„Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki, Dominik Szczepański

indeksAdam Bielecki pochodzi z Tychów, przygodę ze wspinaniem zaczął bardzo wcześnie i jak większość naszych wspinaczy, rozpoczął ją na jurajskich skałkach w Rzędkowicach czy Podzamczu. Przepiękne rejony zresztą, polecam. Potem Tatry, Alpy i wreszcie Patagonia, Karakorum, Himalaje.
W książce „Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki wspomina początki swojej kariery, opowiada o wsparciu rodziców i swoim uporze w dążeniu do spełniania się w pasji. Szybko doceniony przez środowisko wspinaczy, zdolny, cierpliwy i przede wszystkim rozważny – takiego go widzę. Może na poczatku trochę narwany, ale z czasem i doświadczeniem, bardzo odpowiedzialny za siebie i za partnerów. Kiedyś w Tatrach, ktoś mu powiedział „Jeśli w ciągu trzech lat się nie zabijesz, to będzie z ciebie zajebisty wspinacz”. Tak też się stało. Z sukcesów w wieku 34 lat może być dumny. Jakich? Wymienię choćby kilka:

  • samotne wejście na Chan-Tengri w Kazachstanie, jako wówczas najmłodszy w ogóle zdobywca szczytu
  • w 2011r.  zdobył wraz z Arturem Hajzerem i Tomaszem Wolfartem bez używania tlenu piąty szczyt świata – Makalu
  • wejście na K2 i Gaszerbrum I w 2012
  • i wreszcie wejście na Broad Peak w 2013r. zimą, kiedy to niestety w drodze powrotnej zginęli Maciej Berbeka i Tomek Kowalski, przyjaciele Bieleckiego (głośno było o sprawie, w której Bielecki został właściwie oskarżony o śmierć współpartnerów – tu poznajemy jego wersję wypadków, która, nie ukrywam, jest bardzo wzruszającym dla mnie momentem książki). „Góry obnażają. Zdzierają z ludzi maski. W momencie kiedy jesteś głodny i walczysz o życie, na wierzch wychodzi to, co masz w środku. Nie ukryjesz się. Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił”.  Bielecki nie dość, że w tej wyprawie stracił dwóch przyjaciół, to chwilę potem na Gaszerbrumie I zginął jego kolejny kolega i guru – Artur Hajzer, pomysłodawca i założyciel Polskiego Związku Himalaizmu. Ciężko jest pozbierać się po czymś takim, znaleźć mimo to w sobie odwagę do dalszego wspinania.

O czym jeszcze pisze Bielecki? Porusza wiele ważnych rzeczy, na przykład kwestię odpowiedzialności. Wiadomo, że za każdą czynność wykonaną podczas wspinaczki odpowiada wspinający się. Jeśli jest to wspinaczka z partnerem czy w zespole, liczy się współdziałanie, ale najważniejszym jest pilnowanie siebie i mądre podejście. „Himalaizm składa się z setek małych rzeczy. Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz”. Jeśli brakuje metrów do szczytu, ale ryzyko ich przejścia jest zbyt duże, należy zawrócić. O tym Bielecki wie dobrze (taka sytuacja miała miejsce podczas wspinaczki na Kaczendzongę, kiedy był w zespole z Denisem Urubko).

Na początku lektury miałam wrażenie, że będzie to trochę suchy styl pisania, czyli same fakty plus ewentualny sukces czy porażka, ale nie. Nie jest tak. Bielecki i oczywiście współautor Dominik Szczepański, postarali się, by książkę dobrze się czytało. Uważam, że chcieli pokazać zwykłemu człowiekowi, który nigdy nie był i nie będzie na wysokości 8000m, jak tam jest. Jak zrozumieć mękę organizmu, ryzyko, odwagę, taki a nie inny wybór, czarne myśli i strach. Jak chociażby iść, żeby dojść. „Ktoś kiedyś powiedział, że jedną z najpiękniejszych rzeczy we wspinaniu jest ten czas, kiedy liczy się tylko ten metr kwadratowy przed tobą. Kiedy pokonujesz trudne miejsce, to znikają dom, rodzina, bliscy, przyjaciele i problemy dolin. Trochę tak, jakby twoje „ja”, ten wewnętrzny ludek, który analizuje, myśli, rozważa, boi się, przestawało nagle istnieć. Rozpływasz się, przestajesz istnieć, a stajesz się wspinaniem. Najgorsze, co możesz zrobić w trudnej sytuacji, to pomyśleć, że jesteś zbyt zmęczony, a przed tobą jeszcze tyle godzin. Że nie dasz rady. Wtedy od razu lepiej zawrócić. Jeśli nie umiesz wyczyścić całkowicie umysłu, to pomyśl o domu, o bliskich albo po prostu o tym, co ostanio zjadłeś i co zjesz po zejściu. To pomaga rozwiać złe myśli. Ale najlepiej w ogóle nie myśleć i skupić się na oddechu”. Sama praktykuję od jakiegoś czasu dłuższe piesze wycieczki i wiem, że skupienie się na oddechu rzeczywiście bardzo pomaga.

Ważna we wspinaniu jest również pokora, o czym mówi każdy mądry wspinacz, Bielecki też. Pokora wobec natury. Szacunek wobec góry. To, że ty chcesz zdobyć szczyt, nie znaczy, że góra ma ci na to pozwolić. Poza tym, Bielecki mówi też dużo o tym, jak dobrze jest też czasem mocno się zmęczyć, dotrzeć do granic wyczerpania, pożyć jakiś czas w warunkach mało komfortowych, pełnych wielu niedogodności (np. malutki namiocik na grani na wysokości 7000m przy temperaturze -30), aby docenić to, co czeka na nas później: pyszny obiad, gorący prysznic, zieleń trawy, wygodne łóżko. Proste i banalne sprawy, ale warto czasem o tym przeczytać, bo w tym naszym pędzie zapominamy o malutkich chwilach radości i drobiazgach, które dają nam spokój i szczęście. Bielecki to fajny facet. Chce być nie tylko dobrym himalaistą, ale jak mówi, przede wszystkim starym. Chce żyć, choć wie, że ryzyko zawsze wpisane będzie w jego pasję, a spod zamarzniętych powiek, czasem przecież nie widać, gdzie można postawić krok.

I na koniec jeszcze taka ciekawostka: z tej książki dowiedziałam się, że góra z logo wytwórni filmowej Paramount Pictures to szczyt Artensoraju położony w paśmie Cordillera Blanca (Andy Peruwiańskie), znajdujący się na terenie Peru. Jego wysokość to 6025 m n.p.m. Piękna góra, przepiękna, charakteryzująca się niesamowitymi formacjami śnieżnymi. Myślałam, że to tylko obrazek na potrzeby logo… a tu proszę.

Świetna lektura, książka jest bardzo ładnie wydana, z mnóstwem zdjęć. Polecam.

„Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki, Dominik Szczepański, wyd. Agora 2017

„Zimne wojny” Andy Kirkpatrick

zimne-wojny-wspinaczka-na-krawedzi-ryzyka-i-rzeczywistosci-b-iext33705791Andy Kirkpatrick jest dwukrotnym zdobywcą Boardman Tasker Prize for Mountain Literature. Jego „Zimne Wojny” to fantastyczne uzupełnienie do „Psycho Vertical. Przestrzeń obłędu” o której pisałam tutaj.

Polubiłam to jego pisanie,  bo mimo prostoty i naiwności, jest konkretny, lekko sarkastyczny, z humorem i dystansem do siebie. Często jest to rozbrajające, bo Andy wie dobrze, że nie wygląda jak wspinacz. Nie jest za przystojny, jest za tłustym, lekko ciapowatym okularnikiem, ale mierzy wysoko i ciągle ma ambicje.

Książka powstała po jego mega wyczynie, czyli wejściu najtrudniejszą drogą The Reticent Wall na El Capitana, co było opisane w „Psycho Vertical”. W „Zimnych wojnach” udajemy się z Andym w Alpy, gdzie przechodzi on Drogę Lafaille’a na górze Dru ze swoim partnerem Ianem Parnellem, następnie do Patagonii na drogę Devil’s Dihedral na Aguja Mermoz, do Norwegii na Troll Wall i kilka innych. Właściwie to Andy wspina się dość naiwnie wierząc, że się do tego nadaje. Owszem zna technikę, ale częściej idzie na żywioł i ryzykuje kolejny krok w ścianie, byle nie odpaść. Lekko to dla mnie przerażające, ale ogólnie osobowość Andy’ego jest dość specyficzna. Fajny człowiek, choć ciapowaty do bólu i trochę nie wiedzący czego tak naprawdę oczekuje. Owszem zdarza mu się zrobić trudne wejścia, daje radę, ale cały czas się miota – wspinać się czy nie wspinać? Zimą czy latem? Samemu czy nie? kiedy, po co i dlaczego. Taka fajtłapa z niego, prosty człowiek, porywający się często na absurdalne rzeczy, ale spełniający swoje marzenia jakby nie patrzeć. W końcu napisał aż dwie książki, i to mimo dysleksji! dlatego nie jest to może szczyt kunsztu literackiego.

Mimo tego lubię go. Jest taki dziecięcy w tych swoich marzeniach i pasji. Ciągnie swój mały wózeczek pragnień i powolutku sobie je spełnia. Może nie do końca mądrze, ale jednak… W  książce „Zimne wojny” jednak widać już więcej dojrzałości. Autor jest tu mocniej rozdarty między pasją i egoistycznym łażeniem po niebezpiecznych ścianach, a rodziną. Ma wszak fajną żonę Mandy, która znosić musi jego ciągłe wyjazdy, oraz dwójkę fajnych dzieciaków, które coraz więcej rozumieją i mocniej zaczynają tęsknić za ojcem.

„Żeby się podejmować takich wyzwań, trzeba nie tylko ogromnego zapasu wiary, ale i jakiegoś uzasadnienia. Zawsze byłem pełen podziwu dla tego, co życie potrafi przynieść. I to samo w sobie stanowi wystarczający powód, żeby próbować niemożliwego. Wspinanie nie ma nic wspólnego z wygrywaniem, ze zdobywaniem szczytu. Gdyby o to chodziło, nikt by się nie wspinał. Wszystko, na czym zasadza się wspinanie, to wiara – w siebie – że warto próbować” – tak mówi, ale emocje jakie zaczynają Andym targać, coraz bardziej przestrzegają go przed tym ciągłym próbowaniem się z samym sobą. Jak mówi po zejściu z góry „Gdy wszystko się kończy, jestem znów zwykłym człowiekiem. I widzę w tym magię”.  Może to już jakaś dojrzałość? świadomość własnych granic i możliwości, albo zmęczenie tym miotaniem się?
„Zastanawiałem się, czy warto wspinać się po takich drogach, przechodzić przez to wszystko, po to tylko, żeby osiągnąć stan, gdy głowa jest kompletnie pusta, wolna od czegokolwiek. Dla tej jednej chwili, która należy tylko do mnie”, a z drugiej strony „Tu u góry,  gdy już się człowiek przyzwyczai, życie jest bardzo proste. Czy jest w tym zatem coś dziwnego, że ludzie tak to kochają? Prawdziwe cierpienia są na dole”.

Mimo tej infantylności i prostoduszności Andy ma swoje wewnętrzne smuteczki.. Zawsze chciał być takim zwyczajnym facetem, żyć sobie normalnie, pić, jeść, bawić się, gdzieś PASOWAĆ. Ale nie umiał tego. Zawsze był outsiderem, wyobcowanym i samotnym gościem, z wadą wzroku, ciężko było mu się odnaleźć i zaistnieć w życiu innych ludzi. Dlatego zaczął się wspinać, by choć przez chwilę poczuć przynależność do jakiegoś miejsca. W tej książce jednak zaczął już „schodzić”. Przychodzi moment, kiedy trzeba zacząć wracać. Na dobre. Bo magia może być wszędzie, nie tylko na szczycie. Udział przy produkcji filmu „Willy Wonka i fabryka czekolady” (Andy pracował tam przy asekuracji różnych mostków, pomostków, górek, by aktorzy się nie poprzewracali i nie pospadali), uzmysłowił mu, że magia może być w najzwyklejszym drobiazgu. Wystarczy umieć ją dostrzec. Zrozumiał i dlatego etap schodzenia z wygórowanych ambicji mógł odbyć się świadomie. Polecam, fanom wspinania, bo choć nie jest to rewelacyjnie napisane, to czyta się z przyjemnością. I chciałabym, żeby Andy napisał coś jeszcze. Jak mu teraz się żyje, co robi… może znów zapragnął gdzieś wleźć? ;)

„Zimne wojny” Andy Kirkpatrick, wyd. Stapis 2014

 

„Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej” Robert Peroni

Na zdjęciu obok okładki książki, autor Robert Peroni. Podróżnik, wspinacz, Włoch,  lubiący swego czasu pobijać różne rekordy: wysokości, szybkości etc. Od ponad 30 lat mieszka na Grenlandii. Przybył tam by pobić kolejny z rekordów: przejść 400 km po grenlandzkim płaskowyżu bez wsparcia i pomocy. Pobił. Przeszedł o 1000 km więcej i zakochał się w tym miejscu. Osiadł na stałe, choć na początku trudno było mu się wkupić w tą niewielką, jakże odmienną od zwykłych Europejczyków, społeczność Inuitów. To o nich jest ta książka. Cudowna, jak cudowny jest to naród. Tyle się można od nich nauczyć.

Udowadniają, że wystarczy być łagodnym, pokornym wobec natury i ludzi, szanować to, co przyroda nam daje, by żyć szczęśliwie, zgodnie, spokojnie i przede wszystkim mądrze. Czytając o Inuitach wyłazi prawda o nas. To my jesteśmy prymitywnym ludem, a nie oni (choć często się o nich tak mówi). To my dążymy do zaspokojenia własnych potrzeb za wszelką cenę, niszczymy wszystko wokół, po to, by sobie dać prawo do dumy i udajemy ‚szlachetność’, a tak naprawdę słoma nam z butów wyłazi. Nie mamy pojęcia o istocie istnienia i współżycia z otaczającą nas przyrodą. Nie rozumiemy, że tyle, ile od niej bierzemy, również powinniśmy jej oddać. A nawet więcej. Bo to dzięki naturze w ogóle możemy żyć. Autor bardzo skrupulatnie opisuje podejście Inuitów do przyrody, zwierząt, ogólnie do życia. Nie ocenia ich, nie krytykuje, wręcz uważa, że wreszcie trafił do miejsca i ludzi, gdzie jest po prostu normalnie. Tak jak być powinno. Oczywiście w jego subiektywnej ocenie.

Inuici nie znają pojęcia wojny. Nie znają również wielu innych pojęć, które dla nas, Europejczyków, są standardowo używanymi. Inuici to prostota. Piękna prostota. Skromność i pokora. Pokora, która mnie wzrusza i dotyka. Pokora, której się cały czas uczę. Szacunek i rozsądek, którego też nie mamy w nadmiarze. Inuici są wspaniałymi ludźmi. Nie kłócą się o wiarę, przynależność, poglądy. „Kiedy na Grenlandię przybyli misjonarze, ludzie się nawrócili, nie chcąc nikomu robić przykrości. Myślą, że jeśli coś nie jest złe, to w porządku, czemu nie? Dzisiaj chodzą do kościoła i to nawet chętnie, bo tam się gra i śpiewa. To miejsce spotkań, Mówią: „Widziałeś? Jezus ma jasne włosy. Jest inny niż my, ale jest bardzo silny, to dzielny człowiek i jest przywódcą różnych plemion. W domu powracają do tradycji szamańskiej i nawet przez chwilę nie pomyślą, ze te dwie wiary są ze sobą sprzeczne„. Czy nie tak byłoby łatwiej?  Czy musimy sobie tak utrudniać życie? Czy kościół nie mógłby być po prostu miejscem spotkań? a nie miejscem dla polityki i manipulacji ?

W Tasiilaq, gdzie mieszka autor książki, nie ma kin, restauracji, nie ma dróg, więc auto służy tylko do przemieszczania się w pobliskie okolice. Przez większość roku wioska odcięta jest od świata przez lodowce, ale to w niczym nie przeszkadza, by czuć się szczęśliwym. „Z okna widzę ponad dziesięć lodowców, zimą mogę kontemplować zorzę polarną niemal każdego wieczora, a latem, od dziesiątej do trzeciej w nocy jest tak, jakbym widział kolejno sześć albo siedem zachodów słońca: słońce znika za jednym szczytem, potem znów się wyłania by oświetlić wioskę”.

zdjęcia autorstwa Roberta Peroni, znalezione na stronie vanityfair.it

Robert Peroni łatwo przyzwyczaił się do takiego życia. Od dzieciństwa kochał przyrodę. Mieszkając we włoskim Renon, gdzie lasy, wzgórza, pastwiska, łąki, biegał po nich spedzając na łonie natury całe dnia. „Spędzałem całe godziny w lesie, często sam. Dla mnie było to jak schronienie, zaczarowane miejsce. Trochę jak dla pierwotnego człowieka, który tam żył, bo znajdował w lesie zwierzęta, jagody, grzyby, drewno i to wszystko, co mu służyło do przeżycia. Las był duszą pradawnego człowieka, a ja jako dziecko to czułem. Oczywiście nie rozumowałem w ten sposób, ale zawsze nosiłem w sobie myśl, że wśród drzew nie może mnie spotkać nic złego”. I tak jest. Tutaj nie ma się czego bać, może poza demonami, w które wierzą Grenlandczycy, ale są to też piękne wierzenia. Według Inuitów morze jest demonem kobiecym o długich włosach, w które zaplątały się tysiące fok, wiatr ma dwie dusze: ciepłą i zimną, a zorza polarna to iskierki dusz noworodków grających w piłkę.

Peroni dużo mówi też o samotności, jaka może człowieka przerażać na grenlandzkim pustkowiu. Samotność tutaj jest absolutna. I nie chodzi tu, jak mówi, o brak przyjaciela czy towarzyszki życia. „Ogrom terytorium sprawia, że cisza jest niezmącona, a człowieka przytłacza majestatyczność przyrody. […] Przez wiele miesięcy w roku na tej ziemi słuch dostraja się do świstu wiatru albo skrzypienia śniegu, niczego więcej: może to nawet przejmować trwogą, ale daje możliwość dużo silniejszego odczuwania, wejścia w zupełnie nowy stan fizyczny i psychiczny. W ten sposób szum wiatru staje się muzyką […]”.

O Inuitach i Grenlandii można by było napisać wiele. Wynotowałam sobie jeszcze więcej cytatów, ale jeśli zdecydujecie się na lekturę tej książki, nie chcę Wam odbierać przyjemności.  Wspomnę tylko jeszcze, że Peroni założył w Tasiilaq osrodek turystyczny, w którym zatrudnia Inuitów z problemami, znajdujących się w trudnym położeniu (swego czasu była tam plaga samobójstw z różnorakich powodów).

Książkę przeczytać naprawdę warto naprawdę, nawet jeśli nie interesują Was te rejony świata, to warto.. dla człowieka. Popatrzeć na opisywaną nację i na siebie. Porównać. Zrozumieć. Podziwiać. Zmądrzeć.

„Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej” Robert Peroni, wyd. Świat Książki 2015

„Klaśnięcie jednej dłoni” Richard Flanagan

flanagan_klasniecie-jednej-dloni_m„…wydarzyło się to dawno, dawno temu w świecie, który sczezł potem w torfie, w zapomnianą zimę na wyspie, o której niewielu słyszało. Zaczęło się przed tą porą, kiedy śnieg całkowicie i nieodwołalnie pokrywa ślady. Jak czarne chmury przesłaniają gwiazdy i rozświetlone księżycem niebo, jak najgęściejszy mrok otula szepczącą krainę. Dokładnie w tej chwili, w której czas się przełamał.”

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Richarda Flanagana. Nabyłam wszystkie powieści, jakie ukazały się na naszym rynku (ryzykując w ciemno), ale lekturę zaczęłam od „Klaśnięcia jednej dłoni”, bo zaintrygował mnie tytuł. Piękny i dziwny zarazem.

Rok 1954, Tasmania, osada Butlers Gorge zamieszkiwana przez robotników różnych nacji – emigrantów z Europy, zatrudnionych do budowy hydroelektrowni. To właśnie w tym roku przełamał się czas. Trzyletnia Sonja Buloh, córka Bojana i Marii – słoweńskich emigrantów, zapamiętuje znikający w oddali kawałek pięknej koronki. Koronka należy do ubioru jej matki, która nagle wychodzi w ciemną noc z małą walizką, mówiąc do małej, że musi odejść. Znika, zamyka drzwi. To wtedy śnieg całkowicie i nieodwołalnie pokrywa jej ślady. Pozostaje pustka i smutek, oraz pytanie: dlaczego?

Mija czas. Sonja przerzucana jak tobołek po znajomych Bojana, nie rozumie takiej rzeczywistości. Najpierw zostawiła ją mama, potem oddał ojciec, bo uznał, że tak będzie lepiej. Sonja dorasta. Kiedy po kilku latach wraca do ojca, ten popada w alkoholizm, zaczyna ją bić. Sonja nie płacze, bo jej nie wolno. Wie, że nie powinna nigdy płakać. „Co dzień modliła się, żeby ta lawina emocji jej nie dosięgła, a jednak każdego wieczoru dosięgała. Ogromne, podskórne, niszczycielskie siły przekraczające jej zdolność pojmowania, pustoszące ich dom, a oni oboje bezradni wobec tego wszystkiego jak drzewo, spod którego korzeni osypuje się ziemia”. Cierpi w milczeniu. Cierpi też jej ojciec. Nie umie wytłumaczyć sobie swojej agresji. W trzeźwych momentach zajmuje się drewnem. Tworzy piękne meble, które przy tworzeniu znają więcej dotyku i czułości niż jego własna córka. 

„Żeby mieć przyszłość, trzeba zapomnieć o przeszłości”, ale jak? Jak ma zapomnieć Sonja o tęsknocie za matczynym ciepłem, głosem, dotykiem. Jak ma zapomnieć Bojan o kobiecie, którą tak mocno kochał, ryzykował życie zrywając jej wysokogórską szarotkę, której płatki wskazywały kierunek ich życia? Zapomnieć o takiej przeszłości nie można. Można się tylko z nią pogodzić. Ale jak to uczynić mają „złamani” na pół ludzie?  „Klaśnięcie jednej dłoni” to opowieść o dojrzewaniu do miłości, o wybaczeniu, uporaniu się z przeszłością. To również opowieść o tym, jak ciężko poskładać swoje życie. Jest ono niczym ten rozbity kiedyś przez Sonję imbryk ze wzorem w jeżyny, którego odnalezione po latach kawałki do siebie nie pasują.

Rok 1990, Tasmania – Sonja wraca po latach do miejsca swojego dzieciństwa. Jest w ciąży z mężczyzną, którego miłość z góry odrzuca. Myśli o aborcji. Czy jednak zmieni decyzję? Chce spotkać się z ojcem, którego nie widziała od lat, chce zrozumieć jego postępowanie, podskórnie za nim tęskni, mimo zła jakie jej wyrządził.

Z kolei Bojan, który widział w swoim życiu wiele zła, który jako dziecko „widział tylko krew. Krew tryskająca z dziesięciu wieśniaków rozstrzelanych z karabinów maszynowcyh na oczach spędzonych uczniów w odwecie za zabicie żołnierza przez partyzantów i żadnemu dziecku nie wolno było zamknąć oczu” miota się ze swoimi demonami. Jako dziecko był świadkiem wojny w swoim kraju, widział jak świat rozpada się w rozbryzgach krwi i nie mógł nic zrobić, nauczył się, że każda prośba poskładania go na nowo jest skazana na niepowodzenie. „Przetrwał, obozując w jego gruzach, jedząc surową rzepę skradzioną nocą z zamarzniętych pól”.  Nie wiedział czym jest normalność, o której mówiono, gdy skończyła się wojna. Powrót do normalności? Czym ona jest? „Wiedział natomiast jacy są ludzie. Ludzie są źli i tacy pozostaną bez względu na to, czy wojna dobiegnie do końca za miesiąc, rok, czy pięć lat. Wiedział jaki jest świat. Świat pozbawiony był wszystkiego, co miałoby znaczenie”. Jak zatem ma zobaczyć w innej osobie dobrego człowieka? Czy będzie w stanie się zmienić? bo na tą chwilę najchętniej wykopałby duszę ze swojego ciała, by mniej bolało.

Kiedy pęknie ta pieczołowicie budowana i okupiona wysiłkiem tama z Butlers Gorge? Tama, jaką ojciec odgrodził się od córki. Tama, jaką córka odgrodziła się od ojca? Kiedy w końcu przestaną siebie karać i uwolnią się od przeszłości? Czy poznają od nowa to uczucie jakim jest miłość?

„Świat stanął na głowie, wywrócił się do góry nogami, zamienił miejscami z morzem, którego milczące prądy porwały ją z przeogromną siłą, unosząc coraz dalej od tego czego chciała się uchwycić. Pewnego dnia umknie przed tym morzem, nieważne za ile żywotów, ale zrobi to, ucieknie i odnajdzie ojca, a on już nie będzie powietrzem ani koronką, ani drewnem, lecz sobą, a do tego czasu ona będzie czekać, nieruchoma jak księżyc, udając martwą, żeby nikt nie zorientował się, że żyje, chwytając powietrze powolnymi, miarowymi łykami.”

To piękna opowieść. Jestem zachwycona. Wiem, że są o tej książce różne opinie, że przekombinowany zbyt poetycki język, że to jeszcze nic w porównaniu do „Ścieżek Północy” etc. Nie mam jeszcze porównania, na pewno niebawem się przekonam, póki co zachęcam do lektury. Na mnie zrobiła wrażenie.

„Klaśnięcie jednej dłoni” Richard Flanagan, wyd. Literackie 2016

„Statek” Stefán Máni

352x500

„Na podwodnych skałach spoczywa zardzewiały kadłub przechylony o trzydzieści stopni do tyłu i pięć na bakburtę; dziób sterczy ukośnie spod lodu, a rufa zwisa ponad ciemną czeluścią szczeliny. Z samego tyułu krzywo pochylona wisi sześciopiętrowa nadbudówka, wyrastając ponad groźną otchłań niczym nawiedzony dom i wpatrując się w nicość pustymi oknami mostka. W świetle dziennym i przy dobrej pogodzie przez lodową pokrywę sączy się niebieskawy blask i widać wtedy, jak w głębinach ciekawskie foki buszują wokół wraku, który od czasu do czasu porusza się, kołysany morskimi prądami. Przeciagle wówczas zgrzyta, ciężko stukocze, pozostawiając na powierzchni gęstą plamę oleju, która w słabiutkim świetle zdaje się zielona, różowa i fioletowa, i w końcu daje nura pod lód niczym zatopiona zorza polarna.

To, co na wieki śpi, nie jest martwe….”

Początek książki sugeruje nam zakończenie historii, ale to nic złego. Złe jest to co się wydarza pomiędzy. To co uśpione, przebudziło się i sieje zniszczenie. I nie chodzi to o potężną naturę, sztorm i burze, z którymi tytułowy frachtowiec „Per Se” będzie musiał się zmierzyć. Załoga złożona z kilku mężczyzn, a właściwie w większości typów spod ciemnej gwiazdy, z których każdy ma coś za uszami, na sumieniu i skrywa mroczne tajemnice, będzie zmuszona do walki o przetrwanie podczas rejsu z Islandii do Surinamu. Na pokładzie będzie również Diabeł. Ale nie ten o którym myślicie. Nie. To tylko ksywa człowieka, który znajdzie się na statku przez przypadek, który uratuje mu życie, ale niekoniecznie wpłynie dobrze na pozostałą załogę. Atmosfera pełna niedomówień i pytań, co do nieznajomego osobnika na pokładzie, a dodatkowo awaria sprzętu nawigacyjnego (a raczej sabotaż), spowodują, że marynarze utracą do siebie zaufanie, staną się podejrzliwi, a wiadomo, że podczas tego rejsu muszą ze sobą współpracować. Kiedy statek powoli znoszony z kursu napotkał na swojej drodze szalejącą burzę, odczułam na własnej skórze ten klimat złowieszczości, osaczenia i niebezpieczeństwa. Ale to nie wszystko… załoga zacznie walczyć o życie, nie tylko z powodu sztormu. Czy dopłyną do celu? Początek książki sugeruje, że nie. Ale czy przeżyją?

Świetny thriller. Napięcie tutaj nie spada, a wręcz rośnie z każdą stroną. Poznajemy wszystkich członków załogi, ich przeszłość i sytuację osobistą. Narrator zastosował ciekawy zabieg: ukazanie konkretnych zdarzeń na statku z perspektywy różnych osób. Jest to niezwykle interesujące, bo widać, że tak naprawdę, choć każdy z nich jest inny, to wiele ich łączy. Każdy z nich próbuje żyć mimo swoich mrocznych tajemnic, postrzegając świat w różny sposób, z nadzieją na dobrą przyszłość, ale w każdym z nich jest uśpione zło. A to co na wieki śpi, nie jest martwe. To może ożyć w każdej chwili.

„Lecz wobec braku nadziei z głębokiego letargu budzi się w nim złość, która nie dba o życie i śmierć. Sama jest dla siebie pożywką i usuwa wszystko, co znajdzie się na jej drodze. Utrzymuje się, tli się niczym ogień, który coraz bardziej się rozpala, aż w końcu staje się tak potężny i okrutny, że pochłania sam siebie i się unicestwia.

Stefan Mani idealnie odzwierciedlił klaustrofobiczną atmosferę, udało mu się bardzo realistycznie i przekonująco przedstawić wszystkie postaci i nie schodzić w żadnej chwili z osiągniętego pułapu napięcia i strachu. Do tego bardzo dobre dialogi, choćby ten między Jonem Karlem a Palaczem o istnieniu, nieistnieniu Boga i Szatana, z wplecionymi w to islandzkimi mitami.

Czytało mi się „Statek” rewelacyjnie. Bardzo polecam. Jak dla mnie jeden z lepszych thrilerów. Myślę, że odmalować atmosferę grozy na kartach książki jest bardzo trudno, tu się udało i pewnie też wielka zasługa w tym tłumacza: Jana Godka. Jednym słowem : warto! (a książkę kupiłam dawno temu za 5 zł.)

„Statek” Stefan Mani, wydawnictwo W.A.B. 2012

 

stosik – marzec

DSCN6742

Zawsze marzyłam by mieć wszystkie tomy Mankella, bo to od niego zaczęło się moje uwielbienie do skandynawskich kryminałów tak naprawdę. Miałam tylko kilka własnych egzemplarzy, a naprawdę mam ostatnio ochotę odświeżyć sobie losy komisarza Wallandera. Nic nie poradzę, że uwielbiam… Dokupiłam kilka tomów na allegro za grosze i to w tej ładnej serii z W.A.B. Brakuje mi chyba „Nim nadejdzie mróz” ale muszę sprawdzić czy gdzieś na półce nie leży, bo „Niespokojnego człowieka” i „Rękę” (obie również z Wallanderem) już mam i kiedyś pokazywałam.

Te kupione są używane, ale mnie to nie przeszkadza. Za bodajże 6 tomów zapłaciłam 40 zł. Zamierzam też skompletować sobie serię z Mockiem – Marka Krajewskiego i serię z komisarzem Maciejewskim – Marcina Wrońskiego.

Krajewskiego, swego czasu przeczytałam chyba tylko 1 tom, teraz najwyższa okazja by to nadrobić, podobnie jak pana Wrońskiego, którego też zakupiłam po jakieś 5 zeta od egzemplarza. Pozostałe to już w większości nowości wyd. Marginesy, ale za to z 40% rabatem, a Bielecki to egzemplarz recenzencki. Już nie mogę doczekać się spokojnego dnia, kiedy będę mogła zasiąść z książką i przenieść się w inny świat, tym bardziej, że marcowa pogoda bardzo temu sprzyja. Póki co podczytuję jakieś inne książki, ale tylko podczytuję, bo jakoś czasu mało, a jeśli już, to sen morzy. 

Zamówiłam sobie również trzecią część Ove Logmansbo (teraz już wiadomo, że chodzi o Remigiusza Mroza) „Prom”. Cała ta sytuacja mnie lekko zaszokowała i przyznaję, że troszkę zniesmaczyła, bo kupiłam wcześniejsze tomy „Enklawa” i „Połów” sugerując się jedynie tym, że lubię skandynawskie klimaty (tu dodatkowo Wyspy Owcze w tle). Teraz po ujawnieniu się prawdziwego autora jakoś nie wiem co mam myśleć. Nie jest to już dla mnie wiarygodne, mimo, że nie znam jeszcze twórczości Pana Mroza (choć na półce czeka trylogia z komisarzem Frostem). Czytałam w necie, że jego książki wciągają, że ma lekkie pióro i talent do poruszania sie w różnych gatunkach, wszystko jeszcze przede mną. Oceniać jego zabiegu z ujawnieniem prawdziwej tożsamości nie będę – był w tym na pewno jakiś cel i nie sądzę, żeby autor chciał czytelników oszukać i do siebie zrazić. Wyszło natomiast jak wyszło. Różnie.

Oczywiście zamówiłam sobie też nowego Nesbo „Pragnienie” no bo jakżeby inaczej :) Teraz tylko czekam na premierę i na wolny czas, by czytać te wszystkie zaległe stosy ;) Pozdrawiam Was.

o kobietach …

„(…) dla mnie najbardziej podniecające jest nie ciało kobiety, lecz jej nagość. Nie, nie, to nie to samo, panowie. Można by powiedzieć, że ciało jest tylko kształtem nagości, jak promień jest kształtem światła, a nasze przemijanie kształtem czasu. I tak dalej, i tak dalej. Jeśli ciało kobiety jest jej siłą, to nagość jest słabością. Otóż wiedz, hrabio, że kobieta nie wstydzi się swojego ciała przed tobą, wstydzi się swojej nagości. No, mój drogi, ja też cokolwiek znam się na kobietach. Ciało kobiety nie potrzebuje się bronić wobec ciebie, ono cię zniewala, ono z samej natury ma nad tobą przewagę. Z samego tego, że go musisz pożądać, boś skazany na pożądanie, bierze się jego wyniosłość wobec ciebie. Natomiast nagość jest bezbronna, jest nie od siebie, lecz od ciebie zależna. Jest ufnością wobec ciebie, niepewną, zlęknioną ufnością. Jest stawaniem się kobiety w tobie, w twoich oczach, w twoim pożądaniu, bo nagość nie istnieje sama w sobie, istnieje tylko wobec ciebie. Ty dopiero obnażasz tę nagość w kobiecie. Jest ona jakby objawieniem się jakiegoś bólu, jakiejś tajemnicy jedynej, niepowtarzalnej, która się tobie z ufnością powierza, jest zdaniem się na twoją łaskę, na twoją wyrozumiałość, na twoje wzruszenie, na twoją z nią jedność. Czujesz się jej dopełnieniem. I to jest właśnie piękne, to jest ta prawdziwa rozkosz, jaką kobieta może cię obdarzyć. Lecz nie przypuszczacie, jak łatwo tę nagość w niej zranić.” 

Wiesław Myśliwski (z książki „Pałac”)

Oto jak prawdziwy mężczyzna myśli o kobiecie.