„Historia porządnej rodziny” Rosa Ventrella

770532-352x500„Wakacje w starym Bari spedzaliśmy między murami z białych kamieni, goniąc po labiryncie uliczek i zaułków, pośród zapachu pościeli suszącej się na sznurach i woni smakowitych sosów, w których całymi godzinami dusiło się mięso kastrowanego cielaka. To tutaj spędziłam lata dzieciństwa i pierwszej młodości. I nigdy nie myślałam o nich jako o czasie ponurym i nieszczęśliwym, chociaż zewsząd otaczały mnie brzydota i cierpienie. Napotykałam je w przestrogach zarówno sąsiadek: „Nie zbliżaj się do morza, gdy jest wzburzone, bo dostaniesz szkorbutu i umrzesz”, jak i babci Antonietty: „Módl się wieczorem, albo pójdziesz do piekła”, „Jeśli będziesz kłamać, zostaniesz karlicą”, i od mojej matki: „Jezus zna twoje myśli i utnie ci język, zani go użyjesz, by bluzgać”.

Porównywana z „Genialną przyjaciółką” Elleny Ferrante, ba, uważana za kopię wręcz, naśladownictwo, zwał jak zwał (nie odniosę się do tej kwestii, bo jeszcze Ferrante nie czytałam, dopiero mam zamiar) opowieść o Marii de Santis z biednej włoskiej rodziny, mnie urzekła. To pięknie napisana, gorzka historia o rodzinie i o tej pierwszej miłości, która okaże się mocno skomplikowana. Wszystko okraszone klimatem włoskiego miasteczka. Obrazowy język autorki sprawiał, że łatwo można sobie wyobrazić całą dzielnicę, podejrzeć sąsiadów, poczuć zapachy potraw czy usłyszeć morskie fale.

Poznajemy główną bohaterkę, jako uczennicę szkoły podstawowej, jej najbliższym kolegą jest Michele, dość nielubiany grubasek ze szkolnej ławki, pochodzący z nikczemnej i niebezpiecznej rodziny Senzagagnich, która rządzi miasteczkiem. Ojciec Michele jest postrachem dla wszystkich, wiadomo, że prowadzi niecne interesy, w których biorą udział również dwaj bracia Michele. Chłopiec, choć zupełnie inny od swoich braci, jest już z góry „osądzony”, bo przecież „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Maria nie powinna się z nim zadawać, bo wiadomo przecież z góry, że kiedyś on stanie się taki sam jak jego ojciec. Wszyscy o tym wiedzą, cała rodzina Marii, jej babcie, kumoszki z ulicy, sąsiedzi, a przede wszystki ojciec… Ale czy na pewno tak musi być? Czy dziecko automatycznie staje się dorosłym na podobieństwo swoich rodziców? Maria nie chce w to wierzyć. Inaczej sama musiałaby być jak swoja matka (a tego nie chce) – słaba i zastraszona przez męża despotę, albo taka, jak właśnie ten despotyczny ojciec, którego lodowate spojrzenie mroziło, i któremu kopniaki dawane raz po raz bratu Marii – Vincenze przychodziły z taką łatwością: „Powinienem był cię zabić, kiedy byłeś jeszcze mały” wysyczy do niego, nieświadomy, że za jakiś czas faktycznie będzie opłakiwać śmierć syna.

Ojciec Marii jest tu w ogóle bardzo ciekawą postacią. Dość złożoną. Z jednej strony przemoc i wrzask czynią go silnym, a z drugiej strony morze i kuter rybacki, które są jego miłością nadają mu wrażliwości i ciepła. Relacja ojca i córki jest niezwykle interesująca, wbrew pozorom tych dwoje wiele łączy, są dla siebie ważni i czerpią wzajemną siłę. „Tak już jest Mari. Jeśli rzucisz jeden kamień, nawet go nie zauważysz. Ale gdy tak leżą na dnie wszystkie razem, sama zobacz, jakie są piękne, jak się mienią. Z nami jest tak jak z tymi kamieniami, Mari. Błyszczymy, tylko gdy jesteśmy razem”. 

Maria tak w ogóle jest brzydka, chuda, dojrzewa fizycznie bardzo powoli, w przeciwieństwie do swoich koleżanek z klasy, ale za to bardzo dobrze się uczy. Traktuje szkołę inaczej niż wszystkie inne dzieci. „Moja szkolna ławka stała się dla mnie azylem. odskocznią od innego wymiaru, nieważne, czy przeszłego, czy przyszłego, ważne, że w ogóle mogłam uciec. Z bańki wypełnionej zatęchłym powietrzem, w której unosiły się nasze domy, cała dzielnica aż do bulwarów, do wielkiego świata, której w mojej wyobraźni zaczynał się od niedostępnego dla mnie punktu na niebie, a poza którym rozciągała się całkiem inna rzeczywistość”. Michele po części jest też dla niej azylem. Kimś ważnym. Niestety ich drogi się muszą rozdzielić. Z wielu przyczyn. Dopiero spotkanie po latach sprawi, że tych oboje zrozumie, co ich łączyło i łączy. Jak potoczą się ich losy?

Cała rodzina Marii przedstawiona jest wspaniale. Ojciec o którym pisałam, matka, babcie, bracia… a także niektórzy sąsiedzi, którzy dodają jakiegoś kolorytu tej dzielnicy. Opowieść pisana jest z perspektywy dorosłej już Marii, która wspomina swoje dzieciństwo i młodość za pomoca cudownych obrazów, jakie zachowały się w jej pamięci. Są tu nie tylko jej wspomnienia, ale też jej matki i babci.

Czy rodzina de Santis była rzeczywiście tak porządna, jak sugeruje tytuł, czy tylko stwarzała pozory? Czy można uciec od swojego pochodzenia? „Cienka niewidoczna nić łączyła mnie z rodzicami i dzielnicą. Nieważne, jak bardzo starałam się ją zerwać, ona nadal była – subtelna, niezniszczalna”. Na czym polega prawdziwa miłość?

Bardzo to jest sugestywna opowieść. Czy dobra w sensie literackim, ambitna? Nie wiem, bo w sumie nie oceniam książek w ten sposób. Dla mnie, jeśli proza mnie ujmuje w jakiś sposób oznacza to, że nie zmarnowałam na nią czasu, a „Historia porządnej rodziny” zostanie ze mną na długo, bo jest po prostu prawdziwie piękna, momentami surowa i gorzka, ale urzekająca.

P.S. książkę kupiłam za 7 PLN.

„Historia porządnej rodziny” Rosa Ventrella, tłumaczenie Lucyna Rodziewicz – Doktór, wyd. Sonia Draga, 2019.

„Życie Sus” Jonas T. Bengsston

83477387_2670304123019031_2968732294652624896_o-001„Sus tak bardzo nienawidzi. Tak wielu ludzi i tak wielu rzeczy. Chociaż „nienawidzi” nie jest właściwym słowem. Sus gardzi. Gardzi tak bardzo, że niemal ją to wyczerpuje. A mieszka w dzielnicy, w której łatwo jest gardzić.”

Sus mieszka w bloku, na duńskim osiedlu, które z opisów bohaterki wydaje się być paskudnym miejscem, gdzie nie ma zasad, a wygrywa ten, kto silniejszy i bardziej się stawia. Dziewczyna cały czas podkreśla, że jest „z bloku”. Ci z bloku, niczego nikomu nie ułatwiają, stawiają opór, żyją po swojemu nie przyjmując od nikogo pomocy.

Sus jest młodą dziewczyną, która nie wygląda na swój wiek, dużo pali, pije śmietanę, by przytyć, ćpa i cały czas testuje siebie. Testuje swój strach i swoją silną wolę. Testuje motywację i odporność na ból. Dąży do perfekcji, chce być jak najlepszy bokser, zaczyna sprzedawać dzieciakom narkotyki i chce być w tym najlepsza, nie myśli o konsekwencjach, bo zależy jej na pieniądzach. Chce kupić pistolet i chce być dobra w zabijaniu, choć jej życiem kieruje nieustająca chęć „zapomnienia o wszystkim, zwinięcia się w małą, naćpaną haszyszem kulkę i oglądania w telewizji programów dla dzieci”.

Dlaczego dziewczyna tak bardzo chce nauczyć się zabijać? Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że tak bardzo pragnie zemsty na swoim ojcu, który niebawem ma wyjść z więzienia? Dopóki nie ma pistoletu, to noże są jej przyjaciółmi. Ma ich sporo, lubi je czyścić i liczyć. Kiedy przygarnia małego kotka, mówi „Niewiele różnisz się od noża […] i ty i on jesteście tylko narzędziami”. Wydawałoby się, że Sus jest kompletnie pozbawiona ludzkich uczuć, gdy tak surowo myśli o zwierzęciu i o tym, co chce mu zrobić. Co wrażliwsi czytelnicy poczują gęsią skórkę, ale Sus tak naprawdę jest wrażliwą dziewczyną. To tylko trauma, jaką przeżyła w dzieciństwie sprawiła, że Sus jakby zatrzymała się w dorastaniu, zarówno psychicznie jak i fizycznie. „Za sprawą noży jej ręce stają się dłuższe, przeczą jej wzrostowi i wadze”.

Cała opowieść to jakby kolejne etapy, jakie pokonuje Sus, by być gotową do starcia z ojcem. Wzrastanie w siłę i jednocześnie w obojętność nie wróży dobrze. Wszystko jest tu takie surowe, odarte z uczuć, nie dające nadziei. Sus budzi współczucie, ale jednocześnie odrazę i strach. Jej agresja wybija się mocno ponad tęsknotę za lepszym życiem. Czy aby na pewno tylko ojciec jest tu potworem? 

Bengsston pisze krótkimi zdaniami. Celnie, cynicznie, prawdziwie. Nie zostawia złudzeń ani nie upiększa. Podaje rzeczywistość duńskiego osiedla taką, jaka jest: bestialską, bezwstydną, beznadziejną. Tu nie ma szczęśliwego hygge. Tu jest mrok, pustka i cierpienie. Tu jest życie Sus. A takich Sus na pewno jest wiele. W każdym kraju… co daje do myślenia.

Świetna proza!

„Życie Sus” Jonas T. Bengsston, tłumaczenie Iwona Zimnicka, wyd. Poznańskie, 2019

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol

DSC08056

„Ściana jest gładka, śliska, jednolita, mróz sięga 50-60 stopni, lód jest strasznie twardy. Czerń nocy ukrywa przede mną dalszą częśc drogi – i całe szczęście! Dzięki temu nie czuję się wessana przez pustkę, wabiona przez otchłań. Poślizgnięcie się na tym polu lodowym oznacza dla mnie koniec, poruszam się więc z najwyższą ostrożnością. Wkrótce zaczynam czuć, że góra emanuje spokojem, a ciemność nocy paradoksalnie mnie zabezpiecza. To wszystko razem wydaje mi się nieprawdopodobne, nierealne. Schodzę w nocy, bez latarki czołowej, drogą, której nie znam, nie mając żadnego sprzętu – ani czekana, ani przyrządu zjazdowego, ani blokera, śrub lodowych czy liny dynamicznej. Nie piłam niczego od co najmniej pięćdziesięciu pięciu godzin. W zasadzie nie spałam od osiemdziesięciu godzin, nie licząc majaczeń i halucynacji zeszłej nocy. […] Moje myśli krążą w kółko – trzymać palce rąk w cieple, ruszać palcami stóp, mrużyć oczy, żeby nie stracić wzroku. Palce w cieple, palce nóg w ruchu, mrużyć oczy, bo wzrok. Schodzić”.

Większość z nas śledziła zapewne styczniową akcję ratunkową na Nanga Parbat w 2018r. To już dwa lata od momentu, kiedy Denis Urubko, Adam Bielecki, Jarosław Botor, Piotr Tomala (członkowie pobliskiej Zimowej Narodowej Wyprawy na K2) heroicznie uratowali ledwo żywą Elisabeth Revol, która razem z Tomkiem Mackiewiczem zdobyła ten himalajski szczyt. Tomka nie udało się uratować, został na zawsze w szczelinie 800m pod szczytem. Jego ostatnie słowa do Revol to „Jest mi zimno. Chcę odpocząć”.

Ta książka (jak zarzuca wielu) wcale według mnie nie jest pędem ku sławie i chęcią zarobienia pieniędzy przez autorkę na tej historii. Obrzydlistwem jest coś takiego mówić. Jak sama autorka przyznaje, i jak też potwierdziła ostatnio żona Tomka Mackiewicza, ta książka jest terapią dla obu pań, a zyski z jej sprzedaży mają wspomóc budowę wodociągu w dolinie Diamir, o czym marzył Tomek. Elisabeth w swojej książce powraca do bolesnych emocji. Konfrontuje się z nimi, wyrzuca je z siebie, ale przede wszystkim mówi jak było, jak się czuła, kiedy musiała zostawić partnera.

Opowiada o swoim uzależnieniu od gór, o uzależnieniu Tomka od gór. O tym jak cudownie się dogadywali, rozumieli i jaka piękna przyjaźń ich łączyła. Jak zatem można zostawić przyjaciela? Skazać go na pewną śmierć, powiedzą inni? Czy to był egoizm? Nie…

Elisabeth zostawiła Tomka, bo cały czas była przekonana, że obiecany helikopter z pomocą ratunkową przyleci. Ona musi tylko zejść niżej, byc „drogowskazem”, ażeby ratownicy z helikoptera mogli wylądować w pozwalającej im na to wysokości, a potem pójść po Tomka. Przez wiele godzin pojono ją tą nadzieją, niedomówienia z urzędnikami pakistańskimi, brak pieniędzy i ogólna opieszałość sprawiły, że helikopter nigdy nie przyleciał. Elisabeth musiała spędzić prawie trzy noce sama, bez namiotu, wody, jedzenia, sprzętu, schodząc w dół, nocą, drogą, której nie znała. Przed nią był kuluar Kisshofera – stromizna, po której nie da się zejść bez lin i całego sprzętu. Ona nie miała nic. Dodatkowo cały czas bała się o Tomka. Miała nadzieję, że w tej szczelinie da radę, ale przecież już wtedy, jak go zostawiała, był ślepy, zamarznięty, z obrzękiem mózgu i krwawieniem z dróg oddechowych. Nie było szans, ale nie docierało do niej, że on umiera. Mimo, że wszedł na szczyt, już nie zobaczył, jaki się z niego roztacza widok…. bo już tam powiedział do Revol, że przestaje widzieć. 

Kto popełnił błąd i kiedy? Czy słusznie oboje zdecydowali, że mimo późnej pory wejdą wreszcie na ten szczyt? Mogli się wycofać te 90 m przed. „Oboje byliśmy odpowiedzialni za tę tragedię, za lawinę drobnych błędów, które doprowadziły nas do katastrofy. Nie umiałam sprowadzić Tomka, to moja wina. Tomek nie był w stanie zrezygnować, zawrócić i zejść – to była jego wina. Ale tylko Tomek zapłacił za to najwyższą cenę i tylko ja została przy życiu”, mówi Revol.

Revol w tej książce pokazuje jak słabą i delikatną jest osobą, choć silną fizycznie i mocno stojącą na nogach, mówi o tym, jak ciężko było jej się uporać z całą tą sytuacją, pogodzić ze śmiercią przyjaciela, stawić czoła wiadrom pomyj wylewanym na nią po powrocie. Czytałam jej zmagania na wstrzymanym oddechu… Niewyobrażalna to dla mnie sytuacja. Niewyobrażalna. Dobrze, że Revol ma kochającego męża, który podczas tych tragicznych nocy cały czas ją wspierał w smsach, podobnie jak jej przyjaciel Ludovico, który informował ją o wszystkim, dawał nadzieję i otuchę, a w internecie relacjonował przebieg całej akcji i dzielił się najświeższymi lokalizacjami Elisabeth. Kolejnym włoskim przyjacielem, wspomnianym w książce przez Revol, jest Daniele Nardi, który niestety rok później razem z Tomem Ballardem zginęli na Nanga Parbat. Jak mówi Revol „Nanga pokazała swoje złowieszcze oblicze”. 

Książka jest próbą przekazania własnymi słowami, emocjami, sumieniem tego co czuła i czuje nadal Elisabeth Revol. Jej pożegnalny list do Tomka i słowa o polskich himalaistach, którzy ją uratowali są naprawdę niezwykle emocjonalne i wzruszają. To również opowieść o niewyobrażalnej woli życia i niezależnie od tego, co myślą ci siedzący na kanapach i mądrujący się z ciepłego domu, to dowód na nieludzką wręcz siłę i odwagę. Jednocześnie, ta „spowiedź” pokazuje również, jak trudna jest walka o wewnętrzny spokój, jak ciężko jest żyć po takiej traumie, jak mocno boli i jak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Revol odrodziła się wchodząc samotnie na Everest i Lhotse w zeszłym roku. Jak mówi, by „skończyć z pasją, która sprawiała, że żyłam intensywnie, ale która mnie pożerała, niewoliła, była obsesją, czasem wręcz czymś poza mną, ode mnie niezależnym. [….] Wyruszyłam na Everest spokojnie, bo szukałam już czegoś innego. Nie byłabym dziś w stanie znów związać się z kimś liną i ruszyć na trudną drogę, a już na pewno nie mogłabym za nikogo brać odpowiedzialności w Himalajach”. 

Ta książka jest potrzebna. Szczera i autentyczna. Żona Tomka, Anna Solska Mackiewicz powiedziała o Revol, że „jej nadludzki wysiłek sprowadzenia go do dzieci i w moje ramiona, do domu nie miały sobie równych, że zrobiła dla niego wszystko, więcej niż ktokolwiek byłby w stanie sobie wyobrazić… „.

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol, tłum. Anastazja Dwulit, wyd Agora, 2019

„Mroczne jezioro” Sarah Bailey

83477387_2670304123019031_2968732294652624896_o-002„Niedaleko jeziora znajduje się miejscowe liceum. Kiedy byłam w podstawówce, przychodziłam tu z mamą karmić kaczki i szukać czterolistnych koniczyn w trawie. W czasach liceum chodziłam nad jezioro z koleżankami, żeby palić papierosy, pić skradziony alkohol i całować się z chłopakami. Stara altanka stojąca na końcu niewielkiego pomostu była doskonałym miejscem na organizowanie seansó spirytystycznych, a wiekowa drewniana wieża górująca nad pobliską polaną była doskonałym punktem widokowym, z którego obserwowaliśmy, czy ktoś nie idzie. Kiedy weszło się na samą górę po skrzypiących, krętych schodach, można było zobaczyć jezioro, autostradę i całą drogę do budynku liceum. Była to również świetna kryjówka. Kiedy Jacob jeszcze żył, spędzaliśmy na górze całe godziny rozmawiając, całując się i nie tylko. Na chwilę zamykam oczy i przypominam sobie jego młodą twarz. W tej chwili wydaje mi się taki odległy. Staram się tutaj nie przychodzić”.

Małe australijskie miasteczko Smithson nad jeziorem Sonny Lake, w którym wszyscy się znają staje się tłem dla morderstwa młodej nauczycielki aktorstwa z pobliskiego liceum: Rosalind Ryan. Zwłoki kobiety w jeziorze znajduje przypadkowy biegacz, woda pokryta jest czerwonymi różami, co wydaje się dość dziwne i jednocześnie makabryczne. Śledztwo zaczyna prowadzić para policjantów ze Smithson: Gemma Woodstock i Felix McKinnon. Oboje są w związkach, mają dzieci, ale łączy ich płomienny romans. Jako partnerzy w pracy są skupieni, myślą podobnie i są skuteczni, co bardzo docenia ich przełożony. Jedynym mankamentem może być to, że Gemma dobrze znała ofiarę. Chodziły razem do klasy i już wtedy nastoletnia Rosalind była fascynująco piękna, tajemnicza i skryta, a jednocześnie hołubiona przez wszystkich, szczególnie płeć męską. 

Gemma skrywa kilka tajemnic z młodości, które stopniowo poznajemy w trakcie lektury i które pozwalają nam w ułożeniu obrazu nastoletnich zachowań z tamtych lat, a także pomagają w zrozumieniu pewnych sytuacji, które miały miejsce i których konsekwencje odczuwa Gemma do dziś. Jak się okaże zresztą, nie tylko ona. Kim jest Jacob z przywołanego wcześniej przeze mnie cytatu? Dlaczego Rosalind została zamordowana, a przede wszystkim przez kogo?

Cała akcja toczy się w ciągu kilkunastu grudniowych dni roku, policjanci mają niewiele czasu, by rozwikłać tajemnicę śmierci znanej i bardzo lubianej nauczycielki. Wszyscy po niej płaczą, każdy ją uwielbiał i cenił, niektórzy uczniowie się w niej podkochiwali, a kadra nauczycielska doceniała jej zaangażowanie, pasję i dobroć. Australijskie upały towarzyszą policjantom, którzy w tym wszystkim muszą jeszcze przeżyć jakoś święta Bożego Narodzenia, a niestety skrywane tajemnice z przeszłości i romans z kolegą z pracy coraz bardziej zaczynają wpływać na życie Gemmy i jej rodziny. 

To dobry thriller, wciągający, właściwie przeczytany w popołudnie i wieczór, choć nie ukrywam, że wątek romansu (czyt. pożądania), nieco mi psuł mi odbiór, ale to dlatego, że ja po prostu nie lubię tego typu rzeczy w książkach kryminalnych, o których mówi się, że są mrocznymi thrillerami. Uważam, że „Mroczne jezioro” to bardziej kryminał z wątkami obyczajowymi, odniosłam wrażenie, że nie jest aż tak mroczny jak sugeruje opis. No i zdecydowanie za często Felix i inne osoby „przewracają oczami” :), ale to taka mała w sumie uwaga. Ogólnie czytało mi się dobrze, postaci są ciekawe, szczególnie postać Gemmy i rodzina Ryanów, lektura wciąga, zakończenie zaskakuje, a atmosfera upalnego, australijskiego miasteczka również mi się podobała. 

„Mroczne jezioro” Sarah Bailey, tłumaczenie Joanna Sugiero, wydawnictwo Editio Black, 2019.

„Trzy Bieguny. Dotknąć niemożliwego. Leszek Cichy, Marek Kamiński” Julia Hamera

82804480_2676015559114554_9068640174954512384_o„Temperatura powietrza sięga minus pięćdziesięciu stopni. To dla mnie czysta abstrakcja, czuję się jakbym był na Księżycu. Wszystko jest inne, ciało jest wyziębione, a wokół krajobraz jak z innej planety. Każdą najdrobniejszą czynność trzeba planować, bo wystarczy zdjąć rękawice, żeby ryzykować przemarznięcie albo utratę palców. Gdy się ruszam, jest w miarę ciepło, lecz jeśli stanę, to koniec, żadne ubranie nie pomoże, bo przecież samo z siebie nie grzeje […] Życie jest najważniejsze. Nic nie ma znaczenia poza tym, by zjeść, wypić i nie zamarznąć”.

Ta książka przedstawia pokrótce, bo nie są to według mnie standardowe biografie, sylwetki i osiągnięcia dwóch znanych (i żyjących!!) pasjonatów: Leszka Cichego (himalaisty) oraz Marka Kamińskiego (podróżnika, zdobywcy biegunów). Mówię „pokrótce”, bo są tu tylko ważniejsze wyprawy obu panów. a temat jest potraktowany w ten sposób, bo chyba założeniem książki było pokazanie, że dwie różne, jakby nie było, pasje są sobie wbrew pozorom bardzo podobne do siebie i dzięki nim można nawiązać prawdziwą, męską przyjaźń.

Cytat z początku wpisu padł z ust, no właśnie, kogo? Himalaisty czy zdobywcy bieguna? Nie można tego odgadnąć, bo obaj mogliby powiedzieć właściwie to samo. Niemniej jednak, podpowiem, te słowa należą do Marka Kamińskiego, który tak opisuje drogę na biegun północny. Ale.. Cichy siedząc gdzieś w namiocie, gdzieś na wys. 7000, mógłby stwierdzić to samo. 

Autorka oddaje głos obu panom. Ci, z własnej perspektywy opisują swoje cele, sukcesy i porażki. Okazuje się, że nawet ich życiorysy są podobne, już od dziecka byli odważni, samodzielni i mieli wielkie pragnienia eksploracji świata. Dojrzewają, próbują sił w różnych pracach, zwiedzają świat, i marzą o trzech biegunach. Jeden o północnym i południowym, a drugi o tym trzecim, najwyższym – Mount Evereście.

I tak, czytając tę książkę widzimy jak Kamiński idzie samotnie przez bezkres białej przestrzeni, ciągnąc za sobą 200 kg sanie, zdobywa oba bieguny w jednym roku, próbuje trawersu Antarktydy, przechodzi na nartach Grenlandię i 800 km pustyni Gibsona w Australii w 46 dni. Leszek Cichy z kolei, pnie się w górę potężnego Everestu i tym samym zdobywa go zimą razem z Wielickim w 1980r., wcześniej jest Shispare czy Gaszerbrum II, potem Elbrus, Aconcagua, Lhotse i Korona Ziemi, a potem świat finansów i bankowości. Obaj niezmordowani, pragnący nowych wyzwań, żyjący pasją i ryzykujący życie. Różnica jest taka, że jeden idzie prawie po płaskim, a drugi w górę. 

Aby połączyć to ze sobą, zdecydowali się na wspólną wyprawę, która jest tu ciekawie opisana. Ma to być wspólne wejście na masyw Vinsona – najwyższy szczyt Grenlandii.  Ale jak, skoro Kamiński się nie wspina, a Cichy nie ciągnie sań po lodzie? Cóż, wszystkiego można się nauczyć. Ciekawy jest opis tej wyprawy, bo słuchamy obu panów. 

Leszek mówi „Marek potrafi zniknąć na dwie – trzy godziny. Fizycznie jest obecny, widzę, że siedzi w kącie namiotu, jednak cała jego uwaga skupia się na trzymanej w rękach książce. Ja, wiedząc, że przyjdzie nam czekać, zabrałem małe podróżne szachy. Czekanie wpisuje się w rzeczywistość wypraw, wtedy lepiej mieć coś do roboty. Rozmawiamy głównie o sprawach bieżących, o pogodzie, o tym, co zjemy, w co się ubrać, kiedy ruszymy. Kalkulujemy, ile czasu może nam zająć wspinaczka”.

Marek zaś: „Instynktownie się zaprzyjaźniamy. Mieszkamy w jednym namiocie i porozumiewamy się bezkonfliktowo, niemal intuicyjnie. Właściwie nie ma dla mnie znaczenia, jakie obowiązki mi przypadną – podczas samotnych wędrówek przywykłem do tego, że robię wszystko. Leszek sprawia wrażenie perfekcjonisty. Wydaje mi się, że ja pewne sprawy traktuję bardziej na luzie, lecz tym bardziej komfortowo czuję się w jego obecności. Zanim gdziekolwiek wyruszymy, udziela mi rad dotyczących wspinaczki.”.

Obaj, mimo odmiennych charakterów, pokazują w tej książce, że wspólnie można wiele zrobić, ale trzeba się zaakceptować, szanować, wspierać i razem patrzeć w jednym kierunku. Ta książka to obraz duetu indywidualistów, odmalowany w interesujący sposób i przedstawiający sporo „smaczków” z życia obu panów. Nawet Wielicki, po lekturze tej książki powiedział, że „Dziś dopiero poznaję, jak Leszek trafił na ścieżkę górską, mimo że znamy się jak „łyse konie”‚. Jedni mogą pytać, po co taka książka, nie lepiej sięgnąć po rzetelniejsze, oddzielne biografie obu panów? Być może, ale zabieg wydania „Trzech biegunów” wydaje mi się ciekawym pomysłem, czytało mi się to bardzo dobrze. Wiele się dowiedziałam (bo przykładowo, nigdy nie czytałam niczego autorstwa Marka Kamińskiego, teraz mam ochotę sięgnąć po jakieś jego książki) i zachwyciły mnie opisy Antarktydy. Ze swojej strony polecam, choćby tym, którzy zaczynają przygodę z książkami o himalaiźmie czy podróżach ekstremalnych.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

„Trzy Bieguny. Dotknąć niemożliwego. Leszek Cichy, Marek Kamiński” Julia Hamera, wydawnictwo Znak, 2019

„Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

82804480_2676015559114554_9068640174954512384_oPierwszy raz czytałam biografię himalaisty, który żyje. To dodatkowa, wydaje mi się, trudność dla autorów, by rzetelnie i obiektywnie przedstawić opisywaną postać. Udało im się to jednak fantastycznie. Czytałam o Wielickim z zapartym tchem, ale ja zwykle tak właśnie czytam książki o himalaistach, czy o tematyce górskiej w ogóle… więc nie jestem zbyt obiektywna.

Krzysztof Wielicki jest jednym z najsłynniejszych polskich „lodowych wojowników”. Pierwsze zimowe wejście (i jego pierwsze w ogóle na ośmiotysięcznik) na Everest w 1980r. z Leszkiem Cichym, a potem stopniowe zdobywanie kolejnych himalajskich szczytów, w tym m.in. samotne, zimowe wejście w gorsecie chroniącym kręgosłup na Lhotse w Sylwestra 1988r, i rekord czasowy w zdobyciu Broad Peak w ciągu jednej doby (wejście i zejście) to niezwykłe wyczyny plasujące Wielickiego w czołówce światowej. Jest tego sporo, co oczywiście jest w książce opisane, niektóre wyprawy mniej szczegółowo, inne bardziej.

Autorzy skupiając się na osobie Wielickiego, dotykają też dzięki niemu innych kwestii: czym jest praca zespołowa we wspinaczce wysokogórskiej, dlaczego czasem pewne zachowania postrzegane są jako egoizm, buńczuczność, indywidualizm z przerostem ego. Wspomniana zostaje słynna gliwicka debata z 1987r. nazwana „szczytem gliwickim”, gdzie spotykają się młodzi wspinacze z tymi już starszymi, doświadczonymi. Dyskusja jest burzliwa ale porusza wiele ważnych kwestii. Wielicki wtedy mówi: „W górach nie ma klarownych, czystych sytuacji. Wiele z nich podyktowanych jest błędem. Można popełnić błąd w taktyce, ale nie zawsze jest tak, że stajesz przed problemem: zostawić partnera czy nie zostawić? Tak się nie dzieje. To dopiero na dole się tak ocenia. Oczywiście można powiedzieć, że jeśli ktoś dojrzał do tego, w ogóle nie powinien chodzić w góry. Ale nigdy nie wiesz, co cię czeka, tam wysoko” […] „Podkreśla, że czasami zostawia się partnera z przyczyn czysto technicznych. I nie myśli się o tym, że to sytuacja nieetyczna”. Ale nie myślcie, że i on nie miał nigdy wyrzutów sumienia… 

Autorzy piszą też o dylematach moralnych i etycznych, jakie wytworzyły się po wyprawach na Broad Peak (gdzie zginął Tomek Kowalski i Maciek Berbeka) oraz na K2 (kiedy to Denis Urubko nic nikomu nie mówiąc wyszedł w kierunku szczytu). W obu wyprawach kierownikiem był Krzysztof Wielicki, który już zarzucił wspinanie się i próbował ogarnąć całość z bazy. Wielu wtedy wieszało na nim psy. Czy słusznie? W tej książce sytuacja jest przedstawiona z kilku perspektyw i właściwie ciężko się jest do całej tej sytuacji odnieść jednoznacznie, bo każdy z uczestników miał swoją rację. I Wielicki i Urubko, i Bielecki… Można dywagować, ale i tak każdy w głębi duszy czuje coś czego żałuje, albo nie żałuje. Nie nam oceniać.

We wcześniejszej wyprawie na K2 w 2002r. Wielicki poznaje Urubkę, który mówi o nim „Potrafi wbrew wszystkiemu dążyć do wyznaczonego celu. Ja jednak wolałbym, żeby kierował wyprawą z bazy, niż wsiadał na białego konia i wymachując szablą, prowadził armię”. Fakt, że bywało kiedy Wielicki szarżował, narzucał tempo, gonił na szczyt jak głupi, a przecież jasne było, że góra poczeka, nigdzie się nie wybiera. Bywał apodyktyczny, co nawet sam o sobie przyznaje, ale też rozsądnie rozdzielał zadania. Oczywiście wiadomo, że kiedy na takiej wyprawie spotyka się wiele indywidualności (bo bywało, że był i Kurtyka, Kukuczka, Rutkiewicz), to musi iskrzyć, bo każdy chce po swojemu. To wszystko jest bardzo trudne, ale te relacje zostały świetnie przedstawione przez autorów książki.

Ta książka bardzo obrazowo przedstawia osiągnięcia Wielickiego, jego porażki i doświadczenia, ale też życie osobiste (trzy związki) w którym pasja bywa ciężka do zaakceptowania przez dzieci, żonę. Dzieci im starsze tym większy czują lęk o tatę. Tata bywa zamknięty w sobie, nie umie okazywać uczuć w sposób, pisze listy, których nie wysyła, pamiętniki, z których fragmenty czytamy w książce. Nie potrafi usiedzieć na miejscu, potrzebuje gór jak tlenu, rodzinę kocha, ale do gór go ciągnie niemiłosiernie. Często znajduje się w sytuacjach, gdzie jest ryzykownie i niebezpiecznie. Jak mówi „Nie powinienem żyć, a wciąż tu jestem”. 

Ta książka bezsprzecznie jest jedną z lepszych biografii, jakie czytałam, ale może to wynikać z mojego braku obiektywizmu (niestety) bo, jak wspomniałam, uwielbiam książki o himalaistach. Mimo to, uważam, że to świetna robota, rzetelna (sporo źródeł), obrazowa,  prawdziwa, pokazująca życie opisywanej postaci od momentu, kiedy w ogóle pierwszy raz zobaczył Tatry, poprzez różne dziwne zajęcia, jakie wykonywał (np. praca na Alasce przy połowie ryb), aż do zdobycia wszystkich 14 ośmiotysięczników i momentów, kiedy musiał żegnać swoich przyjaciół, którzy stracili życie w górach. Wielicki niedawno skończył 70 lat, a w 2019r. otrzymał Złoty Czekan – prestiżową nagrodę za całokształt.  Można powiedzieć – szczęściarz. I nadal żyje. Oby jak najdłużej.

Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski są również autorami biografii o Jerzym Kukuczce i o Mirosławie Hermaszewskim (niebawem będę je czytać). Tu absolutnie widać ich świetny warsztat i przygotowanie reporterskie. Czyta się to jak najlepszą powieść. Serdecznie polecam miłośnikom biografii, no i górskich tematów przede wszystkim. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski, wyd. Agora 2019.

„Bezwład” Jessica Barry

bezwlad-w-iext54756136„Uciekaj, musisz uciekać. Potykam się, krok mam ciężki. Ruszam do przodu, deszcz płynie mi po twarzy, brudne włosy przylepiają się do czoła, zasłaniają oczy. Deszcz jest rzęsisty, rzuca się gniewnie na ziemię, niczym wściekły dwulatek. Próbuję zrobić głęboki wdech, ale ksztuszę się wodą. Dobra. Przeczekaj to. Ciskam torbę na ziemię. Aż chlupocze przy lądowaniu. Palce znów zaczęły mi sinieć, więc wtykam je sobie pod pachy, żeby jakoś je ogrzać. Tak szybko zrobiło się tak strasznie zimno, a drzewa tylko trochę osłaniają mnie przed wiatrem hulającym po lesie. Czuję jak cierpną mi palce w przemoczonych butach, zakończenia nerwowe pieką, nim zupełnie tracę w nich czucie. Nie mogę się zatrzymywać. Jeśli się zatrzymam, umrę. A za dużo już przeszłam, żeby teraz umrzeć”.

Alison cudem uchodzi z życiem z katastrofy lotniczej małego samolotu. Pilot ginie na miejscu. Poznajemy Alison w momencie, kiedy pokiereszowana i ledwo żywa rozpoczyna ucieczkę z miejsca wypadku. Przed nią surowe tereny Gór Skalistych, dzikie lasy i przestrzeń, w której ciężko spotkać jakiegoś człowieka, no chyba, że tego, który na pewno ją ściga. Co takiego zrobiła, że musi uciekać, by przeżyć? Kto ją ściga? Kto wie, że w ogóle przeżyła? Dlaczego musi się ukrywać? 

Maggie, matka Alison, mieszka w spokojnym miasteczku Owl’s Creek w stanie Maine. Dowiaduje się o wypadku, ale od początku nie wierzy, że jej córka zginęła. Policja i służby działające na miejscu katastrofy nie odnalazły ciała, mówią, że być może spłonęło. Nie ma jednak pewności, choć nikt, poza matką Alison nie wierzy, by ktoś mógł przeżyć taki wypadek. W przygotowaniu uroczystość żałobna, ale Maggie nie czuje się gotowa na pożegnanie córki. Z miejsca katastrofy policja przywozi jej znaleziony złoty medalion, który córka zawsze nosiła. To jedyna pamiątka po niej. Nie gasnąca nadzieja matki prowokuje ją do rozgrzebania przeszłości, zarówno swojej, która jest bardzo bolesna, jak i przeszłości córki, która wcale nie była lepsza.

Z racji tego, iż autorka serwuje nam dwutorową narrację (raz mówi Alison, raz Maggie), to książkę czyta się ciekawiej. Obie kobiety wspominają swoje życie i tajemniczą przeszłość. W miarę jak Alison ucieka i próbuje przetrwać w surowych okolicznościach, matka drąży, wypytuje, szuka informacji o swojej córce i jej przyszłym mężu, Benie, z którym Alison się zaręczyła i który, jak podają media, był pilotem feralnego samolotu i jednocześnie znanym, bogatym biznesmenem. Dlaczego matka nie wiedziała o zaręczynach córki? Dlaczego nie wiedziała właściwie niczego o jej dorosłym życiu? „Bycie matką dorosłego dziecka to jednocześnie podziwianie osoby, którą ono się stało, i opłakiwanie wszystkiego tego, czym się nie stało”.

Czytelnik stopniowo dowiaduje się, że obie kobiety nie miały ze sobą kontaktu przez długi czas. Poznajemy przyczyny rozpadu tej relacji, a także te doświadczenia życiowe, które wpływają na ponowną chęć odnowienia tej relacji. Poznając ich życie jest nam łatwiej zrozumieć, dlaczego ta więź okazała się tak trudna, co takiego wydarzyło się przed katastrofą i dlaczego Alison musi uciekać. W tej książce widać też dobrze jak cienka jest granica między miłością a nienawiścią, zarówno w relacji matki i córki, jak i też relacji w związku kobiety i mężczyzny.

Jakie tajemnice skrywa Alison i jak potoczą się jej losy? Czy uda jej się spotkać z matką?Czy prawda może być niebezpieczna i jak rozumieć tytułowy bezwład? 

Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę. Oczywiście to thriller, gatunek, w którym niewiele nowego da się wymyśleć, by było wielkie WOW, ale jeśli gwarantuje dobrą rozrywkę i wciąga, to znaczy, że spełnił swoje zadanie. Uważam, że fabuła została świetnie poprowadzona: poprzez retrospekcje do finału, który zaskakuje. Postaci nie są niewiarygodne, może troszkę nazbyt powierzchownie potraktowane, ale przecież to ma być thriller, tu chodzi o dobrą akcję, napięcie – a to było. Dwa wieczory i po lekturze. Jeśli lubicie tego typu książki – polecam.

„Bezwład” Jessica Barry, przekład: Maria Smulewska, wyd. Rebis, 2019