„Kim Jiyoung urodzona w 1982” Cho Nam-Joo

„Było wiadomo, że gorący, świeżo ugotowany ryż nakładano w ustalonej kolejności: najpierw ojciec, syn i babcia; najlepsze kawałki tofu, kształtne pierogi i paszteciki należały się bratu, dziewczynki jadły te, które się rozpadły. On miał komplet pasujących do siebie pałeczek, skarpetek, kalesonów i tornister z pudełkiem na drugie śniadanie, dziewczynki zaś musiały się zadowolić tym, co akurat było pod ręką. Gdy do dyspozycji całej trójki były dwa parasole, dziewczynki szły pod jednym. Jeśli mieli dwa koce, dziewczynki spały pod jednym. A jesli to były dwa smakołyki, dzieczynki musiały podzielić się jednym. Małej Jiyoung nie przyszło nigdy do głowy, że brat cieszy się specjalnymi względami, więc nie była zazdrosna. Tak już było. Czasami podejrzewała, że coś nie jest w porządku, lecz była przyzwyczajona do racjonalizowania sytuacji: skoro jest starsza, potrafi się dzielić z młodszym bratem, a ponieważ ma jeszcze siostrę, to obie jako dziewczynki się ze sobą dzielą. Matka Jiyoung chwaliła je, że opiekują się bratem i że nie rywalizują o miłość. Powtarzała, że to zapewne dzięki dużej różnicy wieku. Im bardziej je chwaliła, tym Jiyound trudniej było się skarżyć”.

Teraz Kim Jiyoung ma 33 lata, męża i córeczkę. Wydawałoby się, że jej życie jest normalne, jak każdej innej młodej matki. Ale zbliżają się święta z okazji plonów Chuseok i trzeba udać się do teściów na uroczysty obiad. A tam dzieje się z Jiyoung coś dziwnego. Zaczyna uważać się za kompletnie inną osobę, mówi jak ktoś inny, zupełnie zatraca się w kompletnie obcej osobowości, no i przede wszystkim zachowuje się nieuprzejmie, co nie jest mile widziane. I to byłoby na tyle jeśli chodzi o fabułę, bo możemy się domyślić, że coś z psychiką kobiety jest nie tak i zastanawiać się skąd nagle takie zmiany.

Dalsza część książki to przywoływanie wspomnień i ukazanie dorastania małej Jiyoung w patriarchalnym świecie, co widać już na przykładzie cytatu, jaki zamieściłam na początku. Życie w Korei dla dziewczynek nie jest życiem łatwym. Kontrola narodzin, niesprawiedliwości w szkole i pracy, traktowanie dziewczynek, a potem kobiet, jako kogoś gorszego, na drugiej pozycji, nie mającego szans na dobre wykształcenie i dobrą pracę są tu na porządku dziennym. Sytuacja, kiedy nastoletnia Jiyoung jest zaczepiana wieczorem na przystanku przez mężczyznę wyzwala w rodzicach dziewczyny tylko pytania: „Dlaczego masz korepetycje tak daleko od domu? Po co rozmawiasz z obcymi? Dlaczego nosisz taką krótką spódnicę?”. Wywołane słowami ojca poczucie winy mogłoby poskutkować tym, że Jiyoung zaczęłaby żyć w lęku, ale napotkana przypadkowo kobieta, która na tym przystanku niejako pomogła jej dzwoniąc po ojca dziewczyny mówi „To nie twoja wina. Na świecie jest znacznie więcej dobrych facetów”.

Edukacja i wyzwalanie w kobiecie poczucia własnej wartości i własnej siły, nie robienie z niej wiecznej ofiary, sprawiedliwe traktowanie to ważne kwestie, które są poruszone w tej książce, ale…. w jakiś, mam wrażenie, niezdarny sposób. Nie znam Korei i nie wiem zbyt wiele o tym kraju. Wiem jedynie, że prawa kobiet na całym świecie są łamane i każdy kraj boryka się z tego typu problemami. Więc czy ta książka jest przełomowa dla Korei Południowej? Być może dla mieszkanek tego kraju tak, dla mnie to nic nowego. Autorka pokazuje, że jej bohaterka mimo, iż była wzorową studentką, nie mogła odbyć normalnego stażu w żadnej dobrej firmie, a kiedy urodziła dziecko, musiała zrezygnować ze swojej pracy, którą wreszcie znalazła, bo taki jest obowiązek kobiety. Nic dziwnego, że rzeczywistość staje się dla niej trudna i odbija się na psychice, bo przecież kiedy chce się normalnie żyć, a nie można, wówczas człowiek kisi się i i dusi w tym wszystkim.

Byłaby to lepsza książka, gdyby nie jej forma, która męczyła mnie okrutnie, szczególnie w drugiej połowie (książka ma tylko 165 stron), kiedy autorka do powieści wrzuca „reportażowe” suche wstawki ze statystyk czy badań. Ni w pięć ni w dziewięć nie trzymało mi się to kupy, wręcz przeszkadzało, choć zamysł w tym jakiś był. To taka powieść, o której niestety szybko się zapomina, a szkoda, bo tematyka ważna i na pewno można z niej wyciągnąć wiele tematów do dyskusji. Niemniej jednak, nie jestem za bardzo do niej przekonana.

„Kim Jiyoung urodzona w 1982” Cho Nam-Joo, tłumaczenie z ang. Joanna Sobesto, wydawnictwo Mando, 2021

„Niebieska księga z Nebo” Manon Steffan Ros

„Czy to nie brzmi strasznie? Kres? Utrata wszystkiego i wszystkich, rozpad społeczeństwa, świat w ruinie? Nigdy wcześniej nie byłam tak zadowolona z życia. Na poczatku miało się wrażenie upadku- brak pomocy, opieki, wsparcia, niepewność co do podstawowych rzeczy: zdrowia, jedzenia, domu. Teraz nie ma miejsca na troske o cokolwiek innego, a dzięki zmęczeniu prawdziwą pracą właściwie nie ma też możliwości, żeby przewracać się w łóżku, nie mogąc zasnąć ze zmartwienia. Wszystko jest teraz takie proste, tak łatwo wszystko kochać. […] I jeszcze to, że dostrzega się urodę świata. Teraz jest bardziej piękna niż przed Kresem. Albo i nie. Nic się nie zmieniło, to tylko my przejrzeliśmy na oczy”.

To jedna z piękniejszych książek wydawnictwa Pauza, jakie czytałam i wiem, że podobnie jak „Dorośli” Marie Aubert, zostanie ze mną na dłużej. Tę króciutką powieść walijskiej pisarki, bo zaledwie 140 stronicową pochłonęłam bardzo szybko i od razu chcę na świeżo o niej coś napisać.

14 letni Sion mieszka z matką i małą siostrzyczką Dwynwen w domu na odludziu walijskiego miasteczka. Kilka lat temu nadszedł Kres i pojawiła się Chmura. Właściwie wszyscy ludzie zginęli. Rowenna i jej syn Sion przezornie, jeszcze przed Kresem, zaopatrzyli się we wszelkie możliwe produkty potrzebne do przetrwania: zapasy jedzenia, jakieś leki, nasiona roślin, warzyw, sprzęt ogrodniczy itp. Matka przeczuwała, że kiedyś im się to przyda, że normalne życie kiedyś się skończy. Wystarczyło, że nagle wszędzie wyłączono prąd, nastąpił wybuch w elektrowni jądrowej, z okolicznych lasów odleciały wszystkie możliwe ptaki i nadciągnęła Chmura. Wszystko trwało bardzo krótko, ale konsekwencje okazały się straszne. Niemniej jednak oni przetrwali. Postanawiają kraść. Skoro z opuszczonych domów i tak nikt nie korzysta zabierają z nich potrzebne sprzęty, jedzenie, walijskie książki, a nawet werandę, a w przyniesionym z jakiegoś domu niebieskim notesie zapisują swoje wspomnienia: ona, te które ma z życia sprzed Kresu, a on teraźniejsze odczucia.

Konfrontacja tych dwóch „żyć” jest niezwykła. Oczywiście poznajemy dobrze bohaterów, głównie dzięki wspomnieniom Rowenny, która pisze o swojej młodość i życiu przed Kresem. Ale co ważniejsze, to świetnie przedstawione są tu różnice między potrzebami człowieka w momencie, kiedy miał dostęp do wszystkiego, i teraz, kiedy tych rzeczy po prostu nie ma. Bardzo mi się podobały obserwacje Siona, który jak na swój wiek jest niezwykle mądry i widzi naprawdę bardzo dużo. Dojrzewa we wspaniały sposób ucząc się dużo więcej, niż gdyby chodził do szkoły. Zadziwia go, jak w życiu sprzed Kresu (które niewiele pamięta, bo był mały) ludzie mogli się ot tak mijać na ulicy, obojętnie, bez słowa przywitania. Teraz, gdyby zobaczył człowieka skakałby z radości, zaprosił go do domu, nakarmił. Nikt tego wcześniej nie doceniał. Albo teraz, kiedy sam uprawia warzywa, jest mu żal je jeść, bo widzi ile trudu i czasu trzeba, by wyrosła marchewka czy ziemniak. Jakże łatwo wcześniej było zjeść mięso, które było w sklepach? Teraz trzeba zastawić pułapkę, by złapać zająca, wiewiórkę, albo szczura, a potem jeszcze go oskórować i ugotować. Teraz trzeba zabić.

Ta historia świetnie pokazuje jak kształtujemy swój charakter, jakie jest naprawdę życie, jak bardzo trzeba cenić drobiazgi i rzeczy, na które zwyczajnie nie zwracamy uwagi. Jest też o tym, jak przewartościowuje się nasze życie w obliczu tragedii, nieodwracalnej zmiany, czegokolwiek, co wywraca nam rzeczywistość. Ta opowieść weryfikuje też zasadność ludzkich lęków i obaw. „Kiedyś bałam się, czy będę w stanie zapłacić w warsztacie rachunek za przegląd albo, że dżinsy są za ciasne, albo że wyglądam staro. Teraz boję się o zbiory ziemniaków i marchewki, boję się złych ludzi, którzy mogliby tu przyjść i nas okraść, albo że na przykład zginę a Sion i Dwynwen będą musieli radzić sobie sami. Boję się też tej pustki dookoła. Wszelkie ślady życia znikły z krajobrazu – żadnych świateł, żadnego dymu.”

Tylko czy, jeśli w końcu pokażą się te światła, ten dym, to człowiek się tak naprawdę ucieszy? Zatęskni za dawnym życiem czy może wyzwoli to w nim strach przed odebraniem wolności? Świetna powieść. Prosto napisana, ale mądra i zostająca w pamięci.

Dodatkowo, sporo przypisów związanych z Walią, z książkami w języku walijskim i ich autorami (przywołanymi w powieści) oraz z tym „dziwacznym” językiem. Dzięki autorce zaczęłam „googlować” miejsca takie, jak Nebo, Gwynedd, Anglesey, o których w ogóle nie słyszałam :-) Polecam.

„Niebieska księga z Nebo” Manon Steffan Ros, tłumaczenie Marta Listewnik, wydawnictwo Pauza, 2020.

„Za nami wszystkimi” Marcin Dudziński

Trzecia, ostatnia część trylogii „Profanum” autorstwa Marcina Dudzińskiego znów bardzo mi się podobała. Mocny kryminał trzymający cały czas w napięciu z zaskakującą końcówką. Po „Przeciwko bratu” i „Z moich kości” to świetna kontynuacja losów braci: Jerzego (komisarza policji w Częstochowie, ostatnio zaginionego) i Stanisława (biskupa częstochowskiej katedry, siedzącego w areszcie za molestowanie kobiet) Walterów. Obaj mają ze sobą na pieńku, stoją po przeciwnych stronach mocy. Jeden jest po stronie dobra, drugi ma zło we krwi. Policjant osądzający własnego brata cierpi z powodów osobistych. A biskup, który powinien czcić to, co święte i mieć nieskalane krwią ręce i niestety działa na przekór zasadom. Współpracuje z seryjnym mordercą Rzeźnikiem, który od pierwszej części trylogii grasuje w Częstochowie i popełnia makabryczne zbrodnie.

W ostatniej części Rzeźnik znów atakuje. Tym razem zwłoki zamordowanej kobiety zostają powieszone niczym na krzyżu na figurze Chrystysa znajdującej się niedaleko trasy DK 1 w Częstochowie. Jest 21 grudzień 2015r., po upalnym lecie nadchodzi okres świąteczny, jest śnieg i mróz. Dwóch pracowników pobliskiego marketu budowlanego idzie do pracy. Przechodząc obok pomnika Chrystusa doznają szoku. I to jest pierwsza scena z książki „Za nami wszystkimi”. Kolejne rozdziały to opowieść o tym, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej. Dopiero w finale czytelnik dowie się kim była zamordowana kobieta i jakie to będzie miało konsekwencje dla bohaterów.

Z poprzedniej części wiemy, że komisarz Jerzy Walter zaginął. Policja prowadzi śledztwo w sprawie morderstw Rzeźnika (nadal nie wyjaśnionych), którego nie ujęto, no ale musi również odszukać komisarza. Naczelnik Marek Marczuk, najbliższy przyjaciel Jerzego trafi na pewne ślady. Własne śledztwo prowadzić będzie też prokurator Edyta Lichota, którą przysłano z Warszawy do tej, według niej, „prowincjonalnej” dziury jaką jest Częstochowa. Jako, że sama mieszkam w Częstochowie zdenerwowało mnie jej podejście, ale z drugiej strony, nie ma się co dziwić porównując moje miasto do stolicy. W każdym razie, jest to fajnie pokazane na przykład w pewnym dialogu między komendantem, profilerem, a panią prokurator właśnie:

„[…] Pali pan? – Rzuciłem lata temu, po przeprowadzce na Śląsk. Tamtejsze powietrze daje podobny efekt. – Chciał pan chyba powiedzieć tutejsze – poprawiła go Lichota. Na twarzy profilera pojawiło się szczere zdumienie. – Właśnie dokonała pani prokurator największej obrazy tego miasta, a mieszkańców spoliczkowała tak mocno, że aż się dziwię, że jeszcze nie idą na nas z kosami! Pan komendant się pewnie ze mną zgodzi – wywołał Kruppa do odpowiedzi. – To prawda. Żadne z nich hanysy. Czestochowa nie ma wiele wspólnego ze Śląskiem, poza województwem oczywiście. – To z czym ma? Bo chyba nie z Bogiem, mimo oczywistych skojarzeń. – Właściwie to nie wiadomo – odparł Krupp. – Mówią, że z Wieluniem, Zawierciem, Krakowem. Parę dni temu czytałem nawet o tym artykuł. Językowo czerpią z kilku gwar naraz. Mają nawet swoje określenie na to, co teraz robimy. Powiedzieliby, że popychamy pierdoły – stwierdził tonem belfra profiler. Ale najbliżej im chyba jednak do Krakowa. Wyżyna, Jura…. – Dziura, a nie Jura raczej – odpowiedziała prześmiewczo. […]”

Nie mogę zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły, bo jak to w kryminale akcja pędzi i wszystko jest ze sobą powiązane. Powiem tylko, że pani prokurator ma też swoje za uszami, choć robi z siebie twardą babkę, postać biskupa Stanisława już nie będzie tak silna, jakby mu się mogło wydawać, mimo, iż opuści on areszt i wróci do miasta, Ktoś będzie pożądał władzy bardziej niż biskup i nie będzie to Rzeźnik, który prawdę mówiąc działa tylko na zlecenie. Czy Jerzy Walter się odnajdzie? Kim naprawdę jest Anna Sztern i dlaczego to od niej wszystko się zaczęło? Dlaczego poznana w pierwszej części Alicja Drylska wróci do Częstochowy? Jak w tym wszystkim odnajdzie się Marczuk?

Wiem, że te nazwiska nie mówią nic osobom, które nie czytały poprzednich dwóch tomów, no ale tylko tak można je poznać – czytając trylogię od początku. Finał „Za nami wszystkimi” nie daje szans na kontynuację, myślę, że zakończenie jest takie, jak powinno być. Wszystko się wyjaśnia i nie byłoby sensu na siłę ciągnąć wątków w kolejnej części. Zresztą, jak sam autor w „Podziękowaniach” nadmienił „Walterowie już nie powrócą. Nawet oni nie daliby rady”.

Podobało mi się tu napięcie i sprawnie poprowadzone historie bohaterów, które się dobrze ze sobą łączyły. Zło jakie dzieje się w Kościele niestety jest tu mroczną częścią historii. Zło również jest w człowieku, co dobrze widać po niektórych wykreowanych postaciach, które autor interesująco przedstawia, wracając do ich dzieciństwa i pokazując, skąd to zło mogło się wziąć i jakie przeżycia mogą doprowadzić do tego, jakim człowiek staje się w przyszłości.

Świetne zakończenie historii, z przyjemnością śledziłam akcję dziejącą się w dzielnicach mi znanych, na ulicach i w miejscach, którymi sama chodzę. Żal, że już koniec, choć faktycznie nie były to łatwe w odbiorze emocjonalnym książki. Jest tu mrok, „ciemność” taka w przenośni dotycząca ludzkiej duszy, brutalność i strach. Kryminały rządzą się swoimi prawami, więc tak to wygląda, ale warto, jeśli lubicie ten gatunek.

„Za nami wszystkimi” Marcin Dudziński, wydawnictwo Czarna Owca, 2021

„Dziewczyna, kobieta, inna” Bernardine Evaristo

To jest fantastycznie napisana powieść. Początkowo miałam z nią problem. Brak znaków interpunkcyjnych, poza przecinkami czy pytajnikami, brak dużych liter i nie wyszczególnione dialogi, sprawiały mi trudność w czytaniu. Ale… okazało się, że to tylko kwestia przyzwyczajenia. Po kilkunastu stronach, zupełnie przestała mi przeszkadzać struktura powieści, jej wygląd, zdania, które powinny być w jednym wersie, a są w trzech. Wszystko to uwypukla tylko wyjątkowość tej powieści. Czyta się to tak płynnie, tak szybko i z zachwytem dla języka, który jest tu bardzo bogaty, pełny „odcieni”, emocji, a także zwięzłości, celności i puent. Ewidentnie to lekkie pióro Bernardine Evaristo, ale również ogromny talent tłumaczki: Agi Zano, która naprawdę (choć nie znam oryginału) zrobiła z tą powieścią coś niebywałego. Uważam, że język niewątpliwie jest tu ogromnym atutem. Jest piękny, bywa potoczny i prosty, świetnie ukazując różnice kulturowe bohaterów i bohaterek, ich pochodzenie czy przynależność do danej struktury społecznej.

„Dziewczyna, kobieta, inna” to książka opowiadająca historie dwunastu kobiet. Ich życia tętnią, ich problemy są ważne i poważne, ale przede wszystkim uniwersalne. Pochodzenie etniczne, rasa, kolor skóry, przynależność klasowa – to główne kwestie poruszane w tej powieści. Czasem miałam wrażenie, że jest tego za dużo, tak jakby autorka zebrała wszystkie możliwe i istniejące na świecie problemy kobiet i wrzuciła do jednego wora. Ale, czy faktycznie tak należy na to patrzeć? Wydaje mi się, że jednak ważnym jest tak duże skondensowanie tych wszystkich problemów w jednym miejscu, bo to pokazuje czytelnikowi o co tak naprawdę człowiek powinien walczyć i jak się czuje, gdy na jego drodze pojawiają się bariery związane z kolorem skóry czy pochodzeniem. Same bohaterki (których imion już nawet nie pamiętam) nie są tu chyba aż tak istotne, choć gdyby o każdej napisać osobną książkę, to każda z nich byłaby na pewno bardzo ciekawa. Myślę, że bardziej należy się skupić na opisanych przez nie traumach, niesprawiedliwościach, traktowaniu – tak przynajmniej ja to odbieram.

Każda z kobiet, nieważne w jakim jest wieku i na jakim etapie życia, boryka się tu z czymś, co każe jej walczyć o siebie. Jedna w wieku trzynastu lat przeżyła gwałt zbiorowy, inna (lesbijka) była w toksycznym związku, który dusił ją do granic możliwości, inna (z racji tego że jest kolorową kobietą) walczyła przez wiele lat, by wyreżyserowany przez nią spektakl „Ostatnia Amazonka Dahomeju” (zresztą symbolicznie ważny dla każdej kobiety – wojowniczki) został wystawiony w londyńskim The National, jeszcze inna z kolei dorasta i szuka własnej drogi, uczy się czym jest tożsamość seksualna, walczy o prawa osób niebinarnych czy nieheteronormatywnych, a jeszcze inna próbuje nauczyć swoje dzieci odwagi, by przestały się bać tego, że są „kolorowe”. Są tu matki, córki, kochanki, babki, które tworzą wspólnotę dziewczyn, kobiet, innych. One pragną być kochane i akceptowane, i mieć pełne poczucie własnej tożsamości i wartości, w którym kolor skóry przestaje być istotny. To co tu jest bardzo ważne to „czarne braterstwo i siostrzeństwo”. Ale nie tylko historie kobiet są tu obecne, jest też opowieść o Rolandzie, kolorowym geju, który uważa, że „niby dlaczego to on miałby dźwigać na swych barkach ciężar reprezentowania tej tożsamości, skoro ona i tak będzie mu jedynie kulą u nogi? od białych oczekuje się tylko, że będą reprezentować samych siebie, a nie całą swoją rasę”.

Podobało mi się, że wszystkie te historie w jakichś malutkich szczególikach łączą się ze sobą i tak naprawdę można by uznać, że ta powieść jest zwyczajnie o aktualnym społeczeństwie, o CZŁOWIEKU. Możemy go nazywać transpłciowym, lesbijką, gejem, transkobietą, transmężczyzną, sychnogenderem czy polygenderem, ale za każdym razem jest to człowiek, istota ludzka, której należy się po prostu szacunek. „o, być jedną z uprzywilejowanych tego świata, którzy za coś oczywistego biorą swoje prawo do surfowania po całym globie, niezakłócenie, niepodejrzanie, z poszanowaniem”.

Ważnym tłem jest Londyn czy inne miejsca a Wielkiej Brytanii. Opisy ulic, spelunek, klubów, sklepów, squatów, wszystko to jest idealnie wpasowane w historię, co czasem dodaje mroku psychodelii a czasem też schronienia przed złem tego świata.

Świetnie przedstawiony świat, pełen różnych hierarchii, brudu i kontrastów, a z drugiej strony pełen życia, pulsujący wręcz siłą i różnorodny tak bardzo, jak tylko mógłby być, gdyby nie był tłamszony przez władców naszego świata, którzy kwestie tolerancji, rasy, tożsamości seksualnej, wyznania, upychają w najgłębsze czeluście, lub pałują, bo zwyczajnie boją się inności, chcąc władzy nad zerojedynkowym światem, który przecież nigdy taki nie był i nie będzie.

„Dziewczyna, kobieta, inna” Bernardine Evaristo, tłumaczenie Aga Zano, Wydawnictwo Poznańskie, 2021

„Koniec świata, umyj okna” Agnieszka Jelonek

„Gorąco spadło nagle. Płonęły ręce i nogi, całe ciało pokryło się cienką warstwą potu, do płuc przestało dochodzić powietrze. Leciałam w tył, zawsze w tył, i nie mogłam obejrzeć się za siebie, jak żona Lota. Najstraszniejsza karuzela świata właśnie zaczynała swój przejazd. Nie, kochani, już nie można się wycofać, już jesteście na pokładzie, będzie płacz i zgrzytanie zębów, będzie to, czego najbardziej się boicie: bezwładność i brak kontroli. Wszystkie atrakcje zapewniamy w nadmiarze, nikt z własnej woli do nas nie przychodzi. Strasznie wesołe miasteczko samo musi szukać chętnych. Zapraszamy do ataku paniki. Nasi klienci myślą, że umierają, i czują, że umierają. Prawda jest taka, że przy każdym ataku trochę umierają. Atak paniki to doskonała rozrywka zarówno dla samotników, jak i dla grup zdezorganizowanych Pasuje do szefa, pracownika firmy, do ambitnego licealisty i szalonego przedszkolaka. Kto nie spróbuje, nigdy nie pożałuje”.

To nie jest chyba książka dla wszystkich. Ludzie, którzy nigdy nie chorowali na nerwicę lękową mogą nie zrozumieć treści tak, jak ci którzy są we władaniu strachu. Różnorakiego. Nie muszą to być od razu ataki paniki, ale na pewno ci z nas, którzy takie miewali, odnajdą się w tej zaledwie, nieco ponad stustronicowej, opowieści. A czy w naszych czasach, choćby przy aktualnej pandemii, kiedy rzeczywistość co rusz zmienia się o 180 stopni i zagraża naszemu bytowi, jest ktoś, kto nie miewa stresów czy epizodów lękowych? Podejrzewam, że sporo z nas. Ja również, tyle, że u mnie nerwica lękowa występuje właściwie od dzieciństwa. Znam jej podłoże. Nie zawsze wiem jak z nią walczyć. A co jest w niej najgorsze? To, że brakuje wewnętrznego spokoju. Co do ataków paniki, miałam dwa, ale z reguły nie miewam ich, co nie znaczy, że nie utożsamiam się z odczuciami autorki. To dlatego sięgnęłam po tę książkę. Nie, by znaleźć lekarstwo (bo jego tu nie ma) a jeśli jest cokolwiek, co mogłoby być jakąś poradą, to ja już takie rady znam i stosuję (choć nie zawsze z dobrym skutkiem).

Połowę książki czytało mi się świetnie, drugą połowę nieco ciężej, bo poplątane wyrywki z życia bohaterki, opisy i uczucia z różnych kontekstów, sytuacji, nie wiążące się ze sobą jakoś chronologicznie lekko zaburzyły mi odbiór. Może tak miało być? a może zwyczajnie autorka przedobrzyła i nie „pykło”? Końcówka za to do mnie trafiła. Nie wiem jakie są wrażenia innych czytelników, ale ja mogę powiedzieć, podsumowując, że ogólnie podobało mi się. Odnalazłam tu siebie w pewnym sensie, może nie aż tak dosadnie jak bohaterka, ale poczułam, że nie tylko ja miewam wrażenie, jakby świat się czasem oddalał, a w piersiach zaciskał się węzeł i nie pozwalał na zaczerpnięcie oddechu i racjonalne myślenie.

„Co powinnam zrobić, żeby ktoś mnie uratował? Chciałam, żeby mnie zobaczyli, i chciałam, żeby nikt mnie nie widział”. Jakże znane mi odczucie. Albo to: „Codziennie miałam nadzieję, że obudzę się jako dziecko, będzie weeekend i mama przyniesie mi kakao. Kiedy kolejny raz okazywało się, że nadal jestem dorosła, dzwoniłam do mamy, a ona pytała, czy wszystko w porządku córeczko. I nawet miałam na końcu języka coś, co musiałoby brzmieć jak „ratuj mnie”, więc jasne że tego nie mówiłam […]”. Wiele tu takich wersów, które jakby były wyjęte z mojej głowy. Agnieszka Jelonek pisze płynnie, celnymi zdaniami, krótkimi puentami, które dają „po głowie”.

Jej bohaterka Alicja oczywiście chodzi do terapeutki, ma też męża, z którym nie bardzo się układa, wspomina swoje życie, kiedy to była „zwierzęciem nocnym” i sporo imprezowała, wspomina swojego chłopaka i piękne plaże, na których spędzała beztroski czas, opowiada o przyjaciółce, z którą wybierają się na spotkanie autorskie z norweskim pisarzem w Brukseli, w końcu zapisuje się na warsztaty dla wolontariuszy, którzy będą pracować z uchodźcami. Chce robić coś co da jej poczucie sensu, bo ataki paniki to poczucie odbierają. Jak mówi: „Robię n o r m a l n o ś ć, ale ona się wykrzywia”. Nic nie jest łatwe, wszystko trwa w oczekiwaniu na Te Stany, które wytrącają z życia. I „te stany” są tu świetnie opisane. Alicja próbuje też zrozumieć ten swój koszmar, skąd się wziął, dlaczego i kiedy przyszedł, jakie są przyczyny tych zaburzeń no i przede wszystkim co zrobić, by móc normalnie funkcjonować. Ale przecież, jak powie pewna Czeczenka: „Nie da się wyzdrowieć z dnia na dzień”. Jak zatem żyć?

Dobra, choć momentami chaotyczna i zagmatwana, ale poruszająca ksiażka.

„Koniec świata, umyj okna” Agnieszka Jelonek, wydawnictwo Cyranka, 2021.

„Budzenie drzew” Joanna Domańska

„Kiedyś umiałam zaklinać zwierzęta. Umiałam to po niej. Przychodziły do nas z lasu. Dziadek umiał za to przerabiać je na mięso. Nawet nie musiał się specjalnie starać. Została mu strzelba po wojnie. Kupował naboje w mieście, w jedynym funkcjonującym tam antykwariacie. Jego kolega, który bardziej lubił książki niż przemoc, w imię przyjaźni importował je dobry Bóg raczy wiedzieć skąd i sprzedawał spod lady za dolary. Dziadek był łowcą od początku istnienia lasu. Polował na ludzi i zwierzęta. Kiedyś upolował babcię. To był strzał w dziesiątkę, bo potrafiła dobrze gotować i zarabiała pieniądze na boku. Była piękną kobietą, za którą oglądali się młodzi chłopcy, nawet jak już oficjalnie została babcią. Nie zsiwiała od tego. Nie zsiwiała w ogóle. Wręcz przeciwnie. Zabrała resztki energii, jaką miał dla niej Bóg i temperowała mój charakter lepiej, niż by to robiła matka. Pomagał jej w tym dziadek zwinną pięścią, a jak już się trochę postarzał i zaczął kuleć na jedną nogę, to wyciosał sobie laskę z gałęzi, którą sprawnie odmierzał uderzenia w zależności od humoru. Z czasem tracił pamięć i niebezpiecznie się zapędzał – nie rozpoznawał kto jest kim w tej opowieści. – Wypierdalaj, stara !- krzyczał. Albo: – Zabiję cię, ty parszywa niemiecka kurwo! – i to już nie było do mnie. To ewidentnie była ich wojna, w której broniła go prawie do końca. – Krzyczy z choroby – tak to tłumaczyła”.

Przepisałam cały krótki rozdzialik, by pokazać styl autorki, który mi się niezwykle podoba. Proste, krótkie zdania, choć dosadne i konkretne. Cała książka ma zaledwie 142 strony tekstu i składa się z takich właśnie krótkich rozdziałów, strzępków wspomnień i opowieści, którymi dzieli się z czytelnikiem bohaterka „Budzenia drzew”.

To kobieta, która po latach życia w mieście, do którego niegdyś uciekła, powraca do rodzinnej wsi, do żyjącej jeszcze babci, która ją właściwie wychowywała. Po co wraca. skoro nie ma stąd zbyt dobrych wspomnień? Może po to, by zrozumieć pewne rzeczy, by dojrzeć, by zrozumieć, co tak naprawdę ją ukształtowało, jako człowieka? I tak, jak w przywołanym rozdziale widać, że życie z dziadkami łatwe nie było. Dziadek nie był skory do okazywania uczuć w inny sposób niż pasem, babcia też nie była zbyt wylewna, a matka bohaterki z kolei porzuciła ją i wyjechała do Włoch.

Cała opowieść opiera się właściwie na przywoływaniu wspomnień z dzieciństwa, które pokazują czytelnikowi, jak toczyło się życie w tej niewielkiej społeczności pełnej przypowieści o, na przykład, zapadającej się w ziemię karczmie, a także pełnej ciekawych postaci, jak ksiądz kolekcjonujący święte obrazki, Jagusia hodująca psy na rzeź, wytapiająca z nich smalec, czy mieszkający niegdyś we wsi Żydzi wywiezieni przez Niemców do lasu na egzekucję na dziadkowym wozie.

Przede wszystkim wspaniałą bohaterką jest tu jednak babka: kobieta snująca się po gospodarstwie, nosząca w sobie ciężar wspomnień, nie wyrażonych uczuć, ale zachowująca siłę i trwająca jak nikt na swojej ziemi. Żyjące we własnym świecie, w symbiozie z naturą, czekająca na śmierć, która nie nadchodzi, budząca się z krzykiem w nocy, tak głośnym, że prawie budzą się drzewa… „Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ona jest wielkim, starym drzewem, które wrosło w to podwórko tak bardzo, że otoczenie stało się przedłużeniem jej życia”.

Wspaniała książka, pięknie napisana i pokazująca, że tak naprawdę nie możemy uciec od swoich korzeni, przeszłości, choćbyśmy nie wiem jak nowoczesne i odległe miasto wybrali. Zawsze będziemy mieć w sobie pewien bagaż, który powinnyśmy zaakceptować, ale to właśnie jest dojrzewanie, zrozumienie, że przemijamy, że nic nie jest wieczne… Nie wiem, ale ta książka dała mi do myślenia, nie wszystko umiem wyrazić. Wiem jedno, że czasem nie potrzeba 500 stron, by wyrazić piękno prawdy o życiu. I pomyśleć, że to debiut powieściowy autorki (wcześniej były tomiki poetyckie).

„Budzenie drzew” Joanna Domańska, Biblioteka Słów, 2021

„Klątwa Lucyfera” Krzysztof Bochus

„Lubił tę porę dnia, gdy na miasto spadała nagle zasłona ciemności, jak kurtyna spuszczona z uwięzi. Skrywała wszelkie brudy zacierała kształty, wyzwalała wyobraźnię spętaną nakazem stałej czujności. Wtedy czuł się wolny. Bez maski, która stanowiła jego drugie ja. Musiał ją nosić dla własnego bezpieczeństwa, dopóki nie spełnił swej misji. Tego wielkiego zadania, które rozgrzewało krew w jego żyłach. Nie rozumiał ludzi, którzy całą swoją energię rozmieniali na drobne: gapili się w telewizor, jedli, robili zakupy i wypróżniali się. „Zwykłe bezmyślne bydło, marnujące dar, jakim jest życie”- pomyślał nienawistnie. Z nim było inaczej. Chociaż nie od razu wszedł na właściwą ścieżkę. Potrzebował lat, aby ją dotrzeć w natłoku codzienności. Kim był w istocie? Przyszłym katem? Sędzią? Aniołem Zemsty? Uśmiechnął się. Na tym polegała właśnie jego siła – że tylko on znał odpowiedź na to pytanie”.

Krzysztof Bochus, autor dwóch poprzednich książek z dziennikarzem Adamem Bergiem „Lista Lucyfera” i „Boski Znak”, po raz kolejny wykazuje się ogromną wiedzą historyczną. To najbardziej lubię w jego książkach. Intryga kryminalna, umysł psychopatycznego szaleńca, którego myśli poznajemy w kilku odsłonach w książce, czy życie osobiste Adama Berga, który miota się tym razem między uczuciem do Miłki (z którą jest od niedawna) a pożądaniem do tyle co poznanej lekarki, nie były dla mnie AŻ tak interesujące, jak właśnie to tło historyczne. Zawsze po lekturze książek Krzysztofa Bochusa (czy to tych z serii z Bergiem, czy wcześniejszych z Abellem) mam chęć wybrać się do miasta, w którym dzieje się akcja. Tam zawsze jest coś niezwykle ciekawego. Zawsze cofamy się do jakiegoś roku/ wieku i czytamy od sytuacjach / detalach, które wtedy miały miejsce czy były istotne. Tu jest również tak, jak sądziłam, że będzie.

Jesteśmy w Chełmnie na Kujawach, a konkretniej w klasztorze sióstr szarytek. Od razu googlowałam go w internecie, aby obejrzeć architekturę, móc sobie lepiej przyswoić miejsce akcji opisywane w książce, czy zobaczyć figurę Chrystusa, o profanacji której jest tu mowa. Zresztą sami możecie spojrzeć / poczytać o tym klasztorze choćby tu na wikipedii, albo na tejże stronie. Pod tym drugim linkiem zobaczycie średniowieczną gotycką rzeźbę : „Wyobrażenie głowy św. Jana na Misie”. To ona w „Klątwie Lucyfera” zostanie skradziona. I to dlatego przeorysza klasztoru zadzwoni do Berga, który już znany jest ze swoich śledztw związanych z odzyskiwaniem różnych historycznych skarbów, aby pomógł jej w odzyskaniu rzeźby.

Jak to w kryminale bywa nie skończy się na tej kradzieży. Będą się działy rzeczy różne. Czyjeś życie będzie zagrożone, czyjeś odebrane, a klasztorny moloch okaże się być miejscem skrywającym wiele tajemnic. Berg swoją dociekliwością i sprytem będzie powolutku próbował rozwikłać różne, dziwne sprawy, ale nie będzie to proste. Jak zawsze trzeba będzie ścigać się z czasem. W tak zwanym międzyczasie, dylematy sercowe Berga będą kwitły. Trochę tym razem irytowało mnie jego zachowanie, wystarczy, że Miłka na chwilę się od niego odsunie (bo ma swoje powody, o których mówić nie może), a ten już przestaje myśleć głową, a zaczyna czym innym (oczywiście cały czas zastanawiając się, co robić i wahając się… żeby nie było, że od razu zdradza, ale jednak…. kawalek cycka wystarczy… ech, to postrzeganie kobiet podparte niby zauroczeniem umysłem).

No ale.. ogólnie jest dobrze. Przeczytałam z przyjemnością, dostarczyło mi to sporej dawki rozrywki, luzu ale też wiedzy. Akcja toczyła się szybko, czytało mi się w napięciu. Z ciekawostek: przez chwilę pojawia się Chorwacja, do tła książki „przedostaje się” koronawirus, klasztor zostaje objęty kwarantanną, robi się niebezpiecznie i dziwnie, a jedna zakonnica słucha Darii Zawiałow. No i tak to. Fajny kryminał, jak zawsze. Lubię książki Bochusa z Bergiem w roli głównej, ale bardzo tęsknię za radcą Abellem i wachmistrzem Kukulką.

„Klątwa Lucyfera” Krzysztof Bochus, wydawnictwo Skarpa Warszawska, 2021