„Niewinny” Graham Moore

Książki z gatunku thrillerów prawniczych nigdy nie były w sferze moich dużych zainteresowań, ale skuszona wspaniałymi, entuzjastycznymi recenzjami, blurbami, zachętami, sięgnęłam po „Niewinnego”. Tytuł oryginalny „The Holdout”, który zapewne oznacza zupełnie coś innego, być może z terminologii prawniczej – nie wiem, „stawianie oporu?” tu został przetłumaczony na „Niewinny”. Czy słusznie nie wnikam, bo nie znam się na angielskim aż tak dobrze…. No i tak sobie myślę, że czasem ten zapał i blurby w social mediach, zachwyty w recenzjach i nawet 2 strony polecajek w samej książce bywają bardzo zwodnicze. Są tu czasem dziwaczne zdania typu: „zbrzydzila mnie” albo „wrazić nóż w ciało” – nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy może oryginału, dodatkowo multum postaci i ich życiorysy, które jakby niczego tu nie wniosły (te życiorysy) i na pewno nie było tu jakiejś mistrzowskiej akcji.

Pokrótce: mamy dawno odbyty już proces czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o zabójstwo córki pewnego potentata z Los Angeles. Dodajmy do tego fakt, że miała ona 15 lat, a on był jej nauczycielem, więc wiadomo, romans z niepełnoletnią. Ławnicy wybierani w Ameryce spośród zupełnie przeciętnych osób decydują o niewinności oskarżonego. Decyzja ta zostaje podjęta po wielu dniach debat, rozmów, przekonywania, bo początkowo wszyscy uważają Bobby’ego za winnego. To Maya – jedna z ławniczek pisze na karteczce „niewinny” – jako jedyna. Udaje jej się z czasem przekonać pozostałych ławników do swojej racji, ale czy faktycznie oni wszyscy są szczerzy i zgadzają się z ogólnym wyrokiem?

Proces był 10 lat temu, teraz jeden z ławników ponoć ma nowe dowody w sprawie i chce je ujawnić, ale nagle zostaje zamordowany. Podejrzaną o morderstwo zostaje Maya. Teraz ona będzie musiała udowodnić swoją niewinność, bo przecież ona dokładnie wie co robiła w czasie, kiedy znaleziono ciało Ricka. Co się zatem wydarzyło? Czy Bobby faktycznie był niewinny?

Wszystko byłoby całkiem spoko z tą książką, gdyby nie to, że kompletnie pogubiłam się w tych wszystkich osobach, w zawiłościach amerykańskiego prawa (a ta książka jest do bólu amerykańska), w zbyt pogmatwanym jak dla mnie wyjaśnieniu całej sprawy Bobby’ego. Porównania tej książki do filmu „12 gniewnych ludzi” to kompletna pomyłka. Tu nie ma takiego napięcia jak w tym filmie, tu wszystko jest według mnie albo zbyt poplątane albo zbyt chaotyczne i po łebkach. Nie ma tu nic z atmosfery suspensu. Maya wydaje się osobą bez polotu, niby wykazuje się silnym charakterem i upartością w swoim własnym śledztwie, ale jednak coś mi nie grało z jej postacią. Trochę to wszystko jest przewidywalne i nijakie, przeciętne. Nie wzbudziła ta książka we mnie żadnych emocji, poza irytacją. Jedyne co mnie zaskoczyło to zakończenie. Tu faktycznie troszkę na plus, ale generalnie jestem na nie.

„Niewinny” Graham Moore, tłumaczenie Dorota Konowrocka – Sawa, wydawnictwo W.A.B, 2020.

„Dziewięć” Mieczysław Gorzka

„Był zmęczony, miał wszystkiego dość. Kapitan Marek Piekło miał rację, nikomu w policji nie można było ufać. Ideały walki z przestępcami gdzieś się zgubiły po drodze, jeśli w ogóle kiedyś były. Najpierw policja dostała w spadku funkcjonariuszy z poprzedniego systemu, którzy dalej tkwili w sieci starych układów, potem system skorumpował tych młodych i gniewnych z ideałami, a kiedy wreszcie mafie zostały rozbite, okazało się, że niektórzy wysoko postawieni funkcjonariusze są uwikłani w nieformalne, czasem przestępcze grupy biznesowo-polityczno-finansowe. Na przykład takie, które cały czas urządzają sobie polowania na ludzi i bawią się w idealną sztukę, malując obrazy ludzką krwią. W tym szambie Zakrzewski czuł się jak wyrzutek, głupek, który ma jakieś zasady, chce o coś walczyć, przejmuje się i jest szczery. Oczywiście, oprócz niego było pewnie wielu takich uczciwych policjantów, tylko co z tego, skoro całą instytucję toczą wewnętrzne zarazy. A do tego wtrącają się politycy, wykorzystujący policję do ochrony swoich partyjnych interesów, i budowany przez lata szacunek społeczeństwa dla policji też zaczyna zżerać polityczna gangrena. Czy jeszcze mu się chce?”

Dylematy Zakrzewskiego w tej części są naprawdę już dużo większe i widać w nim totalną niechęć do pracy. Męczy go rzeczywistość w której nadal jest samotny (choć w „Dziewięć” chyba wreszcie autor dał mu szansę, jeśli chodzi o związek z kobietą, panie Autorze, nie spieprz Pan tego ;)), no i znów musi szukać psychola, który uprowadził nastolatkę, córkę znanej bizneswoman. Bardzo dziwnie ta sprawa łączy się ze sprawą prowadzoną osiem lat temu, kiedy to ktoś porywał nastolatki i je mordował. Na potrzeby śledztwa nazwano go „Dziewięć”, gdyż każda z dziewcząt była więziona przez 9 dni. Mordercę wtedy schwytano, ale Zakrzewski zaczyna wątpić w prawidłowości przeprowadzonego wtedy śledztwa. Wydaje mu się, że jednak morderca jest dalej na wolności, tyle, że tak naprawdę jest to bardzo, ale to bardzo nieprawdopodobne.

Matka porwanej Karoliny wynajmuje detektywa – Markiewicza, który w tej sprawie chce ugrać coś dla siebie, bo myśli, że jest sprytny. Wymyśla intrygę, by dostać okup – zamieszani w to będą zarówno jego koledzy z dzieciństwa, jak i umoczeni policjanci. Jednym słowem dzieje się chaos, a porwana dziewczyna z której perspektywy czytamy niektóre rozdziały, coraz bardziej cierpi i jest coraz bardziej przerażona. Czy naprawdę kręcenie intrygi i kombinowanie jest teraz na miejscu? Czy w ogóle tej dziewczyny ktoś szuka?? Zegar tyka, czas upływa. Zakrzewski będzie chyba jedynym człowiekiem, który przy pomocy Kariny Buczko (swojej niezastąpionej koleżanki z policji) zacznie działać. Czy uda się znaleźć dziewczynę? Kim jest porywacz? I co stanie się z kombinatorem Markiewiczem?

Kolejna, świetna, kryminalna „rozrywka”. Wiem, że słowo rozrywka, kiedy się czyta o psychopatach i morderstwach brzmi słabo, ale wiecie o co chodzi – bierzecie książkę i wpadacie w nią jak w bagno, z którego nie możecie wyjść, dopóki nie dobrniecie do finału (p.s.w tym zdaniu pojawiło się słowo klucz dla mojej kolejnej lektury, tym razem już innego autora, ale też tego od kryminałów ;)) To był świetnie spędzony czas, nie ma na razie kolejnego tomu z Zakrzewskim w roli głównej, liczę, że się pisze i że autor jednak nie uśmierci mojego ulubionego policjanta :) Polecam zainteresowanym.

„Dziewięć” Mieczysław Gorzka, wydawnictwo Bukowy Las, 2021.

„Polowanie na psy” Mieczysław Gorzka

Mówi się, że jak się ma zastój czytelniczy, to najlepiej sięgnąć po coś mega wciągającego, na przykład kryminał z dobrą akcją. Powiem tak: książki Pana Gorzki są dla mnie nieodkładalne, przeczytałam już wszystkie wcześniejsze z Marcinem Zakrzewskim w roli głównej i wiem już, że ten autor pozostanie w mojej polskiej topce autorów kryminałów na wieki. Czytając „Polowanie na psy” nie miałam wątpliwości, że zdania nie zmienię, ale to co mi Pan Gorzka zrobił w finale książki! Jezusie w morelach, toż to było okrutne! Nie mogłam od razu nie sięgnąć po kolejny tom „Dziewięć”, by być na bieżąco (ale o tym w następnym wpisie).

Tytułowe psy to oczywiście policjanci z wydziału wrocławskiej policji, ktoś zaczyna mordować kolegów Zakrzewskiego z niewiadomego powodu. Wszystko wydaje się być bardzo tajemnicze – do czasu. Pojawi się stara sprawa z lat osiemdziesiątych, która została nierozwiązana. Prowadził ją wówczas niejaki kapitan Marek Piekło, a chodziło o zabójstwo pewnego małżeństwa. Faktem jest, że zamordowanym był pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR wraz z małżonką. Jemu m.in. wycięto język, a kobiecie wydłubano oczy. Dlaczego? Kto mógł dopuścić się takiej brutalnej zbrodni? Ba, to nie wszystko, ich ciała zostały praktycznie pozbawione krwi. Do czego i komu była ona potrzebna? Czy Janiccy zginęli w imię wyższej idei czy po prostu dla kaprysu jakiegoś psychola?

Świetnie opisana szara rzeczywistość roku 1981, zbliżającego się lada dzień stanu wojennego to świetne tło dla akcji, która dzieje się dwutorowo, w 1981r i współcześnie. Poznajemy dobrze kapitana Piekło i jego pomocnika, sierżanta Majera, widzimy jak poruszają się po szarych, wrocławskich ulicach milicyjnym gazikiem, tudzież polonezem, jak muszą lawirować, by nie podpaść SB. Z drugiej strony obserwujemy działania komisarza Zakrzewskiego i jego ekipy, którzy próbują połączyć tamtą sprawę z aktualnymi zabójstwami policjantów. Ktoś ich będzie mordował, dopóki nie zostanie odnaleziony zabójca Janickich z 1981r. – taka informacja dociera do Zakrzewskiego. Cóż, trzeba znów zakasać rękawy, ubabrać się w gównie po uszy, by znaleźć kolejnego zwyrodnialca. Zakrzewski oczywiście będzie musiał złamać przepisy, ale też zostanie poddany kolejnej próbie wytrzymałościowej. Ile ten człowiek jeszcze musi znieść? Jak bardzo niebezpieczna stanie się gra o życie?

Mieczysław Gorzka przyzwyczaił mnie już do tych swoich zagrywek, w których Zakrzewski musi być w centrum wszelkiego gówna tego świata. Nic dziwnego, że chłop ma już dość tej rzeczywistości, że spać nie może, że czasem lubi wypić, podobnie jak kapitan Piekło w latach osiemdziesiątych, no i że czuje się często samotny, bo tylko praca i praca i sami psychopaci po drodze.

Jak się skończy to polowanie? Czy uda się rozwikłać stare i nowe śledztwa? Dlaczego finał mnie wbił w podłogę i wywołał swego rodzaju szok? Cóż. Mnie się książki Pana Gorzki czyta wyśmienicie. Ile by nie pisać o kryminałach, że są według schematów, że wszystko już było, że to i siamto – uważam, że seria z Zakrzewskim należy do topki najbardziej udanych na polskim rynku. Subiektywna ocena oczywiście, ale jest tu wszystko, czego szukam w kryminałach: szybka akcja, świetni bohaterowie, psychopaci, brutalność, mroczny i duszny klimat, zbrodnie ciężkiego kalibru, wątki, które się fajnie łączą i dobre zakończenie. Polecam.

„Polowanie na psy” Mieczysław Gorzka, wydawnictwo Bukowy Las, 2021

„Brylanty” Esther Singer Kreitman

„Ulica jeszcze smacznie spała. Nędzne domy z zatrzaśniętymi drewnianymi okiennicami stały o tej wczesnej godzinie skąpane w jasnych, czystych, niemalże srebrnych promieniach słońca. W wąskich, brudnych witrynach w nieładzie leżały towary, na progach drzemały koty, przy rynsztokach nie czekały na śmieciarzy beczki z nieczystościami ustawiane zwykle przez kramarki i gospodynie. Pustka przydawała tej cichej biedzie nieco odświętnego charakteru.”

Esther Singer Kreitman opowiada historię rodziny Bermanów w przeddzień wybuchu I wojny światowej. Tłem jest Antwerpia, gdzie Gedaliasz Berman, żydowski handlarz diamentów prowadzi swoja działalność, będąc lubianym za uczciwość i pracowitość, ale też jednocześnie znienawidzonym za swoje skąpstwo. Poznajemy jego żonę Rachelę, córkę Jeannette, syna Davida i pomoc domową Gitele, która zachodzi w nieplanowaną ciążę. Wszystkie postaci są skrupulatnie i ciekawie przedstawione, ich psychologiczne portrety (szczególnie kobiece, co ważne) ukazują czytelnikowi tamtejsze relacje, podejście do życia, do wolności słowa i zachowań. Męskie postaci, jak David na przykład, nie pozbawione są wrażliwości i delikatności. Każdy członek rodziny ma swoje wątpliwości, marzenia, obawy, ktoś się buntuje, inny się poddaje bez słowa sprzeciwu.

Wspaniała dbałość o szczegóły to zaleta pisarstwa Esther Singer Kreitman, siostry Israela Joszuy Singera i Isaaca Bashevisa Singera. Opis powstawania brylantów, choćby nawet nikogo nie interesował, jest fascynujący. Poza tym w ogóle opisy są tutaj czymś niewiarygodnym. Czytając je czujemy, jakbyśmy oglądali film. Wiele mądrych słów i obserwacji pojawia się również w trakcie lektury, czasem są to niby banały, ale pięknie podane: „Ludzie zawsze będą szukać podniety. Szybko nudzą im się powszednia krzątanina i zabieganie o kawałek chleba. Jeśli mają się z czego utrzymać, a tym bardziej gdy zostali bogaczami i skosztowali już wszelkich przyjemności tego świata, zaczynają odczuwać przesyt, nudę i dojmującą pustkę. Wtedy szukają czegoś, co wyostrzyłoby smak ich egzystencji, tak jak sos chrzanowy wyostrza mdłe mięsa, a im tłustsze, tym więcej go trzeba. Uciera się więc go cały garniec, tak, że aż oczy szczypią, a gdy się potem spróbuje, nie wypada mówić, że wyszedł za ostry. Odwraca się tylko głowę, żeby ukradkiem wytrzeć załzawione oczy, i zaraz z uśmiechem podaje współbiesiadnikom, zachwalając zdrowotne właściwości sosu. Oni tymczasem namawiają kolejnych, chociaż piecze ich tak, że wargi zagryzają do krwi. To jest właśni wojna”.

Warto sięgnąć, choćby po to, by przenieść się w tamte czasy, by zobaczyć, jak żyło się mieszczanom w żydowskiej dzielnicy Antwerpii, jak potem musieli uciekać przed wojną (w tym przypadku do Londynu) zostawiając nagle dorobek całego życia. I jak później wracali do siebie ze swoim sponiewieranym życiem, które im tylko (lub AŻ) zostało.

„Brylanty” Esther Singer Kreitman, przekład: Monika Polit, Zofia Zięba, Jakub Zygmunt, wydawnictwo Fame Art, 2021.

stosik

Taki urlopowy stosik. Końcówka urlopu przekształciła mi się w L4, bo niestety dopadł mnie covid, co skutkuje kolejnym tygodniem siedzenia w domu i jeśli tylko będę mieć siłę, to będę czytać, bo póki co, to tylko śpię, leżę i generalnie nie mam na nic siły, a jeśli już to oglądam jakieś seriale, na tyle na ile pozwala mi samopoczucie. Ostatnie dwa dni wycięte z życiorysu ze względu na gorączkę ponad 39 stopni, dziś już lepiej, więc wrzucam ten krótki wpis, a poniżej to, co sobie ostatnio kupiłam.

Zakopiański Festiwal Literacki

Będąc w Zakopanem ostatnich kilka dni nie mogłam nie zajrzeć na Zakopiański Festiwal Literacki. Przywiozłam kilka książek, m.in. felietony Macieja Pinkwarta „Góral z powyłamywanymi zębami” z autografem autora, wydane przez Wagant – Podhale jak również przepiękny przewodnik „Stary cmentarz na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem” autorstwa również Pana Pinkwarta i Pani Renaty Piżanowskiej, do tego wspaniale wydaną książkę „Drogami skalnej ziemi” wydaną przez Astraia (plus byłam na ciekawym spotkaniu dotyczącym tej „biblii” o Poddatrzu), również kupiłam na stoisku Muzeum Tatrzańskiego przewodnik „Szlak Stylu Zakopiańskiego”. A do tego wszystkiego kupiłam, wcale nie górskie, ale za to o kolejnym regionie o którym marzę, książki o Podlasiu na stoisku Paśny Buriat . Wspaniali ludzie, bardzo miłe pogawędki, mnóstwo wrażeń.

„Witalij Abałakow. Jego czasy, góry, przyjaciele i wrogowie” Siergiej Szibajew

Dawno nie było tu niczego z tematyki górskiej. Książkę otrzymałam w maju od Wydawnictwa Stapis – trochę przeleżała na półce ze względu na brak czasu na czytanie, potem brak weny na pisanie, a jeszcze potem ze względu na brak sił z racji upałów. Niemniej trzeba wreszcie parę słów napisać, bo wiadomo – góry, alpinizm, coś co lubię. Wahałam się początkowo, czy ze względu na sytuację za naszą wschodnią granicą chcę czytać cokolwiek o alpinizmie rosyjskim, no ale Abałakow zmarł w 1986r. więc cóż on miał z wojną wspólnego? Dokonań ma sporo, warto cokolwiek o nim wiedzieć, choćby dlatego, że jego nazwisko posłużyło do nazwania pewnych przyrządów znanych wspinaczom. Jakich? Poszukajcie.

Autor książki, Siergiej Szibajew, również jest Rosjaninem, ale po wybuchu wojny w Ukrainie napisał przedmowę dla polskiego wydania, w której wyraził stanowcze NIE dla tych wydarzeń. Bardzo to cenię, również wydawnictwo najpewniej dzięki temu, zdecydowało się na wydanie tej książki. I słusznie. W końcu nie każdy Rosjanin popiera działania wojenne Putina.

Wracając do książki i jej bohatera. Było ich właściwie dwóch. Abałakow Witalij i Abałakow Jewgienij. Bracia, którzy od najmłodszych lat interesowali się zdobywaniem szczytów. Początkowo niewielkich, zaczynając swoje treningi (a właściwie wariackie wyczyny) w Stołbach niedaleko Krasnojarska. Stołby są formacjami skalnymi przypominającymi gigantyczne, skamieniałe kopy siana, są niebezpieczne, bo strome i mają fantazyjne kształty. To tu Abałakowowie kombinowali, oczywiście bez zabezpieczenia, którego wtedy w latach trzydziestych jeszcze nie wytwarzano, nie znano, jak wspiąć się na te ostańce. Autor opisuje ich jako skromnych, niezmordowanych, pomysłowych chłopaków. W wieku niespełna 25 – 26 lat zdobyli kaukaski szczyt Dychtau o wysokości 5204 m. gdzie wykazali się „sybiracką twardością”. Nie znając żadnej drogi na szczyt, szli na czuja, choć trzeba przyznać, że już tu zabezpieczali się liną, nie mieli natomiast nic do jedzenia ani picia.

Autor dokopuje się również do wspomnień dotyczących zdobycia kolejnych szczytów takich jak: Pik Lenina, Chan-Tengri czy Pik Pobiedy. Wejścia te były ciężkie, okupione wysiłkiem, tragediami ale też heroizmem. Te rozdziały są najciekawsze, wywołują emocje podczas lektury – takie lubię najbardziej. Autor skupia się bardzo na życiorysach obu braci, które nie były w tamtych czasach usłane różami. Polityka zbyt mocno wchodziła z butami w zwykłą, szarą rzeczywistość i niestety, bracia mimo, iż nierozłączni podczas wspinaczek, zostali rozdzieleni przez NKWD. Epoka stalinowskich represji odcisnęła piętno na ich życiu i ich rodzin. Witalij trafił do aresztu na 2 lata jako wróg ludu. Dlaczego?

Szibajew przedstawia czytelnikowi losy ale też i ewolucję charakteru Abałakowa, świetnie zarysowując tło wydarzeń w Rosji w latach trzydziestych i oczywiście później na przestrzeni XX wieku. Autor próbuje znaleźć odpowiedzi, czy Witalij Abałakow był dobrym człowiekiem, wspinaczem, jak rysowała się jego kariera, dlaczego musiał tyle wycierpieć, kto był jego wrogiem, a kto przyjacielem. Spora bibliografia i rozmowy ze znajomymi bohatera, dają dowód rzetelności autora. Momentami, historia Abałakowa była przedstawiana w zbyt „suchy” dla mnie sposób, ale generalnie można to wybaczyć. To ciekawa pozycja, a o rosyjskim alpinizmie nie ma takich wiele. Przynajmniej ich nie znam, no poza książką „Kategoria trudności” Wladimira Szatajewa. <<klik.

„Witalij Abałakow. Jego czasy, góry, przyjaciele i wrogowie” Siergiej Szibajew, tłumaczenie Marian Leon Kalinowski, wydawnictwo Stapis, 2022.