„Mój Michael” Amos Oz

„W zimie Jerozolima zna jasne, słoneczne soboty. Niebo przybiera odcień, który nie jest błękitem, lecz intensywnym, głębokim indygo, jakby morze wzniosło się i dnem ku górze zawisło nad miastem. Ta jaskrawa przejrzystość, wyszywana chórami rozswawolonych ptaków, skończenie świetlista. Odległe budynki, gaje, wzgórza zdają się drżeć nieprzerwanie. Przyczyną tego zjawiska jest parująca wilgoć, tak mi wyjaśnił Michael. W takie soboty jemy wczesne śniadanie i wychodzimy na długi spacer. Opuszczamy ortodoksyjne dzielnice i wędrujemy daleko, do Talpijot, do Ein Kerem, do Malchy, do Giwat Szaul. W południe odpoczywamy w jakimś lasku, zjadamy to, co wzięliśmy na drogę. Wracamy do domu pod wieczór, pierwszym autobusem po zakończeniu szabatu. Są to spokojne dni. Chwilami wyobrażam sobie, że Jerozolima otwiera się przede mną i wszystkie jej zakamarki zalewa światło. Nie zapominam, że niebieski blask to złudzenie. Ptaki odlecą. Ale ja przecież już umiem się wyrzekać. Unosić na wodzie. Nie sprzeciwiać.

Chana, młodziutka studentka literaruty hebrajskiej przypadkiem poznaje Michaela, studenta geologii na uniwersytecie w Jerozolimie. Ich pierwsze spotkanie, obopólna fascynacja i chęć bliskości prowadzą w krótkim czasie do małżeństwa. Wydaje się, jakby ten ślub był zawarty w pośpiechu, bez większego zastanowienia, chociaż niby oboje tego chcą i zależy im na sobie. Porozumiewając się krótkimi, często dziwnie niezrozumiałymi dla siebie zdaniami, próbują ze sobą rozmawiać, ale cały czas ma się wrażenie, że nie potrafią się zrozumieć. Coś ich ku sobie popchnęło, narodziło się gdzieś przecież uczucie, ale wspólne życie staje się totalnie zwyczajne. Rodzi się dziecko, Michael skupia się na pisaniu swojej pracy doktorskiej, wydaje się być podobny do jednej ze skał, których erozję bada. Jest spokojnym, dość przeciętnym człowiekiem, trzymającym się swojej pasji, natomiast Chana zaczyna pragnąć czegoś więcej. Pragnie, by się coś działo, by życie było jak pożar, jak lawina uniesień, by nie polegało tylko na oglądaniu telewizji, na marzeniach o pralce elektrycznej czy większym mieszkaniu, na oglądaniu bezpłciowych ubrań swojego nijakiego męża (bo tak go odbiera). Czasem wydaje się, jakby chciała zatracić się w rozkoszy, bólu, takim do krwi i mięsa, a dostaje jedynie przelotne muśnięcie ręki, albo oschłą odpowiedź.

Jej nastawienie do życia, pesymistycznej, szukającej nie wiadomo czego i wiecznie narzekającej kobiety doprowadzało mnie do ogromnej irytacji. I teraz, albo Amos Oz ma totalną zdolność tworzenia bohaterów denerwujących i męczących (co byłoby w pewnym sensie sztuką), albo uczynienie kobiety narratorką stało się ponad jego siły. Nie dawałam rady, czytałam tę książkę bardzo długo, bo musiałam odpoczywać od ciężkiego stylu autora. Na okładce napisane jest, że Oz „mistrzowsko maluje postępujący rozpad małżeństwa”, jednak według mnie to przerost formy nad treścią. Nie znam jego poprzednich książek, więc też kompletnie obcy mi jest styl jego pisania, ale już wiem, że się z Amosem Ozem nie polubimy.

Niektóre fragmenty były piękne i były to takie fragmenty, w których Chana opisywała codzienność, spotkania z rodziną, z teściem, opisy Jerozolimy lat pięćdziesiątych chwytały mnie gdzieś za serce:

„Jerozolima to smutne miasto, ale w każdej godzinie i porze roku jest smutne innym smutkiem”.

„Labirynt prowizorycznych budynków, magazynów, baraczków i płotów, które z tłumioną wściekłością wspierają się o szare kamienne domy, kolorem zbliżone chwilami do błękitu, chwilami do czerwieni. Pordzewiałe blaszane rynny. Szczątki ścian bez domu. Zacięta, niema walka między kamieniem a upartą roślinnością. Puste posesje pełne śmieci i ciernistych krzaków. A zwłaszcza szaleńcza gra światła: wystarczy, że chmura na moment rozdzieli zmierzch i miasto, a już Jerozolima jest inna”.

I tu faktycznie widzę, jak Amos Oz maluje słowem. Takie opisy mogłabym czytać cały czas. I jest ich tu więcej, z tym, że to nie książka o mieście, a o małżeństwie, których na świecie jest przecież wiele. Bardzo podobnych zapewne, w których albo jedna, albo obie strony się nie odnajdują, próbują wzajemnie się poniżać, nie potrafią się zaspokoić w żaden sposób. Tak jak w małżeństwie Chany i Michaela, w którym każdy dzień jest taki sam, albo przynajmniej podobny. „Mój mąż i ja jesteśmy jak dwoje obcych ludzi wychodzących razem z przychodni po nieprzyjemnym zabiegu: oboje zażenowani, czytają w swoich myślach, czują zawstydzającą i niewygodną bliskość, ze znużeniem szukają odpowiedniego tonu, w których będą odtąd z sobą rozmawiać”. Faktycznie Oz pokazuje tę destrukcję związku, ale nie jest to łatwe w odbiorze. Przynajmniej dla mnie nie było, już pomijając tę wnerwiającą kobietę, która często ucieka też w jakieś wyimaginowane historie, marzenia senne…. I pomyśleć, że pod koniec książki ma ona 25 lat!!? a ma się wrażenie, jakby była już mocno sterana i zmęczona życiem…

Gdyby ta powieść w całości była napisana prościej, bez tego (według mnie) często przerostu formy nad treścią, byłabym może zachwycona. A tak … jestem zmęczona, poirytowana i zła, że zajęło mi to tyle czasu. Nie wiem, normalnie bym tę książkę odłożyła, ale jest to egzemplarz do recenzji, który sama sobie wybrałam, więc czuję się zobowiązana, by jednak coś napisać.

Powiem krótko: pomijając już charakter i podejście do życia głównej bohaterki, zamysł dobry, podobało mi się wybiórczo, końcówki nie zrozumiałam w ogóle, a kompleksowo całej powieści mówię zdecydowane: nie.

„Mój Michael” Amos Oz, tłumaczenie Agnieszka Jawor-Polak, wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis, 2020

„Jesień. Pory roku. Tom 1” Ali Smith

„Minutę temu był czerwiec. Teraz pogoda jest wrześniowa. Zboża rosną wysoko, czekają na skoszenie, jasne, złociste. Listopad? Niewyobrażalne. Został już tylko miesiąc. Dni są wciąż ciepłe, powietrze w cieniu przenikliwsze. Noce zapadają wcześniej, są chłodniejsze, światła za każdym razem trochę mniej. Ciemno o wpół do ósmej, ciemno piętnaście po siódmej, ciemno o siódmej. Zieleń drzew przygasa od sierpnia, a tak naprawdę od lipca. Za to kwiaty wciąż się rozwijają. Żywopłoty wciąż brzęczą. Szopa jest już pełna jabłek, a drzewo jest nadal nimi oblepione. Ptaki siedzą na liniach wysokiego napięcia. Jerzyki odleciały już kilka tygodni temu. Są już setki kilometrów stąd, gdzieś nad oceanem”.

Jesień. Niech was jednak nie zwiedzie cytat. Ta książka nie jest otulająca jak ciepły kocyk, kolorowa, jak złote liście na drzewach. Jest smutna, nostalgiczna, z jednej strony piękna, a z drugiej bardzo specyficzna i dziwna. Nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak sądziłam, że będzie, choć przyznaję, że od momentu jak ją skończyłam, to dużo o niej myślę.

Mała Elisabeth pewnego dnia ma napisać zadanie domowe, w którym ma zadać jakieś pytanie sąsiadowi i zapisać jego odpowiedź. Mama nie pozwala jej tego zrobić, każe jej wymyśleć odpowiedzi, byle tylko nie mieć nic do czynienia z dziwnym, starszym panem z mieszkania obok, który pewnie jest niebezpiecznym dla małych dziewczynek gejem. Dlaczego tak o nim myśli? Elisabeth jednak mimo wszystko i z upływem czasu, zaprzyjaźnia się ze staruszkiem. Dzieli ich ogromna różnica wieku, ale dogadują się niezwykle łatwo. „Nikt nie mówił tak jak Daniel. Nikt nie milczał tak jak Daniel”. Ich spacery to wymiana metafor, skojarzeń, zabawy słowem, opowieści o starych obrazach, które Daniel zapamiętał i opisuje w genialny sposób dziewczynce. Skąd jego miłość do takiej dziwnej (bo te obrazy są dziwne) sztuki? Dlaczego akurat mówi o nich z takim smutkiem? Co się wydarzyło w jego młodości? „Nigdy nie można uciec z graciarni swojego „ja””.

Daniel Gluck, bo o nim wyżej właśnie mowa, niegdyś piszący teksty do popularnych piosenek, teraz ma już 101 lat. Przebywa w domu opieki, a trzydziestoletnia już Elisabeth nadal go odwiedza. Jej wizyty parę razy w tygodniu polegają na czytaniu mu książek, podczas gdy Daniel głównie śpi. Pielegniarki myślą, że to wnuczka odwiedza dziadka, nie domyślają się, że łączy ich inna relacja. Jaka? Czy to przyjaźń? Miłość? Elisabeth wie, że ta relacja jest wyjątkowa, mimo iż do tej pory dość krytykowana przez jej matkę. Nie ma w tej przyjaźni nic zdrożnego czy kontrowersyjnego. Nigdy z nikim tak dobrze jej się nie rozmawiało, nigdy nikt jej tak dobrze nie rozumiał. I właściwie to czytelnik ma wrażenie, że Daniel, mimo swojego wieku, czuł i czuje podobnie. Kiedy Elisabeth przypadkiem natrafia na album z obrazami pop-artowej, niedocenianej malarki lat sześćdziesiątych, Pauline Boty, zaczyna zagłębiać w historię jej krótkiego życia, bo jej obrazy dziwnie przypominają jej te, wspominane na spacerach w dzieciństwie przez Daniela. I tu, pojawiają się pytania o tożsamość kulturową, o kwestie bycia kobietą, pojawia się analizowanie własnych emocji, uczuć, na tle rozpadajacego się poniekąd kraju, który stoi przed widmem brexitu, choć to słowo nie pada tu wcale. „Nadszedł czas, kiedy ludzie mówią do siebie różne rzeczy, ale nic z tych rzeczy nie zamienia sią w dialog”.

Ta książka to dość chaotyczny momentami zapis wspomnień obydwojga bohaterów. Są tu częste retrospekcje, strumienie świadomości, słowa płynące nie wiadomo skąd i dokąd, sny, w których człowiek ukrywa się w pniu drzewa, albo z którego wyrastają liście (co możemy odnieść do sztuki „Burza” Szekspira, którego Daniel lubił). Czasem pojawiają się opisy jesieni, jak w powyższym cytacie, bo pory roku są i były zawsze takie same, tu akurat nie ma niespodzianek, to życie i spojrzenie na życie się zmienia. Często trzeba się dostosowywać do aktualnej rzeczywistości, lub też buntować, bo w końcu brakuje cierpliwości, zupełnie jak w przytoczonej historii z robieniem przez Elisabeth zdjęcia do paszportu, czy też w historii wspomnianej Pauline Boty. I jeszcze matka Elisabeth, która początkowo uważana przez córkę za niezbyt inteligentną osobę, po latach zyskuje w jej oczach. Dojrzewanie Elisabeth i jej przyjaźń z Danielem, sprawiają, że dziewczyna patrzy na świat w bardziej wrażliwszy sposób, widząc więcej i rozumiejąc więcej.

To mądra książka, ale chyba nie jestem odpowiednim odbiorcą i nie jestem w stanie bardziej docenić tak zachwalanego kunsztu Ali Smith. Częściowo mi się podobało, ale bardziej zmęczyłam lekturę, choć tak jak wspomniałam wcześniej, zostawiła ta książka coś w mojej głowie, bo cały czas o niej myślę. Hmmm. Przeszkadzał mi ewidentnie ten chaos i styl pisania, który zaburzał mój odbiór. No nie wiem… Na pewno jest to intrygująca powieść.

Recenzja powstała w ramach współpracy z księgarnią Tania Książka.

„Jesień. Pory Roku. Tom I” Ali Smith (wyd. W.A.B., 2020) w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego, możecie nabyć w tej właśnie księgarni, w dziale „Beletrystyka i literatura piękna”. Może akurat docenicie ją lepiej?

„Wachmistrz” Krzysztof Bochus

„Kukulka chuchnął w zgrabiałe dłonie. Nigdy nie lubił dyżurów w siedzibie Kripo przy Karrenwall. Uważał je za stratę czasu. Zdecydowanie przedkładał pracę w terenie ponad ślęczenie w nieogrzewanej i dusznej dyżurce. Jego żywiołem były gdańskie doki, gdzie można było zarobić kosę, ciasne uliczki śródmieścia czy otoczone wątpliwą sławą okolice Hinter Adlers Bauhaus. Zwłaszcza o zmroku trzeba było tu uważać, aby się nie poślizgnąć na spermie czy porzuconych w bramie kondomach”.

Mamy rok 1929, Wolne Miasto Gdańsk, które tłem do mrocznego kryminału retro jest idealnym i może śmiało być trzecim bohaterem książki. Opisy brudnych ulic, zakamarków, biedoty ludzkiej, która ledwie wiąże koniec z końcem, bo panuje bezrobocie i większość ludzi zadowolić się musi zupą na obierkach z ziemniaków, pasują idealnie do historii stworzonej przez autora książki. „Spsiałe podwórka”, „zaszczane zaułki” i miasto jako „żałosna karykatura, wionąca cuchnącym oddechem i odsłaniające swe zepsute bebechy” to miejsce w którym nagle zaczynają znikać piękne, młode kobiety z nazwijmy to „nizin społecznych”, chcące zarobić nieco grosza, pracując czy to w sklepie czy jako pomoc domowa itp. Kobiety jakby zapadają pod ziemię, nie mają zbyt wielu znajomych, więc ciężko się czegoś od kogoś dowiedzieć. Czy znikają, bo nagle stwierdziły, że właściwie nie ma sensu ten cały ich żywot i lepiej wyjechać? czy może jednak ktoś je morduje, ukrywa, porywa? „Tam skarb mój, gdzie siostry moje” – cytat z pewnej fotografii okaże się przełomem.

Głównym bohaterem książki, nie jest, tak jak w poprzednich kryminałach Krzysztofa Bochusa, radca Abell, wieczny idealista, sprawiedliwy, uczciwy, kochający sztukę i nie lubiący Niemców policjant. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się (znany oczywiście już z poprzednich książek) wachmistrz Gustaw Kukulka. Kostropaty, wysoki, zmęczony życiem, ale słynący z brutalności i bezkompromisowych akcji, a także sarkastycznego poczucia humoru, doświadczony policjant z Kripo, który ostatnio ze względu na swoje metody, usuwany do nijakich spraw, wreszcie będzie mógł się wykazać. Zostaje przydzielony do śledztwa w sprawie zaginięć młodych kobiet, które poprowadzić ma młody radca Abell właśnie. To będzie pierwsze spotkanie tych dwóch zupełnie przeciwstawnych, jeśli chodzi o podejście do pracy i życia poniekąd, postaci. Byłam tego bardzo ciekawa, bo w książkach z Abellem w roli głównej, stanowili idealny duet, w którym oboje poszliby za sobą w ogień. Ciekawiło mnie, jak narodziło się między nimi to zaufanie i czy się od razu polubili? Trzeba przyznać, że autor ciekawie pokazał ich pierwsze relacje, które były no, powiedzmy sobie jak to w tym powiedzeniu, że nie od razu Kraków, (tfuuu Gdańsk) zbudowano.

Samo śledztwo oczywiście będzie wymagało poświęcenia przez obu panów ogromu czasu, choć tego jak zawsze jest mało, no i wysiłku. Ciężko będzie powstrzymać zapędy Kukulki do działania zgodnego z prawem, jego buńczuczność i gniew, który w pewnym momencie pojawi się z powodów bardzo osobistych, narażą go na spore niebezpieczeństwo, no ale Kukulka nie byłby sobą, gdyby nie jego porywczość. Tylko czy przypadkiem sobie i śledztwu tym nie zaszkodzi?

Czy uda się odnaleźć wszystkie kobiety? Co się z nimi w ogółe stało? Jak dalej potoczy się śledztwo? Co wspólnego będą miały ze sprawą: niespotykane eskponaty odkryte w piwnicy niejakiego profesora Lenza, a także siostra Bernadetta, która mocną ręką trzyma wszystkie elżbietanki w swoim zakonie? Czy przeszłość siostry Kukulki, której historię również poznamy, wpłynie na rozwiązanie zagadki? Kawałek po kawałku odkrywana jest bardzo mroczna i niebezpieczna w skutkach prawda o tym, co tak naprawdę dzieje się w mieście, w tym zaplutym, rynsztokowym, zaszczanym kawałku historii.

Czekam na kolejne części z wachmistrzem Kukulką w roli głównej. „Wachmistrz” to świetny retro kryminał, z klimatem i z wartką akcją, czyli taki jak lubię. Bardzo mi się podobało.

A recenzje poprzednich książek z Abellem w roli głównej tutaj: „Czarny manuskrypt”, „Martwy błękit”, „Szkarłatna głębia”, „Miasto Duchów”.

„Wachmistrz” Krzysztof Bochus, wydawnictwo Skarpa Warszawska, 2020.

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy” Clarissa Goenawan

„Przezroczyści ludzie są całkowicie normalni. Tak normalni, że niczym się nie wyróżniają i po prostu wtapiają się w tło. Jeżeli przyjrzeć się uważnie, można ich dostrzec blisko końca szeregu podczas wycieczek szkolnych, ale nigdy na samym końcu. W klasie siedzą gdzieś pośrodku, zazwyczaj przy ścianie. Nie zajmują przyjemnych miejsc z widokiem, przy oknie. Nie są najlepszymi uczniami w klasie, ale radzą sobie na tyle dobrze, żeby zdawać egzaminy. Reasumując, są typowymi przeciętniakami. Utrzymują w miarę dobre relacje z kilkoma osobami z klasy, ale nie mają prawdziwych przyjaciół. Prowadzą spokojne życie w liceum, na studiach i potem w pracy. Zwykle zawierają małżeństwa z podobnymi sobie, ponieważ inni mogliby przesunąć ich bliżej centrum uwagi, a oni nigdy nie przyzwyczaili się do tego, żeby się nimi interesowano. Są przecież prawie niezauważalni”.

Ten cytat to przemyślenia Chie, jednej z dziewczyn, która przyjaźni się z tytułową Miwako Sumida. Chie od zawsze tak się czuła: niezauważana, niewidzialna, dopóki nie poznała Miwako i jej wielkiej tajemnicy, która jest na tyle bolesna i trudna, że doprowadziła Miwako do samobójstwa. Jednym z głównym bohaterów książki jest też chłopak, Ryusei, który mieszka wraz ze starszą siostrą Fumi. Zostali sami po śmierci rodziców, którzy zginęli w wypadku. Ryusei kocha książki, Fumi maluje. Chłopak przypadkowo poznaje Miwako i zakochuje się w niej, niemniej jednak ta go ciągle odtrąca i traktuje tylko jako przyjaciela. Kiedy w pewnym momencie dochodzi między chłopakiem a dziewczyną do zbliżenia, dziewczyna nagle znika, a Ryu zostają listy od niej.

Cała powieść osadzona jest mocno w japońskim klimacie, mimo, iż napisała ją singapurska pisarka pochodząca z Indonezji. To minimalistyczna, piękna historia, która opowiada losy kilku młodych ludzi dotkniętych nagłym samobójstwem Miwako. Dlaczego dziewczyna to zrobiła? Stało się to tak niespodziewanie…. co ją do tego popchnęło? Chie wie, ale Ryusei nie… dlatego tajemnicze listy od Miwako popchną go do wyjazdu śladami Miwako, podczas którego będzie chciał zrozumieć, dlaczego dziewczyna się zabiła.

Fumi z kolei, która ma dar widzenia duchów, spotka Miwako już po jej śmierci i nie będzie to spotkanie tak oczywiste, jakby z początku się wydawało. Będzie to zaskakujące, niezwykłe i bardzo dziwne, nie tylko dlatego, że to spotkanie z duchem. W ogóle Fumi jest ciekawą postacią. Urodziła się jako chłopiec, ale czuje się dziewczyną. Dyskryminowana niegdyś w szkole za „inność”, musiała długo ukrywać swoją tożsamość. Teraz, gdy już dorosła, stara się żyć odważniej, chce czuć się sobą i być z tego dumną, choć nie jest łatwo. Obserwowanie jej postaci to poniekąd przyjemność dla czytelnika, oczywiście takiego, który nie ma uprzedzeń seksualnych, płciowych itp.- to naprawdę cieszy, że taka postać pojawia się w książce i że jej siła w walce z uprzedzeniami może być dla kogoś przykładem.

Każda z postaci w tej króciutkiej opowieści ma swoją historię i uważam, że każda z ich została świetnie zbudowana. Zarówno tytułowa Miwako, jak i Chie, Ryu czy Fumi mają swoje tajemnice. Jednym dodają one siły do walki z życiem, a innym tę siłę odbierają. Jeszcze inni odnajdują siłę w byciu czyimś przyjacielem.

Generalnie, to, co mi wynika z tej powieści, to to, że warto pamiętać, że każdy jest inny. Że każdemu należy się szacunek, że każdy ma swoją historię i że każdy próbuje budować swój mały, perfekcyjny świat, ale czasem rany zadane w przeszłości są zbyt głębokie, by mogły się zabliźnić i wpływają zbyt mocno na tą naszą wymyślnie stworzoną rzeczywistość. To mądra książka, subtelna, pokazująca w niepokojący sposób jak trudno czasem dotrzeć do bliskiej nam osoby, która otoczona jest pancerzem trosk i ran. Historia Miwako to też taki dowód na to, że depresja jednej osoby może być kompletnie niewidoczna dla innych, albo być odbierana w jakiś pokrętny sposób. Tak sobie myślę.

Jedna uwaga, nie wiem czy to kwestia tej „japońskości”, kultury szeroko pojętej, ale wszystkie dialogi wydawały mi się mocno „ugrzecznione”, zbyt momentami uprzejme i kulturalne, brakowało mi w nich jakiegoś, takiego luzu, choćby potoczności języka. Cały czas ogromny szacunek, kultura, wyważenie. To oczywiście dobrze, ale w książce momentami brzmiało mi dość sztywno. Nie wiem, czy takie zachowanie w życiu młodych ludzi jest realne, być może w Japonii faktycznie?

Polecam, zapadła mi w pamięć ta książka.

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy” Clarissa Goenawan, tłumaczenie Magdalena Rabsztyn-Anioł, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020.

Stosik na koniec miesiąca

Październik się skończył. Rozpoczęła sie rewolucja. Listopad przywitał zamkniętymi cmentarzami. To nie taki listopad jak w zeszłych latach. Złotej jesieni też nie witałam w Sokolich Górach. Smutny ten rok i końcówka smutniejsza. W kraju dzieje się. Nie ma głowy na czytanie książek, kiedy rząd jest do obalenia. Hasła protestujących biją na głowę najlepszą literaturę. No, ale .. do brzegu. Książki są i dostępu do nich na tę chwilę nikt nie zakazuje. Tu jeszcze jest wolność wyboru. Można kupić, wypożyczyć, dostać do recenzji od wydawnictwa. Tak się prezentują zdobycze październikowe. Najpierw stosik książek kupionych. Jak zawsze… przegięłam ;)

Myślę, że wszystko widać dobrze.

A tu książki do recenzji od wydawnictw: Poznańskiego, Rebis, Muzy, Skarpy Warszawskiej, W.A.B, Czwartej Strony i Księgarni Tania Książka. Wszystkie wybrałam sobie sama, więc nie ma tu nic przypadkowego. Jedną już recenzowałam tutaj.

Trzymajcie się. Pozdrawiam :)

„Sfora” Przemysław Piotrowski

„Adam pędził ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie i nie zważając na raniące mu policzki gałęzie, Dwukrotnie potknął się o wystające pniaki. Raz zarył twarzą w zmrożone poszycie, paskudnie zdzierając sobie skórę z lewego policzka. Wtedy też odważył się obrócić. Szybko tego pożałował. Sześć sztuk. Dużych. Tuż za nim. Zrozumiał, że ta wyprawa była największym błędem w jego życiu. Zdążył się podnieść, ale gdy tylko zrobił krok, poczuł, jak pierwszy drapieżnik wgryza się w jego łydkę. Ułamek sekundy później drugi wbił kły w pośladek. Adam upadł i chciał krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle. Był zbyt zmęczony. Nie miał sił walczyć. Zanim stracił przytomność, dostrzegł nad sobą żółte ślepia i rozwarty, ociekający śliną pysk. Gdy wilki zaczęły pożerać Adama, półprzytomny Gracjan właśnie znikał w mroku. Instynktownie wbił paznokcie w ziemię, ale kolejne szarpnięcia miarowo ściągały go w głąb nory. Ostatnie, co zarejestrował, to tańczące u jej wylotu płatki śniegu i złowieszczy szum drzew, Zima wracała, a las wkrótce znów mial utonąć w morzu białego puchu”.

Kolejna część z serii z komisarzem Brudnym, po „Piętnie” trzyma wysoki, według mnie, poziom. Czytałam ten kryminał również na wdechu, bo wprost nie dało się go odłożyć. Napięcie związane ze śledztwem prowadzonym przez Brudnego oraz Czarneckiego, których czytelnik poznał już w pierwszej części, jest ogromne. Tłem jest po raz kolejny rodzinne miasto autora, czyli Zielona Góra, ale tym razem poznajemy mroczny las, położony na obrzeżach miastach, w których od niedawna panoszy się sfora wilków, o których krążą sluchy, że napadają na ludzi. Dowód tego mamy w powyższym fragmencie, jaki zacytowałam. Jednak, nie tylko wilki upodobały sobie ludzkie mięso….

Na ciele znalezionej przy lesie zakonnicy są ślady ludzkich zębów. Podobnie jak na odnalezionej przez psa odgryzionej ludzkiej ręce, należącej do zupełnie innej niż zamordowana zakonnica, osoby, o której nic nie wiadomo. Za kilka dni zamordowany zostaje ksiądz…. Zaczyna robić się niebezpiecznie, mieszkańcy boją się, nie chcą zbliżać się w okolice lasu. Czy te brutalne morderstwa to zbieg okoliczności, czy jednak wracamy znów do sprawy sierocińca u sióstr hieronimek, w którym wychowywał się Brudny? Poznałam już dobrze to miejsce i to, co się w nim działo w „Piętnie”. Brudny zaczyna mieć przeczucie, że ofiary mają jakiś związek z tym miejscem, ale nie rozumie jaki. Czy to zemsta jakiegoś wychowanka sierocińca, czy może zwykły szaleniec, psychopata, a ofiary są przypadkowe? Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że kilka z przesłuchiwanych osób twierdzi, iż widziało w lesie wilkołaka. Bo to, że pojawiła się sfora wilków to jedno, ale człowiek wilkołak? to chyba niemożliwe, nawet inspektor Czarnecki, stonowany, konkretny i realnie patrzący na świat człowiek, zaczyna zastanawiać się nad tymi zeznaniami. „Czy ktokolwiek na jego miejscu potraktowałby takie relacje serio? Pana Mietka z osiedla, bezdomnego alkoholika, który przedstawił się jako „łowca trolli”, i dwóch zabobonnych imigrantów z Afganistanu?”.

Niemniej jednak, akcja pędzi na łeb i na szyję. Nie ma czasu na dywagacje, trzeba działać. Team: Brudny i Zawadzka (policjantka, przyjaciółka Brudnego, za którą wskoczyłby w ogień i vice versa) choć zostali poproszeni o dołączenie do ekipy dochodzeniowo-śledczej Czarneckiego, działają po swojemu. Czarnecki jest zachwycony metodami Brudnego, ich relacja staje się coraz bardziej „przyjacielska”, ufają sobie coraz mocniej… Czy jednak metody Brudnego okażą się tak skuteczne i warte zaufania, jak Czarnecki sądził?

To naprawdę świetna historia, widać rozwój relacji między bohaterami, postacie są ciekawie budowane, autor bardzo dobrze pokazuje ich rozwój i osobiste zmagania z problemami, emocjami. Niecierpliwie czekam już na trzecią część, czyli „Cheruba”, który ukazuje się 12-go listopada. Jeśli lubicie dobre, „mięsiste” kryminały, to polecam serdecznie, ale warto zacząć od „Piętna”.

A tutaj: recenzja „Piętna”

„Sfora” Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca, 2020.

„Piętno” Przemysław Piotrowski

Ależ to było mocne i dobre! pochłonęłam w dwa wieczory czytając na wdechu. Tego właśnie oczekuję od kryminału: akcji, świetnie zbudowanych postaci, mrocznej atmosfery oraz zaskoczenia w finale. „Piętno” jest takie, jak okładka zaprojektowana przez Piotra Cieślińskiego, która przywodzi na myśl strach, obrzydzenie, tajemnicę, a jednocześnie daje sygnał, że będzie tu mowa o jakimiś wynaturzeniu i koszmarze.

Autor, mimo ogranych schematów kryminalnych (model głównego bohatera: gburowaty komisarz z mroczną przeszłością, finalny twist, który nie daje czytelnikowi odpocząć i mocno zaskakuje) stworzył książkę niezwykle wciągającą pod względem kryminalnym, ale też, co ważne, poruszającą niechlubny temat pedofilii wśród księży (jest to jedna z wielu kwestii, która od dawna powoduje moją niechęć do wiary i kościoła w ogóle).

Słowo o fabule. Przy zielonogórskich bachusikach (dla tych co nie wiedzą, to takie figurki porozmieszczane w różnych miejscach Zielonej Góry, symbolizujące dzieci Bachusa – Boga Wina, a które są przez wielu uznawane za wesołe duszki miasta, podobnie jak wrocławskie krasnale) porozrzucane zostają ludzkie wnętrzności, a kamera miejscowego monitoringu nagrywa człowieka (jak się potem okaże Filipa Trochana, lekarza), który jest bliźniaczo podobny do Igora Brudnego, komisarza stołecznej policji. Sęk w tym, że komisarz w momencie nagrania uprawia seks ze swoją dziewczyną w warszawskim mieszkaniu, i nic mu nie wiadomo o tym, by miał brata bliźniaka. Aby jednak wyjaśnić całą sprawę, musi udać się do Zielonej Góry, zanim rozpocznie się na niego nagonka mediów. Swoim pojawieniem wywołuje szok i niedowierzanie inspektora Czarneckiego oraz jego ekipy, do tego stopnia, że niektórzy zaczną go podejrzewać o manipulację, fałszywe alibi i o faktyczne popełnienie morderstwa.

Sam Brudny, oglądając nagranie, będzie zaszokowany swoim podobieństwem do Trochana, ale też tym, jak w ogóle można było dopuścić się takiego brutalnego czynu? No i skoro są wnętrzności, to do kogo należą, gdzie są ciała, dlaczego ktoś umieścił organy przy dwóch, z jakiegoś powodu wybranych figurkach? Śledztwo ruszy z kopyta, należy się spieszyć, by nie wystraszyć mieszkańców, a morderca, jeśli to seryjniak, może przecież znów uderzyć. I faktycznie, Zielona Góra będzie musiała zmierzyć się z najgorszym do tej pory zwyrodnialcem.

Śledztwo nie dość, że skomplikowane i zagadkowe, będzie też ścisle związane z przeszłością Brudnego, o której ten nie chce mówić. A skoro faktycznie Trochan jest jego bratem bliźniakiem, to trzeba będzie cofnąć się do przeszłości i odgrzebać koszmarne wspomnienia z dzieciństwa, z sierocińca u sióstr hieronimek. „Miał inne dzieciństwo, ukształtowała go przeszłość. Gdy inne dzieci bały się duchów i potworów, on chował się po kątach na widok ludzi w czarnych sutannach, a w nocy walczył z posępnymi cieniami, które raz za razem próbowały go pochwycić w swoje szponiaste palce. Nie miał wsparcia, kogoś, kto przytuliłby młodego, zahukanego chłopaka i umocnił jego poczucie własnej wartości. Zwłaszcza po tym, co zrobił. Do czego został zmuszony. Gdy przed laty uwolnił drzemiącego demona”. Wspomniałam o pedofilii, więc wiadomo, już dlaczego sierociniec jawi się Brudnemu jako coś najgorszego na świecie, ale to nie tylko to. Jest jeszcze cień bez twarzy. „Od zawsze czuł, że nie jest sam, że w jego umyśle mieszka ktoś jeszcze. Ten ktoś nie miał twarzy i zawsze przychodził we śnie. Niczym mroczne odbicie jego samego, ponury cień z innego wymiaru, który szukał bramy do świata śmiertelników. On go wykorzystał. Aby przetrwać, nauczył się z nim żyć”.

O co chodzi z tym cieniem, co działo wydarzyło się w sierocińcu, o jakim demonie jest mowa, czy Trochan jest faktycznie bliźniakiem Brudnego? dlaczego zatem mają inne nazwiska? jakie tajemnice kryją się w przeszłości obu mężczyzn i czy odkrycie ich pozwoli na ujęcie brutalnego mordercy? o jakim tytułowym „piętnie” jest mowa?

To świetna powieść łącząca wiele wątków. O wielu nie mogę pisać, bo zdradziłabym za dużo. Interesujące postacie, szczególnie osoba Brudnego i Czarneckiego. Obaj są ciekawie wykreowani i ich relacja ewoluuje z czasem. Fabuła pędzi, a finał wymiata. Nie ukrywam, że chciałabym, aby powstał serial / film na postawie tej książki, albo całej serii najlepiej (bo już jestem w trakcie czytania drugiej części „Sfora”, a 12 listopada ukazuje się trzecia „Cherub”). Uważam, że to bardzo filmowa powieść. Nie zgadzam się z innymi opiniami, że przesadzona, przerysowana czy naiwna. A poza tym, myślę, że takiej historii nie dało się inaczej napisać. No ale to moje zdanie, z punktu widzenia czytelnika, który bardzo lubi takie kryminały.

Świetnie pokazana jest też psychika skrzywdzonego człowieka, bo generalnie okrucieństwo i cierpienia, jakich doświadczają molestowani chłopcy przekładają się na ich późniejsze zachowania. Jedni zduszą to w sobie, będą zamknięci i gburowaci, a inni wykorzystają, by wyżyć się i tym samym zniszczyć kolejne osoby w ten sam sposób, w jaki je niszczono. A wówczas zadawane cierpienie eskaluje do potwornych granic okrucieństwa, często je nawet przekraczając (co umiejętnie przedstawił autor).

Bardzo serdecznie polecam. Dla mnie bomba.

„Piętno” Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca, 2020.