„Odpłata” Agnieszka Jeż

Co by tu napisać? Dobry pomysł na fabułę, ciekawie poprowadzony wątek kryminalny, natomiast zmęczyłam się lekko zbyt dużą ilością postaci i krótkimi retrospekcjami z różnych lat, które wytrącały mnie z rytmu. Oczywiście miały one duże znaczenie w całości fabuły i śledztwie, ale powodowały w moim odczuciu pewien chaos i mieszały mi wątki.

Zacznijmy od tego, że na Mazurach pod podłogą pewnego domu wybudowanego w góralskim stylu (co akurat jest dość ważnym szczegółem) zostają znalezione zakopane ludzkie kości i rower. Hmm.. Odkrycie to jest dość przypadkowe, zaczyna się bowiem od zgłoszonego na policję włamania do tego domu. Na miejsce wezwana zostaje policjantka Wiera Jezierska, którą czytelnik może poznać już w poprzedniej książce Agnieszki Jeż „Szaniec”. Wydawałoby się, że sprawa skończy się na szukaniu złodzieja, ale kiedy policja natrafia na ludzkie szczątki, zaczyna się grzebanie w przeszłości właściciela domu. Wera będzie drążyć uparcie i głęboko w przeszłości. Okaże się, że wiele szczegółów zaprowadzi ją na Podhale, skąd został „przeniesiony” na Mazury ów wymieniony wyżej dom. Dlaczego tak się stało? Kto był właścicielem domu wcześniej? Jak się rozwinie śledztwo i co odkryje policja? tego oczywiście nie zdradzę, no bo wiadomo, nie o to chodzi.

Czytało się w miarę dobrze ten kryminał, choć jak już wspomniałam trochę rozpraszały mnie wstawki z przeszłości, mieszały mi się też postacie, których nagle zrobiło się dość sporo…. Tu przypomina mi się książka Jezierskiego „Dom bez klamek”, miałam tam również podobne odczucia, choć chyba wtedy byłam lepiej skupiona. Może to właśnie kwestia mojej niezbyt dobrej koncentracji przy lekturze „Odpłaty”? Nie wiem, w każdym razie, poza tym i takim trochę infantylnym zachowaniem Wiery (w odniesieniu do pewnego mężczyzny z podhalańskiej policji) było nieźle. Podobało mi się przedstawienie atmosfery, jaka panuje w małych społecznościach lokalnych, gdzie ważne są tajemnice, podobało mi się także przedstawienie ludzkiej natury, głównie tego, że niektórzy bardzo pilnują tradycji, potrafią walczyć o swoje, choć często jest to raczej powodowane zemstą (stąd też tytuł książki). Z ciekawością czytałam również osobiste dywagacje Wiery dotyczące jej relacji z siostrą, która jest zakonnicą, i kiedyś jej relacji z przemocowym ojcem. To interesujący temat, szczególnie jeśli chodzi o wpływ dzieciństwa czy wieku nastoletniego na wiek dojrzały.

Co mnie wkurzyło? Na przykład opis mazurskiego baru „Balladyna”, jaki stworzyła Wiera: „Swojski bar dla estetycznie niewymagających, z dużymi porcjami i piwem”. Nie znoszę czegoś takiego. To automatycznie ocenia człowieka, czyli w tym przypadku mieszkańca danego miejsca. Można by pomyśleć, że sa to jakieś ćwoki i prymitywy i że Wiera ma się za lepszą od nich, tylko dlatego, że jest policjantką i chce usilnie przejść na wegetarianizm, i że pochodzi z Giżycka? No nie wiem. Być może ma prawo mieć takie opinie, jako fikcyjna bohaterka książki, ale zdenerwowało mnie to. Nie polubiłam jej, a w „Szańcu” nie miałam takich odczuć.

Generalnie nie wiem. Niby czytało się w miarę okey, zaraz po zakończeniu lektury mówiłam sobie „dobre, niezły kryminał, kolejny dobry, polski” itp., ale z upływem czasu (a minęło może z półtora tygodnia) jakoś wchodzę w tryb „przeciętnie, z irytującą bohaterką”. Nie chcę oczywiście nikogo zniechęcać do lektury, są to subiektywne wrażenia. Czekam na kolejną książkę pani Jeż, bo jestem ciekawa, w którą stronę pójdzie rozwój postaci głównej bohaterki, a jest parę intrygujących mnie detali.

„Odpłata” Agnieszka Jeż, wydawnictwo Burda Książki, 2021

„A gdyby tak ze świata zniknęły koty?” Genki Kawamura

W prostocie siła. Ta książka jest cieniutka, ale zawiera bardzo dużo emocji mimo bardzo prostego języka, jakim jest napisana. Przyznaję, że były nawet dwa momenty, które mnie mocno wzruszyły, bo dotknęły jakichś moich czułych strun. To mądra historia, taka, która daje do myślenia, dzięki której stawiamy sobie pewne pytania a odpowiedzi, które znajdujemy niekoniecznie mogą nam się spodobać. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Czytałam ją przez dwa wieczory, a myślę o niej cały czas. „Seria z Żurawiem” to dość specyficzne książki, może dlatego, że autorzy egzotyczni, szczególnie Japonia, która odbiega bardzo kulturowo od naszej rzeczywistości. Powieść Genki Kawamura mogłaby być równie dobrze autorstwa Murakamiego, głównie ze względu na gadającego przez moment kota Kapustka. Ot, takie skojarzenie….

Bohaterem jest trzydziestoletni mężczyzna, listonosz, który mieszka sam ze swoim kotem i nagle dowiaduje się, że umiera. Już, teraz, zaraz, niebawem. Stan terminalny raka. Cóż. Bywa. Nagle dowiadujesz się, że jesteś chory i że życia zostało Ci bardzo mało: co zrobisz? Będziesz rozpaczać, czy może zaczniesz spełniać zaległe marzenia, o ile w ogóle zdążysz? Genki Kawamura daje bohaterowi jednak szansę na dłuższe życie. Pod warunkiem. Jakim?

Pojawia się diabeł w kolorowej koszuli i zawiera pakt z naszym bohaterem. Jeden dodatkowy dzień życia za każdą rzecz, którą można będzie usunąć ze świata. Coś za coś. Im więcej tracisz, tym więcej zyskujesz. Czy na pewno? Nasz bohater niestety nie do końca będzie mógł sam te rzeczy do usunięcia wybierać. Diabeł będzie miał więcej do powiedzenia. A to całkiem fajna postać, ten diabeł. Taki jakby nasz klon, tyle, że dość specyficzny. Czego zatem pozbyłbyś się z życia człowieku, aby zyskać dodatkowy dzień życia? Czy może byłby to telefon? a może zegarek? a może … Twój kot? Zresztą tych rzeczy można byłoby wymieniać mnóstwo. Każda z nich jest ważna i nieistotna zarazem. Wszystko zależy od perspektywy. Jak potoczy się życie naszego młodego bohatera, który znalazłszy się w tej dziwnej sytuacji, zacznie analizować swoje życie i wspominać przeszłość? Dlaczego zachowywał się kiedyś tak a nie inaczej? Co czuje do ojca, z którym od lat nie rozmawia, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ktoś przedstawił je w filmie? A jak wyglądałoby Twoje, czytelniku? Czy wiałoby nudą, a może smutkiem, żalem i samotnością, czy może film ten byłby pełen akcji i niespodziewanych jej zwrotów?

„Od momentu, gdy człowiek zda sobie sprawę, że niedługo umrze, można tylko starać się powoli godzić pragnienie życia z nieuchronnością śmierci – żałując wielu drobnych wyborów i myśląc o marzeniach, których nigdy nie uda się zrealizować. Miałem moc przedłużania mojego pobytu na ziemi, ale doszedłem do wniosku, że właśnie ten żal jest piękny. Bo to dowód na to, że żyłem”.

To piękna książka, choć napisana naprawdę w prosty sposób, prostym językiem. Wspomnienia bohatera wzruszają, każą się zastanowić nad tym, co robimy, jak żyjemy, czy relacje jakie nawiązujemy bądź zrywamy dają nam szczęście, spokój a może są wyrzutem sumienia? Czy jesteśmy szczerzy sami ze sobą? Ta historia, mam wrażenie, odziera człowieka ze złudzeń. No bo, jaki byłby ten nasz film? i czy faktycznie chcielibyśmy usuwać coś ze świata, byle tylko zyskać jeden dzień życia takiego, jakim żyjemy teraz? Pomyślmy głębiej nad tym…

„A gdyby tak ze świata zniknęły koty?” Genki Kawamura, tłumaczenie Dariusz Latoś, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Bo. Wiem -Seria z Żurawiem, 2021

„Houston lecimy!” Paul Dye

Jestem dziś w trakcie oglądania transmisji na kanale Youtube NASA ze spaceru kosmicznego Kate Rubins i Victora Glovera, którzy wyszli z ISS w przestrzeń kosmiczną, by ulepszyć (zrobić upgrade) jeden z paneli słonecznych stacji. Nie wnikam w to, co robią konkretnie, bo i tak nie znam się na tym w ogóle. Fascynuje mnie sam widok i wydarzenie. Fascynuje mnie to, jak długo trwało, zanim opuścili śluzę (airlock) w ISS, to jak długo zakłada się specjalny skafander do czynności podczas EVA (Extra – Vehicular Activity), fascynuje mnie to, o czym rozmawiają, jak wiele procedur należy odhaczyć, by wszystko powiodło się z sukcesem. Wszystko musi „checked”. Coś niesamowitego, ta cała otoczka kosmiczna, a do tego ich wiedza jako astronautów, mechaników, odwaga i matematyczna precyzja mnie powalają. No i fakt, że kobieta działa tam dzisiaj przypięta linką do stacji to już w ogóle… (zresztą w NASA jest dużo kobiet, i to jest super!)

I tak nawiązując do tego, co oglądam, to wiele rzeczy wyłapuję (albo wydaje mi się, że rozumiem ;)) właśnie po lekturze książki. Łączenie się z MCC (czyli Mission Control Center) w Houston i widok tych wszystkich biurek z monitorami – jakże inny teraz od tego, co opisuje Paul Dye… wszystko wyglądało zupełnie inaczej jakieś 30-40 lat temu. Niesamowite. Sam autor przeszedł długą i wieloletnią drogę kariery w NASA, gdzie znalazł się właściwie przypadkiem. Od zawsze interesowały go bardziej kwestie lotnicze: samoloty i ich konstruowanie, ale kiedy na studiach otrzymał okazję stażu w Nasa, nie zawahał się, chciał spróbować i został tam aż do emerytury, awansując na kolejne szczeble kariery dzięki swojej przeogromnej wiedzy, umiejętności analitycznego myślenia, skupienia i ciężkiej pracy przede wszystkim. Niewyobrażalnym dla mnie jest wchłonięcie takiej ilości informacji dotyczących praw fizyki, mechaniki orbitalnej, budowy wahadłowców, astronomii, matematyki i tych wszystkich procedur na milion pięćset stron maszynopisu….No a aby zostać tzw. Flight Controler czy już Flight Director, czyli głównodowodzącym dyrektorem lotów w NASA, należy jeszcze umieć połączyć wiedzę z tych wszystkich dziedzin, aby misja w którą jest się zaangażowanym (a Paul Dye był zaangażowany w 39 misji) nie stała się katastrofalna w skutkach. „Ktoś porównał kiedyś dyrektora lotu do dyrygenta orkiestry – nie byliśmy wirtuozami poszczególnych instrumentów, ale z kazdego udałoby się nam wydobyć dźwięk, a co najważniejsze, wiedzieliśmy, jak mają brzmieć razem, gdy gra się na nich dobrze”.

Ta książka nie jest łatwa w lekturze. Szczegółowość w opisach budowy wahadłowców, które NASA wynosiło w kosmos w ciągu wielu lat może zniechęcić, ale doceniłam to, że Paul Dye dzieli się tą wiedzą z czytelnikami tak po prostu. Również rozdziały, gdzie objaśniane są różnego rodzaju skróty, którymi posługują się pracownicy NASA mogą być męczące, ale dla mnie było to przeciekawe, choć faktycznie trudne do zapamiętania jak na pierwszy (czy nawet piąty) raz. Niemniej jednak, wiem już co oznacza Capcom, FCR, MCC i EVA (wymienione wyżej), EECOM, MMACS, czy też Sim Supa albo FIDO. Fascynujące to wszystko jest dla mnie i zupełnie z innego świata. Warto wychodzić ze swojej strefy komfortu i zagłębiać się w coś nieznanego…a z tej książki można się dowiedzieć tylu rzeczy…. Przede wszystkim poznajemy obraz pracy w NASA: jak wygląda nabór na różne stanowiska, kto jest za co odpowiedzialny (a uwierzcie, tych osób jest mnóstwo!), jak mniej więcej wyglądają egzaminy i szkolenia (a przynajmniej jak wyglądały w latach 80-90 tych, bo to wtedy Paul Dye rozpoczynał swoją karierę), no i przede wszystkim mamy tu przekrój przez lata misji wahadłowców, przez budowę Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), a wcześniej pracę (jeszcze radzieckiej) załogowej stacji MIR. Paul Dye opisuje to wszystko w bardzo interesujący sposób biorąc pod uwagę sam rozwój Nasa i historię rozwoju technologii, choć nie ukrywam, że nie czytało mi się tego super płynnie przez cały czas. To głównie ze względu na tematykę, która przecież jest bardzo specyficzna i trudna do „ogarnięcia” dla osoby takiej jak ja, która ma jednak umysł humanistyczny, a nie ścisły. Mimo to, bardzo dużo jest tu też elementów przystępnych dla „normalnego” człowieka, sporo humorystycznych sytuacji, opisy poczty pneumatycznej (sprzed epoki e-maili), opisy lotów i nawet niektóre elementy mechaniki orbitalnej wcale nie były jakieś „kosmicznie” trudne do zrozumienia.

Polecam tę książkę, jeśli chcecie zaznajomić się z taką tematyką, poznać kulisy pracy w NASA, ale przede wszystkim poznać Paula Dye – to przeciekawa osobowość z dużą dozą pokory i odwagi – to też przykład człowieka, który swoją ciężką, naprawdę ciężką pracą doszedł tak daleko… od stażysty do najdłużej pełniącego obowiązki dyrektora lotów NASA.

Czytałam egzemplarz recenzencki, ( sporo literówek, czego nie lubię), a premiera książki 10 marca.

„Houston lecimy!”, Paul Dye, tłumaczenie Stanisław Bończyk, Wydawnictwo MUZA 2021

„Jak zostać czarownicą w tydzień?” Tom 1 – Kaye Umansky

Możecie się śmiać, ale kocham literaturę dziecięcą. Teraz wychodzi tyle cudownych książek, których nie było w czasach kiedy ja byłam dzieckiem. Nie były one tak pięknie ilustrowane, wydawane w kolorowych okładkach, choć wiadomo, że i bez tego wyobraźnia dziecka działa na wysokich obrotach. Ten króciutki (bo około 190 stron) pierwszy tom przygód Elizy Kiszonki przeczytałam na telefonie (tak, ja zwolenniczka papieru, przeczytałam książkę w aplikacji Empik Go) nie miałam zatem wglądu do kolorowych ilustracji (a jedynie czarno-białych, a szkoda), ale książka była cudowną odskocznią. Borze szumiący, jak ja sobie zazdrościłam, że czytam taką cudowną historię.

Eliza Kiszonka (!) mieszka z rodzicami i młodszymi braćmi w tak zwanym Emporium Kiszonków w miejscowości Most Mały. Niewiele się tam dzieje, właściwie nic, Eliza pomaga rodzicom prowadzić sklepik z tak zwanym „mydłem i powidłem”, ale dochody są marne, prawie żadne. Pewnego dnia do sklepiku zachodzi lokalna czarownica, ubrana na fioletowo-czerwono stąd też jej imię Magenta (!) i od słowa do słowa .. pada propozycja, by Eliza została na siedem dni stróżem Wieży magicznej, siedziby tejże czarownicy.

„A na czym będą polegać jego obowiązki? – Zamykanie wszystkiego na klucz. Niewpuszczanie ciekawskich sąsiadów. Przyjmowanie skarg. – Skarg? – Prowadzę sprzedaż wysyłkową. Sklep Zaklęcia na Zawołanie. – Czarownica pociągnęła nosem. – Żałuję, że w ogóle otworzyłam tę firmę. Nic, tylko owijam paczki, które przeciekają, wybuchają albo nigdy nie docierają na miejsce. Ludzie się skarżą i domagają zwrotu kosztów. – Ojejku, bardzo pani współczuję – powiedziała Eliza ze zrozumieniem. – Ludzie potrafią być całkiem niedorzeczni, prawda? Okazywanie wyrozumiałości było Zasadą Obsługi Klienta Numer Pięć. Choć w tym wypadku zainteresowanie Elizy było szczere. Czarownica bardzo się różniła od typowych klientów Emporium.– Owszem – odparła czarownica. – Potrafią. Aha! Byłabym zapomniała. Dozorca musi też zmieniać wodę Corbettowi. – Kto to jest Corbett? – Kruk. Mieszkaniec wieży. Potrafi się sobą zająć, ale nie można od niego oczekiwać, że odkręci wodę w kranie. No wiesz, nie ma przeciwstawnych kciuków. – Corbett to rzadkie imię – stwierdziła Eliza. – Gdybym ja miała kruka, dałabym mu na imię Karol.– Corbett znaczy kruk w starej francuszczyźnie. Zresztą to nie ja nadałam mu imię. Tak się po prostu nazywa. – Aha – mruknęła Eliza. – Zmieniać wodę Corbettowi. To wszystko? – Mniej więcej. Gotować nie trzeba, bo o wszystko troszczy się wieża. Mam przyzwoity księgozbiór, jeśli jesteś tym zainteresowana. – Zmrużyła oczy. – Lubisz czytać, prawda? Widziałam cię w bibliotece. Często tam zaglądasz? – Rzadziej niżbym chciała – odpowiedziała Eliza. – Zwykle muszę być tutaj, w sklepie. No i nie mogę przynosić książek do domu. Moi młodsi bracia by je pewnie pożarli. – Nie pozwól im na to! Zmuś ich do zastygnięcia w bezruchu! Mam na to zaklęcie. W formie sprayu. Jeden-prysk-i-bezruch-w-błysk. Spryskasz ich tylko i ani drgną. To jeden z moich popularniejszych produktów.” Cudowne dialogi!

Zatem Magenta Nagła musi nagle wyjechać do swojej siostry, czy Eliza zgodzi się stróżować w Wieży? Owszem. Zapłata jest godziwa, zawsze to dodatkowy zarobek, którym dziewczynka będzie mogła wspomóc rodzinę, lub… kupić sobie wymarzone niebieskie buciki. Ważnym jest tylko, by niczego nie zawalić, pilnować dobytku i nie wpuszczać do środka nikogo, a na pewno sióstr Skowytównych, które mają „lepkie palce”. Czy Eliza sprawdzi się jako strażniczka? Czy może narobi sobie i innym kłopotów? A może nawet nauczy się zaklęć? W każdym razie, na pewno pozna drwala Heńka, Agatę Łopatę i jeszcze kilka innych postaci, które wprowadzą sporo zamieszania.

Świetnie napisane, wesoła historia, bardzo ciekawa, mądra i ciepła. Na pewno dzieci będą zachwycone czytając o przygodach Elizy Kiszonki, bo jest chyba kilka tomów. Bardzo potrzebowałam takiej odskoczni i ją znalazłam, wiem, że przeczytam kolejne części, bo to naprawdę opowieść, która wywołała we mnie same radosne, pozytywne emocje. Bardzo polecam. Nie tylko dzieciom :)

„Jak zostać czarownicą w tydzień. Tom 1” Kaye Umansky, tłumaczenie Anna Błasiak, wydawnictwo Wilga, 2019

„Lupus” Jens Henrik Jensen

Bardzo lubię trylogię z komandosem Nielsem Oxenem, autorstwa duńskiego pisarza Jensa Henrika Jensena. Pisałam o niej już na blogu: pierwszy tom to „Zanim zawisną psy, drugi „Mroczni ludzie” i trzeci „Zamrożone płomienie”. To kawał dobrej sensacji porównywany często do trylogii Millenium czy książek Nesbo z Harrym Hole. Oczywiście nie można tych porównań traktować dosłownie, bo te książki sie różnią tematycznie i są inne, ale zbliżone są postacie bohaterów, to, że akcja pędzi na łeb i na szyję, że mamy za każdym razem ciekawe, duńskie tło społeczne, polityczne. W świecie wykreowanym przez Jensena jest dużo mroku, tajemnic, manipulacji wśród wysoko postawionych osób, gorszących występków i wymierzanych samosądów. Oxen jako postać jawi się jako mężczyzna z traumą powojenną, i choć odznaczony za odwagę Krzyżem Waleczności jako jedyny w kraju człowiek, to jednak zespół stresu pourazowego rządzi jego życiem nadal. Noce dają się we znaki. Koszmarna Siódemka snów, w których ukazują mu się postacie napotkane na wojnie w Afganistanie, nadal sprawia, że boi się zasypiać.

Po niebezpiecznej walce i wreszcie rozwiązaniu sprawy tajemnej, duńskiej organizacji Dagenhof nagle ukazał się „Lupus” – czwarta część z Nielsem Oxenem, której pojawienie się mnie zaskoczyło i jednocześnie bardzo ucieszyło, bo polubiłam klimat tych ksiażek i bohatera. Jednak ta czwarta część już nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, choć sama fabuła jest bardzo ciekawa. Niestety, uważam, że spora część książki (całość ma 527 stron) jest przegadana i powtarzalna. Szkoda, choć nie ukrywam, że lektura i tak sprawiła mi przyjemność.

Lupus to po łacinie wilk – zwierzę nagle pojawia się na Jutlandii, od dawna nie było tam widziane, a teraz nagle, w pobliżu Harrild Hede zaczyna być coraz częściej obecne. Mieszkańcy okolicznych gospodarstw zaczynają się bać, ale wielu też chciałoby go po prostu zobaczyć, być może zapolować? Ten wątek jest tu według mnie dziwnie wpleciony i kompletnie niepotrzebny, no ale z drugiej strony jest też czymś, co faktycznie wydarzyło się (jak pisze autor w posłowiu) na tych ziemiach w 2013r. Pojawiła się wówczas tam para wilków, która dała początek watasze, ale później samica została zastrzelona. Nadaje to książce jakiegoś klimatu i być noże nawiązuje do tytuły, ale… W każdym razie, Lupus to jak się okazuje, także nazwa pewnej tajnej „organizacji” / grupy, która na własną rękę wymierza sprawiedliwość. Były szef duńskiej Policyjnej Służby Wywiadowczej, Axel Mossman znany z poprzednich części, proponuje Oxenowi wyjazd na Jutlandię właśnie w celu odnalezienia niejakiego Poula Hansena, który niegdyś był szefem departamentu PSW, ale teraz jest już na emeryturze i przebywa w gospodarstwie Harrildholm. Sęk w tym, że właściwie to zniknął. Mossman podejrzewa, że coś mogło się stać, dlatego wysyła Oxena, jedynego człowieka, którego podziwia i któremu ufa, by to sprawdził. Wszystko byłoby w porządku, ale Oxen właściwie nie chce tam jechać. Ma w Kopenhadze swoje życie, nie chce się już narażać, próbuje odbudować swoje relacje z synem, które nie układają się w ogóle, wychodzi z domu tylko w nocy, bo w dzień przerażają go tłumy ludzi na ulicach i hałas. Wystarczy głośniejszy dźwięk i Oxen już ma w głowie wybuchające bomby. Jego trauma jest na tyle silna, że nawet psychoterapia nie przełamuje jego blokady.

Niemniej jednak, pod pretekstem obserwacji wilka, Oxen zabiera syna na wycieczkę na Jutlandię, zamiast spędzać kolejny weekend w nudnym zoo. No i przy okazji decyduje się sprawdzić dla Mossmana to gospodarstwo Hansena i rozpytać lokalnych mieszkańców o człowieka. Nawet nie wie, że znów wplącze się w niebezpieczną sytuację. Powrócą stare sprawy, między innymi sprawa agentki PET : Margrethe Franck i niebezpiecznej akcji, w której straciła nogę. Powrócą wspomnienia i Oxen nie będzie wiedział komu ufać, bo nagle okaże się, że to wszystko jest bardzo, bardzo dziwne. Hansena nie ma, Mossman też chyba nie do końca jest szczery, a w pobliskim lesie w Harrild Hede mieszka pustelnik, który zdradzi Oxenowi, co widział pewnej nocy. DO tego tajemna organizacja „Lupus” i jeszcze rozdziały z retrospekcjami z 1963r, kiedy to zostaje porwana młoda dziewczyna, a potem więziona przez kilka dni przez jakiegoś psychopatę, gwałcona i bita z nie wiadomo jakiego powodu. Jak te wszystkie wydarzenia się połączą ze sobą? Co ma wspólnego porwanie dziewczyny w 1963r. z działalnością Lupusa? Czy Oxen będzie znów w niebezpieczeństwie? A co z Margrethe, bo i ona odegra sporą rolę w tej książce? No i w końcu, czy Oxenowi uda się nawiązać lepszą relację z synem? bo to ciekawy, osobisty wątek.

Wszystko było ok w tej powieści, ale jednak trochę bym ją skróciła i jakoś spięła lepiej akcję, by działa się szybciej i trzymała bardziej w napięciu. Obciąć to i owo, wywalić powtórzenia, zbędne opisy i powroty do poprzednich części. Brakowało mi stopniowania napięcia, no i zakończenie nie było aż tak spektakularne, do jakich przyzwyczaił mnie autor, choć nie powiem, że nie było zaskakujące. Nie wiem, czy powstaną kolejne części z Nielsem Oxenem, uważam, że lepiej byłoby już skończyć, albo … stworzyć może jeszcze jedną, zamykającą osobiste sprawy Oxena (nie wiem, postęp w terapii, kolejne etapy pracy nad traumą, stabilizacja życia rodzinnego, jakaś może kobieta? choć z tego mogłoby wyjść coś bardziej obyczajowego, niż sensacyjnego). Ale nic na siłę. No i tak to. Ogólnie jestem zadowolona, bo polubiłam bohaterów i klimat. Ale jeśli chcecie się zapoznać z tą serią, to polecam zacząć od początku (według tytułów jakie wymieniłam).

„Lupus” Jens Henrik Jensen, tłumaczenie Edyta Stępkowska, wydawnictwo Editio Black, 2020.

„Zdrój” Barbara Klicka

„Myślę: trzeba mnie było zapytać, tobym jej powiedziała, że nic we mnie nie ma, tylko zwiędłe paprotki, lodowe wydmy i kra.”

Och, cóż to była za zaskakująca powieść. Z jednej strony podobała mi się bardzo, ze względu na „płynność” treści, to się tak czytało, że ach, ale z drugiej strony chyba troszkę się to przedobrzyło i zabrnęło w jakiś zaułek, gdzie nie wiadomo już było czy wrócić, czy brnąć… Jakoś trochę zachwyt a trochę rozczarowanie.

Bohaterka książki, Kama, ma bodajże 33 lata, o ile dobrze pamiętam, i zostaje skierowana do sanatorium ze względu na chorobę nowotworową, na tak zwaną pooperacyjną rehabilitację. Jest skierowanie z ZUS zatem skorzystać MUS. Sanatorium okaże się miejscem jak z piosenek o Ciechocinku. Jaki tam klimat! Kilkuosobowe sale, wiecznie gadający telewizor podwieszony pod sufitem, pod którym akurat łóżko dostaje nasza bohaterka, współlokatorki sanatoryjne nastawione na podryw, szaleństwo i złote łańcuszki zostawiane w Licheniu. Gdzieś po drodze lekko zboczony masażysta, w międzyczasie tak zwanym, dziwna lekarka, która u bohaterki wypatruje ni z tego ni z owego ciążę, a do tego „cudowne” zabiegi, kąpiele i całe to „bujne” życie sanatoryjne rodem z PRL, podobnie jak i wystrój uzdrowiska. Ploteczki i obgadywanie, kto jest skąd, kto ma dziecko, kto nie ma i dlaczego wtedy jest gorszy, a jeśli w ogóle przyjechał z Warszawy to katastrofa i niedobrze, no bo to Warszawka… Kama myśli „Myślę: nigdy w życiu nie wstydziłam się miasta. Jak się można wstydzić miasta? Co to jest wstyd za miasto? „

Gdzieś w te wszystkie obrazy z życia w sanatorium, Kama wplata swoje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to przebywała w domu dziecka, i teraz wychodzą te wspomnienia gdzieś na wierzch, snują się z nią, tak jak ona nocą po korytarzach uzdrowiska. Tak troszkę, jakby szukała jak wyleźć z tej swojej samotności, która ją dopadła. Noc staje się dobrym czasem na rozmowy, na dotyk, przykładowo ze spotkanym pod kaloryferem dziwnym mężczyzną, przesiadującym tam nie wiedzieć czemu i po co. Kama próbuje rozmawiać z kobietami, lekarzami, ze samą sobą – turnus staje się dla niej czymś w rodzaju poszukiwania sensu i głębi w „tym całym” życiu. Nie będzie to dla niej :czarodziejska góra: ale na pewno okazja do obserwacji rzeczywistości i samej siebie.
Gdyby jednak druga połowa książki (zaledwie 138 stron ma całość) była mniej zakręcona i (mam wrażenie) bez pomysłu na ciąg dalszy, mogłaby to być naprawdę dobra powieść „że tak powiem” (-> to akurat wyrażenie, którego bardzo często używa Kama w swoich wypowiedziach).

„Nie jest to środek lata, myślę, ale mimo to walizka jest za ciężka. Leży teraz w autobusowym bagażniku i niby nie należałoby się martwić jej wagą, ale jak się nie martwić, skoro nikt nie będzie czekał na przystanku, a w niej są kalosze, płaszczyk, piętnaście par skarpet, odpowiednia liczba swetrów, strój gimnastyczny, kostium, czepek, klapki, wszystko, co pensjonariuszce może być potrzebne przez trzydzieści dni pensjonariuszowania. Jesienią. Myślę: tak to właśnie będzie wyglądać, tak to właśnie jest, będą mnie okładać okładami, masować, wieszać i gnieść, a potem spakuję się, żeby wrócić, walizka będzie za ciężka, same kalosze ważą tyle, ile mi wolno unosić, ale jakoś trzeba przecież wrócić, więc się spakuję do tej walizki, a po drodze będą schody i całe trzydzieści dni, żadna perełkowa kąpiel, cała borowina świata nie wygra z moim jesiennym bagażem. Myślę: może nadam tę walizkę pocztą przed powrotem, wrócę do siebie, w skrzynce znajdę awizo, nie przestraszę się go, bo będę wiedziała, że to walizka na poczcie i nie ma się czego bać, zadzwonię do brata albo do wszystko jedno kogo, byleby miał samochód lub mięsień i trochę czasu, ktoś mi przywlecze ten bagaż na kwadrat, ja się uśmiechnę, trochę się z siebie ponabijam, że kaleka, postawię piwo albo kawę i będzie po sprawie. Autobus mnie kołysze, poprawiam dmuchaną poduszeczkę w kształcie nieco zbyt zakręconego banana, którą mam zainstalowaną na szyi, myślę: jeszcze tylko dwie godziny i będę na miejscu, świat nie jest taki duży.”

Mogło być lepiej, ale wyszło tak sobie, mimo to nie żałuję lektury. Powiew nowego, choć według mnie nie do końca dopracowany.

„Zdrój” Barbara Klicka, wydawnictwo W.A.B. 2018.

„Wegetarianka” Han Kang

„Ostatnimi czasy nie potrafię zasnąć na dłużej niż pięć minut. Gdy tylko tracę świadomość, śni mi się ten sen. Chociaż nie, trudno powiedzieć, że to sen. To krótkie sceny, które bez ustanku nakładają się na siebie w mojej głowie. (…)”

O jaka to była niepokojąca powieść! Opisana w niej historia przedstawiona jest czytelnikowi z trzech perspektyw: pierwsza to perspektywa męża kobiety o imieniu Yong-Hye, która nagle pod wpływem dziwnego snu postanawia przestać jeść mięso, kolejna perspektywa należy do szwagra tytułowej wegetarianki, a ostatnia, trzecia w rozdziale zatytułowanym „Fotosynteza” należy do siostry Yong-Hye. Każda z tych perspektyw to solidna porcja emocji i pewien obraz natury ludzkiej, która cierpi. Cierpienie to jest powodowane różnymi czynnikami, ale głównie widać tu osamotnienie, chęć wolności, bycia sobą i spełnienia.

Odkąd Yong-Hye przestaje jeść mięso, wszystko się zmienia. Głównie ona oczywiście, ale również rodzina zaczyna się odsuwać od kobiety, zaczyna traktować ją jak dziwadło, jak kogoś, kto nie pasuje do ogólnego obrazu „normalnego” człowieka. Rodzice się złoszczą, ojciec policzkuje ją na spotkaniu rodzinnym, usiłując na siłę wepchnąć jej w usta kawałek mięsa, mąż zaczyna traktować ją jak wariatkę (z czasem kobieta zaczyna zachowywać się bardziej irracjonalnie), a szwagier (dodajmy artysta) od dawna owładnięty obsesyjnym pożądaniem wobec Yong-Hye zaczyna jeszcze usilniej marzyć o organicznym, wręcz zwierzęcym seksie z Yong-Hye. Siostra Yong-Hye z kolei martwi się o nią, bo przecież to nie jest normalne, że człowiek tak nagle przestaje jeść mięso, a potem w ogóle przestaje chcieć jeść, oddychać, żyć i chce się stać…. drzewem? Kiedy Yong-Hye trafia do psychiatryka, często można ją zauważyć, jak stoi na rękach: „- Ja zupełnie nie miałam o tym pojęcia. Myślałam, że drzewa stoją tak samo jak ludzie … Ale w końcu to zrozumiałam. One opierają się o ziemię rękoma.” mówi. Jak skończy się jej historia? Dlaczego w ogóle nagle tak się zmieniła?

Ta książka jest niezwykła. Jak napisałam już, jest niepokojąca, dająca do myślenia, pokazuje z jednej strony jak społeczeństwo odbiera kogoś, kto jest inny niż ogół, kto wyłamuje się z zasad ogólnie przyjętych w „normalnym” życiu, z drugiej strony zaś ukazuje ból jednostki, która ma dość, która nie czuje się „na miejscu”, która chce uciec, przestać być człowiekiem, bo ludzie są źli…. Zupełnie jak ojciec, który w przeszłości przywiązał psa do motoru i „zajeździł” go na śmierć. Czy zatem wszystko wynika z naszego dzieciństwa?

Widać w tej powieści też, jak bardzo kobieta, ogólnie jako człowiek, jest podległa pewnym zasadom i zostaje wpasowana w ramy, w których niby normalnie funkcjonuje, żyje (wychodzi za mąż, uprawia seks, rodzi dziecko, czy też zajmuje się domem), ale tak naprawdę chciałaby czegoś innego, może właśnie uciec do lasu i nie mieć nic wspólnego z dotychczasowym życiem? To wszystko gdzieś tam siedzi w podświadomości. I nagle pojawia się impuls, który budzi tę uśpioną duszę… „Zaskoczyła ją nagła myśl, że tak naprawdę nigdy nie miała szansy sobie pożyć. Święta prawda. Nigdy nie zdołała sobie pożyć. Od kiedy pamięta, jedynie wszystko przetrzymywała.” myśli sobie siostra Yong-Hye. Dzięki szaleństwu w jakie wpadła Yong-hye, jej siostra sama zaczyna chyba chcieć jakiegoś szaleństwa…. Mąż Yong-Hye z kolei, to bohater szalenie irytujący i taki typowy tchórz i prostak, który nie potrafi wesprzeć żony, którego ona zaczyna obrzydzać i zamiast spróbować ją zrozumieć i jakoś pomóc, lub choćby przytulić, to się z nią rozwodzi, bo nie chce żyć z wariatką. Tylko że dla Yong-Hye to już właściwie nie ma znaczenia. Ona już nie chce… Niczego. Albo inaczej: chce zupełnie czegoś innego.

To smutna książka tak naprawdę. Powoduje konsternację, wbija trochę w fotel, a z drugiej strony jest dziwna, szokująca, momentami niezrozumiała, ale na pewno niesztampowa i warta uwagi. Mieszanka snów i rzeczywistości, strachu i odwagi, samotności i chęci spełnienia w byciu sobą, wyzwolenia. Polecam. Premiera książki miała miejsce 10 lutego. Autorka Han Kang jest Koreanką i za tę powieść  otrzymała The Man Booker Prize w 2016 roku. Polecam również jej inną powieść „Nadchodzi chłopiec”, o której pisałam tutaj.

„Wegetarianka” Han Kang, przekład Justyna Najbar-Miller, Choi Jeong In, Wydawnictwo W.A.B. 2021