„Ostatni pustelnik. 27 lat samotności z wyboru” Michael Finkel

DSC03717„Ostatni Pustelnik” jest reportażem o człowieku niezwykłym. Człowieku, który zaszokował, zadziwił, wywołał poruszenie w społeczeństwie i zmusił zarówno naukowców, psychologów, lekarzy, jak i zwykłych ludzi, do zadania sobie pytania „dlaczego?”.

„Pomyślałem, że rzucę ostatni raz okiem, na do widzenia.” Nie zatrzymał się. Po raz ostatni zobaczył dom rodzinny przez przednią szybę subaru. Jechał dalej, „dalej, i dalej, i jeszcze dalej”. W końcu dotarł nad jezioro Moosehead, największe w stanie Maine, skąd naprawdę jest już wszędzie bardzo daleko. „Prawie skończyła mi się benzyna. Skręciłem w boczną drogę. Potem w jeszcze bardziej boczną, i jeszcze bardziej. Znalazłem się w końcu na prawdziwym bezdrożu”. Zajechał w dzicz tak daleko, na ile samochód dał radę. Zaparkował auto i położył kluczyki na kokpicie. Miał namiot i plecak, ale brakowało mu i kompasu i mapy. Nie wiedząc, dokąd zmierza i nie mając właściwie żadnego konkretnego celu, wszedł między drzewa i pomaszerował przed siebie”.

Był wtedy rok 1986. W 2013 r. Christopher Knight został wreszcie aresztowany za liczne kradzieże w domkach letniskowych położonych niedaleko obozowiska, jakie stworzył sobie w lesie i w którym żył bez żadnego kontaktu ze społeczeństwem przez 27 lat. Letnicy skarżyli od długiego czasu, że ginie im pożywienie zostawiane na kolejny sezon wakacji, że giną im sprzęty, latarki, materace, ale tak naprawdę wszyscy domyślali się, że nie jest sprawka zwykłego złodzieja, tylko kogoś, kto potrzebuje dokładnie tylko tych rzeczy, które zabiera. Nigdy nie ginęły jakieś drogocenne przedmioty, a sprawca zawsze starał się włamywać bardzo „delikatnie”, nie niszcząc drzwi czy okien. 

AP Photo/Maine Department of Public Safety

Policja stanowa od długiego czasu próbowała złapać złodzieja, a kiedy okazało się, że jest nim widoczny w zainstalowanych kamerach czysty, ogolony i normalnie ubrany mężczyzna, zaczęto przypuszczać, że to ktoś, kto mieszka / żyje w pobliżu. Tylko gdzie? I kim jest? 

Autor pokazuje nam wiele punktów widzenia i obserwacji różnych osób, czy to znajomych Christophera, czy może lekarzy, naukowców, którzy już po jego aresztowaniu próbują zrozumieć, dlaczego ten człowiek wybrał tak samotne życie? Czy społeczeństwo mu zrobiło jakąś krzywdę? czy może wykazuje on jakieś objawy autyzmu i inaczej postrzega świat? A może jest niebezpieczny dla otoczenia i jego samoświadomość nakazała mu wycofanie się? A może zwyczajnie lubi być sam? No chyba, że uważa się za bardziej inteligentnego i mówi „ja wam pokażę, nie obchodzicie mnie, udowodnię wam, że sam radę przeżyć bez waszego towarzystwa”? Inne dywagacje są mocniejsze: może był przeklęty przez diabła, może chciał zostać mnichem, może był obłąkany? 

Cóż. Odpowiedź na to pytanie zna tylko Christopher Knight. Nie potrzebował integracji ze społeczeństwem, jego „termostat potrzeby kontaktów” był ustawiony na zero absolutne, sam „pustelnik” mówi: „Nie potrafię wyjaśnić, co mną kierowało – przyznał – Nie miałem żadnych planów i o niczym nie myślałem. Po prostu odszedłem”. Pokochał las, pokochał tamtejsze życie i po aresztowaniu, pobyt w więzieniu był dla niego czymś strasznym, czymś co zabierało mu spokój i szczęście. W proteście, ten codziennie przez 27 lat golący się mężczyzna, zapuścił brodę. Żal mi go było.

Niektórzy zarzucali mu, że skoro chciał żyć jak prawdziwy pustelnik, powinien żywić się tym, co sam upoluje, znajdzie, a nie kraść, ale nie nam go oceniać. Społeczeństwo niestety to lubi. To pewnie dlatego m. in. las stał się jego schronieniem. Jak ładnie ujął to autor, Christopher był „uchodźcą od ludzkiej rasy”. Był zbyt wrażliwy, by funkcjonować w społeczeństwie, którego nie rozumie, którego nie potrzebuje, które go denerwuje.

Autor podczas pisania książki spotykał się z Christopherem kilka razy w więzieniu i później już na wolności, kiedy Christopher uczył się powoli wdrażania w codzienne życie. Mówił, że tęskni za lasem. Brakowało mu tej prawdziwej wolności, bo uważam, że on był naprawdę doskonale wolnym człowiekiem. 

Nigdy nie pojmiemy tego, co czuł przez 27 lat Christopher Knight. Nigdy nie zrozumiemy, co miał na myśli mówiąc o Pani Lasów i nie poczujemy tego, co czuł on, czyli „czegoś pomiędzy bezruchem a ciszą”. Hmm… Zastanawiające, intrygujące, niezwykle wzruszające to było spotkanie dla mnie. Ten reportaż uświadomił mi, jak wiele przywar ma społeczeństwo, udowodnił, jak ciężko jest się w nim odnaleźć tym bardziej wrażliwym i lubiącym samotność ludziom, pokazał, jak trudno byłoby zrezygnować z doczesnego świata. Ważne pytanie zasugerował również sam Knight: „nie dlaczego ktoś opuszcza społeczeństwo, tylko dlaczego ktokolwiek chce w nim zostać?” No właśnie, dlaczego?

Polecam bardzo.

„Ostatni pustelnik” Michael Finkel, tłum. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, wyd. Poznańskie 2018.

Reklamy

„Kroniki portowe” Annie Proulx

DSC03711

„To miejsce, myślała, ta skała, sześć tysięcy mil linii brzegowej otulonej mgłą. Śmiertelnie groźne dla żeglugi skały pod pomarszczoną wodą, łodzie przemierzające przesmyki między skutymi lodem klifami. Tundra i jałowa ziemia porośnięta niegdyś karłowatą świerczyną, którą ludzie wycięli i uciekli. […] Po raz ostatni płynęła po tych wodach, gdy była dziewczynką, ale wszystko sobie przypomniała: wrzące hipnotycznie morze, zapach krwi, niepogodę i sól, rybie łby, dym ze świerczyny i smród spod pach, grzechotanie wyrzucanych przez szumiące fale na brzeg okrąglaków, nurzyki, herbatnikowy smak wodzianki z chleba, sypialnię pod okapem”.

Ależ to pięknie napisana i piękna sama w sobie historia. Widziałam dawno temu film i pamiętam, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale co innego przeczytać wreszcie książkę – i to tak napisaną, tak przetłumaczoną (od razu mówię, że nie wiem jakie było poprzednie tłumaczenie) gdzie tyle celnych metafor, genialne obserwacje, doskonały dobór słownictwa (znaliście wcześniej słowa „zamróz”, „bałwanić” czy „pustać”? … hmm bo ja nie)

Jestem zachwycona. Naprawdę zachwycona. Ostatnio spore wrażenie wywarła na mnie książka Atticusa Lisha „Następne życie”, o której pisałam tutaj. A „Kroniki portowe” to kompletna miazga. Zakochałam się w tej powieści. W Nowej Fundlandii, w morzu i jego niebezpiecznych falach, w węzłach żeglarskich, w klifach, w zielonym domu przyczepionym na linach do skał, w samotności i niezdarności głównego bohatera Quoyle’a i jego chęci rozpoczęcia życia od nowa, oraz w jego małych córeczkach: Sunshine i Bunny, a także w codziennym życiu mieszkańców osady i pobliskiego miasteczka Killick-Claw.

To przepiękna powieść o poszukiwaniu własnego miejsca i zwalczaniu w sobie takiego poczucia beznadziei i nieudacznictwa, o próbie otwarcia się na nowe i odrodzenia się. Dotyczy to nie tylko głównego bohatera, którego wymieniłam wyżej, czyli Quoyle’a (ciekawe jakie miał imię, bo w książce wszyscy zwracają się do niego po nazwisku), ale też kilku innych osób według mnie.

Quoyle przenosi się na Nową Fundlandię z małej mieściny w Stanach, by zapomnieć o śmierci Petal, ukochanej żony, która zresztą już od dawna traktowała go jak powietrze i zajmowała się innymi panami. Zabiera swoje dwie małe, urocze córeczki Sunshine i Bunny i wraz ze swoją ciotką Agnis i właściwie dzięki niej, przenosi się na dziką, smaganą lodowatym wiatrem wyspę, gdzie wcześniej mieszkało całe pokolenie Quoylów.  „Stawiamy czoło okropnościom, bo nie możemy ich obejść, ani o nich zapomnieć. Im szybciej się z tym uporasz, tym prędzej powiesz sobie: „Tak, to już się wydarzyło i nic nie mogę z tym zrobić” i tym łatwiej ci będzie zacząć nowe życie. Masz córki do wychowania. Więc musisz się z tym uporać. Zawsze udaje nam się pogodzić z tym, z czym godzić się trzeba. Nawet z najgorszym”. 

Przeprowadzka jest dla niego trudnym wyborem, ale jedynym właściwym. Bo w sumie, co ma do stracenia? Wiecznie postrzegany jako nieudacznik, niezdarny, niesprawiedliwie i brutalnie traktowany w dzieciństwie, z za dużym podbródkiem, który ciągle zasłania i tępym wyrazem twarzy, nie widzi już dla siebie żadnego światełka w tunelu. Ale tam daleko, na wysuniętym do morza cyplu czeka stary, zielony, zmurszały dom i praca w codziennej gazecie „Ględźba codzienna”, oraz proste życie wśród niewielkiej społeczności targanej własnymi problemami, traumami z przeszłości i marzeniami na przyszłość; to cała galeria postaci, które ukształtują poniekąd nową rzeczywistość dla Quoyle’a. A czy on się tam odnajdzie? Czy dojrzeje i wydorośleje, czy może nadal będzie topił się w brudnej wodzie, jak wtedy, gdy w dzieciństwie wrzucił go w nią ojciec? 

Czasem będzie „mgła za oknem jak mleko”, czasem bezlitosne skały pod wodą zniszczą łódź,  a kiedyś może i sztorm zniszczy dom… ale czasem potrzeba właśnie wysokiej fali i wyjącego wiatru, by zmyć z powierzchni, rozwiać, wstrząsnąć, oczyścić nasze myśli z plączących je wodorostów. Czasem tylko to pozwoli ujrzeć na powrót błękit nieba. A może się zdarzyć i tak, że „cień dłoni chwyta kraba, a wiatr daje się uwięzić w kawałku sznurka z węzłami”. Życie bywa nieprzewidywalne. Czasem trzeba walczyć, a czasem wystarczy poddać się nurtowi i dać się ponieść. O tym właśnie są „Kroniki portowe”. Niezwykła, magiczna, choć zwyczajna opowieść. Ogromnie polecam!

„Kroniki portowe” Annie Proulx, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie 2018

„Kołysanka” Barłomiej Piotrowski

DSC03700Kolejny polski kryminał na naszym rynku. Okładka wymiata. Treść? jest dobrze, ale w sumie bez większych zachwytów. Od wielu lat czytam kryminały i już niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć czy zaszokować. Najważniejsze, by książka dawała mi „kryminalną uciechę”. Jak było tutaj?

W Gliwicach grasuje morderca dzieci. Nazywany jest „Panem Kołysanką”, co faktycznie do niego pasuje. Co się uroiło w jego głowie i dlaczego zatruwa czadem, a potem pozostawia ciała dzieci na placach zabaw? Tego policja nie potrafi zrozumieć. Śledztwo trwa od wielu miesięcy. Ostatnio małżeństwo Jaworskich przeżywa tragedię po śmierci swego synka Sylwestra, a teraz porwana zostaje Zuza, córka Artura i Doroty Wolf. Kwestią czasu będzie odnalezienie dziewczynki.
Policja ślamazarnie działa, ale do akcji wkracza Gaja Wolf (siostra Artura, który od jakiegoś czasu już nie żyje, to Dorota sama wychowuje Zuzę). Była żołnierzem, jest odważna i bezkompromisowa niczym Lisbeth Salander w mundurze, i będzie robić wszystko, by rozgryźć porywacza i odnaleźć bratanicę. Towarzyszyć jej będzie Oskar Krul, gej, dawny komandos, biorący udział swego czasu w misji w Afganistanie. I choć oboje mają wybuchowe charaktery, będą musieli się jakoś dogadać. Zuza dla Oskara jest również ważna, ponieważ kiedyś, dawno temu, Oskar był związany z Arturem (również gejem, co skrzętnie ukrywał przed swoją żoną)
To zatem i dla Gai i dla Oskara bardzo ważna kwestia – odnaleźć Zuzę żywą, zanim śmiertelna kołysanka zabrzmi i dla niej. Czy im się to uda? 

Akcja tu się bardzo szybko rozkręca, bywa brutalnie, ostro, czasem wręcz obrzydliwie, działania głównych bohaterów mnie zaskakiwały momentami, bo nie AŻ tego się po nich spodziewałam (ale powiedzieć tu więcej nie mogę). Sceny seksu wplecione są z sensem, podobało mi się, że jest miejsce również na homoseksualną parę, bo dlaczego nie? Mnie to nie przeszkadza. Każdy ma prawo kochać. Mniej więcej w połowie książki troszkę opadło napięcie, bo pewne rzeczy jakby dotarły do ostatecznych etapów. Myślałam, że tu coś nie wyszło może, ale nie… Okazało się, że tu nic nie było takie, jakim się wydawało wcześniej. Finał jest naprawdę mocno zaskakujący, co mi się bardzo podobało, bo to taki obrót sytuacji, który kompletnie rozwiał wszelkie moje wcześniejsze domysły. Ciekawy pomysł na fabułę miał autor, naprawdę.

Ogólnie, książkę czyta się dobrze. I choć mnie nie powaliło jakoś specjalnie, to jest to dobra historia, jeśli lubicie kryminały o „mocniejszym” zabarwieniu. Jest trzymająca w napięciu akcja, jest „kryminalna uciecha”, której szukam w książkach, jakkolwiek to brzmi. Jest za to jest parę niedociągnięć ze strony korekty, bo np. zdanie „przez długi czas nie potrafiła odejść od oka” zamiast „od okna” mocno mnie rozśmieszyło, a powinno było mnie utrzymać w stworzonym wcześniej napięciu. Zdarza się. Mimo to polecam lekturę, to zaledwie 209 stron, więc spokojnie na jeden wieczór z „Panem Kołysanką”, tak w sam raz przed snem ….

Kołysanka” Bartłomiej Piotrowski, wyd. Editio Black, Helion 2018

„Zostać” Judith W. Taschler

DSC03698

To pierwsza książka Judith Taschler jaką przeczytałam. Ukazały się już u nas „Nauczycielka” i „Powieść bez O”. Obie miały pozytywne recenzje i odbiór (z tego co widziałam). Ja nie mogę nic o nich powiedzieć, ale o „Zostać” powiem.

„Zostać” to, według mnie, napisana bardzo dobrze historia opowiedziana z perspektywy czterech osób. Felix, Max, Paul i Juliane – trzech mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy spotykają się wiele lat temu w drodze do Rzymu, a konkretnie w pociągu. Są młodzi i jeszcze beztroscy. Czterej przypadkowi podróżni, którzy po prostu siedzą w jednym przedziale kolejowym. Nie znali się wcześniej. Zaczynają rozmawiać. Podróż płynie szybciej. Ten krótki czas zaowocuje w przyszłości przyjaźnią, miłością, ale też i zdradą, która jest głównym tematem książki.

Felix i Max zostaną przyjaciółmi na bardzo długo, a Paul i Juliane wezmą ślub. Oczywiście nie wszystko tak od razu. Minie sporo lat, aż wreszcie przeznaczenie popchnie całą czwórkę na te same ścieżki, które w końcu będą się musiały skrzyżować.

„Wszystko w naszym życiu ma ze sobą jakiś związek. Jest jak pajęcza sieć, w której jesteśmy uwięzieni. Robimy, co robimy, bo w naszej przeszłości zdarzyło się, co się zdarzyło. Obieg zamknięty. Albo właśnie pajęcza sieć”. 

Albo znów efekt motyla – motyw pojawiający się kolejny raz w czytanej przeze mnie książce. Felix lubi żeglować, Max zostaje fotografem i projektantem stron internetowych, Juliane jest wiolonczelistką, a Paul – znanym adwokatem. Każdy z nich jest inny, każdy ma jakieś swoje marzenia, przeżycia, swoje problemy i traumy, które odciskają się na ich przyszłości.

Każde z nich jest bohaterem osobnych rozdziałów. Raz zwierza się Max. Później Juliane, za chwilę Paul, a potem Felix. Autorka zastosowała ciekawy zabieg, bo każda z postaci zwraca się bezpośrednio do nas, traktując czytelnika jak swojego przyjaciela/ przyjaciółkę: „wiesz?”, „pamiętasz?” „napijesz się jeszcze ze mną”? To niezwykle interesujące i zbliża nas do każdej z postaci, sprawia, że faktycznie zaczynamy wchodzić w pewną interakcję emocjonalną, głębszą niż w przypadku normalnej narracji.

Interesujące jest również to, że od samego początku znamy powód tych zwierzeń: romans dwójki z nich. Kogo z kim? Wiemy od razu. Ale co było przed i co będzie później? Do tego dojdziemy powoli w trakcie lektury, choć chyba tu nie będzie tak jednoznacznie. Poznając wszystkie cztery historie widziane z różnych perspektyw możemy łatwiej zrozumieć motywy działania postaci. I ciągle zadawać sobie pytanie „a co by było, gdyby wtedy …?” 

Cała opowieść to zastanawianie się nad życiem, nad jego sensem, celem. Nad tym co ważne, co i w jakim momencie jest ważniejsze? Jakich lekcji doświadcza się zdradzając ukochaną osobę? Czy można kochać jednocześnie dwie osoby? Czego szukamy w związku, w życiu i jak to jest, gdy tracimy kogoś bliskiego, lub gdy sami wiemy, że niebawem nastąpi nasz koniec? I wreszcie: zostać czy odejść?

Interesująca historia, obyczajowa, psychologiczna, angażująca emocjonalnie, trzymająca w napięciu. Polecam, bo to intrygująca książka, choć na pierwszy rzut oka może dość banalna w tematyce.

„Zostać” Judith W. Taschler, tłum. Aldona Zaniewska, wyd. W.A.B, GWFoksal, 2018.

„Nocny człowiek” Jorn Lier Horst

DSC03697Przeczytałam piątą z kolei książkę norweskiego autora kryminałów z komisarzem Williamem Wistingiem. Piątą, ale już ostatnią wydaną w Polsce. Niestety. Szkoda, że tych części nie wydawano po kolei, bo szczerze mówiąc już zapomniałam, co było w tomie 10-tym (ostatnim z serii), a wydanym w Polsce chyba jako pierwszy. Misz masz okrutny, ale czasem pewne sprawy są niezależne pewnie i od wydawnictwa.

Żal mi rozstawać się z komisarzem Wistingiem, bardzo polubiłam tę postać. Smutno i tragicznie skończyła się część poprzednia. Tu, w „Nocnym człowieku” już mija dwa lata od tych wydarzeń. Żona Wistinga, Ingrid, kobieta którą bardzo kochał i której dobre serce sprawiało, że świat stawał się lepszy, zginęła nagle w wypadku samochodowym w Afryce, gdzie wyjechała na kontrakt z pomocą humanitarną. A teraz, Wisting pogrążony jeszcze w żałobie, prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa nastolatki, sam odczuje i zrozumie tę potrzebę pomocy światu, jaką widział u Ingrid. To, co wydarzy się w Narvik, i to, co Wisting zobaczy na własne oczy w Kabulu w Afganistanie, bardzo nim poruszy. Jego przemyślenia o świecie i o tym, jak pogrąża się on coraz głębiej w brutalności, chaosie, wojnach i biedzie, będą bardzo częste na kartach powieści.

„Do Wistinga nagle dotarła cała beznadziejność sytuacji. Przygniotło go poczucie winy i odpowiedzialności. Z trudem łapał oddech. Niełatwo było przewidzieć, jaki los czeka ich w kraju, w którym karykatury Mahometa wywoływały oburzenie i zamieszki. Czytał o lokalnych metodach wymierzania kary, które ostatecznie zawsze kończyły się śmiercią skazanego. Ukamienowanie, strzelanie, biczowanie i rozczłonkowanie ciała. Słyszał o grzesznikach zrzucanych ze szczytów gór lub dachów wysokich domów, których dalszy los powierzano Allahowi. O przestępcach, których zakopywano do szyi w dziurach w ziemi i zrzucano na nich ściany zrobione z gliny i kamieni”.

Niezmiernie podobał mi się jego „wywód” podczas przesłuchania na temat tak zwanego „efektu motyla”. Majstersztyk autora. Ten motyw efektu motyla będzie przejawiał się w całej książce. Tommy, przyjaciel Line, dziennikarki a zarazem córki Wistinga, powie „To, co robisz w ciągu swojego życia, odbija się echem w wieczności”. Właściwie, samo morderstwo nastolatki, którego brutalność bardzo zaniepokoi miejscową ludność, okaże się takim echem. Co zatem się wydarzyło? Dlaczego odcięto głowę dziewczynki i nabito ją na pal umieszczony w centrum miasta? Rytuał? Kto za tym stoi? Kim jest nocny człowiek? 

Norwegia ukazana jest tutaj jako kraj pełen niesprawiedliwości, nietolerancji wobec uchodźców, narkotyków, a także przemocy wynikającej z chciwości i pokus. „Dobre obyczaje i moralność odchodziły w zapomnienie, a ludziom coraz łatwiej przychodziło naruszanie granic innych osób”. To przemyślenie zwyczajnego mieszkańca Larviku, Einara, który wyszedł wieczorem na spacer z psem. Tyle, że ten wieczór nie skończył się dla niego tak jak zwykle. 

Świetny kryminał, łączący ze sobą wiele wątków. Samo śledztwo przebiega dwutorowo. Prowadzi je policja, ale również prasa. Tutaj na czele wyścigu stoi córka Wistinga, Line i jej gazeta „VG” (Verdens Gang). „Dagebladet” i „Aftenposted” idą za nią jak cień, czasem nawet wyprzedzają. Praca dziennikarza śledczego to ciągła adrenalina, niewyspanie, gonienie za tym, by wszędzie być pierwszym i łapać te najświeższe wiadomości. Czasem miałam wrażenie, że ta cała pogoń jest bardzo nie na miejscu, ale… jeśli dziennikarz śledczy jest wystarczająco bystry i dokładny, to może bardzo pomóc policji, natrafić na dodatkowe materiały. Line, jak zawsze, skrupulatna, odważna i bezkompromisowa, naraża wręcz swoje życie, byle tylko jej artykuł znalazł się na pierwszej stronie, zanim inni ją ubiegną. Nie wiem, czy takie podejście mi się podoba, ale faktem jest, że jej postać dodaje kolorytu książkom Horsta. Mało natomiast zawsze było o Thomasie, który jest jej bratem bliźniakiem. Wisting nigdy nie miał z nim zbyt dobrego kontaktu, ale tutaj się chyba coś zmieni… 

To bardzo dobra część serii z Wistingiem, świetnie zbudowana intryga, dużo analizy społecznej, mroczny świat przestępczy, samotność komisarza, który po śmierci żony próbuje ułożyć sobie jakoś życie osobiste – czyli wszystko to, co powinien mieć typowy, skandynawski kryminał. Niby nic nowego, ale napisanego w bardzo dobry, przystępny i wciągający sposób. Polecam! Premiera 14 sierpnia nakładem wydawnictwa Smak Słowa.

Nocny człowiek” Jorn Lier Horst, tłum. Milena Skoczko, wyd. Smak Słowa, 2018

skwarny stosik part 2

DSC03692

Zapomniałam całkiem o tych zamówionych książkach, które przyszły do mnie dzisiaj. Jedna „górska” bo o Krupówkach,  dwie pozycje pani Lunde, bom ciekawa, opinie są różne. Yasmina Khadra, kolejna pozycja tego algierskiego autora, bo sobie chcę zebrać wszystkie. Reportażowo, czyli brakująca mi Justyna Kopińska i dwie części o lekarzach i ich znieczulicy Pawła Reszki, „Nasz chłopak” zachwalany bądź niekoniecznie na innych blogach – chcę spróbować, no i recenzencki egzemplarz ostatniego wydanego w Polsce, a piątego z kolei kryminału z Williamem Wistingiem z wydawnictwa Smak Słowa (premiera 4 sierpnia). No i tyle.

Mózg mi się gotuje z upału, więc jak się (kiedyś?!) ochłodzi może będę w stanie normalnie funkcjonować. Ale co tam.. w płd Hiszpanii ponoć zapowiadają +48 stopni. To tu jeszcze nie jest źle.. 

„Rosario Tijeras” Jorge Franco

rosario-tijeras-Książka kolumbijskiego pisarza wydana była w Polsce w 2005r. przez wyd. Czarne. Aktualnie wznowiło ją wyd. W.A.B. z zupełnie inną, równie ciekawą okładką. Sam Jorge Franco napisał „Rosario Tijeras” bodajże w 1999r.  (różnie podają źródła, mówią też o 1998r.) – w każdym razie to już w sumie 20 lat od narodzenia się tytułowej postaci płatnej morderczyni. Oczywiście, Tijeras, to nie jest jej prawdziwe nazwisko (tego nie zna nikt z bohaterów, my również go nie poznamy). Słowo „tijeras” to „nożyczki” (zręcznie zresztą wplecione w obrazek na okładce), bo Rosario właśnie jest ostra jak one, zabija, przecina linię życia, szczególnie mężczyzn, którzy ją skrzywdzili, bądź krzywdzą. Taka kolumbijska Lisbeth Salander z miasta Medellín, w którym zresztą urodził się autor książki Jorge Franco i działał sam Pablo Escobar. „Życie dla Rosario nie było takie łaskawe; dlatego tak bardzo się kryła, otaczając się zasiekami, bronią i nożyczkami, seksem i karą, rozkoszą i bólem”.

Książka bardzo mi się podobała. Nie tyle sama historia, ale styl opowieści, liczne retrospekcje, realizm pomieszany z jakimś liryzmem, brutalność z czułością, śmierć z miłością. Rosario jest jak kusicielka nieświadoma swoich wdzięków. Kochają się w niej wszyscy, ale to ona wybiera, z kim chce uprawiać seks, a z kim rozmawiać. To smutny, choć piękny ptak, zagubiony gdzieś w przestrzeni, poszukujący, uciekający i broniący się przed światem, a jednocześnie żądny świata. Rosario kiedy chce to jest, kiedy musi – znika. Do nich. Do tych tajemniczych mężczyzn, co rządzą w mieście. A kto rządzi w mieście? Nie od dziś wiadomo, że Medellín słynie z tego, że kiedyś było najniebezpieczniejszym miastem świata i jest jedną ze stolic narkotykowych bossów.

Antonio, narrator – nieśmiały, zakochany niewypowiedzianą i wieczną miłością w Rosario i Emilio, ich przyjaciel, z którym tworzą – no właśnie, co tworzą? Kto tu jest ważniejszy? Ten porywczy i seksowny Emilio? czy Antonio – „parcero”, co w kolumbijskim slangu znaczy tyle co brat, kompan na całe życie, przyjaciel. 

Jaka jest historia tytułowej Rosario? Dlaczego stała się taką, jaką jest ? I dlaczego Antonio snuje swoją opowieść ze szpitala? 

To co mi się jeszcze bardzo podobało, to to, że czuć w tej książce klimat miasta, tego czasu biedy i walki o przyszłość, kiedy na wzgórzach żyją bogaci, a w dole miasta reszta. Tu wszyscy są przegrani. 

„Ze szpitalnego okna Medellin wygląda jak bożonarodzeniowa szopka. Malutkie światełka oblepiają górę i migoczą jak gwiazdy. Na wzgórzach nie ma ani jednego czarnego miejsca, wszędzie jest pełno świateł, od stóp po grzbiet, błyszczy jak sreberko. Oświetlone budynki nadają miastu wygląd kosmopolitycznego tygla, pozór wielkości, przez który wydaje nam się, że pokonaliśmy już niedorozwój gospodarki. Dołem przejeżdża metro i kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy mknące wagony, pomyśleliśmy, że wreszcie wyszliśmy z biedy”.

„Medellin z dwóch stron otoczone jest górami. Taki topograficzny uścisk, zamykający nas wszystkich w tej samej przestrzeni. Człowiek zawsze marzy o tym, co kryje się za górami, choć ciężko nam się wyrwać z tego miejsca; to takie przemieszanie miłości i nienawiści, uczucia stosowniejsze względem kobiety niż miasta. Medellin jest jak te dawne matrony, ma pełno dzieci, jest pobożna, litościwa i władcza, ale jest też uwodzicielską matką, obwieszoną błyskotkami kurwą o obfitych kształtach. Ten, kto odejdzie, wróci, kto się jej wyprze, pokaja się, kto ją obraża, przeprosi, kto jej ubliży, pożałuje. Coś bardzo dziwnego dzieje się z tym miastem, bo choć wzbudza w nas strach, chęć ucieczki – wszyscy to kiedyś odczuwamy – choć tyle razy je zabijaliśmy, Medellin zawsze jest górą”. 

Dawno nie czytałam tak pięknego opisu. Polecam serdecznie tę powieść. To zupełnie coś nowego dla mnie. Egzotycznego. Taki „lekkuchny” Tarantino, ale bardzo lekkuchny. I pamiętam, że wyd. Czarne wydało w 2006r. również inną książkę Jorge Franco „Paraiso Travel”, którą można dostać gdzieś za grosze, ale byłoby super, gdyby wyszła w podobnej szacie graficznej, jak „Rosario Tijeras”, choć w sumie czy to jest aż takie ważne..? 

„Rosario Tijeras” Jorge Franco, tłum. Tomasz Pindel, wyd. W.A.B. 2018