„Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie” Michael Booth

„Co najmniej setka uczniów szkół średnich siedzi po turecku na chodniku w dzielnicy biznesowej Seulu. Każdy trzyma w ręku żółtego papierowego motyla na patyku. Śmieją się i wdzięczą do aparatów w swoich smartfonach, poprawiają włosy i wydymają wargi, pozując do selfie. Wygląda to jak klasowa wycieczka albo dzień sportu. Jedna z dziewczyn ma torbę z napisem: TOKYO STREET GIRL. U kilku innych zauważam gadżety z logo Hello Kitty. Kapłan w ciężkiej szacie barwy kości słoniowej, z zaczeską, którą w tej części świata nazywa się kodem kreskowym, stoi tyłem do nastolatków za niewielkim pulpitem ustawionym w rynsztoku. Na zwoju, który zwisa z pulpitu, widnieje napis: „Kościół Pamięci Dziewcząt Niewolnic Seksualnych Armii Japońskiej” wraz z numerem telefonu, adresem strony na Facebooku i strony internetowej. Duchowny stoi twarzą do szarego parkanu, który otacza plac budowy po drugiej stronie ulicy. Scenie tej przyglądają się z pewnej odległości przywiezieni tu czterema autokarami policjanci z oddziałów prewencyjnych”.

Taka próbka stylu Michaela Bootha na początek. Styl ten bardzo mi pasuje, a książkę, mimo trudnej tematyki i wielu poważnych zagadnień czy to politycznych, czy historycznych czyta się płynnie i lekko. To ogrom wiedzy tak naprawdę, ale też ciężka praca autora i duży talent do przekazywania obserwacji i przemyśleń. Lektura była przeciekawa, nie na raz, bo jest dość wymagająca. Czytałam ją długo, bo jednak mimo, iż przez tekst się płynie, informacji jest naprawdę bardzo dużo. Książka jest reportażem, momentami śmiesznym, ze względu na poczucie humoru autora, momentami wzruszającym i smutnym. Na pewno mocno obiektywnym, a biorąc choćby pod uwagę powyższy cytat, widać, że autor doskonale zauważa to, co widoczne na każdym kroku w odwiedzonych krajach: łączenie nowoczesności i współczesności z tym, co już było i minęło, ale dalej siedzi zadrą w sercach mieszkańców.

Michael Booth ma niezwykły talent do przekazywania wiedzy (a tę bezspornie posiada), widać że jest dobrym dziennikarzem. To także autor książki „Skandynawski raj”, którą mam gdzieś na półce i niebawem pewnie po nią sięgnę. Tutaj, autor rozmawia z różnymi ludźmi w różnym wieku, o różnych poglądach, są to politycy, weterani wojen, ale też ofiary zbrodni wojennych czy represji. Spotyka się też z osobami kierującymi muzeami, prowadzącymi badania czy choćby ze zwykłymi studentami. W każdym z odwiedzonych krajów dowiaduje się czegoś na temat zaszłości historycznych, kultury, polityki, ale szuka przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: dlaczego narody Japonii, Chin i Korei są od lat ze sobą skłócone, jakoś nie do końca się akceptują mimo, że są „sąsiadami”.

NIezwykłe ile smaczków można wynieść z lektury tej książki. Ileż tu jest informacji i ciekawostek. Nie jest to książka podróżnicza jednak w swoim zamyśle, to bardziej opowieść o ludziach, o historii krajów, narodu. Kto komu podlegał, kto kogo wybijał, albo kto komu zawadzał. To również opowieść o tych wszystkich kwestiach, które zaważyły na wzajemnym szacunku czy jego braku. O tym, co wpłynęło na takie a nie inne postrzeganie danego kraju i jego mieszkańców. Ważne są tu przede wszystkim sprawy takie jak: przebaczenie, zadośćuczynienie, przeproszenie za zbrodnie i krzywdy, wszystko to głównie widać u starszych pokoleń mieszkańców (głównie Chin i Korei, bo generalnie te kraje są najbardziej uprzedzone do Japonii, to jej najwięcej zarzucają, choć z drugiej strony fascynują się jej kulturą, technologią i nowoczesnymi modami. Dlaczego?)

W tych wszystkich rozmowach, spotkaniach widać, że ludzie młodzi są bardziej tolerancyjni, bo albo nie znają na tyle dobrze historii swojego kraju, albo po prostu chcą o niej zapomnieć i żyć w normalnym, zgodnym świecie, bez uraz i bez rozpamiętywania. Weźmy na przykład rzeź w chińskim Nankinie dokonaną na ludności cywilnej przez wojska japońskie. Chiński producent mebli, który założył muzeum masakry nankińskiej, prywatne dodajmy, mówi „Ludzie stają się potworami i może się to przydarzyć każdemu narodowi i każdemu krajowi. Każde państwo może się dopuścić czegoś równie potwornego, jak masakra w Nankinie. Stać na to każdą cywilizację i każdą grupę etniczną”. Czyż nie tak? (A propos masakry w chińskim Nankinie polecam również książkę Iris Chang „Rzeź Nankinu”, którą autor tu wspomina, a którą czytałam parę lat temu. Jej recenzja na blogu nie powstała, bo nie mam słów, by o tym pisać. Nadal te emocje są we mnie i w głowie nie mieści mi sie takie okrucieństwo ludzkie.)

Ciężko jest czytać o Jednostce 731 w Korei, w której przeprowadzano okrutne badania na ludziach, czy o tak zwanych „sekcjach pocieszania” tworzonych podczas II wojny światowej. To o kobietach z tych sekcji mówi mówi m.in cytat z początku mojego wpisu. „Kobieta pocieszycielka” mogła być gwałcona dziennie przez około 40 mężczyzn, co było dopuszczane przez rząd. Ciężko się czyta o podziale Korei na Północną i Południową (Północnej autor nie odwiedził, ale przytacza różne trudne historie związane z tym krajem). Dużo się dowiedziałam też o Tajwanie, może to są podstawowe rzeczy, ale podane bardzo czytelnie i lekko, zresztą nigdy specjalnie się nie interesowałam tą wyspą, a tu proszę: populacja to Hakka, Hoklo i Aborygenowie tajwańscy. Tajwan jest też jednym z pierwszych państw (nie-państw, bo nadal z tym uznaniem niepodległości jest ciężko), które może pochwalić się równouprawnieniem płci, albo akceptacją małżeństw jednopłciowych. Nie wiedziałam o tym. A wiecie co to jest Związek Bambusowy? Ha.

To bardzo mocna pozycja, dobrze napisana, przenikliwa, rzetelna i ciekawa, a przede wszystkim poszerzająca wiedzę. Doskonałe studium kultur i konfliktów w Japonii, Chinach i Korei. Bardzo polecam.

„Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie” Michael Booth, tłumaczenie Barbara Gutowska – Nowak, wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego – Bo.Wiem, 2021

„Sprawa Sary” Karolina Głogowska

„Kiedy stałem za nią w kolejce do budki z lodami, miałem wrażenie, że jej sukienka pachnie jeszcze rozgrzanym żelazkiem. Widziałem, jak spod jasnego, wysokiego kucyka Sary spływa jej na plecy kropla potu. W tym odświętnym ubraniu, białych skarpetkach, lakierowanych sandałkach i gładkiej fryzurze nie pasowała do naszej czwórki. Nie pasowała do żadnego realnego miejsca, które znałem jako trzynastolatek.”

To dobry thriller. Akcja dzieje się w 1993 roku, oraz teraz. 40-letni dziennikarz śledczy, Witek Wedler, wspomina swoje dzieciństwo we wsi Brzeziniec, gdzie wraz z rodzicami spędzał wakacje. Miał tam swoje towarzystwo, wokół las, jezioro, leśniczówka – czego chcieć więcej w wieku 13 lat? Sara była inna: to dziewczynka zamknięta w sobie, nieco odpływająca myślami, nie do końca akceptowana przez kolegów Witka. Niemniej jednak to właśnie Sara zostaje pierwszą miłością chłopaka. Spędzają wspólnie czas, chodzą nad jezioro, Witek uczy Sarę pływać… Jednak ostatniego dnia pobytu w Brzezińcu Witek nie ma możliwości pożegnania się z dziewczynką. Razem z rodzicami wyjeżdża wcześnie rano do Gdańska. Jest przybity tym faktem, wręcz załamany. Już w Gdańsku, dowiaduje się, że dziewczynka zniknęła. Jakim cudem, przecież ostatniej nocy, kiedy byli ukradkiem wykąpać się w jeziorze, odprowadził Sarę pod sam dom?!

Teraz, minęło 27 lat, Witek jest na chorobowym, ma problem neurologiczny, który nie daje mu spokoju. Dużo wolnego czasu na zwolnieniu lekarskim oraz pewien przypadek sprawiają, że sprawa zaginięcia Sary wraca do niego po latach. Mężczyzna postanawia odgrzebać jeszcze raz swoje wspomnienia i zbadać całą sprawę od początku. Nawet nie wie, ile uda mu się odkryć, ile rzeczy go zaskoczy i kogo spotka na swojej drodze. A czytelnik w finale dostanie dodatkowo informację, której kompletnie się nie spodziewał.

Cała fabuła jest dobrze wykreowana, społeczność Brzezińca również, mamy ciekawie zarysowanych bohaterów i intensywne tło psychologiczne. Pewne wydarzenia i zachowania determinują życie trzynastolatka / trzynastolatki (no bo życie bywa bardzo ciężkie, szczególnie, kiedy jest się wysoko wrażliwą osobą). Również toksyczne relacje rodzinne (głównie mam na myśli matkę Sary) mogą mieć poważne konsekwencje. Karolina Głogowska napisała wstrząsającą historię. Wiem, że podobnych thrillerów pewnie jest dużo, że wielu powie „nic nowego”, ale na naszym polskim „poletku” cieszy pojawienie się nowej, utalentowanej w tym kierunku pisarki.

Premiera książki 11 sierpnia.

„Sprawa Sary” Karolina Głogowska, wydawnictwo W.A.B. 2021

„Tawerna w małym porcie” Jola Czemiel

„Relacje mojego ojca i matki nigdy nie były prawdziwe. Miałam wrażenie, że udają przed sobą, udają przede mną, jakby grali role w szekspirowskim teatrze życia. Wystudiowane, powtarzalne gesty, słowa, które znaczyły to, co akurat powinny znaczyć, żadnych bójek, krzyków, niedopowiedzeń. Martwa cisza. Dusiłam się w ich obecności i uciekałam w swoje wymyślone światy. Zaczęłam pisać. Najpierw nieśmiało, później coraz swobodniej, choć wszystkie zapiski trafiały do kominka w salonie. – Marnujesz papier – odezwała się kiedyś matka. – Tyle drzew się ścina dla twoich fanaberii – dodała. A jak tylko chciałam, żeby zapytała: „Co tam masz córeczko? Dlaczego wrzucasz do ognia tyle kartek? Pokaż, może nie trzeba tego palić”. Albo nawet: „Kochanie, nie niszcz tego, proszę, przecież to są piękne opowiadania”.

Główna bohaterka, pisarka, przyjeżdża nad morze, by w spokoju i ciszy, z dala od znajomych, od hałasu napisać książkę. Wspominając swoje relacje z rodzicami, które jak powyższy cytat wskazuje, nie były idealne, tworzy historię Manueli i Alejandra, którzy prowadzą małą tawernę w porcie. Kiedyś, dawno temu stracili córeczkę i od tej straty nie potrafią się uwolnić. Wspomnienia nie dają im spokoju, zajmują oni swój czas gotując, robiąc drinki, organizując tańce w tawernie. I wszystko byłoby w miarę normalne, gdyby nie to, że w pewnym momencie pisarka trafia do tejże tawerny i poznaje głównych bohaterów swojej powieści. Świat realny miesza się zatem ze światem fikcji, co właściwie nie powinno mieć miejsca, a jednak ma. Dodatkowo pojawia się tajemniczy mężczyzna, który praktycznie potrafi czytać w myślach pisarki i sam siebie w pewnym momencie nazywa diabłem.

Jak się potoczy historia naszej Joann, która mimo, iż pragnie samotności, by napisać książkę, często odwiedza tawernę, bo coś ją tam ciągnie. To miejsce jest niezwykłe. Dla Joann to klimatyczna tawerna w małym porcie, dla Manueli i Alejandra miejsce wiecznego czuwania, czyżby czyściec, poczekalnia w drodze do wybawienia duszy ze smutków i poczucia winy? Drzwi nie otwierają się dla każdego. „Jedni wychodzą tylko przez jedne, inni nie wychodzą przez żadne”.

To taka dziwna powieść, która jednak wprowadza czytelnika w świat dość osobliwy i intymny, pełen bólu po stracie dziecka w przypadku Manueli i Alejandra, oraz pełen żalu głównie do matki w przypadku Joann. Czy da się zrozumieć i uleczyć te dwa światy? Jak dużo czasu potrzeba, by przepracować złe emocje i doświadczyć ukojenia?

Oryginalna proza.

Tawerna w małym porcie”, Jola Czemiel, wydawnictwo Seqoja, 2021.

„Haramosh. Góra bez powrotu” Ralph Barker

Książka z gatunku literatury górskiej, która szczególnie ostatnimi 100 stronami, czyli właściwie połową, rozłożyła mnie emocjonalnie. Na jednej ze stron się poryczałam, co mi się rzadko zdarza przy czytaniu. Generalnie jestem twarda, ale bezsilność bohaterów doprowadziła mnie do takiego stanu, jakiego się nie spodziewałam u siebie. Cały czas myślę o tej historii i na pewno długo nie zapomnę, a usłyszałam o niej pierwszy raz! Świetnie, że powstała ta książka, bo dzięki niej możemy usłyszeć „głośniej” o studentach, którzy odważyli się na wyprawę w Karakorum, w celu zdobycia, nie zdobytej do tej pory pięknej góry Haramosh. Jak dowiedziałam się z posłowia Hara to „kamienny”, a Mosh „sakwa na skarby” w języku balti, używanym w płn. Pakistanie czy Kaszmirze. W górze tej, o czym mówi jej nazwa, znajdują się miejsca, z których wydobywa się kamienie szlachetne: turmaliny, szmaragdy, topazy. Kamienna sakwa na skarby idealnie zatem odzwierciedla nazwę góry, niemniej jednak jest to siedmiotysięcznik ogromnie niebezpieczny, masywny i rozległy, strasznie ciężki dla wspinaczki, choćby ze względu na wiele szczelin lodowcowych, czy lawiny, no ale są alpiniści, którym udało się stanąć na szczycie (m.in. kilka polskich wypraw).

„Haramosh. Góra bez powrotu” opowiada historie grupy studentów z Oxfordu (jedni byli bardziej doświadczeni we wspinaczce, inni troszkę mniej), którzy w 1957r. postanowili spełnić marzenie wyprawy w góry wysokie i udać się właśnie na Haramosh. Marzyli, by zdobyć szczyt, ostatecznie dotarli do 6500m i musieli zawrócić, gdyż zgodnie stwierdzili, że nie mogą ryzykować dalszego wspinania się, z różnych względów. To, co wydarzyło się kilka sekund po tej decyzji, zdeterminowało całą ich wyprawę i spowodowało, że stała się ona tragiczna w skutkach a ironia losu zmieniła wszystko. Nie mogę się tu wdawać w szczegóły i streszczać fabuły, bo to mija się z celem. Powiem tylko, że reporterski styl Barkera wprowadza takie napięcie, że czytałam to praktycznie na wstrzymanym oddechu. Podobnie czułam się ostatnio przy lekturze książki „Fiva. Przekroczyć granicę strachu”, ale tutaj mamy więcej postaci, a cała historia jest dużo bardziej dramatyczna. Ociera się o dylematy moralne, podejmowanie decyzji tak trudnych dla alpinistów, że brak słów – takich, których my, siedząc w domach, nigdy nie pojmiemy i nie zrozumiemy. Tam, w górach jednak działa instynkt, Rozum wyłącza się. Po prostu. No bo kiedy ma się przed sobą tysiące metrów w śniegu, trudne trawersy po stromej ścianie, by ratować kolegów, idzie się z odmrożonymi stopami, nie ma jedzenia, a noc się spędza w lodowatej szczelinie mając pod sobą czarną otchłań, to nic dziwnego. „Siedzieli ciasno do siebie przytuleni, grzejąc się nawzajem. Culbert obawiał się, że odmrozi sobie stopę, bo po utracie raka z lewego buta musiał ściągnąć z niego zewnętrzny ochraniacz. Streather zaproponował mu, aby teraz ściągnął również but i wsunął mu stopę pod koszulę na brzuchu, aby ją rozgrzać i przywrócić prawidłowe krążenie”.

Ta książka to historia tragiczna, ale jednocześnie udowadniająca, że męska przyjaźń i odpowiedzialność jeden za drugiego może być siłą napędową do działania, nawet jeśli wcześniej się za sobą nie przepadało. W obliczu trudnej sytuacji, kiedy się jest zdanym tylko na siebie (czyli na zespół) nie ma miejsca na złość czy fochy. Nawet jeśli się one pojawiają, to i tak należy zebrać się do kupy i walczyć wspólnie. Każdy może coś dla kogoś zrobić, choć czasem nie bardzo jest jak. I ta zawziętość wspinaczy jest tu bezcenna, a bezsilność najgorsza – bezsilność, która człowieka wręcz miażdży, powoduje senne koszmary i nie pozwala się otrząsnąć przez długie lata.

Ich radość po ujrzeniu panoramy gór, kiedy wreszcie weszli za jakąś kolejną grań, jest nie opisania i wierzę, że te odczucia są niepowtarzalne i ekscytujące. „Odnieśli wrażenie, że oto jest im dane poznać największą tajemnicę Haramosha – źródła życia, które tętni o tysiące metrów niżej i setki kilometrów dalej, na gorącej, pokrytej pyłem ziemi subkontynentu. Długo, bardzo długo czterej mężczyźni stali w milczeniu, wpatrując się w misterium, którego przepych oszołamiał”. Ci młodzi mężczyźni, porzucili na kilka miesięcy swoje dotychczasowe, wygodne w miarę życia, by siedzieć w cholernie zimnym namiocie, dzień w dzień odkopywać go ze śniegu, torować drogi w polach śnieżnych, metr za metrem pieczołowicie, po to tylko by „zrobić” własną drogę na szczyt. To była mozolna, katorżnicza robota, bez telefonów satelitarnych, bez wypasionych ciuchów czy sprzętów. Nie to, co teraz. Wielu powie: po co? No właśnie. Dla tej euforii? Dla spełnienia marzenia? Dla podbudowania ego? Odpowiedzi jest wiele, albo nie ma żadnej.

Według mnie warto czytać o takich ludziach. Autor wysłuchał opowieści tych, którzy przetrwali tę wyprawę, opisał ją w fantastyczny, wciągający i wzruszający sposób. Bardzo polecam, choć ci, którzy nie interesują się wyprawami w góry wysokie, mogą czuć się początkowo znużeni, choćby ze względu na opisy „chodzenia tam i z powrotem” z obozu I do obozu II, potem z obozu II do III, a później z III do I, potem od nowa…. No ale tak po prostu wygląda powolne budowanie swoich śladów na górze. Nie wszystkim po tych śladach udaje się wrócić…

„Haramosh. Góra bez powrotu” Ralph Baker, tłumaczenie Danuta Hołata-Loetz, Wacław Sonelski, wydawnictwo Stapis, 2021

„Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym” Jerzy Szperkowicz

”Co mam sobie wyobrazić? Jak nienasycony sadysta bije ją w twarz, kopie dźga, okłada wyciorem karabinowym, przypala papierosem. Jak inni wybijają zęby, wyrywają włosy, naigrawają się z nagości, wmuszają wódkę i plugawią, jak zaciskają pętlę na szyi i podtapiają w beczce. Nie cofam się przed przywołaniem tych obrazów. Zwlekałem z tym pół wieku”.

Jerzy Szperkowicz napisał niezwykle smutną książkę. Po 50-ciu latach wraca wspomnieniami do rodzinnej Białorusi, do wsi Dubowe gdzie „oślepiająco kwitły gryki” i skąd jego matka w 1943r. wyszła do sąsiedniej wioski po wyprawkę dla siostry Jerzego – Irenki. Miała 18 kilometrów do przejścia w jedną i 18 w drugą powrotną stronę. Powiedziała „wrócę przed nocą” ale nie wróciła. Została zamordowana, a tajemnica jej śmierci kładzie się cieniem na całym życiu autora. To dlatego pragnie on dowiedzieć się prawdy. Co się wydarzyło? „Faktycznie to rodziców pozabijał wam kto?”, bo ojciec zginął później również.

To taka opowieść z pogranicza tu i kiedyś. W zamazane wspomnienia z dzieciństwa, kiedy autor jako mały chłopiec pragnął być Robinsonem i przenocować na wyspie jeziora Narocz, wnikają strzały żołnierzy niemieckich, a potem partyzantów rosyjskich. Tu wkrada się bolszewizm, za chwilę polska buta i odwaga. Kim jesteśmy i dlaczego nie potrafimy zaakceptować tożsamości innych? Kto wygra w tym świecie pełnym nienawiści?

Matka – Wiera – nigdy nie wróciła do dzieci. Idąc jej śladami, autor próbuje przywrócić pamięć o niej, bo czy faktycznie świadkowie ją widzieli, jak biegła? jak przemykała nieustraszenie między domostwami, by tylko móc wrócić do rodziny? czy ta która podała jej kubek wody wiedziała, co się z Wierą się potem stanie? Dlaczego ci, którzy widzieli ją ciągniętą za włosy przez konny wóz jej nie uratowali? Skąd ta zmowa milczenia i przerażenie?

Wszystko to co smutne, przeplata się z beztroską dzieciństwa, które niczym babie lato oplata wspomnieniami. Odwiedzane po latach miejsca nie są już takie jak kiedyś – są pozarastane, zniszczone, nie ma już tych chat, tych sąsiadów, tamtych drzew…. Ludzie, którzy wtedy byli podli i niebezpieczni już poumierali, prawda poszła z nimi do grobu, tylko prochów matki na próżno szukać. No bo gdzie, skoro milczenie wszędzie i strach?

Piękna książka, trudna, ale warta przeczytania. Napisana przepięknym językiem, dla odkrycia prawdy i uporania się z żałobą. I nie jest tu najważniejszym fakt, że autor jest mężem Hanny Krall. Tu faktem jest odebranie matki dzieciom. Kompletnie bez sensu. Tylko dlatego że jeden naród drugiemu był zakałą.

Ważna pozycja. Być może nie do końca zrozumiana przeze mnie, może trzeba jeszcze kiedyś do niej wrócić…

„Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym” Jerzy Szperkowicz, wydawnictwo Znak Literanova, 2021.

„Pięć. Nieopowiedziane historie kobiet zamordowanych przez Kubę Rozpruwacza” Hallie Rubenhold

„Brutalność zbrodni popełnionych w Whitechapel wywołała szok wśród mieszkańców całego Londynu i większości świata czytającego prasę codzienną. Wszystkie ofiary Kuby Rozpruwacza miały poderżnięte gardła, cztery kobiety z pięciu literalnie wypatroszono. Jeśli nie liczyć ostatniego zabójstwa, gwałtowną śmierć zadano im za każdy razem na ulicy, pod osłoną ciemności – i za każdym razem mordercy udawało się zbiec, nie pozostawiwszy śladów, które pozwoliły określić jego lub jej tożsamość. Zważywszy na przeludnienie Whitechapel, opinia publiczna, prasa, a nawet Scotland Yard uznały to za godne uwagi. Kuba Rozpruwacz był zawsze o jeden makabryczny krok przed władzami, co otaczało go przerażającą, niemal nadprzyrodzoną aurą”.

Ale nie! To nie jest książka o Kubie Rozpruwaczu. Jeśli chcielibyście czegoś więcej dowiedzieć się o samym mordercy i jego czynach, to odsyłam do innych źródeł. To jest opowieść o zamordowanych przez niego kobietach. Polly, Annie, Elisabeth, Catherine i Mary Jane – pięć kobiet pochodzących z różnych części Anglii, Walli czy nawet Szwecji zostało pozbawionych życia w 1888r. Jedni powiedzą, że i tak nie było ono wiele warte i nędzne i że Kuba Rozpruwacz „przyczynił się do rozwiązania problemu oczyszczenia wschodnich dzielnic miasta z ich niemoralnych mieszkańców”. Ale jaka jest prawda? Kim były te kobiety, o których właściwie niewiele wiadomo, poza tym, że najprawdopodobniej parały się prostytucją, jak pisała wtedy prasa? tylko czy rzeczywiście w tamtych czasach prasa była wiarygodna, a ocena moralności prawdziwa? Czy może raczej ulica i media lubiły przypinać ludziom łatki, dyskredytować i odczłowieczać na podstawie jednego tylko momentu w życiu, nie znając powodów jego pojawienia się?

Autorka tego reportażu jest historyczką, która włożyła ogrom pracy w napisanie tej książki. Jest tu tyle historii, tyle ciekawostek z XIX-wiecznej, wiktoriańskiej Anglii, że czyta się to naprawdę z ogromnym zainteresowaniem. Uwielbiam książki, z których można się tyle dowiedzieć, nie tylko jak wyglądał Londyn w XIX wieku, ale również jaka była sytuacja ogólnospołeczna, a przede wszystkim sytuacja kobiet w tamtym czasie. A była bardzo zła. Kobieta zawsze była na samym dole hierarchii społecznej. Od dziecka dziewczynki uczono sprzątania, gotowania, ciężkich prac domowych, po to by w przyszłości mogły pójść na służbę, albo szyć czy prać. Nie kształtowano ich umysłów, nie przygotowywano do prac innych jak fizyczne. Straszna perspektywa. Byle tylko jak najwcześniej wyjść za mąż, rodzić dzieci i służyć mężowi. Jeśli pochodziło się z biednej rodziny to wiadomo, że nie miało się dostępu do najprostszych środków zapobiegających ciąży, więc dzieci rodziło się dużo. Ale jak je potem nakarmić, jak zapewnić byt rodzinie, gdzie mieszkać? Na kilku metrach w cuchnącym pokoju ze szczurami? Mąż też nie zawsze mógł utrzymać pracę dłużej. A do tego miał o wiele więcej praw i nie przejmował się zbytnio kulturą czy szacunkiem do żony. Przemoc, alkohol, zdrady, były na porządku dziennym. „Uważano, że odpowiedzialność zawsze leży po stronie ofiary, a umiarkowana przemoc służy domowej dyscyplinie. Mężom nie ciążyło sumienie, gdy przywoływali żony do porządku lekkim uderzeniem, żonom zaś często dawano odczuć, że same się prosiły”. Nie będę tu wnikać w szczegóły i w dalsze opisy, bo warto przeczytać o tym samemu.

Najważniejsze, że te pięć kobiet przedstawionych przez Hallie Rubenhold otrzymało swoją tożsamość, że zostały one przedstawione obiektywnie, że ich życia jednak były coś warte, bo każda z nich pragnęła, marzyła, kochała, walczyła z przeciwnościami losu, jak każda z nas tu i teraz. Niektóre z nich musiały wiele poświęcić. Inne z kolei stoczyły się na dno, z różnych względów. Były córkami, matkami, siostrami, ale przede wszystkim ludźmi, którym należy się szacunek i pamięć. Śmierć niektórych z nich zbierała wszystkie dzielnice Londynu na pogrzebie, inne odchodziły w zapomnieniu, jako kolejna ofiara Kuby Rozpruwacza.

Wszyscy od zawsze skupiali się na tajemniczym, nieuchwytnym Kubie Rozpruwaczu, ale nikt nie dostrzegał ofiar. A im przede wszystkim należało pozwolić przemówić. Zostały po nich tylko przedmioty, na przykład: dwie halki, flanelowe reformy, jedna puszka z herbatą, część okularów, kłębek włóczki…. Za tym wszystkim było jednak życie. Pełne wzlotów, upadków, miłości, radości, ale i nieszczęścia. Posłuchajcie ich historii. Warto. Warto poznać człowieka, zanim przypnie się mu łatkę nierządnicy, ladacznicy, dziwki czy „zapijaczonej flejtuchy”. To właśnie zrobiła Hallie Rubenhold. Dała czytelnikowi tę możliwość. Po prostu.

„Pięć. Nieopowiedziane historie kobiet zamordowanych przez Kubę Rozpruwacza” Hallie Rubenhold, przekład Dorota Konowrocka-Sawa, Wydawnictwo Poradnia K, 2021.

„Bardzo długie popołudnie” Inga Vesper

Ten kryminał mnie trochę wynudził i nie zachwycił tak bardzo, jak sądziłam. Może dlatego, że jestem przyzwyczajona do innego tempa, innych rzeczywistości, bardziej współczesnych? ale po kolei.

Mamy 1959r, i słoneczną Kalifornię, miasteczko Sunnylakes, w którym bardzo widoczny jest podział na biednych i bogatych, białych i czarnych. To właśnie w jednym z bogatych domów pracuje czarnoskóra Ruby Wright, która marzy o pójściu do college’u, ale póki co ciśnie się z ojcem i swoim chłopakiem w obskurnym mieszkanku w dzielnicy South Central. Ruby jest zatrudniona w domu Państwa Haney, w którym sprząta, opiekuje się dziećmi itp. Pani domu, Joyce Haney pewnego dnia znika. Ruby znajduje w kuchni plamy krwi, ale po Joyce nie ma śladu. Rozpoczyna się śledztwo prowadzone przez Micka Blanke’a z Nowego Jorku. Policjant przyjeżdża do Sunnylakes i nie spodziewa się, że rozwiązanie tej zagadki będzie tak trudne. Zeznania, które należało będzie zbadać, kilka niespodziewanych zwrotów w śledztwie, jacyś podejrzani, to wszystko złoży się w całość, ale nie będzie to tak proste, jakby się wydawało i sukces nadejdzie dopiero przy pomocy upartej Ruby.

Pani Joyce nie była dla Ruby tylko pracodawczynią, stała się w pewnym sensie jej przyjaciółką. Obie się sobie zwierzały, dzieliły problemami, tajemnicami, to dlatego Ruby chce zrozumieć, dlaczego pani Joyce zniknęła. Wyjechała? uciekła? została zamordowana? porwana? Co naprawdę się wydarzyło? Jak zareagował mąż Joyce? Co widziały dzieci?

Samo śledztwo i jego rozwiązanie nie były jakieś powalające dla mnie. Owszem, na jaw wychodzą sekrety i mroczna przeszłość, ale nie jest to nic nowego w kryminałach. Podobało mi się za to umiejscowienie akcji w 1959r. a poprzez to, ukazanie sytuacji kobiet w tamtym czasie. Nie tylko tych czarnoskórych, z których zdaniem nikt się nie liczył i które zawsze były traktowane jak gorsze. Również białe kobiety są postrzegane tylko jako panie domu, które muszą trwać przy mężu zarabiającym na dom, rodzić dzieci i spełniać się w tym. „Większość kobiet Sunnylakes wyszła za mąż i zrezygnowała ze studiów. Zostały żonami, które prowadzą dom, wychowują dzieci i chodzą do kościoła. I tyle. Nikogo nie interesują ich pragnienia ani marzenia”, mówi pani Crane, jedna z ciekawszych postaci w tej książce. Cała społeczność Sunnylakes jest zamknięta w jakiejś klatce, mam wrażenie. Ruby, jako osoba z „zewnątrz” widzi to najlepiej „Mieszkańcy Sunnylakes żyją jak w krainie ze snu. Pilnują, żeby nikt nie przebił tej ich bańki, ale to tylko…. pozory”.

Czy zatem detektywowi uda się przebić tę bańkę i docenić wysiłki Ruby, która ma naprawdę niezłą intuicję? Niestety, jedyną przeszkodą jest kolor jej skóry, który od razu klasyfikuje ją jako osobę, której nie należy wierzyć. Jak wybrnie z całej sytuacji detektyw? I co stało się z Joyce? (będziemy mieć szansę poznać również jej odczucia, bo kilka rozdziałów jest napisanych właśnie z jej perspektywy).

Niezłe choć nie powaliło mnie.

„Bardzo długie popołudnie”, Inga Vesper, tłumaczenie Jacek Żuławnik, wydawnictwo Słowne (Burda Książki), 2021.