywałam z wypiekami na twarzy, ale potem, z wiekiem, zaczęło mnie odrzucać od tego typu książek.

Po „Podróż nieślubną” sięgnęłam, aby przełamać swoją niedawną niemoc czytelniczą. Pomyślałam, że coś lekkiego, zabawnego i w sumie nie bardzo ambitnego, pozwoli mi na nowo poczuć magię czytania. I faktycznie, pomogło. To bardzo przyjemna opowieść, dokładnie taka, jakiej potrzebowałam, nie znudziła, nie zniesmaczyła, nie spowodowała odruchu wymiotnego od ilości miłości i lukru. To bardzo, że tak kolokwialnie powiem, fajna i sympatyczna powieść.

Olive jest trzydziestoparolatką, ma siostrę bliźniaczkę, która właśnie wychodzi za mąż. Trwają przygotowania do ślubu, Olive jest druchną, w dość niefortunnie dobranej zielonej kiecce nie czuje się najlepiej, ale ma do ‚ogarnięcia’ mnóstwo spraw przed ceremonią, więc trudno. Jest dość podenerwowana, bo raz, że jej życie osobiste to ciągły pech, podczas, gdy życie siostry to ciągłe wygrane na loterii (dosłownie i w przenośni), a dwa, że musi stawić czoła drużbie, którego szczerze nie znosi. To Ethan, brat pana młodego, który od dawna wykazuje jakąś dziwną niechęć do Olive. Nie wiedzieć czemu, choć Olive się domyśla, że być może chodzi o nieszczęsne, smażone serki? (!, tak, serki, nie powiem nic więcej..).
Ślub się udaje, wszystko ładnie, pięknie się toczy, ale na przyjęciu, wszyscy goście wraz z parą młodą ulegają zatruciu pokarmowemu. Dziwnym trafem omija ono Ethana i Olive. To zbieg okoliczności, który zmieni życie obojga, nie cierpiących się ludzi. Dlaczego? Ano, dlatego, że przypadnie im w udziale podróż poślubna w którą mieli jechać państwo młodzi. Szkoda, by się zmarnowała taka atrakcyjna wycieczka na Hawaje… tyle, że wymogiem jest, aby Olive i Ethan zachowywali się jak małżeństwo, świeżo poślubione, zakochane w sobie do bólu, co oczywiście nie będzie im na rękę. Do czasu, oczywiście… :)

Co takiego wydarzy się na Hawajach? Czy wzajemna niechęć do siebie okaże się tylko pozorna? Czy wiecznie „pechowa” Olive znajdzie szczęście, a zagubiony Ethan swoją miłość? Jak wpłynie na obojga ta „nieślubna” podróż? :)

Można się domyślać ciągu dalszego, to bardzo przewidywalna książka, ale naprawdę nie przeszkadzało mi to, że wiedziałam z góry, co się wydarzy. Fajnie przedstawione zostało też to, że czasem jedno malutkie kłamstewko może zaprowadzić w życiu totalny chaos i jego konsekwencje nie będą przyjemne. Ubawiłam się przy okazji kilku komedii omyłek, a dialogi między Olive i Ethanem podszyte sarkazmem i wzajemnymi złośliwościami, były naprawdę niezłe.
Ale to też nie tak, że wszystko jest w tej powieści czarno białe. Sporo się wydarza, ale też bohaterowie dowiadują się wiele o sobie. Nie tylko Olive i Ethan, ale również wspomniani wcześniej państwo młodzi, a siostrzana i braterska więź okazuje się na tyle silna, że powoduje dość przykre konsekwencje w życiu całej czwórki.

Fajna, relaksująca powieść. Taka babska, ale bardzo przyjemna, prosta w odbiorze. Nie drażniąca. Sympatyczna i taka normalnie śmieszna. Skojarzyła mi się trochę w odbiorze z „Cholerną książka” Magdaleny Czmochowskiej, o której pisałam tutaj.

Polecam, jeśli szukacie czegoś rozrywkowego i sympatycznego.

„Podróż nieślubna” Christina Lauren, tłumaczenie Nina Dzierżawska, wydawnictwo Poradnia K, 2020.

„Nieuporządkowane życie planet” Paul Murdin

103863223_2988907501158690_2672841572750413249_o

„…astronomowie niemal na co dzień badają galaktyki na różnych etapach ich życia. Posługując się językiem biologii, można by powiedzieć, że przyglądają się najpierw dzieciom w szkole, potem klientom w galeriach handlowych i wreszcie seniorom w domach spokojnej starości, a następnie wnioskują na tej podstawie, jak przebiega proces starzenia. O społecznościach żyjących w miastach, mówi się, że dzieli je odległość, i podobnie, galaktyki rozrzucone we wszechświecie również dzieli odległość, tyle że mierzy się ją w latach świetlnych, dla których można znaleźć ekwiwalent czasowy. Okres, jaki astronomowie mogą w ten sposób obserwować, to ponad 90 procent wieku wszechświata, w zaokrągleniu 12 miliardów lat”.

To książka, którą czytałąm długo, nie ma tu akcji czy fabuły, to popularno-naukowa pozycja, napisana dość przystępnym językiem, choć kwestie tu poruszane do łatwych nie należą. Kosmos jest dla mnie jedną wielką tajemnicą, fizyka również. Astronomia tym bardziej. Odległości, rozmiary, wymiary, przytaczane przez autora wywołują u mnie przeogromne zadziwienie, niedowierzanie i mnóstwo pytań. Ciekawi mnie ten ogrom, zastanawia i podziwiam astronomów, fizyków, badaczy za ich wiedzę, podziwiam ludzkość w ogóle za wynalezienie technologii, która pozwala na badanie odległych planet, gwiazd, księżyców itp. NIESAMOWITE.

Jednym słowem to książka, która daje rys temu, czym są planety, jak są zbudowane, jak powstały, jaka panuje na nich temperatura, skąd się wzięły pierścienie Saturna, w jakiej odległości od Słońca i Ziemi się znajdują, a naprawdę są to niezmierzone ilości kilometrów, o czym przecież wiedziałam, ale czytając te liczby, rozdziawiałam buzię nie raz. Poza tym, dowiadujemy się, jak powstały kratery na Księżycu, dlaczego wyginęły dinozaury na Ziemi, poznajemy szczyt na Marsie, trzy razy wyższy niż Everest, kto odkrył Ceres (planetę, która nie urosła), dlaczego Jowisz śmierdzi, czym jest Ultima Thule, skąd takie a nie inne nazwy planet, etc.

Paul Murdin, autor książki, przywołuje wiele razy znane nazwiska: badaczy, odkrywców, astronautów,  w tym m.in, Galileusza, Kopernika, Herschela (który sam wymyślał i budował teleskopy, odkrywcę planety Uran w 1781r.), czy Williama Andersa, członka załogi Apollo 8, który z orbity Księżyca, wykonał w 1968r. jedno z najbardziej popularnych zdjęć publikowanych przez Nasa: „Wschód Ziemi”: 

800px-NASA-Apollo8-Dec24-Earthrise
żródło: NASA, zdjęcie „Earthrise”, William Anders

A oto co powiedział o tymże widoku Jim Lovell, drugi z członków misji Apollo 8: „Tam w górze, świat jest czarno-biały. Nie ma żadnych barw. W całym wszechświecie, gdziekolwiek by spojrzeć, jedynym kolorowym punktem była Ziemia… To był najpiękniejszy widok, jaki można było zobaczyć na całym niebieskim firmamencie. Tu na dole ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, co mają”. To nie jedyny cytat, jest tu wiele wypowiedzi różnych, znanych w astronomicznym świecie osób, zamieszczonych według mnie po to, by ubarwić książkę, zaciekawić bardziej czytelnika, by nie były to tylko suche fakty, choć przyznaję, że i te fakty czyta się z niekłamaną przyjemnością. Oczywiście, jeśli jesteście zainteresowani tematyką. 

To przeciekawa pozycja, która nie tylko pokazuje nam jak kształtowała się nasza galaktyka, ale również jak niewiele jeszcze o niej wiemy, ile jeszcze, mimo ogromnych osiągnięć technologicznych i lat badań, obszarów wszechświata jest niezbadanych. Poznajemy nie tylko znane nam już planety, czy niedawno odkryte planety karłowate, ale też niektóre z księżyców (np. Jowisza: Io, Europa, Ganimedes i Kallisto, czy Saturna: Tytan czy Enceladus), w tym nasz, który choćby dzisiaj jaśniał na niebie w swojej pięknej pełni. Tak na marginesie, wiecie, że na Enceladusie są kriowulkany, a lot sondy z Ziemi na Tytana trwał siedem lat? To daje m.in. obraz odległości… Dowiadujemy się też (o ile w ogóle można to zrozumieć, dla mnie czarna magia, ale fascynująca ;)) czym jest prawo Titiusa-Bodego, jak wyglądał model Układu Słonecznego stworzony przez Keplera w 1595r. (!). Dodam, że rok później powstała praca autorstwa Keplera, pod tytułem, jakże pięknym: „Zwiastun rozprawy kosmograficznej traktującej o tajemnicy kosmosu; o podziwu godnych proporcjach sfer niebieskich oraz o prawdziwych i właściwych przyczynach ich liczby, wielkości i ruchów okresowych; przedstawione za pomocą pięciu foremnych brył geometrycznych” (jaką trzeba mieć wiedzę!! Niepojęte…).

Każdy rozdział opatrzony jest wstępem, w którym autor podaje kilka najważniejszych informacji o klasyfikacji planety czy satelity, odległości od Słońca, okresie orbitalnym, średnicy, okresie obrotu, temperaturze. Ale jest tu również dodatek o nazwie: „tajemna skarga” lub „tajemne życzenie”. W przypadku Neptuna mamy n.p. „Jowisz i Saturn zmówili się, żeby mnie odepchnąć, i doprowadzili do tego, że musiałem zamienić się z Uranem miejscami”, a w przypadku Jowisza: „Jestem najwyższym władcą Układu Słonecznego, ale nigdy nie mogę zaznać spokoju – przez ostatnie 450 lat boli mnie głowa z powodu tej strasznej burzy, a na dodatek wciąż poszturchują mnie te nieznośne komety”. Resztę takich opisów zostawiam już w tajemnicy, przyznaję, że to ciekawy zabieg, często wywołujący uśmiech, pozwalający zapamiętać najważniejsze fakty. 

Przeciekawa, powtórzę, pozycja. Dla osób interesujących się kosmosem, szczególnie, choć uprzedam, że czytać trzeba w skupieniu i nie wszystko da się zrozumieć. Szkoda, tylko, że nie ma w niej żadnych fotografii. To jedyny minusik. 

„Życie planet to mieszanina zdarzeń uporządkowanych i przypadkowych. Nasze własne życie składa się z takiej samej mieszaniny, ale nie tylko zdarzeń, lecz także uporządkowanych, racjonalnych myśli i nieuporządkowanych, nieracjonalnych spekulacji”.

„Nieuporządkowane życie planet” Paul Murdin, tłumaczenie Jolanta Sawicka, wydawnictwo Muza S.A., 2020

Stosik na koniec czerwca

Kilka zaległych zakupów z okazji moich urodzin i nie tylko, oraz egzemplarzy do recenzji jeszcze chciałam pokazać na koniec miesiąca. Niemoc czytelnicza u mnie trwa nadal, ale nie przeszkadza to oczywiście w nabywaniu nowych książek… No liczę na to, że wreszcie jakoś przełamię ten marazm, bo już zaczyna mnie to irytować. Ale nie mam gdzieś głowy do czytania ostatnio.

I tak, od samego dołu cztery egzemplarze do recenzji („Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” oraz „Poparzone dziecko” od wyd. Poznańskie, dalej „Podróż nieślubna” od wyd. Poradnia K, a także cieniutki zestaw opowiadań „Ostatni Szwajcar na ziemi” od wyd. Seqoja). Reszta to moje zakupy głównie na allegro, tudzież w Świecie Książki z rabatami jak zawsze, bo tak najlepiej się opłaca. No i tak to.

DSC08917

„Moje życie w drodze” Gloria Steinem

aaa„Kiedyś uważałam, że są tylko dwie możliwości. Pierwsza, w którą wierzyło wiele osób: że równość mężczyzn i kobiet jest niemożliwa i sprzeczna z naturą ludzką. Druga, w której wiele pokładało nadzieję: że w przyszłości, po raz pierwszy, równość stanie się możliwa. Po konferencji w Houston i po spędzeniu dłuższego czasu wśród kobiet i mężczyzn z Terytorium Indiańskiego, zaczęłam myśleć, że być może istnieje trzecia opcja: że równowaga między tym co męskie, a tym, co kobiece, istniała już w przeszłości i że, dla nielicznych, istnieje nadal. Są ludzie, od których można się jej uczyć. Kiedy naszymi przywódcami stają się nowi ludzie, dostrzegamy nowy kraj”.

Gloria Steinem to amerykańska aktywistka i dziennikarka, aktualnie mająca 86 lat. Książka „Moje życie w drodze” to autobiografia autorki, a jednocześnie fantastyczna podróż przez Amerykę, głównie lat 60-70, podczas której poznajemy Glorię jako założycielkę feministycznego pisma „Ms.”, działaczkę na rzecz dyskryminowanych (nie tylko kobiet), ale przede wszystkim, jako wrażliwą na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość kobietę. Problemy, jakich dotyka Gloria dotyczą tylko Ameryki, kraju w którym rasizm, seksizm, dyskryminacja ze względu na pochodzenie, stan zdrowia (niepełnosprawność), wiek, stan majątkowy są niezwykle widoczne. Oczywiście każdy kraj można by tutaj przywołać, bo wszędzie są problemy z brakiem tolerancji, ale tutaj akurat uwaga czytelnika skupiona jest na Stanach Zjednoczonych. Po tych stanach podróżuje autorka wygłaszając wykłady, przemawiając publicznie (czego nie cierpi) na kampusach studenckich, organizując pikiety czy nawołując ludzi do walki na rzecz równouprawnienia. Dorywczo pisze artykuły do amerykańskich gazet, przeprowadza wywiady z politykami, bierze udział w kampaniach wyborczych polityków ubiegających się o stanowisko w Kongresie. Sporo pisze m.in. o kampanii prezydenckiej, w której startowała Hilary Clinton i Barack Obama, ale wraca też pamięcią do rządów Kennedy’ego, Roosevelta czy Nixona. Nieobcy jest jej też temat wojny w Wietnamie, morderstwo Martina Luthera Kinga, czy kwestia tożsamości i praw rdzennych Amerykanów, sytuacja kobiet – kelnerek, stewardess, oraz zwykłych kierowców tirów, którzy też napotykają różnego rodzaju problemy.

Jej życie w drodze, jak mówi tytuł, to naturalnie przedłużony sposób życia jakiego nauczyli ją rodzice, głównie ojciec, który nigdzie nie mógł długo zagrzać miejsca. Gloria nie chodziła do szkoły, gdyż rodzice uważali, że to podróże kształcą. Matka właściwie poświęcała swoje życie bardziej, nie czując do końca bakcyla ustawicznego wędrowania, to jednak życie rodziny Steinem płynęło na wiecznej migracji z miejsca na miejsce, która zarabiała imając się różnych dorywczych prac czy też żyła ze zbieractwa. Ta włóczęga sprawiła, że dorosła już Gloria nadal chce poznawać świat, czuć z nim jedność, poznawać nowych ludzi. Oczywiście tęsknota za domem, jako fizycznym miejscem, również się w niej budzi, ale jak sama przyznaje, stworzyć dom, do którego może wracać, udaje się jej dopiero po pięćdziesiątce. Większość swojego życia spędza w autobusach, samolotach, samochodach jeżdżąc od stanu do stanu, poznając nie tylko osoby uciśnione, ale podobne sobie działaczki i działaczy. Wymienia wiele nazwisk, które nam niewiele mówią, ale są ważne dla historii ruchu emancypacyjnego w Stanach. W pamięci została mi m.in. Wilma Mankiller (swoiste nazwisko, nieprawdaż?) i Flo Kennedy.

Jest tu poruszonych tak wiele ważnych tematów, że trudno o wszystkich z nich powiedzieć w skrócie. Na pewno najważniejsze są tu prawa kobiet. Sama Gloria często używa słów w żeńskiej formie „byliśmy i byłyśmy”, „powinnyśmy i powinniśmy” „kierowczyni”, „wódzka”, „prezydentka”, „świadkini”, co może brzmieć dziwnie, ale ma swoje racje. Co ciekawe, autorka wcale w tej książce nie nawołuje do tego, by być feministką czy feministą, nie namawia i nie krzyczy „róbmy tak, bo ja tak mówię”. Ona przede wszystkich słucha, wyraża opinie, delikatnie sugeruje, co można zmienić i jak, pomaga napotkanym kobietom w walce o siebie zwykłą rozmową, wskazaniem jakiejś możliwości, zbiera fundusze na różne cele, ale przede wszystkim słucha i rozmawia.  No i oczywiście sama też się wiele uczy od napotkanych w drodze osób.

Warto dodać, że w 2013r. Gloria Steinem otrzymała od Baracka Obamy najwyższe cywilne odznaczenie w Stanach Zjednoczonych: Medal of Freedom, za swoją działalność na rzecz równouprawnienia.

Ta książka otwiera oczy na wiele spraw, o których się normalnie może się nie myśli, nie pamięta, tym bardziej, że kogo z nas obchodzą losy Ameryki tak naprawdę? Tyle, że tu nie chodzi o losy kraju, ale o prawa człowieka w ogóle. I jak weźmiemy pod lupę nasze państwo, szczególnie w aktualnej sytuacji przedwyborczej, to okazuje się, że my też mamy wiele za uszami i dużo trzeba by ponaprawiać. Warto sięgnąć po tę książkę, choćby dlatego, że jesteśmy ludźmi i sami życzylibyśmy sobie zawsze równego traktowania. Polecam. 

„Musimy nie tylko głosować, ale też walczyć o głosy. Kabina do głosowania naprawdę jest jedynym miejscem na ziemi, w którym najsłabsi liczą się dokładnie tak samo jak najpotężniejsi. […] Prawdą jest, że nie wiemy, które z naszych działań, podejmowanych tu i teraz, mogą wpłynąć na kształt przyszłości. Musimy jednak zachowywać się tak, jak gdyby wszystko, co robimy, miało znaczenie. Ponieważ może mieć. Jak powiedziałaby moja matka: „Demokracja jest ziarnem, które może zostać zasiane tylko tam, gdzie ty jesteś”. 

„Moje życie w drodze” Gloria Steinem, tłumaczenie Anna Dzierzgowska, Wydawnictwo Poradnia K., 2020.

czerwcowy stosik

Powiedzmy, że stosik trochę na minione urodziny, trochę okazyjnie, bo na przykład „Serię z przyprawami” wydawnictwa Smak Słowa, a trafiłam 10 książek z kupki po lewej u jednego sprzedawcy na allegro, kupiłam za 25 PLN- SZOK!. Seria ta jest dla mnie niezwykle egzotyczna, od dawna chciałam mieć te książki. Autorzy to głównie Egipt, w tym, Nadżib Mahfuz, który mnie swego czasu oczarował „Opowieściami ze starego Kairu”. A „Bezowocne czuwanie” to ponoć dobra powieść z akcją w Afganistanie (za 3 PLN).

Na drugim stosiku od góry jest kilka egzemplarzy do recenzji („Motyle” od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, „Nieuporządkowane życie planet” od wyd. Muza  (przeciekawe obie, czytam już), „Sobremesa” (o Hiszpanii) od wyd. Poznańskie i „Lista nieobecności” od Księgarni Tania Książka). Reszta to kolejne zakupowe okazje. Znów Egipt (coś mnie czytelniczo ciągnie w tamtym kierunku ostatnio) „Taxi” i „Egipt Haram, Halal”, Hiszpania i „Strup” – reportaż Kobylarczyk, Japonia i „Ukochane równanie profesora”, Iran i „Sobotnia Szkoła Piękności” (za 2 PLN!). No i reportaż „Korzenie we krwi” dotyczący rasizmu i segregacji rasowej w Ameryce, szczególnie teraz ważna lektura w obliczu tego, co stało się z George’em Floydem.

No i tak to, a to jeszcze w tym m-cu nie wszystko. Oczywiście baaaardzo dużo książek udało mi się ostatnio sprzedać, puścić w obieg dalej, co cieszy :) Jest miejsce na nowe.

DSC08698

„Quichotte” Salman Rushdie

sr„Jestem nowicjuszem w szeregach rasy ludzkiej, pomyślał, ale wydaje mi się, że ten gatunek się myli albo łudzi co do własnej natury. Tak się przyzwyczaił do noszenia masek, że nie widzi, co się kryje pod spodem. Tutaj, w tym autobusie, mogę rzucić okiem na rzeczywistość, która jest bardziej fantastyczna, bardziej przeraźliwa, bardziej należy się jej obawiać, niż mogą to wyrazić moje biedne słowa. Tego wieczoru jesteśmy kapsułą zawierającą dowód ludzkiego życia i inteligencji, kapsułą posłaną w czarne otchłanie wszechświata, by przekazać każdemu, kto może nas usłyszeć: oto jesteśmy. To my. Jesteśmy złotym dyskiem na pokładzie Voyagera ze wspomnieniami odgłosów Ziemi. Jesteśmy mapą Ziemi wyrytą na satelicie KEO, kroplą krwi w diamencie. Jesteśmy Reprezentantem Planety Trzy z głową Hydry, wieloma stopionomi w jedno. Może jesteśmy Ostatnimi Fotografiami w satelicie orbitującym wokół Ziemi, które długo po tym, gdy wymazane zostaną ostatnie ślady naszej bytności na tej planecie, pokażą przybyłym kosmitom, kim kiedyś byliśmy. Jesteśmy przerażający jak diabli”.

Salman Rushdie stworzył opowieść, którą czytałam z prawdziwą przyjemnością, ciekawością i fascynacją. To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem o hinduskim pochodzeniu, znanym głównie z książki „Szatańskie wersety”, ale nie tylko oczywiście. Nie miałam wcześniej okazji, aby sięgnąć po cokolwiek jego pióra. „Quichotte”, czyli ostatnia powieść Salmana Rushdie pokazała mi styl autora i jego niesamowitą zdolność  do obserwacji świata i do łączenią wątków, bo to taka „szkatułkowa powieść” z dwiema liniami narracji, dodatkowo ubarwiana często czarnym humorem, który mi się niezmiernie podobał.

Jak widać po tytule, autor nawiązuje w powieści do Don Kichota, postaci stworzonej przez Cervantesa. Tutaj, błędnym rycerzem walczącym z wiatrakami i szukającym swojej Dulcynei jest Ismail Smile, obwoźny sprzedawca, obsesyjnie zakochany w prezenterce telewizyjnej Salmie R. Przemierza on Amerykę starym samochodem obserwując wokół rzeczywistość i stawiając jej czoła. W pewnym momencie, by nie czuć się tak samotnym, wymyśla sobie syna, którego nazywa Sanczo i który najpierw jako istota nie dość zmaterializowana pojawia się zaskoczony swoim istnieniem w aucie Quichotte’a, a potem za sprawą pewnego świerszcza mówiącego po włosku (!) staje się prawdziwym człowiekiem. Nic dziwnego: w końcu to era Wszystko Się Może Zdarzyć. Quichotte przemierza z synem kolejne Doliny, które są etapami ku wyzwoleniu, a co za tym idzie, ku miłości: wielkiej, żarliwej i na całe życie. Aby zdobyć wymarzoną Salmę R. Quichotte pisze do niej listy, tajemnicze, krótkie, ale na tyle fascynują one kobietę, że zaczyna się ona zastanawiać, kim jest ów mężczyzna, który zawsze tak elegancko i wymownie „śle uśmiech”? Jak potoczy się zatem dalej historia Quichotte’a? Czy uda mu poznać osobiście Salmę R. i co będzie dalej, o ile w ogóle.. ?

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze Sam DuChamp: pisarz, autor thrillerów, który jest drugim narratorem. To on właśnie wykreował postać Quichotte’a, dał mu życie i pozwolił na opowiedzenie swojej historii. DuChamp z kolei opowiada własną. Jego życie  ze względu na również hinduskie, co Quichotte’a, pochodzenie, nie było łatwe. Głównie rodzinne problemy z Siostrą spowodowały, że relacje z bliskimi zostały mocno nadwątlone. Życie DuChampa dość mocno splata się z życiem Quichotte’a, któego stworzył, przeżywają obaj podobne sytuacje, choć bywa, że reagują na nie inaczej. Borykają się z rodzinnymi problemami, poszukując własnej drogi i odkrywając swoją własną naturę. „To oszałamiające, uprzytomnić sobie w tak zaawansowanym wieku, że rodzinna narracja, którą w sobie nosisz – i w której w pewnym sensie żyjesz – jest fałszywa lub, że przynajmniej nie zdawałeś sobie sprawy z jej najistotniejszej prawdy, przed tobą ukrywanej”. 

Obaj narratorzy, czyli i Sam i Quichotte są świetnie przedstawieni. Ich historie sprzęgają się w nieprawdopodobny sposób, co udowadnia talent Salmana Rushdie. Co ciekawe Salma R., ta znana osobowość telewizyjna, w której kocha się Quichotte, jakoś dziwnie kojarzy mi się z samym autorem, Salmanem Rushdie (Salma R. –  Salman Rushdie). A cała historia to nie tylko podróż ku miłości, której wszyscy szukamy i pragniemy, To także podróż w głąb siebie, jak powiedział Quichotte „do moich własnych nadwątlonych cnót, dobroci i szlachetności. […] Stając się godny ciebie, mogłem zasłużyć na bycie sobą”. 

Niezwykle ciekawy jest również przedstawiony tu obraz Ameryki, widziany przez głównych bohaterów – obraz kraju w którym nadal istnieje rasizm, w którym kultura staje się czymś bardzo podrzędnym, telewizja ogłupia, ludzie mają zbyt łatwy dostęp do broni, a normalność przestaje być normalna i moralna. Tutaj świetnym obserwatorem jest Sanczo – syn Quichotte’a, czego dowodem jest cytat z początku mojej notki, albo to pytanie „A może światem jest telewizja, a ja nie wiem kto trzyma pilota?”. Zresztą jego obserwacji i opinii jest w tej książce mnóstwo (nie mogę cytować wszystkich przecież) i są nieprawdopodobnie trafne, uniwersalne i pokazujące jak ludzkość stacza się na dno w swoich poglądach, zachowaniach..

Czytajcie, jeśli lubicie Salmana Rushdie, czytajcie jeśli go nie znacie, by zdecydować, czy spodoba Wam się jego styl.  To nie jest łatwa książka, choć czyta się świetnie. To było dla mnie fascynujące, dziwne i jednocześnie bardzo zapadające w pamięć doświadczenie. Na pewno sięgnę po coś więcej tego pisarza, na półce mam tylko „Dzieci Północy” więc zapewne niebawem będzie to ta lektura.

„Quichotte” Salman Rushdie, tłumaczenie Jacek Kozłowski, Wydawnictwo Dom  Wydawniczy Rebis, 2020.

Stosik na koniec maja

DSC08642

Troszkę się na koniec miesiąca nazbierało nowych „przyjaciół” książkowych :) No ale, to tak zawsze jest, pojawiają się promocje, różne zachęty ze strony księgarń w ramach wirtualnych targów książki (bo jak wiadomo, te prawdziwe się w Warszawie nie odbyły w tym roku). I tak, od samego dołu są dwie książki kupione w księgarni Wydaje Nam Się Wydawnictwa Poznańskiego – na tę cegłę od dołu polowałam od dawna, ale jest droga (cena okładkowa to 59.90), a z okazji wirtualnych targów książki można było kupić wszystko taniej o 50 %, więc zapłaciłam za nią 30 zł (co w jej przypadku jest dobrą ceną). Do tego również kolejny tom kryminalny Ann Cleeves, którą uwielbiam. Pozostałe książki kupiłam chyba w Świecie Książki, kilka na allegro m.in „Czytając Lolitę w Teheranie” (polowałam na nią od 2 lat), jedną „Dorośli” bezpośrednio w Wydawnictwie Pauza, a „Podziemia”, „Pudło” (recenzja tutaj) i „Oświęcim” to egzemplarze od wydawnictw do recenzji na blogu.

No i tak to. Pozdrowienia dla wszystkich zaglądających :)