„Przez rzeki i jeziora Brasławszczyzny” Adam Wisłocki, Stanisław Pisarek

dscn6454

Pojezierze Brasławskie leży w północno-zachodniej Białorusi. Nazywane jest „błękitnym naszyjnikiem Białorusi” i obejmuje 267 jezior. Oczywiście poza jeziorami, mamy mnóstwo rzek i rzeczek, które łączą owe jeziora. Brasławszczyzna graniczy z Łotwą i Litwą, a jej centrum to miasto Brasław, gdzie zamieszkuje wg źródeł 19%  Polaków. I ten właśnie „błękitny naszyjnik Białorusi” opłynął przedwojenny kajakarz Adam Wisłocki razem z żoną i dwoma znajomymi. Kajaki załadowane bagażami miały za zadanie, przy pomocy ludzkich rąk i wioseł dopłynąć z miejscowości Dukszt na Litwie, przez Pojezierze Brasławskie, aż do Dźwiny, rzeki granicznej między Polską a ZSSR. Plan podróży pokazany został na mapce dołączonej do książki (od razu widać, jak pięknie została ona wydana, bo oprócz mapki jest też sporo zdjęć). Ów „Reportaż z kajakowej włóczęgi (1934r.)” stanowi pierwszą część książki, która przenosi nas do przedwojennych czasów, w których autor porywa się na takie przedswięwzięcie. Pan Aleksander Doba (nasz słynny kajakarz) porównuje styl pisania Wisłockiego do stylu Marii Rodziewiczówny (i faktycznie tak jest). Wisłocki „tworzy rozbudowane opisy przyrody, które absolutnie nie nudzą, gdyż każda rzeczka, drzewo i kaczka są w nich żywe, dynamiczne, mają swoją historię, swój charakter”. Oczywiście po drodze Wisłocki spotyka też ludzi, bo przecież musi gdzieś biwakować, odpocząć, uzupełnić zapasy jedzenia. Spotyka różne osoby o różnych poglądach, wyznaniach, osoby z różnych klas społecznych i to wszystko jest niezwykle barwne. Jest fantastycznym obserwatorem, odpowiednio dozuje zarówno swoje opinie, jak i historię związaną z danym miejscem, które go interesuje. Wisłocki również nie stroni od skrytykowania tego, co w zaobserwowanych osobach, czy też ogólnie narodzie, mu się nie podoba:

„Białorusin nie znosi roślinności, oprócz tej, z której ma bezpośrednią korzyść, jak trawa i zboże. […] Może winę ponosi wrodzone lenistwo i brak kultury, czy też zgoła nierozwinięte poczucie estetyki? Trudno mi o tem sądzić, poprzestać jedynie muszę na stwierdzeniu faktu, że wieś białoruska nawet z daleka sprawia przykre wrażenie. Brak drzew i sadów, nieodzownie związanych z pojęciem wsi, daje złudzenie tymczasowości, jakby mieszkańcy osiedli tu z musu, na pewien okres, aby po wyssaniu z ziemi życiodajnych soków, czem prędzej powędrować dalej”.

braslawJedyne co mnie nużyło w jego opowieści to te szczegóły dotyczące jezior (długość, szerokość, słup (cokolwiek to znaczy), opisy dna, dopływy itp..). Podobały mi się bardzo natomiast jego przemyślenia, zwyczajne obserwacje i proste uczucia, jakie wywoływała w nim podróż i cała ta włóczęga.

„Czas już nie istnieje. Wszystko co było, pozostało daleko za nami. W bezmiar błękitu zapadło gdzieś przykre wspomnienie miasta, śmieszna i bezcenna stała się dotychczasowa bieganina i pośpiech dnia codziennego”.

„Włóczęga posiada niezawodny instynkt, czyli tak zwany „nos turystyczny”, który w każdym przypadku zdoła go wyprowadzić na właściwą drogę. Włóczęga jest maksymalistą. Zawsze spełni więcej aniżeli pierwotnie miał zamiar, zawsze temperament poniesie go dalej i nigdy nie żałuje, gdyż rzeczy i wrażenia niespodziane i nieoczekiwane mają dla niego największą wartość. A jeśli zobaczy przeszkodę, idzie ku niej, choćby miał zboczyć z drogi”.

A ten opis mnie urzekł:

„Już dawno spopielało ognisko i w ciszy nocnej przebrzmiały echa dalekich kogucich hejnałów. Z pól przyszedł rześki zapach świeżo ściętego zboża, pierwszy zwiastun dalekiej jeszcze jesieni. Zszarzała na wschodzie aksamitna czerń nocy, uwydatniając twardą sylwetkę lasu. Nieruchome, dotąd senne jezioro zaczęło się powoli budzić. Raz i drugi zaszemrała u brzegu fala, cofnęła się i powróciła… I nagle, jakby w głebi wód zapaliły się niewidzialne ognie, wykwitły na powierzchni wilgotne dymy mgieł, tworząc chwiejne białawe kolumny, tam i siam słaniające się po jeziorze. Zdawało się, że to widma dawno zapomnianych bogów krążą nad świętym jeziorem, skąd przed wiekami je wygnano”

Wisłocki nie tylko jest romantycznym obserwatorem przyrody, bywa że się nawet bardzo irytuje, bo widzi, że ludzie nie dbają o nią, denerwuje go, że człowiek wycina lasy i zamienia je w uprawne pola, a w konsekwencji początkowo powstaną małe osady, potem większe miasteczka i miasta, które obrócą dziką przyrodę w nicość. Mało tego, sama roślinność niszczy jeziora zamieniając je w obumarłe, muliste przestrzenie, gdyż rozrasta się z nieprawdopodobną prędkością zagarniając miejsce przy brzegu i coraz dalej w głąb jeziora, dla siebie. Przyroda i człowiek są czasem nie do opanowania.

Gdy kończy się opowieść Wisłockiego, zaczyna się opowieść Pana Stanisława Pisarka, który z pasji do kajakarstwa, postanowił pójść, a właściwie popłynąć, śladami Adama Wisłockiego. Stało się to w 2014r. kiedy to razem z żoną, synem i kilkoma znajomymi, wyruszyli z Achremowców (rejon brasławski). 5 kajaków, mapa i książka Wisłockiego za przewodnik. Cel: powtórzyć trasę. Niestety, z różnych względów, głównie logistycznych, nie udało się powtórzyć jej dokładnie, ale Pan Pisarek wspomina tą podróż bardzo przyjemnie. 113 kilometrów drogą wodną (plus dodatkowe setki km drogą lądową),  niezwykłe znajomości z napotkanymi ludźmi, pyszne rybki i wódeczka na kolacjach biwakowych, piękne krajobrazy (co widać na zdjęciach), które można było podziwiać z punktów widokowych wspomnianych w oryginalnej książce Wisłockiego, który to towarzyszył wyprawie Pana Pisarka poniekąd telepatycznie. Stąpali po jego śladach i mają nadzieję, że kiedyś ktoś jeszcze popłynie taką samą trasą, bo warto. Po prostu. O ile wcześniej, rejon ten nie zostanie całkowicie zniszczony przez człowieka.

„Przez rzeki i jeziora Brasławszczyzny”, Adam Wisłocki, Stanisław Pisarek, wyd. Stapis 2016

 

 

nowa kupka, powiedzmy, że na Mikołaja

Obiecany po Black Friday cudny stosik: poza dwoma recenzenckimi („Flash Fiction” – opowiadania korporacji ha!art i „Wypadki małżeńskie – Meyers) całą resztę sprawiłam sobie z okazji przecen (50%) przy Black Friday, a Knausgard, Rutherford i Stedman w przedsprzedaży z rabatem 36 %. Czekam jeszcze na kilka recenzenckich i Nessera, którego okazyjnie na allegro upolowałam (cała seria z komisarzem Barbarottim :)) Miłego, zaczytanego weekendu. dscn6452

„Kategoria trudności” Władimir Szatajew

indeks ” Złota era rosyjskiego alpinizmu przypada na lata 60. i 70. XX wieku. Niestety niewiele osób miało możliwość opowiedzenia nam o wydarzeniach, jakie się wtedy rozegrały. To była wspaniała epoka i oto, dzięki Włodzimierzowi Szatajewowi, mamy okazję towarzyszyć bohaterom tamtych czasów, uścisnąć dłonie prawdziwym legendom, wejść na ścieżki pierwszych zdobywców (…)

Gdy byłem młody, książka Szatajewa skłoniła mnie do przemyślenia wielu spraw. Pomogła mi zorientować się, czym jest alpinizm, ponieważ zawiera pytania i odpowiedzi – to jej ogromna wartość. Czytając ją, nie tylko podążamy za historią, lecz oceniamy samych siebie, naszą moralność, to, co uważamy za dobre i złe, dociekamy przyczyn naszych zachowań.” – tak we wstępie do książki wydanej przez wydawnictwo Stapis, pisze jeden z moich ulubionych himalaistów: Denis Urubko. I właściwie to jest sedno tej książki. Tu więcej pisać właściwie nie trzeba.

Władimir Szatajew, autor „Kategorii trudności” w krótkich rozdziałach opisuje swoje życie i karierę wspinacza. Zaczynający przygodę z górami w Kaukazie, zdobywa wiele tamtejszych szczytów, nierzadko ocierając się o śmierć. Opisuje zmagania z wysokością, aklimatyzacją, wymienia nazwiska swoich partnerów, kolegów z ekip wspinaczkowych, z którymi zdobył Pik Komunizmu czy Elbrus. Pisze o ich zawziętości, motywacji i woli życia. Jego przyjaciel Jura Korotkow po 20stu kilku złamaniach, prawie skazany na inwalidztwo do końca życia, parę lat po wypadku, zrobił tak wspaniałą drogę, że otrzymał tytuł mistrza sportu. Być może miał wielkie szczęście, że wyszedł cało z wypadku. Inni nie mieli: Bluminar Gołubkow, czy Wołodia Wierbowoj.

Szatajew pisze jak stworzył nowe drogi wspinaczkowe m.in na Pik Prawdy czy o pierwszym zimowym trawersie jednej z najtrudniejszych gór Kaukazu: Uszbę. Opowiada o swojej żonie Elwirze, która w głębi duszy również dzieliła z nim pasję wspinaczkową i sama razem z innymi kobietami zasłużyła się dla Rosji w zdobywaniu szczytów;  jak kiedyś przez pomyłkę otrzymała informację, że zginął (Szatajew uskoczył w komin obok ściany, by uniknąć kamiennej lawiny, która z pewnością by go zabiła, a niestety ekipa widząca z dołu całą sytuację, zbyt szybko uznała, że Szatajew nie żyje i pospieszyła się z informowaniem rodziny).

0c06201bf3a90ae728096739189089621-400x479Szatajew wspinał się oczywiście też w Himalajach, gdzie zdobył Everest, Shisha Pangmę czy Annapurnę Południową. Opowiada o „Akcji na Eigerze”.  Pisze zwięźle, mądrze, konkretnie ale i pięknie. Dobrze wie czym jest radość ze zdobycia szczytu, ale też czym jest piekło, jakiego doznaje się w drodze na niego.

„Piekło – dlaczego jest przedstawiane jako ciemne, bulgocące, hałaśliwe? Ja je widziałem – jest idealnie białe, idealnie ciche, idealnie nieruchome. Nad nim idealnie błękitne niebo z idealnie nieruchomym, wiszącym, złym, palącym słońcem. Ta doskonałość to jest właśnie piekło i nie znajduje się ono w podziemiach, lecz ma kształt areny cyrkowej, głeboko wklęsłej czaszy. Piekło to uwierająca monotonia, mamiąca swoją doskonałością, która wycieńcza niezauważalnie, lecz szybko, doprowadza na skraj omdlenia nieruchomością, ciszą, jednobarwnością. Nie sposób zawiesić na czymkolwiek wzroku, czegokolwiek usłyszeć, czegokolwiek poczuć, z wyjątkiem równomiernie palącego słońca. Kiedy nie ma niczego oprócz idealnej, rozciągającej się na cały świat bieli, ciszy i bezruchu, aby móc doświadczyć mąk piekielnych, wystarczy spędzić w takich warunkach nie dłużej niż godzinę.”

Próbuje zrozumieć dlaczego wspinanie ma dla niego tak wielką wartość. Dlaczego w ogóle ludzie porywają się na takie ryzyko? Dla zdrowia? Dla chęci podziwiania przyrody?  Dla poznania samego siebie?  Dla przygody? A może to najzwyczajniej w świecie głupi nałóg? „górski alkoholizm”? na który „cierpią ci, którym góry weszły w duszę i zaszły za skórę. To ciężkie uzależnienie i mimo, iż są ateistami, modlą się do wszystkich bogów o wybawienie, obiecują, że ich noga więcej w górach nie postanie. Ale niech tylko zawieje lutowy wiatr, pojawi się jak sygnał marcowe słońce, głównymi bohaterami ich nocnych snów stają się góry i nie będzie dla nich przyjemniejszego zajęcia niż obserwowanie, jak ubywa kartek w kalendarzu. I nikt nie potrafi wyjaśnić, jaka siła ich tam ciągnie, co jest jej istotą, czego brakuje im na miejskim asfalcie i z czego powstaje „różnica potencjałów”, która dosłownie zwiewa ich z trotuaru i unosi w góry”. Po śmierci swojej żony zdaje sobie mocniej sprawę, że to samo może przytrafić się i jemu, jednak wie, że jeśli nie dopuści do głosu lekkomyślności, brawury, dzikiego pędu do kariery.. będzie dobrze. Żyje do tej pory. Uzyskał tytuł „Śnieżnej Pantery”. Ale czy tą książką pokazał o co tak naprawdę chodzi we wspinaniu? Tego chyba nigdy się nie dowie człowiek, który tylko o tym czyta. Być może nawet sam wspinacz nigdy nie pozna odpowiedzi ? 

„Tu tracisz poczucie odległości, nie wiadomo, co jest daleko, a co blisko. Brakuje punktów odniesienia – te dalekie wzgórza po prawej stronie tak naprawdę są godzinę drogi od nas, a do wierzchołka po lewej, który wydaje się tak bliski, trzeba wędrować dobę. Kiedy pokonujesz tysiąc metrów za tysiącem, kiedy nie do końca zdajesz sobie sprawę, co tak grzechocze – rzeczy w plecaku czy twoje kości – kiedy nie widzisz, co jest po prawej, a co po lewej, wtedy blaknie piękno, a zagadki i paradoksy w ogóle nie są interesujące. Myśli wspinacza w takim miejscu podążają w dwóch kierunkach: tam, gdzie ciągną się ludzkie ślady, gdzie jest ciepło i wspólnota, i tam, gdzie nie ma ani jednego, ani drugiego…”

Polecam.

„Kategoria trudności” Władimir Szatejew, wyd. Stapis 2015

stos na koniec listopada

stos

Oto mega piramidka z książek zakupionych i podarowanych przez wydawnictwa do recenzji. Nie zapominajcie oczywiście, że dzisiaj Black Friday i wiele księgarń oferuje całkiem fajne promocje, na pewno z nich również skorzystam, bo warto. Promocje często trwają przez cały weekend, szkoda tylko, że to końcówka miesiąca i człowiek właściwie czeka już tylko na wypłatę…. no nic ;)

Egzemplarze od wydawnictw to „Mafia na wybrzeżu”, „Nefrytowa szpilka”, „Monsun przychodzi dwa razy”, „Latarnia umarłych”, „Podróżnicy, którzy odkrywali świat” i 3 tom trylogii „Śmierć Frajerom. Tajemnica skarbu Ala Capone”.

Reszta książek zakupiona okazyjnie na allegro („Wampir” Chmielarza przykładowo za 8 zł) lub też w promocyjnych cenach. Perełką dla mnie jest książka Maurycego Nowakowskiego o jednym z moich ukochanych polskich, progresywnych zespołów – Riverside „Sen o wysokiej rozdzielczości”.

„Wybawienie” Adlera-Olsena zakupiłam pod wpływem dwóch filmów obejrzanych niedawno, a nakręconych na postawie wcześniejszych książek tego duńskiego autora:  „Kobieta w klatce” (również czytałam książkę) i „Zabójcy bażantów” (książki nie czytałam, ale stoi gdzieś na półce).

Mega cudny stos. Udanego weekendu!

„Czerwone złoto” Tom Hillenbrand

zlotoPo „Diabelskim owocu” kolejny kryminał kulinarny zafundował nam Tom Hillenbrand – pisarz z Monachium, mieszkający w Luksemburgu. Ślinka ciekła bardzo podczas lektury. Niezwykłe też jest to, że można tak umiejętnie w zagadkę kryminalną wpleść opisy Luksemburgu i Paryża, bo tu głównie dzieje się akcja.

Xavier Kieffer – właściciel restauracji „Deux Eglises” trafia do Paryża, bo: – po pierwsze związał się z Valerie, najbardziej znaną krytyczką kulinarną z przewodnika Le Gabin, – a po drugie został zaproszony na uroczystą kolację do Musee D’Orsay, gdzie gościem ma być najznamienitszy kucharz japoński, Mifune, znawca sushi. Niezwykła kolacja dla której burmistrz wynajął całe muzeum kończy się jednak bardzo szybko, bo kucharz Mifune umiera w jej trakcie. Ten sam motyw pojawił się w poprzedniej powieści Hillenbranda. Czyżby i tu również zadziałała jakaś trucizna? A i owszem. Wszystkiemu winien będzie tuńczyk błękitnopłetwy, jedna z najcenniejszych ryb na świecie, o której autor wie naprawdę sporo. Jak sam mówi w Posłowiu:  „Wiele firm i uniwersytetów próbuje hodować go w niewoli, jednak z marnym skutkiem. Wydaje się jednak,  że kiedyś może się to udać, z pewnością dzięki hormonom albo dzięki zastosowaniu inżynierii genetycznej”.  Ryba ta, niczym czerwone złoto, stanie się narzędziem w rękach złych ludzi. Bo mięso tuńczyka błękitnopłetwego jest tak drogocenne, że czasem nawet warto jest poświęcić nie tylko majątek na jedną rybę, ale również ludzkie życie. Cóż, tak to już jest na świecie, że czasem człowiek nie liczy się z konsekwencjami, ważne tylko, by odnieść sukces, zarobić i iść do celu po trupach.

Xavier, podobnie jak w poprzedniej powieści, będzie prowadził własne śledztwo, poniekąd na zlecenie czy prośbę burmistrza Paryża, poniekąd z własnej ciekawości. Wszystko to z nieodłącznym papierosem – ducalem oraz przy aromacie potraw, jakie przyrządzane są w kuchni Xaviera, czy też w innych restauracjach, jakie odwiedza.

„Stanął przy grillu i zaczął opiekać medaliony wołowe i plastry foie gras wielkości małego sznycla. Następnie przeniósł krwiste jeszcze steki na ogrzane talerze, na których ułożono już opieczone na maśle kromki chleba. Kieffer kładł na kawałki mięsa gęsie wątróbki i podawał talerz dalej swojemu saucierowi. Ten miał dodać do tournedos Rossini i foie gras sos na czerwonym winie, który wcześniej zagęszczono zimnym masłem. Na koniec entremetier zetrze na górę trochę czarnego trufla i dołoży na talerz dodatek – drobno cięte frytki”.

Takich opisów jest tu naprawdę sporo, przy czym niezwykłe też są detale dotyczące japońskiej sztuki robienia sushi. To niesamowite, jak Japończycy przykładają wagę do całej tej, nazwijmy to, ceremonii; jak potrafią rozpoznać wiek ryby po dotknięciu jej mięśnia, jak umiejętnie potrafią przyrządzić każdy rodzaj wyczuwając to co jadła, jak żyła, gdzie pływała. Dowiedziałam się wielu rzeczy.

Przespacerowałam się również ulicami nie tylko Luksemburga, który już i tak był świetnie opisany w „Diabelskim owocu”, ale również Paryża. Te opisy bardzo działają na wyobraźnię. Nie jest to typowy kryminał, którego akcja jakoś mocno trzyma w napięciu, ona delikatnie osnuwa te wszystkie smaczki i ciekawostki, pod koniec robi się nawet dość niebezpiecznie, ale nie ma tu brutalności i przelewającej krwi.

Dobra rozrywka, choć intryga dość schematyczna, w porównaniu do poprzedniej powieści. Niemniej jednak spędziłam z książką miły czas.

Tom Hillenbrand, „Czerwone złoto”, wyd. Smak Słowa 2016.

„Bar na Starym Osiedlu” Sabina Waszut

indeksBardzo przyjemna to była lektura. O ludziach, o Śląsku, o relacjach międzyludzkich, rodzinnych, o tęsknocie za szczęśliwym domem i kochającą się rodziną, o strachu przed czymś nowym, co może odmienić życie, i o odwadze do tej zmiany, o poszukiwaniu swojego miejsca do życia.

Ola Kieś z Warszawy pewnego dnia zostaje zwolniona z pracy. To katalizator dla jej następnych poczynań, bo od pewnego czasu gryzła się z myślą, czy przyjąć spadek po zmarłej babci z Chorzowa, czy nie. Z babcią nie miała kontaktu, nie była nawet na jej pogrzebie i choć sama pochodzi ze Śląska, ciężko jej się zebrać by tam wrócić, by ogarnąć te wszystkie sprawy spadkowe i dowiedzieć się, co tak naprawdę zapisała jej babcia. Chorzów jest dla Oli rodzinnym miastem, z którym wiąże się wiele wspmnień i w miarę dobre dzieciństwo. Jest jednak rzecz, która nie daje Oli spokoju: dlaczego jej matka stamtąd wyjechała, zabierając ją ze sobą i czy w jakiś sposób zawinił ojciec, po którym od tamtej pory słuch zaginął, a o którym matka mówić nie chciała? Nieobecny w życiu Oli od lat, nagle pojawi się w jej myślach i dziewczyna zapragnie go odszukać. Przyjazd do Chorzowa okaże się dla niej powrotem do domu. Prawdziwego domu. Do siebie. Do swoich korzeni. Czy Ola zapuści je na nowo? 

„Na ulicy spory ruch, choć to już po godzinach porannego szczytu. Na pierwszy rzut oka dzielnica, w której się znajduję, nie różni się niczym od warszawskiej Pragi czy Woli. Odpoadające tynki, cuchnące bramy, tramwaj przemykający środkiem ulicy. Wszystko znajome, ale jakby bardziej swojskie, bardziej moje. Nie wiem, skąd to  uczucie, przecież te miejsca nie istniały dla mnie przez większość życia. A jednak coś takiego unosi się w nasyconym od spalin powietrzu, że oddycha się lżej”.

Okaże się, że w spadku po babci Ola odziedziczyła bar. Osiedlowy, z pysznym domowym jedzeniem przygotowywanym przez trzy prawdziwe śląskie baby, z abonamentem obiadowym dla emerytów, uczniów… Niby staromodnie, ale z klimatem. Na nic wprowadzanie do menu warszawskich przekąsek lunchowych. Tu liczy się tradycja. Jak na całym Śląsku, który słynie ze swojej dumy i honoru. Tradycyjny obiad to kluski, rolada i modro kapusta. Są i naleśniki, pierogi i fantastyczny rosół. Wszyscy pamiętają babcię Oli,  Stanisławę i na początku nie są do końca przekonani czy wnuczka z Warszawy, która nawet nie była na pogrzebie powinna zajmować się tym, istniejącym od lat barem. Ola jednak powolutku zyskuje ich zaufanie. Towarzyszymy jej w codziennych problemach, ale nie tylko tych „barowych”. Więcej uwagi autorka poświęca jej zmaganiom się z emocjami związanymi z poszukiwaniem ojca i tym samym, powodu dla którego rozstał się z matką. Czy Oli uda się rozwiązać zagadkę z przeszłości?

„Wchodzę w boczną uliczkę i jak gdyby nigdy nic, po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat, staję naprzeciwko klatki schodowej prowadzącej do mieszkania mojej babki. Nie pomyliłam się. Trafiłabym tu z zamkniętymi oczami. Zerkam w ciemne okna. Pierwsze dwa od prawej. To kuchnia i pokój. Przez osiem lat dzieliłam go z mamą i ojcem. Babcia mieszkała w tym, którego okna wychodzą na drugą stronę domu. Gdy byłam całkiem mała, większość czasu spędzałam w babcinej części mieszkania. Chowała mnie u siebie. Przechowywała. Może sądziła, że brak plączącego się między nogami dziecka pomoże moim rodzicom w poukładaniu spraw i siebie. Gdy zaczęłam rozumieć, wybrałam kuchnię. Na dużym stole rozkładałam zeszyty i książki. Malowałam obrazki, lepiłam plastelinowe figurki. Babcia gotowała obiad, a potem testowała na mnie wszelkie zabawy, które następnego dnia miały poznać przedszkolne dzieci.

Czasem dołączała do nas mama. Siadała przy mnie i palcem rozcierała kolory na obrazkach. Nadawała im miękkości. Ona cała była miękka, jakby nie do końca istniała. Ojciec przemykał. Pamiętam jego półprzytomny uśmiech, dotyk dłoni przygładzającej moje wiecznie rozczochrane włosy. Schylał się do lodówki, wyciągał kilka butelek piwa i z powrotem schodził do piwnicy. Przez te wszystkie lata był dla mnie jedynie mignięciem. Chwilą. Ciężkie wojskowe buty, stojące na baczność przy drzwiach, dawały mi więcej poczucia bezpieczeństwa niż ramiona, które obejmowały. Zbyt rzadko.”

No właśnie. Takie dzieciństwo miała pewnie nie tylko Ola. Są sprawy przyjemne, o których chce się mówić, ale są też takie, które bolą. Czytałam tę książkę z ogromną przyjemnością, troszkę odnajdując w niej siebie. Choć nie jestem Ślązaczką, to dziedziństwo lat 80tych było bardzo podobne, chyba w całej Polsce. Na przykład ta cała ceremonia mycia okien, która długo wyglądała i u mnie w domu bardzo podobnie. Pajda chleba z cukrem, zabawy na dworze. Poza tym, opisy tego życia w małej osiedlowej społeczności, gdzie wszyscy sąsiedzi wszystko o sobie wiedzą, a ksiądz z parafii budzi postrach, bo pamięta, kto nie był niedzielę na mszy – to niezwykłe zjawisko. Teraz mamy coraz więcej anonimowości, zamknięte osiedla  i obojętność. Sami się odcinamy, a czasem warto wejść głębiej w relacje międzyludzkie, bo nikt nie powinien zagłuszać samotności telewizorem.

Bardzo polecam.

„Bar na Starym Osiedlu” Sabina Waszut, wyd. Muza 2016.

„Istota zła” Luca D’Andrea

indeks„Istota zła” to opowieść o Bestii. Ale nie takiej z filmów grozy czy horrorów. To opowieść o ludzkiej naturze. O kumulacji nienawiści, wrogości, zazdrości i złości. I o wybuchu tego wszystkiego, co w konsekwencji doprowadza do tragedii, przez wiele lat niewyjaśnionej przez policję z tyrolskiej wioski Siebehoch.

Dopiero przyjazd Jeremiasza Salingera, nowojorskiego filmowca, doprowadzi do rozwiązania tego, co stało się w mrocznym i niebezpiecznym wąwozie Bletterbach.

Wspomniana wyżej Bestia może siedzieć w każdym. Jeśli tylko znajdzie odpowiedni moment, znajdzie ujście. Zupełnie jak potwór siedzący w jaskini. Sallinger taką Bestię zna. Poznał ją w momencie wypadku, w którym zginęli wszyscy prócz niego. Wtedy pierwszy raz usłyszał jej syczenie. I ta wszechogarniająca biel.
„Co się w górach wydarzyło, w górach pozostanie”. Ale czy na pewno?

„Ściany rozpadliny. Refleksy przechodzące w absolutną ciemność. Snop światła z kamery, który skakał po ścianach, czasami jak na zwolnionym filmie, czasami jak w histerii. Kawałki lodu pływające w wodzie przy moich nogach. I odbicia mojej twarzy na ścianie lodowej. Miałem twarz uśmiechniętą, potem skupioną, a na niej wciąż wyraz kogoś, kto chce podsłuchać jakąś rozmowę. A w końcu była to twarz roztrzęsiona, z oczami zwierzęcia w pułapce, z ustami pociemniałymi od zimna, odsłaniającymi zęby w jakimś szyderczym uśmiechu, którego u siebie nie znałem. Była jak maski zdejmowane ze średniowiecznych zmarłych.

A w tle tego obrazu słychać było odgłosy Ortles. Skrzypienie lodu. Szmer całego masywu skalnego Ortles, który jakoś poruszał się jak dwieście tysięcy lat temu.

Głos Bestii.

Upływanie sekund, które traciło swój sens. Przemożna świadomość, że czas w lodowcu nie jest czasem dla człowieka. To czas inny, wrogi.

I ciemność.

Zatonąłem w ciemności, która pochłonęła cały świat. Dryfowałem przez najgłębsze przestworza. Sama bezkresna, nieskończenie wieczna noc w widmowej bieli.  Cztery litery: „mrok”. Cztery litery: „mróz”. I w końcu ratunek.”

Ataki paniki i koszmary będą nawiedzać Sallingera od tej pory bardzo często. Nie będzie chciał słyszeć o leczeniu farmakologicznym. Wplącze się w tajemniczą zagadkę sprzed lat, która będzie go pociągać, aż do całkowitego zatracenia się w tej historii. Odbije się to konsekwencjami zarówno na mieszkańcach Siebenhoch, którzy potrafią trzymać sekrety za zębami (ale też do czasu),  jak i na jego własnej rodzinie. Córeczka mało nie zginie, a żona zagrozi odejściem. Czy to powstrzyma Sallingera od drążenia głebiej?

Osaczenie i obsesja to dwa słowa, których należy użyć. Osaczenie – 9 liter, obsesja – 7 liter. To one charakteryzują powieść. Obydwa pojęcia tworzą atmosferę książki, chociaż…. zdarzają się momenty lekko przesadzone. Cała historia z prehistorycznym stworem wydaje mi się zbędna. Momentami zachowanie Sallingera trąca jakimś takim przejaskrawieniem. Jednak autor umie budować napięcie, czytelnika zaskakują zwroty akcji i czyta się dobrze tę powieść, ale są rzeczy, które można było przedstawić mniej dosadnie. Generalnie jest to chyba debiut autora, jeśli chodzi o książki dla dorosłych, więc może z następną, będzie mniej „filmowo” a bardziej działająco na wyobraźnię. Niemniej jednak to dobra rozrywka. Książka ukazuje się 21 listopada w Polsce, niemniej jednak już można kupić ją w przedsprzedaży w Empiku.

„Istota zła” Luca D’Andrea, wyd. W.A.B, GW FOKSAL 2016