„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha

572728-352x500Ta książka jest piękna. Czytałam ją dość długo, dawkując te krótkie rozdziały, wracając do niektórych, podczytując szczegóły, bo ze szczegółów się ten zbiór składa. Ni to eseje, ni to wspomnienia, ni to opowieści. Wszystkie dotykają życia i jego spraw. Czasem trudniejszych, jak polityka. Czasem po prostu zwyczajnych sytuacji. Tłem jest śmierć. A może nie tłem, może głównym tematem. Śmierć i odchodzenie. Bo kiedy umiera rodzic nie wiadomo co dalej. I co zrobić z tymi rzeczami, które pozostają? Zostawić? Wyrzucić? Jak to „m” z wyrazu „wyrzuciłem” na okładce, które jest w części obecne, a w części nie.

We wrześniu tego roku minęły 4 lata od śmierci mojej mamy. Dobrze znam opisany na końcu książki, wzruszający, niby stereotypowy dla lekarzy etap nazwany tutaj po prostu „TO”, w którym człowiek odchodzi. Ostatnie rozdziały, choć bardzo krótkie, były dla mnie dość trudne w lekturze. To finalne odchodzenie jest najtrudniejsze, bo nie da się go już zatrzymać. I z jednej strony myślisz sobie, okey, taka kolej rzeczy, lepiej niech już będzie koniec, a z drugiej: nie, jeszcze nie teraz, to za wcześnie. Wicha chyba też nie do końca umiał rozgraniczyć te myśli. Tak naprawdę się nie da tego zrobić. Ale to, czego dokonał w swojej książce, która otrzymała tegoroczną Nagrodę Nike, to cudowne zatrzymanie w kadrze obrazu swojej matki, opisanie tego kim była, przez pryzmat wspólnych wspomnień i jej rzeczy, które teraz musi uporządkować.

Z pozostawionych starych notatek, karteczek z zapiskami, przepisami, książek, jakie czytała, wyłania się obraz kobiety twardej, nieustępliwej, walczącej o swoje, lubiącej pokazać, że ona ma rację, może nieco szyderczej i krytycznej wobec syna czy innych ludzi z otoczenia, ale silnej i mądrej kobiety. Nie była pozbawiona wad, sam autor i inni bliscy nazywają ją „trudną osobą”: „Moja matka nie zostawiała maksym, złotych myśli ani przykazań. Zbyt ostrożna, żeby miała pierwsza występować z jakąś opinią, wybuchała w odpowiedziach. W reakcjach. W szyderstwach. Zawsze gotowa do interwencji, kiedy ktoś za bardzo się nadymał”. Podobało mi się jej ‚motto”, by zawsze być „zawadiacką liszką. Wesołą, pewną siebie liszką. Nie wychodzić z roli. Nie stroszyć. Nie użalać się nad sobą.  „Lepiej mnie zostaw w spokoju. Ze mną nie próbuj, bo stanę ci w gardle”. Słuszne podejście.

Ta książka ma tylko 183 strony, ale pokłady emocji są w niej nieprzebrane. Jedno słowo, jedno zdanie potrafi trafnie podsumować cały rozdział i pobudzić do myślenia. O tym, co można było zrobić, o ile miałoby się jeszcze czas… 

Wicha pisze tak lekko, ale jednocześnie mocno porusza struny wrażliwości. Mojej na pewno. Mówi, że „kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić”. Czy faktycznie tak jest? Myślę, że w moim przypadku jeszcze trochę tak. A rzeczy? „Pilot od telewizora. Pudełko z lekami. Miska do wymiotowania.” Czy one faktycznie pozwalają zachować jakiś ślad tego, że istnieliśmy? czy właściwie to tylko przedmioty, które będą się tylko kurzyć? To pozostawiam bez odpowiedzi.

Intymna książka o intymnym życiu zwyczajnej rodziny w Polsce, którym autor potrafił się tak pięknie podzielić. Dziękuję.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha, wyd. Karakter, 2017

Reklamy

„Kuba – Miami. Ucieczki i powroty” Joanna Szyndler

DSC04218

To jest pierwsza książka non fiction o Kubie, jaką przeczytałam. Wiele się słyszało o rządach Fidela Castro i jego Rewolucji Kubańskiej, która wybuchła w latach 50-tych przeciwko dyktaturze Fulgencio Batisty. Ten, w końcu obalony przez oddziały Armii Powstańczej pod dowództwem Che Guevary i komunistów, został zmuszony do ucieczki z kraju. W konsekwencji Castro wraz z Armią Powstańczą zajął Hawanę i w 1961 proklamował socjalistyczny charakter rewolucji. Kuba stała się jednym z najbardziej reżimowych państw, a Castro obalając dyktaturę Batisty, sam stał się kolejnym dyktatorem nazywając swój ustrój „zdyscyplinowaną demokracją”. Opinie są jednak podzielone. Jedni uważają Castro za bohatera, który sprzeciwiał się amerykańskim imperialistom, walczył z apartheidem i chciał szerzyć dobro, a inni za człowieka żądnego krwi, nacjonalistę, który sprowadził na mieszkańców Kuby nędzę i cierpienie. 

Książka „Kuba – Miami. Ucieczki i powroty” to zbiór opowieści spisanych przez autorkę w trakcie spotkań czy wywiadów z mieszkańcami Kuby i tymi, którym udało się opuścić wyspę, oraz rozmów z rodziną swojego męża Oscara (Kubańczyka).  Czego dotyczyły? Samego życia na Kubie, lub też może jego brakach. Bieda, wieczne podsłuchy, prześladowania, przymusy i zakazy zmusiły wiele osób do bardzo ryzykownych kroków. Tysiące ludzi opuszczało wyspę na tratwach, dętkach, czymkolwiek, byle dostać się na Florydę i tam uzyskać azyl.

Znana jest dobrze, opisana również tutaj, historia małego chłopca, którą żył świat. Elian, w 1999r, samotnie dopłynął na dętce do Ameryki, po drodze utopiła się jego mama i kilkunastu innych uchodźców. Amerykańskie prawo w latach 90-tych udzielało uchodźcom z Kuby azylu, jeśli zdołali sami dopłynąć do suchego lądu, jednak Elián został wyłowiony przez dwóch rybaków, którzy oddali go w ręce straży granicznej. Następnie zajęła się nim daleka rodzina jego matki, która jakiś czas temu uciekła z Kuby i otrzymała amerykańskie obywatelstwo. Władze kubańskie jednak upominały się o chłopca, ponieważ jego opiekunem prawnym po śmierci matki, był ojciec pozostający pod władzą reżimu Castro (rozwiedziony z matką Eliana). Niestety agenci federalni w 2000r. odebrali siłą dziecko i oddali w ręce władz kubańskich. Długo dywagowano, czy można sobie tak po prostu żonglować dzieckiem, no ale z racji tego, że chłopiec był za mały, nie mógł sam podjąć decyzji. Koniec końców, 15 letni już Elian Gonzalez sam  w 2008r. wstąpił do kubańskiego Związku Młodzieży Komunistycznej, z tego co wyczytałam. Bywa i tak.

Różne przypadki opisane są w tej książce. Niektóre ściskają za serce, inne zadziwiają, bo sporo osób jednak po ucieczce decyduje się na powrót na Kubę, mimo, iż udało im się dotrzeć do Miami. Częstym powodem powrotu jest tęsknota za pozostawioną na Kubie rodziną, przyjaciółmi, a często poczucie braku przynależności i obca ziemia, bo status uchodźcy zawsze pozostaje statusem uchodźcy. Nawet jeśli otrzymuje się obywatelstwo, pracę, mieszkanie, to ojczyzna – jaka by nie była – pozostaje gdzieś w tyle głowy, sercu, miejscem najważniejszym – przynajmniej dla większości opisanych w książce osób, które albo zdecydowały się na powrót, albo układają sobie życie w Miami, ale z nostalgią mówią o swoim kraju.

Mamy tu m.in. historię „marielitos” tych, którzy w nocy wypłynęli z portu Mariel. Czy udało im się dotrzeć do Florydy? Dodajmy, że w ciągu 72h wypłynęło około 3 tysięcy łodzi. Wielu wypłynęło pod przymusem Castro, bo potem okazało się, że byli to z reguły przestępcy i kryminaliści, których to niezłomny w budowaniu „dobrego” państwa Fidel chciał się pozbyć z kraju i przymuszał właścicieli łodzi, by brał ich na pokład. Autorka przywołuje przy okazji film „Człowiek z blizną”, z Alem Pacino w roli głównej. Film, który uwielbiam zresztą. „Tony Montana kradnie, morduje, uwodzi Michelle Pfeiffer, buduje królestwo narkotykowe. Śledczym w Miami mówi: „Nie jestem bandytą. Nie jestem puta ani złodziej. Jestem Tony Montana, kubański więzień polityczny. I żądam moich cholernych praw człowieka! Tak jak mówi prezydent Jimmy Carter. Jasne?” (genialna scena zresztą https://www.youtube.com/watch?v=kZgE_sUrXFY).

Reportaże Joanny Szyndler mówią o miłości do kraju, ale głównie o strachu, na przykład w historii o tzw. „Piotrusiach Panach”. Rodzice musieli wybierać: albo ich dzieci zostaną wcielone do wojska i będą musiały walczyć po stronie komunistów, będą mieć wyprane mózgi i utracą wiarę, możliwość wyborów i prawa, albo wyjadą, by żyć w wolnym kraju. Jest opowieść o drewnianym statku 13 de Marzo z uchodźcami, który został celowo zatopiony przez kubańskie holowniki, są opowieści o młodych ludziach, którzy nie mówiąc nic rodzinie wypływają pod osłoną nocy i ślad po nich ginie, a rodzina zamartwia się latami, czy przeżyli. Ale są też opowieści tych, którzy na Kubie żyli i żyć będą. Kubańskie osiedla, biedne bloki z dużymi balkonami, na których głównie toczy się życie, choć „chęć do życia miesza się z rozkładem”, imprezy urodzinowe organizowane na podwórkach, przesiadywanie na najsłynniejszej promenadzie hawańskiej – Malecon, opowieści o wolnym seksie, o piciu rumu, dojrzałych mango, graniu w domino (to wszystko robią też uchodźcy w Miami, gdzie utworzyli swoją Małą Hawanę) i wiele, wiele innych opowieści o życiu pod dyktaturą, przetykanych od czasu do czasu króciutkimi rozmowami autorki z mężem.

To bardzo interesująca książka, dobrze napisana, można się wiele dowiedzieć i poniekąd zrozumieć ten napis z okładki „Yo soy Fidel”. Trudne to wszystko, ale ważne, bo żyjemy w czasach, kiedy nie wiadomo, czego się spodziewać. A ludzkie, prawdziwe historie są ciekawsze niż najlepsza fikcja. Premiera dokładnie dzisiaj.

„Kuba -Miami. Ucieczki i powroty” Joanna Szyndler, wyd. Poznańskie 2018

 

„Ta, którą znam” Małgorzata Warda

576359-352x500To moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Udane. „Ta, którą znam” jest według mnie mieszanką powieści obyczajowej, psychologicznej i kryminału, a nacisk położony jest głównie na emocje odczuwane przez głównych bohaterów. Czyta się bardzo szybko, choć momentami jest to dość bolesna lektura. 

„Strach rozkładał nade mną swój parasol. Siedziałam w pokoju i słyszałam bicie swojego serca. Słyszałam szum krwi w uszach. Przed oczami znowu wszystko błyszczało jak miraż. Wypuszczałam powietrze drobnymi porcjami, oblewał mnie pot, przypominały mi się najgorsze rzeczy, które zrobiłam w życiu, dręczyły mnie dawne kłótnie z koleżankami, słowa wypowiedziane w złości, zabijane muchy, rozdeptywane w dzieciństwie biedronki. Kuliłam się w sobie, a moje ciało, jakby lepiej ode mnie wiedząc, czego mi potrzeba, zaczynało się kołysać.”

To słowa głównej bohaterki, Ady, która jest modelką i aktorką. Skąd w niej takie emocje i uczucia? Dlaczego siedzi w niej strach i ból? Co takiego przeżyła? Oczywiście dowiemy się wszystkiego w trakcie lektury. Autorka prowadzi fabułę tak, by wszystkie fakty z życia Ady i jej rodziny, aktualne i z przeszłości, dokładnie się zazębiały i aby czytelnik mógł poznawać kolejne konsekwencje czynów i wydarzeń.

Adę poznajemy w momencie, kiedy nagle otrzymuje telefon, że jej siostra Agnieszka zginęła w wypadku samochodowym. Jej córka Emilka w stanie ciężkim przebywa w szpitalu. Mąż Agnieszki – Paweł, reporter, jak większość swojego życia, przebywa gdzieś w świecie i nie można nawiązać z nim kontaktu. Ada musi szybko wracać do kraju ryzykując swój kontrakt modelki i aktorki. Powrót wywołuje w niej uczucia, o jakie by się nigdy nie posądzała. Poznajemy powolutku jej historię, począwszy od fragmentów dzieciństwa, po nastoletnie lata, kiedy po raz pierwszy i chyba ostatni się zakochała…. Problemy rodzinne z ojcem, który nadużywał alkoholu, niespełniona miłość i rozczarowania, które spotykały Adę ze strony najbliższych jej osób powodują, że ciężko jej odnaleźć się w życiu, a teraz w nowej sytuacji. A tytułowe słowa… czyje są? kogo dotyczą, jaka jest ich geneza i dlaczego są tak ważne? Jak rozwinie się cała sytuacja po śmierci siostry, którą to postać autorka również przedstawiła w bardzo interesujący sposób.

Podoba mi się, to co zrobiła pani Warda: umiejętne wejście w czyjąś głowę i opisanie wszystkich myśli, uczuć, jakie ciężko jest wypowiedzieć, a czasem nawet się do nich przyznać. Demony przeszłości siedzące gdzieś w pokładach naszych wspomnień są bardzo trudne do oswojenia i wydobycia na powierzchnię. Czasem trzeba sobie pomóc terapią. Czasem miłość wyzwala prawdę i pomaga zmierzyć się ze złem, jakie nas spotyka. W przypadku Ady jedno traumatyczne wydarzenie z czasów młodzieńczych zaburzyło całe jej życie. Mimo tego, że wyjechała zagranicę i starała się żyć normalnie, to nigdy od tych wspomnień i bólu nie uciekła. Bo się po prostu tak nie da. Co takiego się wydarzyło? I dlaczego tak ważną postacią w tej powieści będzie wspomniany wyżej Paweł? 

„Po siedemnastu latach nikt już nie pamiętał, co się wydarzyło w tym miejscu. Trawa wyrosła niemal do kolan, leżały w niej papierki po batonach i pusta paczka papierosów – najwyraźniej młodzież się tu dobrze bawiła, nie mając pojęcia, że to swoisty cmentarz”.

Bardzo dobra powieść. Ciężka, mocna, dojrzała, ale jednocześnie bardzo dobrze się ją czyta. Wiem, że na pewno sięgnę po inne książki tej autorki.  Polecam.

„Ta, którą znam” Małgorzata Warda, wyd. Prószyński i S-ka, 2016

„Nieziemskie wyzwanie” Scott Kelly

44339282_1907603332622451_2475964456195063808_nOstatnio mam „fazę” książki o kosmosie. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale odczuwam głęboką fascynację tym tematem. Możliwe, że zaczęło się od książki Tima Peake’a (który zresztą pojawia się również w „Nieziemskim wyzwaniu”), potem były „Kosmiczne dziewczyny”, a niedawno kupiłam cegłę ze zdjęcia obok i przepadłam. 

Scott Kelly jest amerykańskim astronautą, który jako pierwszy w historii i póki co jedyny, spędził AŻ rok na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ISS umieszczonej na ziemskiej orbicie i pędzącej z prędkością 28 tys. km/h. Celem misji była obserwacja wpływu rocznego przebywania w kosmosie na ludzki organizm. Trzeba dodać, że Scott Kelly ma brata bliźniaka, który również jest kosmonautą, ale w tym akurat czasie przebywał na Ziemi – NASA mogło zatem prowadzić porównawcze badania ich DNA. Jedno DNA na ziemi, drugie w kosmosie. Które z nich się zmieni, czy w ogóle? Czy będą jakieś inne skutki tak długiego przebywania w stanie nieważkości? O tym nie powiem, bo nie o to właściwie w tej książce chodzi.

To fantastyczna opowieść o wytrwałości, pokorze i odwadze człowieka. O tym jak warto ciężko pracować, by spełniać marzenia. O tym, jak długo czasem trzeba czekać na swój wymarzony cel i o tym jak trudno jest zwalczać przeszkody, które życie stawia na swojej drodze. Poza tym, to świetna opowieść o tym: jak wygląda kosmos, codzienne życie i praca na ISS, jak bardzo trzeba być cierpliwym i skupionym, jak bardzo często brakuje sił, jak żmudne czynności wykonywane na ziemi w ciągu minuty, w kosmosie mogą trwać godzinami. Scott Kelly opisuje swoje życie przeskakując chronologię zdarzeń. W jednym rozdziale jesteśmy w module amerykańskim stacji ISS, poznajemy towarzyszy Scotta, którzy przylatują na kilka tygodni czy miesięcy, potem wracają na ziemię, a on zostaje. Za chwilę cofamy się do młodzieńczych lat, rodzinnego domu, szkoły, ciężkiej pracy na studiach, problemów osobistych i zdrowotnych (rak prostaty wykryty u Scotta okazał się bardzo złośliwy). Takie przeskoki kompletnie mi nie przeszkadzały. Pomagały wręcz zrozumieć niektóre zachowania, podjęte decyzje i całą sytuację. 

Scott Kelly jest niezwykle życzliwym człowiekiem, bardzo rozsądnym i skupionym na każdej czynności. Nauczyła go tego szkoła, potem praca jako: pilot wojskowy, myśliwców, oblatywacz, wahadłowców, inżynier pokładowy – w każdym z tych zawodów ważne są po kolei wykonywane procedury. Krok po kroku. Zupełnie jak to dążenie do spełniania marzeń, które zaczyna się od pierwszego kroku, a potem trzeba już tylko wykonywać kolejne. Nie jest to łatwe. Niesie ze sobą wiele wyrzeczeń, pracy, samozaparcia, chęci wydostania się czasem z mrocznej rzeczywistości, czy smutnego, rodzinnego domu. „Kiedy mieliśmy po dziewięć lub dziesięć lat, rodzice uznali, że już nie trzeba się nami opiekować w czasie, gdy idą się napić. Wracali do domu w środku nocy, pijani i skłóceni. Dzieci śpią dość mocno, więc te odgłosy – krzyki i trzaski, początkowo ciche, może wyimaginowane – najpierw zakradały się do moich snów. Potem jednak stopniowo robiły się coraz głośniejsze i w końcu leżeliśmy obaj obudzeni, mrugając w ciemności, z bijącymi sercami, wsłuchani we wrzaski i krzyki oraz brzęk przedmiotów roztrzaskiwanych o ściany.”

Książka wyzwala cały wachlarz emocji, a przynajmniej wyzwalała we mnie: ekscytację, niepokój, współczucie, wzruszenie, strach (opisy spacerów kosmicznych… brrr), ale też i podziw i zachwyt. Bo jak się nie zachwycać zorzą polarną widzianą z kosmosu, wieloma wschodami i zachodami słońca w ciągu doby, kolorami Ziemi widzianej z ISS? 

„Kolor i blask planety rozciągające się we wszystkich kierunkach są powalające. Widziałem Ziemię z okien statków kosmicznych już niezliczoną ilość razy, lecz różnica pomiędzy oglądaniem jej z wnętrza pojazdu przez wielowarstwowe szyby pancerne a oglądaniem stąd jest jak różnica pomiędzy oglądaniem góry przez okno samochodu a wspięciem się na jej szczyt. Twarz wciskam niemal w cienki przezroczysty plastik osłony, a moje widzenie peryferyjne zdaje się rozciągać we wszystkich kierunkach. Chłonę oszałamiający błękit, teksturę chmur, różnorodność krajobrazów planety, jaśniejącą atmosferę na horyzoncie, delikatną srebrzystość, dzięki której na Ziemi możliwe jest wszelkie życie. Dalej jest tylko czerń kosmosu. Chcę coś powiedzieć Kjellowi, lecz nie przychodzą mi na myśl żadne odpowiednie słowa”.

Fascynująca, świetna książka z której tak dużo się dowiedziałam! Cudowna opowieść o sile marzeń i o tym nieznanym świecie, którego nigdy nie poznam. I warto zapamiętać, że właściwie wszystko zaczęło się od jednej książki „S-kadra” („The Right Stuff”) Toma Wolfe’a, którą przeczytał kiedyś Scott Kelly…. Aktualnie ta książka wydana została u nas pod tytułem „Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos”, już mam na półce i na pewno niebawem po nią sięgnę, a „Nieziemskie wyzwanie” polecam bardzo, jeśli interesują Was tematy kosmosu i ciekawych osobowości.

„Człowiek musi się przygotowywać do nowego celu zaraz po tym, gdy stary zniknie z pola widzenia” (Sir Ernest Shackleton)

„Nieziemskie wyzwanie” Scott Kelly, tłum. Violetta Dobosz, Marek Fedyszak, wyd. Sonia Draga, seria PostFactum, 2018

„Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej” Janusz Rolicki

43624218_1893782944004490_720800867816570880_n

Czytam ostatnio zbyt mało książek polskich autorów, książek non fiction, reportaży, dlatego założyłam sobie i obiecałam, że do końca tego roku postaram się trochę nadrobić. Poza książką „Bałtyk. Historie zza parawanu” Aleksandry Arendt o której pisałam tutaj, otrzymałam od wydawnictwa Poznańskie, zbiór przeciekawych reportaży Janusza Rolickiego. Jak głosi hasło serii reporterskiej wydawnictwa, że „rzeczywistość bardziej wciąga niż fikcja”- to jest to prawda, nie ukrywam. Od dawna staram się interesować tym, co wokół mnie się dzieje, czytać o tym, pozwalać historiom przepływać przez mój punkt widzenia i wpływać na moje życie w taki czy inny sposób. Często ręce opadają, nóż się w kieszeni otwiera i ma się ochotę krzyczeć z bezsilności. Czasy mamy trudne, podobnie było też za Gomułki i Gierka, o których to czasach pisze autor książki. Reportaże tu zamieszczone publikowane były w latach 60-70 w „Polityce” czy „Kulturze”. Rolicki słynął wtedy z „przebieranek”, to znaczy wcielał się w różne zawody, postacie, po to, by być bliżej opisywanego tematu / problemu / ludzi z danej grupy społecznej czy zawodowej.

Rolicki ma świetne pióro i zdolność obserwacji. Był wtedy jednym z najmłodszych reporterów (przed trzydziestką) który zasłynął swoim pisaniem i budowaniem świadectwa epoki w jakiej żył. Urodził się w Wilnie, później był redaktorem naczelnym „Trybuny”, przeprowadził wiele wywiadów-rzek z Edwardem Gierkiem i generalnie był bardzo rozpoznawalną postacią w tamtym okresie. W tym roku skończył 80 lat, ale nie znalazłam informacji co się z nim teraz dzieje.

Spodobało mi się to, co napisał Cezary Łazarewicz we wstępie (co potem zgodziło mi się moimi odczuciami po lekturze książki): „Reportaże Rolickiego to prawda i szczerość. [..] Jego teksty przebijają gładką fasadę gomułkowskiej propagandy, obnażając partyjniactwo, kolesiostwo, cwaniactwo i łapówkarstwo. To Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń. Czysty PRL. Takich tematów cenzura nie lubiła, ale w reportażu – na tym polegały jego siła i urok – pozwalała na ciut więcej.”  Sam Rolicki z kolei o swoich bohaterach mówi: „Na ogół byli szarymi ludźmi, szturchanymi przez tych, którzy byli na górze. Należeli do dziobanych, nie dziobiących. Często należeli do ludzi z marginesu”. To dlatego mamy tu szczerość i autentyzm, siłę i dumę pokolenia, które było dość niepokorne, „obite”, ale starało się żyć za wszelką cenę jak najlepiej, często imając się różnych niecnych procederów.

Mamy tu fałszywych komorników, sytuacje pegeerów, likwidatorów wyjeżdżających w teren, by wypłacać chłopom odszkodowania (oczywiście nie tak wysokie jak należałoby) za klęski żywiołowe, panią z Częstochowy, która usilnie starała się o mieszkanie, upatrzone, wymarzone, ale potem wojowała ze spółdzielnią o to, że niesprawiedliwie i przypadkowo przyznano jej inne. Mamy lokatorów bloku, którzy walczą z brakiem ogrzewania, a potem sami ze sobą, mamy wiedeńskie sklepiki, do których Polacy jeździli po towar na handel, mamy bezdomnych kloszardów i ich codzienność, tych co kradną na dworcach i pijaczków, co stracili nadzieję, zapomnianych żołnierzy Westerplatte, bezkarnych gwałcicieli, Pana Józefa „ciecia z zamiłowaniem do fachu”, reportaż o mężczyźnie, który zamordował własnego brata, a nawet porwanie samolotu LOT’u.

Rzeczywistość dusznej PRL, szara, smutna, pełna przekrętów, braku perspektyw, niesprawiedliwości, biedy, ale też z drugiej strony nostalgiczna, wzruszająca i pełna nadziei na wolność. Mistrzowskie reportaże jak dla mnie. Polecam. Oby więcej takich książek do mnie trafiało.

„Lepsi od Pana Boga, Reportaże z Polski Ludowej”, Janusz Rolicki, wyd. Poznańskie 2018

„Bałtyk. Historie zza parawanu” Aleksandra Arendt

677837-352x500Leciutko jestem rozczarowana lekturą tej książki. Rozumiem, że taki miał być jej zamysł i cel: zebrać w kilka rozdziałów różne historie i ciekawostki dotyczące Bałtyku. Doceniam pomysł i włożoną w jego wykonanie pracę, ale treści od samej autorki mogłoby być ciut więcej, a mniej cytatów. Niemniej jednak, trzeba wziąć pod uwagę bardzo solidną pracę jaka Pani Aleksandra Arendt włożyła w zebranie w wszystkich informacji, ciekawostek, zdjęć, które udało się jej pozyskać od zwykłych ludzi zbierających różne wycinki z gazet, czy swoje własne wspomnienia w postaci fotografii.  Mimo tego, co napisałam na początku, czytałam tę książkę z przyjemnością, ponieważ bardzo tęsknię ostatnio za morzem.

Nad naszym Bałtykiem byłam bodajże w 1992 roku, w liceum, na 3-tygodniowym obozie ze szkoły w Międzyzdrojach. Spaliśmy na polu namiotowym, a Międzyzdroje były jeszcze bardzo spokojnym miasteczkiem, bez tych całych tłumów i blichtru na plaży. Inne czasy. Niewiele z tamtego okresu pamiętam, ale za to bardzo wyraźnie pamiętam te cudowne kosze, jakie były na plażach w latach wcześniejszych. Wczasy z mamą w Dźwirzynie kojarzą mi się z tymi koszami i babkami z piasku na plaży pełnej muszelek.

7faf049d-7be0-4437-9f3a-a9749bfe49f2
zdjecie tvn24.pl

Ta książka, to taki powrót do przeszłości, w której możemy na przykład: spotkać ludzi ze statku „Stefan Batory”, latarnika w Rozewiu, ślady słowiańskiej osady na wyspie Wolin, legendę o pięknej Kryście, nieistniejącą już windę z klifu na plażę w Jastrzębiej Górze, ruiny i bogactwa Starego Helu, opisy pierwszych kąpieli w morzu.

 

„W pogodny, bezwietrzny dzień morskie fale zdają się ledwie muskać brzeg. Obmywają go i niemal od razu wracają na głębiny. Ale nie zawsze tak jest. Czasem rozwścieczone uderzają z wielką siłą. Wydzierają zazdrośnie kawałek lądu, za nic mają falochrony czy wydmy. Jakby próbowały przypomnieć mieszkańcom wybrzeża, kto naprawdę tutaj rządzi. Woda to piękny, ale i nieobliczalny żywioł, któremu człowiek nie potrafi stawić czoła. Przykładów nie trzeba szukać na odległych morzach i oceanach. Nasz poczciwy Bałtyk nieraz pochłaniał całe miasta. Potężne sztormy, trzęsienia ziemi, a nawet tsunami. Wszystko to mamy tu, na wyciągnięcie ręki”.

Tak, autorka dokopała się nawet do informacji o tsunami, do którego doszło w XV wieku. Poza tym mamy tu również informacje o kościele w Trzęsaczu, o szkole szybowcowej, o plażach nudystów, czy zapędach Tomasza Raczka do pływania statkami, legendy, baśnie, morskie niedźwiedzie, pierwsze kostiumy kąpielowe, a także rozdział o tym, kto wjechał lokomotywą w morze ….

To wszystko jest bardzo interesujące i chętnie poczytałabym coś więcej w tych klimatach. Zbiór opowieści „Bałtyk. Historie zza parawanu” czasem zaledwie muska powierzchnię tych tematów, ale też nie ma się co dziwić. Gdyby bardziej zagłębiać się w te wszystkie historie musiałaby powstać jakaś 600-stronicowa książka co najmniej. A tak, powstał miły przerywnik od innych, poważnych lektur wymagających dużego skupienia. Przyjemnie się to w sumie czytało. Można sobie dawkować, podczytywać, nie jest to lektura zajmująca dużo czasu, bo czyta się szybciutko. Jeśli pozostaje niedosyt, to tylko dlatego, że to przecież nie jest monografia Bałtyku i wybrzeża. Ciekawe, ładnie wydane, dużo czarno -białych fotografii. 

„Bałtyk. Historie zza parawanu” Aleksandra Arendt, wyd. Poznańskie 2018

stooooosy

stosy targowe i około-targowe. koniec kupowania książek do końca roku. „Magnes” rozwalił system ilością stron (1040)! no ja nie wiem, kiedy ja to wszystko przeczytam, nie wiem zupełnie jak się nazywam i w ogóle :) cześć i czołem…. 

DSC04206DSC04220