„Pokazucha. Na gruzińskich zasadach” Stasia Budzisz

dsvertge4t„Od zawsze myślałem, że spotkało mnie wielkie szczęście, że w tym kraju urodziłem się mężczyzną. Nie jest powiedziane, że nam jest łatwo, ale na pewno nie jest tak trudno jak kobietom. Patrzę na moją dziewczynę, siostry, mamę, babcię i nie chciałbym tak żyć, choć pewnie do wszystkiego można przywyknąć. Ideowo jestem feministą, ale nie mogę się do tego przyznać. Koledzy, rodzina i ojciec uznaliby mnie za wroga narodu. Marzę o Gruzji, w której nie będę musiał się wstydzić za śliniących się facetów, za kolesi, którzy obłapują, dotykają czy nachalnie gapią się na dziewczyny” – mówi 36-letni Merabi z Tbilisi, pracownik firmy ubezpieczeniowej.

Bardzo się cieszę, że przeczytałam tę książkę, choć kosztowała mnie sporo nerwów. Okazuje się, że w kraju, który znałam głównie dzięki kuchni czy zasłyszanych informacji o gościnności Gruzinów, dzieje się wiele złego, podobnie jak i w każdym innym kraju zresztą.  Mało się o tym mówi, dlatego dobrze, że taka książka powstała. Zresztą sama autorka również w posłowiu wspomina o podobnym odczuciu. Bierze sobie człowiek książkę z takim pięknym zdjęciem na okładce, a tu BUM. Sytuacja kobiet w Gruzji jest porównywalna z sytuacją kobiet w Omanie, o którym czytałam niedawno w książce „Z miłości? To współczuję” wydanej również przez Wydawnictwo Poznańskie. Człowiek spodziewa się opisów Tbilisi, czy tam innych chinkali, a tu kolejne BUM, i kolejne…. Łapałam się za głowę, przeklinałam pod nosem, dziwiłam się i niedowierzałam. Jak to mało człowiek wie o świecie. Tego typu reportaże, w których rozmawia się ze zwykłymi ludźmi (tu głównie kobietami) są bardzo potrzebne. Bo takie BUM po głowie pokazuje czytelnikowi, jak warto walczyć o swoje, jak warto doceniać miejsce, w którym się żyje i w którym jeszcze nie jest tak źle.

Wiadomo, że każdy kraj ma swoje mroczne strony. W każdym dzieje się krzywda ludzka, w wielu krajach mamy dyskryminację czy to kobiet, czy to rasową, czy inną. Niemniej jednak, kto by pomyślał, że Gruzja jest państwem, w którym kobieta właściwie nie ma żadnych praw. Gwałt na niej czy molestowanie seksualne są tylko i wyłącznie hańbą i wstydem dla jej rodziny. Wyjściem z takiej sytuacji jest albo milczenie albo samobójstwo. To kraj, w którym kobieta wstydzi się kupić podpaski w aptece, gdzie kobieta, która nie chce mieć dzieci, nie może się do tego przyznać, bo byłaby uznana za nienormalną. To kraj w którym mężczyzna nie uznaje prezerwatyw. „Żaden szanujący się gruziński mężczyzna nie będzie uprawiał seksu z prezerwatywą. Przynajmniej ja takich nie znam. Dzieci na boku? A, to nie wiem. Nie mój problem” mówi Giorgi. No szlag…

Autorka spotyka się z wieloma osobami, na różnych stanowiskach, w różnym wieku. Każda z nich opowiada fragmenty swojej historii. Są przedstawiciele LGBT, którzy życia w Gruzji nie mają w ogóle. Są kobiety żyjace w małżeństwach, w których mąż je tłucze, poniewiera, ma kochanki, a one robią po 20 skrobanek i milczą. Bo i tak są hańbą dla rodziców. Wstydem, którego trzeba się pozbyć. Zużytymi i niedobrymi żonami. Taka Inga na przykład mówi: „Myślę sobie, że może to by nie było takie najgorsze, gdyby on mnie jednak zabił. Każdy kiedyś umrze. No, nie chcę umierać, ale czy mnie ktoś pyta o zdanie?”.

Przemoc domowa, seksualna są praktycznie na porządku dziennym. Kobieta nie może nic zrobić, nie potrafi uciec od oprawcy, milczy i cierpi, rodzina jej nie pomaga. A mężczyźni? Nawet ci, siedzący w więzieniu są kompletnie pozbawieni ludzkich uczuć, obojętni: „Straciłem nad sobą panowanie, ale jestem niewinny. Czasem żałuję, że nie zabiłem jej wcześniej” mówi Grisza, lat 63.

Te historie autentycznie bolą. Nie mieszczą się w głowie i otwierają oczy. Przynajmniej mnie, bo ja o Gruzji nie wiedziałam praktycznie nic. Kraj jakich wiele, zdawałam sobie sprawę, że jest tam zapewne inna kultura, tradycje, ale raczej nigdy nie interesowało mnie to jakoś dogłebniej. Przeraziły mnie te opowieści. Unaoczniły, jak wiele zależy od wychowania, od tego w jakiej kulturze i wartościach uczymy się dorosłości. Warto wspomnieć tu o tym, jak matki wychowują swoich synów, podstawiając im wszystko pod nos tak, że potem 50-letni mężczyzna nie potrafi zrobić sobie kanapki ani pójść po zakupy. Niewiarygodne, no ale… taka kultura. Gdzieś tam w nowym, młodym pokoleniu tli się nadzieja na zmiany, wprowadzane są nowe ustawy, z przypadku bo z przypadku, ale prezydentem Gruzji aktualnie jest kobieta, więc… może coś się pozmienia.

Wiele tu jeszcze tematów wartych uwagi: niepełnosprawność jako coś gorszego, sporo historii Gruzji i tego, jak zmieniały się rządy oraz sytuacja kraju, sporo danych statystycznych, ale przede wszystkim dużo tu samego człowieka. Za fasadą pięknych widoków, cudownej gościnności typu „zastaw się, a postaw się” odkrywamy kraj pełen kontrastów i smutku. To nie tylko kolorowe stroje i chaczapuri, to również ból, krzyk, niemoc i przemoc. „Budujemy szklane domy, robimy eruremont, ale zaraz spod spodu wychodzi grzyb, bo nie ocieplimy ścian, a zimą nie włączymy kaloryfera, bo nas na to nie stać”. Wszystko na pokaz, całe to bogactwo i ciepło rodzinnego ogniska. A okazuje się, że „Tu panuje kultura płotów. Chowamy się przed oczami ludzi. Wstyd też musi być zakryty, schowany za fasadą. To jest bardzo gruzińskie”. Gruzińskie zasady. Pokazucha. Ot, tak właśnie.

Warto przeczytać, nie po to, by się zniechęcić do kraju, tylko po to, by po prostu szerzej otworzyć oczy i nie wierzyć w pozory. Nie tylko jeśli o Gruzję chodzi. W ogóle. Polecam.

„Pokazucha. Na gruzińskich zasadach” Stasia Budzisz, Wydawnictwo Poznańskie 2019

Reklamy

„Ani złego słowa” Uzodinma Iweala

DSC06654

„Tamten ja w lustrze, czerwone oczy pływają w cieczy, wyłażą mu z twarzy. Co za straszliwie brzydka twarz, z tymi otwartymi ustami i wielkimi, rozchylonymi wargami, z których cieknie ślina. Zamknij usta, nie bądź Bambo, mawia ojciec, nie bądź Bambo z wielkimi warami, ale nie wiem co to ma znaczyć. Brzmi słodko i milusio, ale kiedy widzę się w lustrze, wiem już, co to znaczy, i nie mogę na to patrzeć. Idiota. Obrzydliwość. Nie ja. Nie syn mojego ojca. Nic. Nikt dla nikogo. Zbok”.

Tak Niru widzi siebie. Obrzydliwie, powiecie? Chłopak nie ma wiary w siebie? Nie. On ją dopiero w sobie budował, ale nie udało mu się. Dlaczego? Odkąd Niru zrozumiał, że nie pociągają go w ogóle dziewczyny i że jego orientacja seksualna jest inna niż „normalnie” przyjęta, życie chłopaka zmienia się w jeden wielki chaos emocjonalny, w którym najmocniejszym uczuciem, jakie okazują mu rodzice staje się wstyd. Pada dużo słów. Za dużo złych słów, które ranią, bolą i zmieniają jego postrzeganie siebie.

Cała rodzina Niru pochodzi z Nigerii, ale od dawna mieszka w Stanach. Niru jest ambitnym studentem college’u, chce iść na Harvard. Zdolny, pracowity, sumienny. Ma koleżankę Meredith, z którą się przyjaźni. Dziewczyna jest w nim zakochana, ale pewnego dnia poznaje prawdę, że Niru jest gejem. Jest w szoku, ale nie zostawia go, chce mu pomóc. Nadal będzie dla niego oparciem, ale jednak coś się zmieni, co w konsekwencji doprowadzi do tragicznego finału. Niemniej jednak, ten finał mimo, że tragiczny i niesprawiedliwy z jednej strony, dla mnie oznaczał pewnego rodzaju wyzwolenie Niru. Pomyślałam sobie, że on teraz czuje się już lepiej. Swobodniej. Może być wreszcie sobą. Uwolnił się od stłamszenia, od krytyki, od wstydu i niechęci okazywanych przez własnych rodziców, od swojego rozchwiania emocjonalnego między tym, kim jest, a tym, kim mógł być, kiedy poszukiwał tożsamości i błądził po omacku gdzieś po imprezach z Meredith i po nowojorskich klubach.

Ojciec Niru, który jest tu jedną z ważniejszych postaci, to bogaty przedsiębiorca, który nie może pozwolić sobie na to, by inni powiedzieli „Jak to, Twój syn jest gejem??” Jego głęboka wiara w Boga i tradycyjne, konserwatywne poglądy nagle zostają postawione wobec tak szokującego obrotu sprawy. Ojciec za wszelką cenę chce wyleczyć syna z homoseksualizmu, wypędzić z niego zło i zespsucie. To dlatego zabiera go do Nigerii, do  swojego dawnego domu, gdzie przy pomocy nigeryjskiego pastora i jego „czarów” ma nastąpić „odnowa duchowa”. Ale to tak nie działa. Natury człowieka nie oszukasz. Sam Niru mówi „Mogłem pójść do kościoła w niedzielę i błagać o wybaczenie za to, że na chwilę uległem zbłąkanym myślom, i prosić o siłę, bym mógł oprzeć się zawsze obecnej pokusie. Nikt by się nie dowiedział. To nie byłoby tchórzostwo. To nie byłaby ucieczka. To byłby podręcznikowy przykład wybrania trudnego dobra, a nie łatwego zła”. To bycie sobą jest złe? Owszem, często. We współczesnych czasach nawet bardzo złe (to mnie przeraża, szczerze mówiąc, taka nienawiść ludzka i obrzydzenie wobec osób „innych”…).

Ta książka jest bardzo odważna i mocna. To nie tylko opowieść o braku tolerancji wobec osób o innej orientacji seksualnej, ale również o nietolerancji w ogóle: czarnych wśród czarnych, czarnych wśród białych, wierzących wśród niewierzących. Tyle tu jest różnych niuansów, detali, które pokazują, jak ciężko jest w ogóle żyć w społeczeństwie mając takie czy inne pochodzenie, naturę, kulturę, pieniądze lub ich brak. To również książka o tym, jak trudno jest być dzieckiem i jak ciężko jest być rodzicem. Najsmutniejszym zdaniem, jakie wypowiedział Niru w tej książce jest dla mnie to zdanie: „Czasem zastanawiam się, czy moi rodzice mnie lubią”. Zostawię bez komentarza, bo to mnie rozwaliło na kawałki. Mówi też: „Czasami gapię się na rodzinę, która mnie posiada, i marzę o tym, żeby być kimś innym, mieć białą skórę i możliwość bezkarnego powiedzenia matce i ojcu, żeby się odpierdolili”. Wzruszające są sceny finalne z ojcem Niru, który próbuje walczyć o sprawiedliwość i odnaleźć się w tym wszystkim, co się wydarzyło. I tutaj ważna okazuje się potęga słów. Bo te, najpierw niszczą życie Niru, ale potem mogłyby je, metaforycznie choćby, uratować.

Dodatkową, ważną kwestią poruszoną w tej książce jest brutalność policji amerykańskiej i jej niechęć wobec czarnoskórych, którzy są, według nich, z gruntu źli i na pewno są przestępcami. Wszystko to na zaledwie 262 stronach.

Uzodinma Iweala jest młodym, nigeryjskim pisarzem, mieszkającym w Nowym Jorku, skończył Harvard i otrzymał szereg prestiżowych nagród za debiutancką powieść „Bestie znikąd”, którą również chciałabym przeczytać. „Ani złego słowa” ma premierę 18.09 nakładem Wydawnictwa Poznańskie – bierzcie i czytajcie, bo warto.

„Ani złego słowa” Uzodinma Iweala, tłumaczenie Piotr Tarczyński, Wyd. Poznańskie 2019.

„Miasto duchów” Krzysztof Bochus

DSC06651

„Przeżywali piąty rok wojny, ale miasto nadal egzystowało w miarę normalnie. Funkcjonowały urzędy, wodociągi, poczta i tramwaje. Ludzie tłumnie odwiedzali kawiarnie i restauracje, próbując zwyczajnie żyć pomimo pomruków wojny. Działały wodewile i kina. W Capitol Volkskino tłumy nieustannie waliły na wielki przebój kinowy „Die Grosse Liebe”, ckliwą historię o miłości dwóch lotników do jednej kobiety, a na ulicach ciągle można było spotkać dobrze ubrane kobiety o oczach smutnych saren. Wojna była blisko i daleko zarazem. Ludzie trwali w ułudzie normalności, bo tylko taka postawa tę iluzję przedłużała”.

Krzysztof Bochus w czwartej już książce z radcą prawnym Christanem Abellem, jak zwykle wykazuje się ogromną wiedzą historyczną, dbałością o detale i pieczołowitością w oddaniu realiów. Tym razem jesteśmy w 1944 roku, kiedy to w niemieckim Gdańsku, dochodzi do morderstw dwóch wysoko postawionych oficerów marynarki wojennej. Jestem pełna podziwu dla pracy autora, bo takie oddanie realiów wymagało na pewno wiele czasu i wysiłku, a robi wrażenie i jest ogromnym atutem książek tego autora, co podkreślałam również po lekturze poprzednich książek w serii z Abellem: „Czarny Manuskrypt”, „Martwy Błękit” i „Szkarłatna Głębia”.

Sama fabuła tego mrocznego kryminału jest mocno skomplikowana, łączy wiele wątków, a zakończenie jak zwykle zaskakuje. Bardzo zaskakuje. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, takiego rozwiązania śledztwa. Christian Abell, jak zawsze zresztą, wywarł na mnie wrażenie swoją inteligencją i sprytem, mimo, że w tej powieści musiał zmagać się z ogromnym stresem. Dlaczego? Otóż, wezwano go do Gdańska, do miasta, które na początku wojny musiał opuścić. Osiedlił się w Rotterdamie, w Holandii, gdzie ułożył sobie życie z Gabi, którą poznaliśmy w „Martwym błękicie”. Wreszcie założył rodzinę, urodziła mu się córka Ania, która teraz ma 5 lat. Nagle, kontradmirał Siegfried Sorge z Kriegsmarine w Gdańsku, wzywa go do siebie, by pomógł ująć mordercę dwóch swoich oficerów. Abell musi się zgodzić. Dlaczego? Ano dlatego, że Sorge obiecuje mu pomoc w odnalezieniu córeczki, która niedawno została uprowadzona, a tropy tego porwania wiodą, jak się okazuje do Gdańska. Nie dość, że żona Abella jest w rozsypce, to on sam nie czuje się najlepiej, by teraz zajmować się śledztwem, ale nie ma wyboru. Dla swojej Ani zrobi wszystko. „A on był przeraźliwie samotny, jak ludzka mrówka naznaczona odmiennością w tym wielkim rojnym mrowisku skazanym na zagładę”.

Jak potoczy się śledztwo w sprawie śmierci oficerów? Czy mordercą okaże się piękna Eva, szalony konswerwator zabytków czy tajemniczy pastor? a może zupełnie ktoś inny? Czy Abellowi uda się odnaleźć córkę? 

Sam Gdańsk czeka na koniec wojny, niebawem ma upaść III Rzesza, ludzie boją się Sowietów, którzy niebawem mają wkroczyć, ale jak w początkowym cytacie, jaki zamieściłam, życie toczy się w miarę normalnie. Istnieje również mroczna strona miasta: burdele, nocne kluby, tajemnicze speluny, chociaż „Śmierdziało padliną i trudnym do określenia odorem, jaki wydzielały pogrzebane w gruzach ludzkie zwłoki i spalony dobytek”. Abell będzie musiał przedzierać się przez ten zniszczony i nadżarty gangreną Gdańsk, w czym towarzyszyć mu będzie jego jedyny przyjaciel, poznany już w poprzednich częściach, wachmistrz Kukulka. To postać wręcz genialna. Jest tak charakterystyczny, że książka bez niego nie byłaby tak dobra. To człowiek sumienny, wrażliwy, godny zaufania, ale gdy trzeba potrafi być niebezpieczny. Dla Abella jest w stanie zrobić wszystko, w „Mieście duchów” zrobi nawet więcej, a jego cudowne poczucie humoru zawsze mnie rozbraja:

„Przeszukajcie dokładnie to mieszkanie – powiedział Abell. – Zerwijcie podłogę, zajrzyjcie w każdą mysią dziurę, przekopcie ogród. 

-Teraz, w zimie? – skrzywił się Mosbacher

-Nie, kurwa, poczekamy aż się ociepli. Podobno maj w czterdziestym piątym ma być bardzo ładny. Słyszałeś rozkaz pana radcy – warknął Kukulka”.

Powieść „Miasto duchów” to nie tylko śledztwo, charakterystyczne postacie, misternie uknuta intryga kryminalna i fantastyczne osadzenie akcji w klimacie 1944 roku. To również ogromna dawka wiedzy. Pojawią się tu loże masońskie, a ich historia i założenia przedstawione są bardzo przystępnie i niezwykle ciekawie. Możemy dowiedzieć się również interesujących rzeczy o zegarze astronomicznym Hansa Düringera, który znajduje się w Bazylice Mariackiej w Gdańsku, o którym, przyznaję, nie słyszałam wcześniej nic a nic. Ta książka nie tylko dostarcza rozrywki, wciąga klimatem, ale też uczy. Autor świetnie prowadzi akcję i buduje swoje postacie. Odkąd czytam jego książki, myślę, że są to jedne z lepszych kryminałów noir na naszym polskim rynku.

Dobrze jest też czytać po kolei, bo wtedy świetnie rozumiemy chronologię wydarzeń i śledzimy osobiste zmagania bohaterów z życiem w tak trudnej, przedwojennej, a potem już wojennej rzeczywistości. Ogromnie polecam. 

„Miasto duchów” Krzysztof Bochus, wydawnictwo Skarpa Warszawska 2019

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen

DSC06427

„Najważniejsze jest powietrze – i dla krajobrazu, i dla człowieka. W moich wspomnieniach z pobytu na afrykańskim płaskowyżu dominuje zawsze wrażenie, iż przez jakiś czas życie toczyło się jak gdyby wysoko w powietrzu. Niebo było zwykle jasnoniebieskie lub bladoliliowe, bardzo rzadko nieco ciemniejsze, pełne potężnych i nieważkich chmur, zmieniających się ciągle i żeglujących we wszystkich kierunkach. Miało jednak ukrytą moc błękitu, którego głęboki, świeży odcień nakładało na pasma wzgórz i na lasy. W południe powietrze nad ziemią ożywało jak płonący ogień; iskrzyło się, falowało i błyszczało jak wodne kaskady, na kształt zwierciadła odbijało i podwajało wszystkie przedmioty, tworzyło przeróżne fatamorgany. Na tej wysokości oddychało się łatwo, płuca wciągały ożywczą lekkość, tchnienie optymizmu. Na tej wysokości człowiek budził się rankiem i myślał: „Jestem tu, gdzie powinienem być”.

To jest fragment z początku, z zaledwie 23-ciej strony, a już tak mnie urzekł, że lektura kolejnych stron trwała praktycznie bez przerwy. Szczerze mówiąc, nie mogłam się oderwać. Nie ma tu zbyt wielu dialogów, wartkiej fabuły i akcji – są za to przecudowne opisy i wspomnienia duńskiej pisarki, Karen Blixen, z pobytu na jej farmie u podnóża gór Ngong w Kenii. 

Życiorys Karen jest powszechnie znany: po ślubie ze szwedzkim baronem Brorem von Blixen-Finecke, przeprowadziła się z nim z Danii do Kenii. Afryka stała się w jej życiu czymś bardzo nowym, wtedy jeszcze nieznanym zbyt dobrze, bo to były lata lata 1921-1931. Mąż niestety zaczął zdradzać Karen, więc szybko doszło do rozwodu i w rezultacie Karen została na farmie, na której zaczęto już uprawiać kawę, całkiem sama. Zarządzała nią przez 10 lat, ze świetnym skutkiem. Zdobyła szacunek rdzennych mieszkańców, umiała zażegnywać konflikty wśród nich, cieszyć się z ich szczęścia, pomagać, ale przede wszystkim pozwoliła wielu z nich, zamieszkać na terenie swojej farmy i dała im pracę. Niestety, kawa w pewnym momencie zaczęła przynosić coraz mniej zysku i Karen musiała wrócić do Danii. Farma została sprzedana. Nastąpiło tytułowe pożegnanie z Afryką. 

Książka jest warta przeczytania, bo przede wszystkim to wspaniała lekcja pokory wobec natury i człowieka, szczególnie tego, o innym kolorze skóry i innej mentalności. To również opowieść niezwykle zmysłowa: tu przenikają się zapachy kawy, odgłosy ptaków, śpiewy plemion Masajów czy Kikuju, z którymi Karen żyła na bardzo dobrej stopie, bzyczenie szarańczy, która pewnego dnia opanowała farmę, czy też brzmienie różnych dialektów języka suahili. To również ważna lekcja historii, która dostarcza czytelnikowi ogromu wiedzy o Afryce (a na pewno dostarczyła jej wiele w roku pierwszego wydania książki, czyli w 1937).

Jeśli myślicie, że książka jest dokładnym odzwierciedleniem filmu z Meryl Streep (w roli Karen Blixen) i Robertem Redfordem (w roli Denysa Finch-Hattona) – to mylicie się bardzo. Owszem, Denys jest tu wspominany z ogromnym sentymentem, czułością, bardziej jako przyjaciel, kiedy Karen wspomina o safari, o przyjemności z latania z nim samolotem, czy kiedy przypomina sobie, jak lubili rozmawiać ze sobą. Niemniej jednak nie ma tu nic z romansu i nie jest to główny wątek książki. Ważniejsze są tu obserwacje samej autorki, jej próba „zapuszczenia korzeni” w nowym miejscu, czy zwykła codzienność.

„Skoro ja znam – tak myślałam – pieśń o Afryce, o żyrafie, o afrykańskim księżycu leżącym na plecach, o pługach w polu, o zroszonych potem twarzach zbieraczy kawy, to czy Afryka zna jakąś pieśń o mnie? Czy powietrze nad równiną drży niekiedy kolorem, który ja nosiłam, albo czy dzieci znają taką zabawę, w której powtarza się moje imię, albo czy księżyc w pełni rzuca na szuter drogi cień podobny do mnie, albo czy orły z gór Ngong wypatrują mojego nadejścia?”

Czytajcie tę książkę, bo jest napisana pięknym językiem, przedstawia piękno Czarnego Lądu, pokazuje siłę kobiety, która sama musiała zarządzać ogromną plantacją i stała się niezależną, nie pozbawioną szacunku i miłości innych, kobietą. To również powieść o kolonizacji, pobrzmiewają tu echa nawracania na chrześcijaństwo, jest podbijanie ziem i mnóstwo trudności z „przebiciem” się do tubylców, bo przecież ich mentalność jest/była kompletnie inna od europejskiej.

Pouczająca, zapadająca mocno w pamięć, w pięknym stylu, nostalgiczna, czasem smutna, a czasem bardzo wesoła opowieść. Polecam ogromnie.

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, tłumaczenie: Józef Giebułtowicz, Jadwiga Piątkowska, Wydawnictwo Poznańskie 2019

„Uwolniona. Jak wykształcenie odmieniło moje życie” Tara Westover

dwrwrw3Pochłonęłam! Ta powieść wyzwoliła we mnie szereg emocji, od ogromnego zainteresowania, poprzez nerwy, złość, frustrację, obrzydzenie, aż do niebywałego podziwu dla głównej bohaterki (autorki książki, bo to powieść autobiograficzna)- jej siły i wiary w siebie budujących się mozolnie ale konsekwentnie.

„Uwolniona” (z ang. „Educated”) to bardzo dobre słowo na tytuł książki. Symbolizuje tak wiele. Pokazuje w jak wielu aspektach życia i własnej psychiki jesteśmy więźniami. Nasze blokady i strach przed zmianami często nas hamują w działaniu, dostarczają stresu i nie pozwalają na samodoskonalenie się. A wystarczy naprawdę chcieć. Samodyscyplina, chęć poznawania ludzi, świata i różnych jego aspektów, determinacja i pewność swego, potrafiły wyrwać Tarę ze szponów fanatycznie religijnego ojca i zalęknionej, ale też zdziwaczałej i wierzącej w cuda i boże znaki matki. Pranie mózgu, jakiego doświadczyła Tara w dzieciństwie, żyjąc w tradycyjnej mormońskiej rodzinie, gdzieś w dalekim Idaho, na odludziu, niedaleko Góry (zwanej „Księżniczką”), spowodowało, że jej poglądy i wiedza były bardzo, bardzo ograniczone. Ja nawet nie wiem, jak opisać to wszystko, z czym przyszło się mierzyć Tarze. 

Ojciec pracuje na złomowisku, mocno wierzy w Boga, przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są,  ma swoje zatwardziałe poglądy i nie myśli, że może tym zaszkodzić sobie i innym, a nawet podupaść na zdrowiu czy umrzeć w wyniku niektórych sytuacji, które mu się przytrafią. Matka, posłuszna mężowi, zajmuje się ziołami, a z czasem, staje się samozwańczą akuszerką, która niby wspiera swoich siedmioro dzieci, ale tak naprawdę wiecznie się boi, zarówno męża, jak i tego, że dopadnie ją kara boska. Sześciu braci Tary z czasem pójdzie swoją drogą, ale właściwie większość wybierze tę po ciemnej stronie mocy. Dlaczego ciemnej? dlatego, że nie ma w niej miejsce na naukę, na przysłowiowy kaganek oświaty, który dostarczyć dziecku powinna szkoła.

W tradycyjnej mormońskiej rodzinie, szkoła nie istnieje, bo tam szerzy się kłamstwo, a do tego sprośność, nieskromność i rozwiązłość. A skoro szkoła nie istnieje, to tak jakby i człowiek nie istniał. Nie ma dokumentów, świadectw, baaa, nawet aktu urodzenia, bo wszelkie urzędy i szpitale to dla ojca Tary – iluminaci, którzy tylko czyhają,by sprowadzić kogoś na złą drogę i mu zaszkodzić. Według niego, trzeba być samowystarczalnym. I najlepiej jeszcze zbudować schron i zbierać zapasy na nadchodzace Dni Ohydy, czymkolwiek one są. 

Można o tej książce wiele pisać, ale zdradziłabym za dużo, choć może i tak zdradzam. Najważniejszy w niej jest przekaz i kobieca siła. Tara, która mimo, iż poszła do szkoły dopiero w wieku siedemnastu lat, z własnej woli i chęci, wobec sprzeciwu rodziny zdała wszystkie egzaminy, okupiła je bardzo ciężką pracą, aby w końcu wylądować na studiach doktoranckich w Cambrigde i również studiować na Uniwestytecie Harvarda. Profesorowie zachwyceni, ona sama przerażona, że ciągle nie pasuje do tego świata. Czy znajdzie swoje miejsce? 

Z tej książki i jednocześnie z historii Tary płynie informacja, że edukacja jest dla każdego, że pozwala na rozwój, na stanie się świadomym człowiekiem. To również ogromna szansa na zmianę postrzegania rzeczy, które towarzyszy człowiekowi w przechodzeniu w dorosłość. To co mówi Tara „Przeszłość była duchem, niematerialnym, niemającym znaczenia. Liczyła się tylko przyszłość” jest dla niej znamienne i bardzo ważne, bo można wtedy „kupić sobie ten jeden przywilej: widzenia i doświadczania większej liczby prawd niż te, które otrzymałam od ojca, i wykorzystywania ich do ukształtowania własnej mentalności”. Tara, dzięki edukacji, bardzo się zmienia. Czy udaje się jej uciec od siebie z lat nastoletnich, od tej dziewczynki zmuszanej do pracy na złomowisku ojca, której starszy brat Shawn wykręcał ręce i wkładał głowę do toalety, bo taki miał kaprys, od tej, która nigdy wcześniej nie wiedziała czym jest „holokaust” i wreszcie od tej, która ciągle mówiła „nie wiem” i której życie opowiadali jej zawsze inni? „Ich głosy były silne, dobitne, nieznające sprzeciwu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mój głos może być równie mocny jak ich”. 

Tę książkę trzeba przeczytać. Daje niesamowitego kopa, sprawia, że otwieramy oczy i mówimy sobie „Czemu narzekam na takie pierdoły? na to życie jakie mam? Pomyśl, jakim jesteś szczęśliwym człowiekiem, bogatym w wiedzę, w możliwości. To tylko od ciebie zależy, co z tym zrobisz i jak to wykorzystasz”. WARTO!!!! Trzeba. Ogromnie polecam!

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Nowości)

„Uwolniona. Jak wykształcenie odmieniło moje życie” Tara Westover, tłumaczenie Barbara Szelewa, wyd. Czarna Owca 2019

„Płynąc do domu” Deborah Levy

qqqqWiem, o czym myślisz – powiedziała. – Jedyny powód, dla którego warto żyć, to nadzieja, że potem będzie lepiej i wszyscy wrócimy bezpiecznie do domu. Ale ty próbowałeś i wcale nie wróciłeś do domu cało. W ogóle tam nie dotarłeś. Dlatego właśnie się tu pojawiłam, Józefie. Przyjechałam do Francji, żeby ocalić cię przed twoimi własnymi myślami”.

No właśnie. Kitty Finch, młoda, lubiąca paradować nago, rudowłosa botaniczka, pojawia się nagle w basenie willi na francuskiej riwierze. Przyjeżdża i myśli, że jak zawsze, może pomieszkać trochę w willi swoich przyjaciół. Niestety nie jest ona pusta. Mamy letni sezon i okazuje się, że w willi rezydują już inni: Joe, a właściwie Józef, poeta, polskiego pochodzenia mężczyzna po 50-tce, ocalały dawno temu z Zagłady Żydów, jego żona Isabel, korespondentka wojenna, której ciągle jest w podróży, oraz ich nastoletnia córka Nina. Rodzina przyjęła pod dach również swoich przyjaciół: Mitchella i Laurę. Dozorcą willi jest dziwaczny Jurgen, noszący dredy plotkarz, a wścibską sąsiadką, starsza Pani Madeleine, która dobrze zna Kitty i nie ukrywa, że jej nie lubi. Dlaczego?

Wszyscy są zaskoczeni i trochę zdenerwowani niespodziewaną wizytą nieznajomej, jednak Isabel proponuje jej wolny pokój na tyłach willi. Ta decyzja zaważy na spokoju, jaki do tej pory panował wśród przyjaciół. Każdy z nich zacznie odczuwać pewien dyskomfort powodowany obecnością tej tajemniczej dziewczyny, która bez problemu zaakceptowała możliwość zamieszkania razem z nimi. Okazuje się, że dziewczyna pisze wiersze, nie jest zbyt zdrowa, gdyż cierpi na depresję, może być lekko niebezpieczna i generalnie jest dziwna. Największy wpływ wywrze na Joe i Isabel. Jaki? Co się wydarzy pomiędzy małżonkami i czy przypadkiem nie było to zaplanowane z góry? Nawet jeśli podświadomie… Co oznacza tytuł książki i jak zakończy się cała historia?

Moim zdaniem pojawienie się Kitty w tak bezpiecznej dla przyjaciół do tej pory rzeczywistości, stanie się bodźcem stymulującym do wniknięcia w ich własną psychikę, do przypomnienia sobie własnych przeżyć, traum i grzechów, które do tej pory były skrywane gdzieś w zakamarkach mózgu. Nagle, okaże się, że każdy skrywa w sobie jakiś mrok, który może być bardzo niebezpieczny.
Może nie do końca dobrze odbieram tę powieść, ale takie właśnie mam przemyślenia. Generalnie to by
ła dla mnie ciężka w lekturze, choć krótka powieść. Dziwacznie napisana, momentami „płaska” i o niczym, ale może taki jest styl autorki? Albo brak stylu… Nie znam jej wcześniejszej powieści wydanej u nas „Gorące mleko”, dlatego nie mam porównania, czy ta książka jest lepsza czy nie. Mam wrażenie, że jest tu swoisty chaos, a jednocześnie prostota z mnóstwem niedopowiedzeń, trochę „psychotycznym” językiem, czasem zbyt dziecinnym, czasem silącym się na filozofię. Sama nie wiem, jak to ocenić. Jakiś zamysł na pewno był, ale nie trafiło to do mnie. Przyznaję, że zmęczyło mnie trochę.

Bardzo jestem ciekawa, jakie jest Wasze zdanie, czy czytaliście i czy macie podobne odczucia? 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Nowości)

„Płynąc do domu” Deborah Levy, tłumaczenie Marcin Sieduszewski, wyd. Znak 2019

„Rzeźnik” Max Czornyj

DSC06653

„Nie boję się śmierci. Czasem zdaje mi się, że miałem umrzeć już wiele razy. Razem ze wszystkim, co mnie otaczało, co kochałem i czego nienawidziłem. Śmierć towarzyszyła mi od urodzenia. Jest czymś całkowicie naturalnym i chyba już się do niej przyzwyczaiłem. Albo inaczej. Oswoiłem ją. Jeśli ktoś myśli, że nie można oswoić się ze śmiercią, niech tkwi dalej w swojej bajce. Powodzenia. Wszystko, co przychodzi na świat, musi też z niego odejść. Kto nie dopuszcza do siebie tej myśli, jest głupi albo szalony. Skutki mają swoje przyczyny, a przyczyny niosą skutki. Proste. Proste? Poza tym czy w umieraniu jest coś złego? Absolutnie nie. Umieranie to taki sam etap życia, jak jedzenie, spanie czy seks. Jedyna różnica polega na tym, że nikt nie potrafi o tym szczegółowo opowiedzieć”.

Nie wiem, jak to się stało, ale nie słyszałam wcześniej o Józefie Cyppku – Rzeźniku z Niebuszewa, który w 1952r. został skazany na śmierć przez powieszenie za brutalne morderstwo swojej 26-letniej sąsiadki. Okazało się później, że to nie była jego jedyna ofiara i że samo zabijanie nie było aż tak istotne. Przerażające było to, że Cyppek ćwiartował swoje ofiary, a ich mięso zjadał, tudzież oddawał je do sprzedaży pewnej znajomej handlującej mięsem na targu. Kiedy mięsa na półkach w sklepach było niewiele, albo prawie wcale, towar szybko schodził. Na targu zyskał od razu swoich klientów. Niewyobrażalne. Nieludzkie. Chore. Ale nie dla Cyppka. Dla niego to było jak wyświęcenie tych ofiar. Podarowanie ich w ofierze, uczynienie z ich ciał czegoś dobrego, czegoś co dawało innym przyjemność i radość. Ktoś mógł skosztować pysznego mięsa, oczywiście nie wiedząc skąd ono pochodzi. Cyppka to nie tyle podniecało, co sprawiało mu ogromne szczęście. Było to też pewnego rodzaju zadośćuczynienie za tragiczne wydarzenia z przeszłości. m.in śmierć jednego z jego synów. Uważał, że każde ciało po śmierci powinno się jeszcze na coś przydać, a nie zgnić gdzieś w ziemi, zapomniane, pochowane i skryte przed światem na zmarnowanie.

„To, czy mamy dla tego świata jakiekolwiek znaczenie, równie mocno zależy od tego, co zrobią z nami po śmierci, jak od tego, co samy zrobimy za życia”.

„Czy właśnie wtedy stałem się tym kim jestem? Po raz pierwszy zostałem sam i nic już nie miało znaczenia”.

To pierwsza książka Maxa Czornyja, jaką sobie kupiłam i przeczytałam. Oparta na prawdziwej historii, jest opowieścią o człowieku, któremu psychika zwichrowała się na tyle, by popaść w szaleństwo, okrucieństwo i potworność. Jego postać przedstawiona jest w taki sposób, by nie tyle usprawiedliwić jego czyny, ale pokazać, jaki mogą mieć wpływ na człowieka wydarzenia z jego przeszłości, a ta nie była usłana różami oraz jak właściwie może wyglądać umysł seryjnego mordercy.

Cyppek, który tak naprawdę urodził się w Opolu, był członkiem niemieckiej partii komunistycznej, w czasie I wojny światowej stracił nogę, a w 1952 zamieszkał w Szczecinie, gdzie pracował jako motorniczy. Autor przedstawia go jako człowieka, na którym wojna i wszechobecna śmierć, wywierają dość szczegółny wpływ. Cyppek jest źle traktowany, szczególnie nie może zapomnieć czasu kiedy był więziony i przesłuchiwany, czuje się brudnym, marnym robakiem, który mimo iż, próbuje ułożyć sobie życie z kobietą, widzi, że miłość szybko się wypala. „Niczego nie zdobyłem ani niczego nie osiągnąłem” mówi. W jego głowie zaczyna kiełkować myśl o tym, by się JAKOŚ zapisać w umysłach ludzkich. Bo kiedy odejdzie z tego świata, ludzie powinni wiedzieć, że istniał. 

Książka świetnie napisana. Narracja jest pierwszoosobowa, a narratorem jest sam Cyppek. Autor, uważam, świetnie, „wszedł” w jego umysł. Nie jest to książka jednak dla każdego, bo niestety opisy morderstw, których kilka się tu pojawi, są naprawdę makabryczne i nie przeznaczone dla osób wrażliwych. Sama wstrzymywałam oddech i próbowałam odwracać wzrok od kartek… bardzo to było dziwne uczucie, nie tyle obrzydzenie, co strach przed złem, jakie budzi się / rodzi w człowieku, który na pozór może być normalnym, miłym sąsiadem. Z drugiej zaś strony dziwna fascynacja umysłem seryjnego mordercy, dlatego, jeśli interesują was tego typu przypadki to warto sięgnąć. Czasem mieszała mi się chronologia zdarzeń, bo autor często przeskakuje z roku 1945 do 1951 albo do 1916r. Ale można to opanować. 

No i teraz, ciekawa jestem bardzo tej serii. Ktoś z Was czytał, polecacie? 

max

„Rzeźnik”, Max Czornyj, wydawnictwo Filia 2019