„Cisza” Erling Kagge

566203-352x500Okładka przypomina rozgwieżdżone nocne niebo. W dotyku jest lekko chropowata i są na niej punkciki, które faktycznie błyszczą kolorem szafirowym. Któż nie lubi patrzeć w rozgwieżdżone niebo? Nie robimy tego zbyt rzadko? Być może nie mamy ku temu okazji, czy czasu, ale należy zawsze pamiętać, że jesteśmy tylko częścią wszechświata. Małym punkcikiem w niezmierzonej przestrzeni. Jedynym, co może porównywać się z wszechświatem jest chyba tylko nasz mózg. „Rozleglejszy jest niż niebo” mówiła poetka Emily Dickinson. Mózg jest naszą nieskończonością i ciągle niezbadanym terenem – naszym własnym wszechświatem, który powinniśmy zgłębiać. Ale jak to robić, kiedy nie potrafimy się wyciszyć? Cisza jest czymś czego najbardziej potrzebujemy, by wsłuchać się w siebie, by odciąć się od problemów choć na chwilę, by spróbować odpocząć tak totalnie. Książka Erlinga Kagge „Cisza” jest (jak mówi podtytuł) opowieścią o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać. Nie jest to odkrywcza książka. W zaledwie 33 rozdziałach (z których ostatni jest pusty, co jest dość znaczące) na około 120 stronach, autor próbuje odpowiedzieć na pytania : czym jest cisza, gdzie ją odnaleźć i dlaczego współcześnie  jest ważniejsza niż kiedykolwiek dotąd? 

Erlen Kagge jest norweskim wydawcą, pisarzem, podróżnikiem i odkrywcą. Jako pierwszy człowiek na Ziemi dotarł do bieguna południowego, zdobył Mount Everest, dwukrotnie przepłynął Atlantyk, nazywany jest „podróżnikiem-filozofem”, co mnie nie dziwi, bo w swojej książce często odnosi się do znanych sentencji filozoficznych i wymienia ulubionych myślicieli. Wiele tu również jego własnych przemyśleń wynikających z doświadczenia i obserwacji.

Wiadomo, że żyjemy w czasach, kiedy jesteśmy bardzo zaganiani, pracujemy całe dnie, popadamy w rutynę, nie odnajdując pomiędzy obowiązkami wytchnienia i czasu dla siebie. Gdzie w tym wszystkim miejsce na kontakt z sobą samym? Włączamy muzykę, telewizor, by nie słyszeć własnych myśli. Nie potrafimy być sami ze sobą, wytrwać choćby kilku minut w kompletnej ciszy, bo od razu próbujemy zająć czymś ręce, głowę, sięgamy po telefon, wysyłamy sms-y, wchodzimy na portale społecznościowe, bo są dla nas jak nałóg, boimy się utracić cokolwiek z życia innych, śledzimy ich, czekamy na lajki, komentarze, mamy pretensje, kiedy nikt nie reaguje na nasze wpisy, posty, a gdzie w tym wszystkim dystans? Gdzie to skupienie na sobie? Relaks? Nierzadko słyszę o wyzwaniach typu „tydzień bez Facebooka, Twittera, itp”. Nierzadko słyszę, że ludzie nie oglądają telewizji, ale też widzę, że często nie wiedzą, co zrobić ze sobą, gdy nagle zabraknie tych „umilaczy” czasu. Wariują. Próbują szaleńczo czymś się zająć, bo mają poczucie marnotrawienia czasu, czy nudy. A czasem dobrze się jest ponudzić, wsłuchać w siebie.

To, o czym mówi Kagge to to, że nie trzeba wyjeżdżać do luksusowych ośrodków, by odpocząć. Tam jest hałas. Wszędzie zresztą jest hałas. Sztuką natomiast jest go nie słyszeć. Popatrzeć na przyrodę, pozachwycać się pięknem natury, kamienia, nieba, roślin. Oddzielić hałas od sedna rzeczy. Kagge mówi, że warto to robić bez słów. Po co słowa? Nie są potrzebne. A często nawet nie potrafią wyrazić uczuć. Zachwyt ma zostać dla nas czymś prywatnym, czymś, co możemy zachować wewnątrz i dzięki czemu poczuć więź ze światem. „Czasami to, co w życiu najlepsze, nic nie kosztuje. Ciszę, o której myślę, znajdziesz tam, gdzie jesteś, wtedy, gdy ci to odpowiada, we własnej głowie, bez ponoszenia kosztów. Nie musisz jechać na Cejlon. Możesz tej ciszy zaznać we własnej wannie”. 

Cisza wg Kagge nie powinna być tworzona na siłę. Właśnie na odwrót. Chodzi o to, żeby odejmować. Żeby z otaczających nas dźwięków, usunąć wszystkie te, które nam przeszkadzają, irytują, zaburzają spokój. Taki eksperyment zrobił kompozytor John Cage w swoim utworze „4.33”. Usunął wszystkie dźwięki i stworzył swoje cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy ciszy. „Po dziś dzień publiczność uwielbia tę ciszę. A raczej ciszę minus dźwięki wytwarzane przez samych słuchaczy, usiłujących ją zachować”. Dacie radę?  Utwór „4.33” tutaj. 

Książka Kagge jest taką niby banalną, (choć niekoniecznie łatwą w lekturze) ale bardzo mądrą w tej swojej prostocie opowieścią. Warto sięgnąć, warto dawkować, warto powracać. Żeby nie zapomnieć, że nie liczy się to, co na pierwszy rzut oka wydawałoby się najważniejsze, że ważna jest umiejętność wspólnego milczenia, że w ciszy jest prawda. „Pozwól światu zniknąć, kiedy w niego wchodzisz”.

„Cisza” Erling Kagge, wyd. Muza 2017

 

„Góra Synaj” Krzysztof Koziołek

569533-352x500Czy jest moda na kryminały retro? Być może, ale jeśli są to takie książki jak „Góra Synaj” Krzysztofa Koziołka, to ja chcę takich książek jak najwięcej! Świetna lektura, naprawdę świetna! Nie dość, że genialnie przedstawione postacie i fabuła, to jeszcze chylę czoła przed autorem za doskonałe wręcz zobrazowanie tła historycznego w roku 1938 (kiedy ma miejsce akcja) i topograficznego. Głogów, Nowa Sól i okoliczne miasteczka czy wioski są przedstawione tak, że pierwsze co przychodzi na myśl to: kawał dobrej roboty. Czytając książkę idealnie działa nam wyobraźnia. Mimo, że nigdy nie byłam w Głogowie czy w innych wymienionych z nazw (jeszcze w 1938 r. niemieckich) miejscach byłam w stanie wyobrazić sobie każdą z opisanych ulic, knajp, każdy dworzec, most, synagogę czy kamienicę. To naprawdę czysta przyjemność czytać tak dopracowaną pod tym względem powieść. Kilka przykładów? 

„Ktoś przyjezdny, kto zobaczył wybudowany w 1936 nowy dworzec kolejowy w Glogau, nie zapominał tego widoku do końca życia. Niektórzy twierdzili, że elewacja frontowa była prosta i oszczędna w formie – typowej dla architektury lat 30. Habichtowi przywodziła jednak na myśl zabawę, zbyt mocno pobudzonego dziecka, które ułożyło pięć kwadratowych klocków nie do końca w równej linii. Patrząc na nie, niemal czuł ciężar betonu na plecach. Nie pomagały nawet podjęte przez budowniczych próby ożywienia molocha za pomocą kolorów: otynkowane na biało parapety kontrastowały z beżami i brązami ścian. Monumentalność głównej hali chciano ukryć, wciskając w elewację frontową siedem wysokich okien, ale były to próby daremne. Wyznawcy pełnej przepychu estetyki narodowego socjalizmu mogli czuć dumę”.

„Świątynia Goethego – nazywana też Pawilonem – znajdowała się na samym początku parku miejskiego, około stu pięćdziesięciu metrów od sądu, po drugiej stronie Soetbeerring. W 1910 roku ufundowała ją mieszkanka Glogau Luise Weistein, a zaprojektował miejscowy architekt Wilhelm Wagner. Rotunda miał średnicę pięciu metrów, otwarta od frontu przestrzeń była podzielona dwiema doryckimi kolumnami, spomiędzy których na spacerowiczów dostojnie spoglądało marmurowe popiersie poety”

(zdjęcia ze stron: dolny-slask.org i glogow.pl)

A fabuła? Też niczego sobie. W przedwojennym czasie, kiedy to NSDAP jest już w pełnym rozkwicie, a nienawiść do Żydów (również zamieszkujących tereny opisane w „Górze Synaj”) rośnie, młody wachmistrz Anton Habicht, żyjący wręcz w nędzy ze swoją żoną Frydą, dostaje szansę pracy w Kripo, czyli policji kryminalnej. Przypadkowo zawarta znajomość z sekretarzem kryminalnym Matzke, owocuje tym, że on, jako funkcjonariusz policji porządkowej, będzie mógł pokazać swoje umiejętności śledcze i być może nawet awansować, co pomogłoby wyjściu z biedy. W głogowskim zoo, na wybiegu dla niedźwiedzi, znaleziono zwłoki chłopca. Podejrzewa się wypadek, ale Habicht po pewnym czasie zaczyna uważać, że było to morderstwo. Dlaczego?

Jego bystrość i skrupulatność oraz dedukcja, pozwalają na połączenie kilku innych spraw z podobnymi wypadkami chłopców, jakie miały miejsce w okolicznych miejscowościach. Mniej więcej w tym samym czasie, w Nowej Soli wypadkowi (czy aby na pewno?) również ulega kolejny chłopiec. Tutaj śledztwo prowadzi inny wydział policji i pewna hrabina, która zafascynowana dokonaniami Sherlocka Holmesa i dr. Watsona odkrywa w sobie niezmierzone pokłady umiejętności dedukcyjnych. Poza tym, hrabina Franziska, uwielbia teatr (który odegra w książce niemałą rolę) i jest cudownie porywcza („Wiesz czego Ci życzę, onanisto jeden? – wycedziła. – Żeby cię dupa do samej śmierci swędziała!”).

Habicht zaczyna łączyć fakty, zeznania świadków, dopatruje się szczegółów, które wcześniej pominięto, a do tego, zaczyna się zastanawiać, czy śmierć jego synka sprzed kilku lat, który spadł z wieży na którą panicznie bał się wejść, nie ma czegoś wspólnego z aktualnymi zdarzeniami. Czyżby seryjny morderca grasował po głogowskich okolicach? Akcja się rozkręci, po to by zmylić czytelnika w fantastyczny sposób i znów okaże się, że nie wszystko jest takie jak się wydawało. Bardzo dobre zakończenie!

Postać Matzke jest również warta uwagi. Surowy, wymagający, w nieodłącznych skórzanych rękawiczkach, czasem pocieszny, czasem niebezpieczny…. i cholerny spryciarz. 

Bardzo polecam. Jestem ciekawa, czy będą kolejne części z Antonem Habichtem. Mam nadzieję! Polecam ogromnie! 

„Góra Synaj” Krzysztof Koziołek, wyd. Akurat 2017.

urodzinowo

42 lata dziś się skończyło (fajny bardzo wiek, muszę przyznać) a zatem stosik urodzinowy, bo złożyło się tak, że kilka książek sobie w prezencie urodzinowym strzeliłam, a kilka akurat (recenzenckich) doszło dzisiaj pocztą. Zatem szczęśliwie mam już wszystko co chciałam :) Miłego weekendu!

Dla porządku: recenzenckie to „Matka i córka” Jenn Diaz od wyd. Prószyński i S-ka, oraz „Śmiech na linie” Ivana Bajo i „Górska korona Polski” Bartosza Andrzejewskiego od wyd. Stapis. No to czas się zaczytać.

DSCN7751

„Słońce umiera i tańczy” cz.1 – Ewa Cielesz

70 Po bardzo dobrej dla mnie trylogii „Córka cieni”, o której pisałam tutaj, udało mi się przeczytać pierwszy tom kolejnej nowej powieści Ewy Cielesz. Nie wiem jeszcze, ile będzie tomów, czyta się bardzo szybko, bo autorka ma taki dar prowadzenia fabuły, że właściwie chce się tę książkę połknąć jak najszybciej. I tak też się stało. Tylko czy się podobało? O tym dalej. 

Jest to historia młodej malarki Jagody, która skończyła ASP, mieszka w Krakowie wraz z rodzicami, którzy nagle decydują się wyjechać na dwa lata do Gujany Francuskiej. Jagoda zostaje w Polsce sama, bo tak chce. Ma tu pracę – co prawda są to tylko zlecenia na różne kopie obrazów, ilustracje do książek, portrety, ale też zdarzają się różne konkursy, w których Jagoda bierze lub też weźmie udział. W Krakowie, Jagoda zamieszkuje w starej kamienicy przy rynku, w dawnym mieszkaniu babci, ponieważ rodzice przed wyjazdem sprzedają swój dom pewnemu starszemu panu, który mieszkał tam w dzieciństwie. Losy Jagody splotą się z nim jeszcze nie raz, dodatkowo pojawi się w tych splotach pewna wielka i wzruszająca tajemnica. Czy uda się Jagodzie ją odkryć? 

Jagoda pozna również mężczyznę, ulicznego grajka, pochodzącego z Mongolii, który dzięki niej stanie się zupełnie innym człowiekiem. Jakim? Dlaczego? Pojawi się również w książce przyjaciółka Jagody: Agata, która swą energią zaraża wszystkich wokół, a potem zniknie nagle i niespodziewanie. Co się z nią stanie? Ze już nie wspomnę o znajomym Jagody:  Juliuszu i jego córce Amelii zadającej dziwne pytania. 

Jest tych postaci tutaj jeszcze więcej. Każda z nich jest ważna, choć mam wrażenie, że wszystko jest dość pobieżnie potraktowane. Akcja rozwija się z zawrotną prędkością, leci na łeb na szyję… no, brakowało mi tu jakiegoś odsapnięcia. Mam wrażenie, że wydarzenia, które zostały zawarte w powieści, są zbyt dużego kalibru. Bo pewnie jak się ma dziać, to niech się już dzieje wszystko! Sama nie wiem… przeczytałam tę powieść w ciągu dwóch godzin, bo naprawdę jej zaletą jest wartka akcja, ale w sumie nie wiem, czy mam chęć na kolejną część. Niby wiele się dzieje, wszystko się zazębia, jest nawet ciekawie, zakończenie zapowiada niezły ciąg dalszy, ale mam wrażenie, że to trochę przedobrzone i za dużo grzybków w barszczu jak to się mówi.  Spróbujcie sami.

„Słońce umiera i tańczy” część 1, Ewa Cielesz, wyd. Axis Mundi 2017

„Wędrówka z Ablem” Anne Badkhen

abeJestem jak ptak, siedzę na grzędzie i czekam, czekam na prawdziwy deszcz, wtedy zobaczę, gdzie będzie najlepiej, i pójdę tam, gdzie będzie mocniej padać”.

Lektura książki „Wędrówka z Ablem. Podróż z Nomadami przez afrykańską sawannę” pozwoliła mi na poznanie kompletnie innego, kosmicznego wręcz dla mnie, świata. To wszystko dzięki dziennikarce Annie Badkhen, zwanej przez nomadów, do których dołączyła, by sportretować ich życie, Anną Ba. Autorka książek „Cztery pory roku w afgańskiej wiosce” i „Kałasznikow Kebab” stała się częścią rodziny pasterzy z rodu Fulanów.

Fulanie to  lud zamieszkujący kraje Afryki Zachodniej. Są to m.in. Burkina Faso, Kamerun, Nigeria, Mali, Mauretania, Gwinea, Gwinea Bissau, Senegal, Gambia. Wyznają islam, są tradycjonalistami, ale wielu z nich marzy o zerwaniu z tradycjami i rozpoczęciu życia w wielkim, nowoczesnym mieście. Ci, którzy jednak wyznają tradycję, mają wpisaną w krew nieustającą migrację. Ten koczowniczy lud żyjący z hodowli krów, kóz i owiec, przeżył już wiele zmian historycznych, politycznych, a nawet klimatycznych. Aktualnie, gdy islamiści stali się wrogami większości świata (oczywiście ci fanatyczni), Fulanom coraz trudniej jest prowadzić swój od wieków praktykowany tryb życia. 

Umaru i Fanta Diakajate i ich dzieci oraz bydło wyruszają przez Sahel – geograficzny region Afryki ciągnący się wzdłuż południowych obrzeży Sahary, by jak co roku, wypasać swoje bydło. Jak wspomniałam, dołącza do nich Anna Badkhen. Licznej rodzinie, mimo ciężkich warunków wędrówki w czasie suszy, towarzyszą uśmiech, paplanie kobiet, radość ze wspólnego bytowania. Dzieci śpią z małymi kózkami, przytuleni, wszyscy stanowią wspólnotę. Oczywiście nie zawsze jest mięso i mleko, bo uzależnieni od pory deszczowej, która aktualnie ciągle się opóźnia, Fulanie muszą improwizować. „Abdul Aziz Diallo, fulański antropolog, zauważył: „Pewien starszy mężczyzna powiedział mi, że na terenie Sahelu świat należy do trzech istot: żab, krów i Fulanów. Gdy słyszysz żaby kumkające w rzece, nie minie tydzień, jak usłyszysz też muczenie krów. Gdy słyszysz muczenie krów, usłyszysz też śmiech fulańskich kobiet. Gdy żaby przestaną kumkać, przestaniesz słyszeć muczenie krów i śmiech kobiet. Sahel będzie milczał aż do następnej pory deszczowej”.

Mimo wszechobecnej biedy, wielu z nich posiada zdobyte gdzieś komórki, lepsze ubrania – to młodzi, którzy marzą o innym życiu, rozczarowując swoich ojców i matki. „Jeśli jesteś Fulaninem, wędrujesz ze stadem, z rodziną. Nie samemu. Fulanie zawsze są w ruchu, ale w tym ruchu nie ma nic przypadkowego”. Sporo rozgoryczenia jest właśnie w Umaru, który obserwuje swojego syna Allaje, jedynego z rodziny Diakajate, pragnącego żyć w wielkim mieście, zakosztować nowoczesności i nocnych uciech łamiąc wszelkie tradycje i wierzenia.

Autorka niezwykle celnie opisuje życie rodziny i napotkanych osób. Odwiedza z nimi miasteczka, targi, domy sąsiadów, towarzyszy w radosnych i smutnych momentach ich życia. „Z jednej strony chciałam przedstawić świat z bliska, nadać mu znaczenie, z drugiej strony zdawałam sobie sprawę, że przeszkadzam, odkrywam coś niezmiernie prywatnego”.

 

(zdjęcia z internetu)

Sama po niedawnym rozstaniu ze swoim partnerem próbuje znaleźć spokój i miejsce, w którym będzie czuła się potrzebna. I tak chyba jest, bo po zakończonej wędrówce wszystkim jest się bardzo trudno pożegnać z Anną.

Dzięki tej książce dane mi było uszczknąć nieco tego egzotycznego świata, uświadomić sobie, że JESZCZE gdzieś daleko on istnieje. Dane mi było poznać ten niezwykły ród, który, kto wie, ile jeszcze zniesie, a od którego można się wiele nauczyć. 

„Z daleka Fulanie na płaskowyżu mogli przypominać ewakuantów, wychudzonych uchodźców uciekających ze swoimi wymizerowanymi stadami przed jakąś niewyobrażalną katastrofą. Z bliska każda godzina ich udręki mogła wydawać się potworna, wycieńczająca. Ale oni nie są uchodźcami. Są częścią każdego miejsca, w którym znajdują się w danej chwili: są tutaj teraz. Każdy ruch, każda pauza należą do opracowywanej przez stulecia choreografii. Nieznośne wyczekiwanie stanowi rytuał, nieodłączną część migracji, tak jak trudy ramadanu stanowią rytuał, nieodłączny element wiary. W pewien sposób wyczekiwanie przynosi ulgę – jest jak przystanek podczas wędrówki, chwila na zaczerpnięcie oddechu, średniówka. Po każdej przerwie nieuchronnie następuje kolejny krok, a w każdym kroku kryje się zdumienie, cenna niewiedza o tym, co przed nami”.

„Nie ma nomadzkiego kalendarza, nie ma dat. Prawie w ogóle nie ma czasu. Istnieją tylko cykle. Wschodzące słońce – ogromne i białe na wschodzie, roztapiające się w półmroku na zachodzie. Dzieci umierające w nocy, kobiety siedzące w żałobie. Susze i ulewy. Powolne nieregularne przegony na pastwiska i krótsze rytmiczne przeprawy przez rzekę, jej ramiona boczne i sezonowe dopływy, długie i męczące wędrówki na pastwiska, po wodę, na targ. I wyczekiwanie, zawsze wyczekiwanie – na deszcz, gęściejszą trawę, przemieszczanie się”.

Książka napisana jest pięknym językiem, dość kwiecistym, z częstymi odwołaniami do historii i zwyczajów plemion afrykańskich. Nie jest to lektura łatwa w odbiorze, wymaga skupienia i uruchomienia wyobraźni, co trudne przy tak obrazowym języku, wcale nie jest. Wystarczy przeczytać opis buszu na tym pustynnym terenie w porze deszczowej. „A Sahel im odpowiadał. Gwizdem aleksandrett obrożnych i gruchaniem turkawek, Wysokim świergotem nierozłączek czerwonolicych i skrzeczeniem afrykanek ognistobrzuchych, których jabłkowe piersi pęczniały niczym zewnętrzne serca. Rykiem bydła i trzepotem skrzydełek jasnoniebieskiej ćmy usiłującej wydostać się z jeżynowej pułapki. Niemal niesłyszalnym brzęczeniem owadów i ultradźwiękowym piskiem ryb. Busz tonie w odgłosach – tak starych jak Abel, a nawet starszych, Odmierzają one uderzenia świata, a świat jest głośny”.

Piękna opowieść, mądry reportaż o zakątku świata, który jest dla nas kompletnie nieznanym terenem. Polecam.

„Wędrówka z Ablem. Podróż z Nomadami przez afrykańską sawannę”, Anna Badkhem, wyd. Kobiece 2017.

„Krew bacy” Marek Ratajczak

Krew-bacy-czyli-relacja-z-samotnej-szarży-na-Mont-Blanc-Marek-Ratajczak Krew bacy to drink serwowany w zakopiańskiej knajpie, którym często raczy się autor książki (i nie tylko tym zresztą). „Krew bacy” w podtytule to „zakrapiana relacja z samotnej szarży na Mont Blanc”. I jest to szarża zaiste świetna w swojej prostocie, zarówno języka, jak i podejścia do sprawy. Marek Ratajczak wychowany na Pogórzu Sudeckim, mieszkający w Szczecinie „góral”, kochający Tatry i znający tam każdy szlak jak własną kieszeń, postanowił pojechać w Alpy, by samotnie zdobyć Mont Blanc (Blanka, jak go nazywa). Ryzykant? Wariat? Doświadczenia w tak wysokich górach nie miał, wypasione ciuchy trekkingowe zakupił na promocjach w sklepie sportowym, wyposażony w czekan i w raki, na których dopiero będzie uczył się chodzić, pojechał. I zdobył szczyt. 

Wejście okupione zostało morderczą wręcz walką o przetrwanie, o każdy oddech, bo jednak wysokość już nie ta co w Tatrach, o każdy krok, na który trzeba było naprawdę mnóstwo siły w ciężkich warunkach, kiedy śnieg i wiatr biczują z każdej strony. Poczucie humoru, autoironia i dosadność autora (kiedy opowiada o swoich fizjologicznych potrzebach) doprowadzały mnie bardzo często do parskania śmiechem. Bo to faktycznie było dla mnie śmieszne, nie prostackie, jak może, ktoś bardziej delikatny by to odebrał. Przykład? „Przeciągnąłem się radośnie w kierunku słońca, gdy nagle powietrze rozdarł, niczym wczorajszy grzmot, niekontrolowany pierd. Fuck! Uwięziona od przyjazdu w pękających w szwach jelicie kupa podróżnika kontestowała szlaban gazowymi erupcjami. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo. Pognałem do kibla. Po załatwieniu sprawy priorytetowej zjadłem delikatny obiad ze słoiczka Bobovita: wołowinka po staropolsku z kaszą, dla dzieci od dziesiątego miesiąca, podgrzana na kocherze. Trochę bez smaku. Zagryzłem więc batonem XXL Prince Polo i było okej”.

Polubiłam autora, bo nie tylko ma humor iście przedni, a także bardzo szczery i prostolinijny sposób zachowywania się, ale też jest wrażliwcem muzycznym. W książce jest sporo odniesień do muzyki, która tętni mu pod czaszką cały czas i w każdym momencie pojawia się odpowiednim fragmentem, cytatem: ulubione Trebunie Tutki, Sigur Ros, Lao Che, czy „Kiedy biegniesz bez siły, kiedy czujesz, że blisko jest chwila jak płomień…” Ruszyłem, rzucając w stronę szczytu czerwoną nowofalową Siekierą”. No, genialne. Muzyka jest partnerem podczas tego morderczego wejścia na Mont Blanc. Dodaje odwagi, otuchy i mobilizuje, jak utwory Lao Che z płyty „Powstanie Warszawskie”.

Autor jest wrażliwym człowiekiem. Jego opowieść o wejściu i zejściu (wspinaczka i zspinaczka, jak mówi) przeplata się z aktualnie prowadzoną narracją człowieka siedzącego samotnie w mieszkaniu, pijącego piwo, lub też tytułową Krew Bacy, wspominającego napotkaną na szlaku dziewczynę z włoskiej ekipy, której zrobił zdjęcie. Tajemnicza Nieznajoma z czarnym kosmykiem wyłaniającym się spod goreteksowego kaptura, która robiła mu zdjęcia na szczycie, to członkini ekipy, o której potem usłyszy tragiczne wieści. Dlatego też, co rusz pije za tych, którzy giną. Włącza wiadomości w tv, a tam ciągle śmierć. Zdrowie ! i kolejne ! „Cóż, marne to nasze życie – koty wieczorami nazbyt nostalgicznie, wręcz irytująco miauczące, a gołębie wiecznie srają na mój parapet”, a „Ludzie spadają z gór i będą spadali jak jesienne liście…”.

Podobało mi się bardzo, to zaledwie 94 strony, ale jest to mieszanka czarnego humoru, wrażliwości, dramatu, ludzkich przywar i radości z prozaicznych detali, jakie doceniamy dopiero po przeżyciu czegoś ekstremalnego. 

„Krew bacy” Marek Ratajczak, wyd. Stapis 2014