[o ksiazkach]

„Po własnych śladach” Mariusz Koperski

Po-wlasnych-sladach_okładka-002Zakopiańska powieść kryminalna – ten zapis na okładce zachęcił mnie do lektury już na samym początku. Kryminały lubię, a akcja w Zakopanem, to coś dla mnie nowego, dodatkowo „górskiego”. Koperskiemu udało się stworzyć ciekawy klimat, bo sama intryga jakoś mnie nie powaliła, a zakończenie uznałam za lekko wydumane. Tak czy siak, czyta się to miło i wartko, jak ponoć mówią na Podhalu. 

Zbliża się Wigilia, śnieg otula wszystko w bożonarodzeniowym nastroju, nagle, samochód niejakiego Cyrwusa, znanego w okolicy biznesmena, wjeżdża z impetem w dom starego Stachnika. Za kółkiem Cyrwus z poharataną twarzą, martwy, ale obrażenia wskazują na dużo wcześniejszą śmierć, aniżeli teraz w wypadku. Komisarz Derebas wszczyna śledztwo, dołącza do niego pochodzący z Zakopanego, ale od dawna „wyjechany” do Warszawy komisarz Karpiel, jego dawny podwładny. Dlaczego Karpiel? Dawno temu Cyrwus spowodował wypadek, który uczynił z siostry Karpiela kalekę. Karpiel staje się podejrzany o morderstwo w akcie zemsty, niemniej jednak, jak zapewnia, jest przecież niewinny – mieszka od dawna w Warszawie ze swoją kobietą, tam zajmuje się tam bardzo trudną sprawą seryjnego i bezwzględnie okrutnego mordercy. Karpiel ma niewiele czasu by udowodnić swoją niewinność, zanim wróci do Warszawy. Bierze się zatem do roboty, rzeczywistość okaże się dość zagadkowa i pogmatwana, Czy uda mu się rozwiązać sprawę śmierci Cyrwusa? Co odkryje? 

Wszystko w powieści „Po własnych śladach” ma niby swoje miejsce, ale czasem jednak można się pogubić. To ze względu na bałagan narracyjny na osi czasu, a także pojawianie się pewnych wątków i nagłe ich kończenie. Czyta się szybko, ale jest niedosyt i chaos. Okazało się również, że to jest już drugi tom, czego niestety nie wiedziałam przed lekturą, mimo, iż nie miałam większego problemu ze zrozumieniem niektórych kwestii, to domniemywam, że warto byłoby zacząć lekturę jednak od części pierwszej. Mimo wszystko jestem na tak. Autor ma potencjał. Ciekawa jestem kolejnych części z Karpielem, Derebasem i Jasińskim, który to pod koniec książki bardzo mi się spodobał. To jego robienie zdjęć Krupówek codziennie o ósmej rano… niezwykłe. Zupełnie jak w filmie „Dym” Wayne’a Wanga, który uwielbiam, a o którym mówi Jasiński. Tam właściciel nowojorskiego sklepu z papierosami na Brooklynie (grany przez Harveya Keitela) codziennie o tej samej porze robi zdjęcie swojej ulicy, trwa to wiele lat a zdjęcie nigdy nie jest takie samo. Podobnie jest na Krupówkach, Jasiński jest tym zafascynowany.

Książka Koperskiego to nie tylko kryminał, to również spora doza obserwacji na temat miasta i jego przemian w czasie. „Zima warszawska podobnie jak zimy w innych miejscach Polski była szara, bura i nijaka. Zakopiańska, z mnóstwem białego puchu sprawiała, że jego rodzinne miasto było naprawdę piękne. Śnieg przykrywał wszystkie niedoskonałości. Nikt nie patrzył na paskudne domy, w ogóle nie pasujące do charakteru miasta. Wszyscy wzdychali i mówili „Boże, jak tu pięknie”. Biały całun maskował mankamenty miejscowości i przyciągał co roku tysiące turystów, którzy docierali tu w poszukiwaniu spełnienia marzeń o prawdziwym Bożym Narodzeniu i szaleństwie sylwestrowej nocy. Karpiel wiedział, że prawdziwe piękno tego miejsca zostało raz na zawsze pogrzebane, że nikt nie zgodzi się by wyburzyć setki domów, które zaśmieciły krajobraz tego miasta i całego Podhala”.

Sam Karpiel również okazuje się być ciekawą postacią. Chciałabym go lepiej poznać, dobrze by było, gdyby wrócił do Zakopanego, tyle, że wtedy musiałoby mu się „popsuć” życie osobiste, bo kobieta z którą jest aktualnie na pewno do Zakopanego nie wróci…. No nic, zobaczymy. Byle tylko w kolejnych książkach było mniej tych wydumanych i zahaczających o science – fiction tematów :) 

„Po własnych śladach” Mariusz Koperski, wyd. Astraia 2017

 

[o ksiazkach]

spotkanie z Arturem Domosławskim

Jestem w trakcie lektury „Śmierć w Amazonii” i biorąc pod uwagę to, co wyprawia się w naszym kraju, jeśli chodzi o masowe wycinki drzew i akcje w Puszczy Białowieskiej, to zastanawiam się, kiedy u nas dojdzie do tego, do czego dochodzi w Ameryce Południowej, kiedy chce się terenu, na którym akurat rosną drzewa. Oby nie doszło. Czytam sobie o tej machinie manipulacyjnej, o tym jak to my wszyscy jesteśmy częścią takiego łańcucha pokarmowego, które żywi korporacje. A my? Nie zdajemy sobie z tego sprawy. To spotkanie uświadomiło mi, że wszystko co kupujemy, mogło zostać wyprodukowane niezgodnie z prawami człowieka. Amazonia – płuca Ameryki Południowej, wycinana na potęgę, kosztuje ludzkie życie. Niestety. To wywołuje gęsią skórkę. No, ale książki jeszcze nie skończyłam, więc niewiele poza tym, że jestem przerażona, mogę powiedzieć. Domosławski odważnie stawia hipotezy, rozmawia z ludźmi, którzy boją się o swoje życie, ale chcą walczyć dalej w imię ekologii.

Jakieś półtora tygodnia temu, okazało się, że w moim mieście jest spotkanie z Arturem Domosławskim, więc pobiegłam. To przemiły i bardzo interesujący człowiek, który zakochany jest w Ameryce Południowej, we wszystkich jego słowach czuć pasję do tych krajów i do mieszkańców. Opowiadał o początkach swojej pracy reporterskiej, o Ameryce Płd, o kontrastach, jakie tam występują: bogactwo vs slumsy, o kontrowersyjnej dla wielu biografii Kapuścińskiego nie mówił zbyt wiele, bo i pytań w temacie nie było (a jeszcze nie przeczytałam..) Opowiadał za to sporo, o swojej książce „Wykluczeni”, która opowiada o ludziach dyskryminowanych w swoich społecznościach z wielu powodów. Ale najbardziej podobało mi się, że dla niego ważny jest człowiek i człowieczeństwo. Podajmy rękę każdemu – nie oceniajmy i nie klasyfikujmy : uchodźca – imigrant – czarnuch – dzikus – każdy z nas jest człowiekiem i jeśli deklarujemy, że jesteśmy chrześcijanami, szanujmy bliźniego. Proste, ale jakie trudne do wykonania dla większości. 

[o ksiazkach]

„Wracam z epoki kamiennej” Heinrich Harrer

Wracam-z-epoki-kamiennej-238x360„Byliśmy prawie w komplecie i nasza wyprawa do epoki kamiennej mogła się już rozpocząć; czekało nas wejście na szczyt – dokładnie trzysta trzydzieści dziewięć lat po odkryciu go przez Jana Carstensza. Wyruszyliśmy do środka drugiej pod względem wielkości wyspy na kuli ziemskiej, gdzie ludzie są pierwotniejsi, dżungla bardziej zwarta i rzeki niebezpieczniejsze niż gdziekolwiek na świecie. Przekroczyliśmy bramy największego muzeum historii naturalnej, jakie w ogóle istnieje. Weszliśmy na arenę, na której fałszywy krok czy nieprzemyślana reakcja mogła znaczyć śmierć. Skulony w namiocie, siedząc na bloku skalnym lub opierając się o wielkie drzewo w dżungli, wypoczęty i zmęczony, głodny i przejedzony, zdrowy i z pękniętą rzepką, w dzień i w nocy na miejscu opisywałem kolejne etapy mojej awanturniczej wyprawy. Tak powstał ten dziennik z epoki kamienia”.

Tak napisał w grudniu 1962r. Heinrich Harrer, austriacki alpinista, podróżnik, nauczyciel Dalajlamy XIV, autor książki „Siedem lat w Tybecie”, oraz „Biały Pająk” o której pisałam TUTAJ. Książka „Wracam z epoki kamiennej” opisuje wyprawę do Papui i Nowej Gwinei w celu m.in. zdobycia Piramidy Carstensza, zwanej inaczej Puncak Jaya, lub po prostu Jaya. Jest to szczyt w Górach Śnieżnych, najwyższy szczyt Indonezji, całej Australii i Oceanii, a także najwyższy szczyt świata leżący na wyspie; ma wysokość 4884 m n.p.m. Ekipa Heinricha Harrera, w której skład wchodzili: Bert Huizinga, Russel Kippax i Philip Temple, zdobyła go w dniu 13 lutego 1962r. Pierwszym Polakiem, który zdobył Puncak Jaya był Jerzy Kostrzewa (12 lipca 1999), który zresztą napisał wspaniały (choć zdradzający wiele z treści książki) wstęp do książki „Wracam z epoki kamiennej”.

Ale nie jest to tylko relacja ze zdobywania tej jednej góry. W Nowej Gwinei jest ich wbrew pozorom wiele i Harrer wraz ze swoją ekipą zdobyli w sumie trzydzieści jeden szczytów, a na wszystkich oprócz pierwszego wymienionego powyżej, byli pierwszymi ludźmi. „Doświadczyliśmy też, razem i każdy z osobna, nieskończonej samotności gór. Gdy stałem na szczycie, ogarniał mnie zawsze wielki spokój. Te ciche chwile pozostawiają najgłębsze i najtrwalsze wrażenia. W takich momentach poznaje się siebie”. 

Książka Harrera to cudowny zapis półrocznej niemal przeprawy przez wyspę, pełen niezwykłych obserwacji (kreślonych w pośpiechu i w wolnych chwilach, bo przecież to dziennik). Niewiele tu może osobistych przemyśleń, ale składam to, podobnie jak i autor później, na karb zmęczenia, zbyt szybko dziejących się wydarzeń, czy też po prostu braku możliwości i skupienia. Wszystkie miejsca jakie odwiedził Harrer są praktycznie nietknięte ludzką „współczesną” ręką. Papuasi żyją zgodnie z rytmem natury, ich warunki życia reprezentują zupełnie coś innego, co znamy my. Nazywa się ich „dzikimi” ale jak mówi autor „nie wolno używać tego pojęcia, nadając mu negatywny sens, poniżający. Tak zwany „dziki” jest przecież człowiekiem i mając zdolność wczuwania się, miałem dobre kontakty ze wszystkimi. Oni myślą o życiu inaczej niż my. Czy to znaczy jednak, że myślą źle?”. Rzeczywistość, w jakiej znalazł się Harrer może być przez nas postrzegana faktycznie jako ta z epoki kamienia łupanego, ale to, co najważniejsze chyba w tej książce, to próba przywrócenia świadomości, że taka rzeczywistość i takie miejsca jeszcze istnieją, i że należy je uszanować i pozostawić w takiej formie w jakiej jest, nie niszcząc i nie burząc życia ludziom, którzy są niezwykli w swojej prostocie, a jednocześnie niesamowici w ich pracowitości, dumie i przywiązaniu do własnego plemienia. Ich zachwyt i pokora po wykrzesaniu ognia, ich radosne okrzyki wa-wa-wa i pukanie w tykwy nałożone na męskie przyrodzenia wzbudzać mogą pewnie ironiczny uśmieszek u nas, cywilizowanych ludzi, niemniej jednak to w nich jest ta pierwotna prawda. 

Plemię ludu Dani, jakie towarzyszyło Harrerowi podczas wyprawy, zarówno tragarze, jak i ich rodziny, są teraz zapewne bardziej obyci z turystami, ale w tamtych latach byli mocno przerażeni, zaciekawieni czy też skonfundowani obecnością „innego” niż oni człowieka. Szokowały ich dziwne przedmioty (przykładowo długopis), oficjalną monetą dla nich były muszelki kauri, a stalowa siekiera, mimo iż lepsza, uznawana była przez nich za coś zbędnego (po co im stalowa, skoro mają swoje, kamienne, mimo, że ich produkcja zajmuje im mnóstwo czasu), natomiast za pomocą drewnianego patyka potrafili użyźnić pola na wzgórzach, tak, że z czasem zaczynały wyglądać jak najlepsze alpejskie winnice. Z kolei mężczyźni plemienia Wano stroili się w kolorowe pióra by okazać szacunek, jedli surowe myszy wraz z sierścią, a kobiety nie wiedzieć czemu smarowały się tłuszczem. I pewnie czynią to do tej pory, jeśli jeszcze nie dopadła ich cywilizacja. 

Książka Harrera to bardzo dobre świadectwo przepaści, jaka dzieli cywilizację od pierwotności. Dziewicza natura wkomponowana w to wszystko dopełnia obrazu, a przeżycia Harrera, którym ledwo uszedł z życiem dodają szczypty grozy. W Niemczech książka wydana została w 1963, u nas w 2015, więc z naszej perspektywy ta wspomniana przepaść może wydawać się jeszcze głębsza. Polecam.

Heinrich Harrer „Wracam z epoki kamiennej” wyd. Stapis, 2015r.

(zdjęcia pochodzą z różnych stron www)

[o ksiazkach]

„Cisza” Erling Kagge

566203-352x500Okładka przypomina rozgwieżdżone nocne niebo. W dotyku jest lekko chropowata i są na niej punkciki, które faktycznie błyszczą kolorem szafirowym. Któż nie lubi patrzeć w rozgwieżdżone niebo? Nie robimy tego zbyt rzadko? Być może nie mamy ku temu okazji, czy czasu, ale należy zawsze pamiętać, że jesteśmy tylko częścią wszechświata. Małym punkcikiem w niezmierzonej przestrzeni. Jedynym, co może porównywać się z wszechświatem jest chyba tylko nasz mózg. „Rozleglejszy jest niż niebo” mówiła poetka Emily Dickinson. Mózg jest naszą nieskończonością i ciągle niezbadanym terenem – naszym własnym wszechświatem, który powinniśmy zgłębiać. Ale jak to robić, kiedy nie potrafimy się wyciszyć? Cisza jest czymś czego najbardziej potrzebujemy, by wsłuchać się w siebie, by odciąć się od problemów choć na chwilę, by spróbować odpocząć tak totalnie. Książka Erlinga Kagge „Cisza” jest (jak mówi podtytuł) opowieścią o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać. Nie jest to odkrywcza książka. W zaledwie 33 rozdziałach (z których ostatni jest pusty, co jest dość znaczące) na około 120 stronach, autor próbuje odpowiedzieć na pytania : czym jest cisza, gdzie ją odnaleźć i dlaczego współcześnie  jest ważniejsza niż kiedykolwiek dotąd? 

Erlen Kagge jest norweskim wydawcą, pisarzem, podróżnikiem i odkrywcą. Jako pierwszy człowiek na Ziemi dotarł do bieguna południowego, zdobył Mount Everest, dwukrotnie przepłynął Atlantyk, nazywany jest „podróżnikiem-filozofem”, co mnie nie dziwi, bo w swojej książce często odnosi się do znanych sentencji filozoficznych i wymienia ulubionych myślicieli. Wiele tu również jego własnych przemyśleń wynikających z doświadczenia i obserwacji.

Wiadomo, że żyjemy w czasach, kiedy jesteśmy bardzo zaganiani, pracujemy całe dnie, popadamy w rutynę, nie odnajdując pomiędzy obowiązkami wytchnienia i czasu dla siebie. Gdzie w tym wszystkim miejsce na kontakt z sobą samym? Włączamy muzykę, telewizor, by nie słyszeć własnych myśli. Nie potrafimy być sami ze sobą, wytrwać choćby kilku minut w kompletnej ciszy, bo od razu próbujemy zająć czymś ręce, głowę, sięgamy po telefon, wysyłamy sms-y, wchodzimy na portale społecznościowe, bo są dla nas jak nałóg, boimy się utracić cokolwiek z życia innych, śledzimy ich, czekamy na lajki, komentarze, mamy pretensje, kiedy nikt nie reaguje na nasze wpisy, posty, a gdzie w tym wszystkim dystans? Gdzie to skupienie na sobie? Relaks? Nierzadko słyszę o wyzwaniach typu „tydzień bez Facebooka, Twittera, itp”. Nierzadko słyszę, że ludzie nie oglądają telewizji, ale też widzę, że często nie wiedzą, co zrobić ze sobą, gdy nagle zabraknie tych „umilaczy” czasu. Wariują. Próbują szaleńczo czymś się zająć, bo mają poczucie marnotrawienia czasu, czy nudy. A czasem dobrze się jest ponudzić, wsłuchać w siebie.

To, o czym mówi Kagge to to, że nie trzeba wyjeżdżać do luksusowych ośrodków, by odpocząć. Tam jest hałas. Wszędzie zresztą jest hałas. Sztuką natomiast jest go nie słyszeć. Popatrzeć na przyrodę, pozachwycać się pięknem natury, kamienia, nieba, roślin. Oddzielić hałas od sedna rzeczy. Kagge mówi, że warto to robić bez słów. Po co słowa? Nie są potrzebne. A często nawet nie potrafią wyrazić uczuć. Zachwyt ma zostać dla nas czymś prywatnym, czymś, co możemy zachować wewnątrz i dzięki czemu poczuć więź ze światem. „Czasami to, co w życiu najlepsze, nic nie kosztuje. Ciszę, o której myślę, znajdziesz tam, gdzie jesteś, wtedy, gdy ci to odpowiada, we własnej głowie, bez ponoszenia kosztów. Nie musisz jechać na Cejlon. Możesz tej ciszy zaznać we własnej wannie”. 

Cisza wg Kagge nie powinna być tworzona na siłę. Właśnie na odwrót. Chodzi o to, żeby odejmować. Żeby z otaczających nas dźwięków, usunąć wszystkie te, które nam przeszkadzają, irytują, zaburzają spokój. Taki eksperyment zrobił kompozytor John Cage w swoim utworze „4.33”. Usunął wszystkie dźwięki i stworzył swoje cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy ciszy. „Po dziś dzień publiczność uwielbia tę ciszę. A raczej ciszę minus dźwięki wytwarzane przez samych słuchaczy, usiłujących ją zachować”. Dacie radę?  Utwór „4.33” tutaj. 

Książka Kagge jest taką niby banalną, (choć niekoniecznie łatwą w lekturze) ale bardzo mądrą w tej swojej prostocie opowieścią. Warto sięgnąć, warto dawkować, warto powracać. Żeby nie zapomnieć, że nie liczy się to, co na pierwszy rzut oka wydawałoby się najważniejsze, że ważna jest umiejętność wspólnego milczenia, że w ciszy jest prawda. „Pozwól światu zniknąć, kiedy w niego wchodzisz”.

„Cisza” Erling Kagge, wyd. Muza 2017

 

[o ksiazkach]

„Góra Synaj” Krzysztof Koziołek

569533-352x500Czy jest moda na kryminały retro? Być może, ale jeśli są to takie książki jak „Góra Synaj” Krzysztofa Koziołka, to ja chcę takich książek jak najwięcej! Świetna lektura, naprawdę świetna! Nie dość, że genialnie przedstawione postacie i fabuła, to jeszcze chylę czoła przed autorem za doskonałe wręcz zobrazowanie tła historycznego w roku 1938 (kiedy ma miejsce akcja) i topograficznego. Głogów, Nowa Sól i okoliczne miasteczka czy wioski są przedstawione tak, że pierwsze co przychodzi na myśl to: kawał dobrej roboty. Czytając książkę idealnie działa nam wyobraźnia. Mimo, że nigdy nie byłam w Głogowie czy w innych wymienionych z nazw (jeszcze w 1938 r. niemieckich) miejscach byłam w stanie wyobrazić sobie każdą z opisanych ulic, knajp, każdy dworzec, most, synagogę czy kamienicę. To naprawdę czysta przyjemność czytać tak dopracowaną pod tym względem powieść. Kilka przykładów? 

„Ktoś przyjezdny, kto zobaczył wybudowany w 1936 nowy dworzec kolejowy w Glogau, nie zapominał tego widoku do końca życia. Niektórzy twierdzili, że elewacja frontowa była prosta i oszczędna w formie – typowej dla architektury lat 30. Habichtowi przywodziła jednak na myśl zabawę, zbyt mocno pobudzonego dziecka, które ułożyło pięć kwadratowych klocków nie do końca w równej linii. Patrząc na nie, niemal czuł ciężar betonu na plecach. Nie pomagały nawet podjęte przez budowniczych próby ożywienia molocha za pomocą kolorów: otynkowane na biało parapety kontrastowały z beżami i brązami ścian. Monumentalność głównej hali chciano ukryć, wciskając w elewację frontową siedem wysokich okien, ale były to próby daremne. Wyznawcy pełnej przepychu estetyki narodowego socjalizmu mogli czuć dumę”.

„Świątynia Goethego – nazywana też Pawilonem – znajdowała się na samym początku parku miejskiego, około stu pięćdziesięciu metrów od sądu, po drugiej stronie Soetbeerring. W 1910 roku ufundowała ją mieszkanka Glogau Luise Weistein, a zaprojektował miejscowy architekt Wilhelm Wagner. Rotunda miał średnicę pięciu metrów, otwarta od frontu przestrzeń była podzielona dwiema doryckimi kolumnami, spomiędzy których na spacerowiczów dostojnie spoglądało marmurowe popiersie poety”

(zdjęcia ze stron: dolny-slask.org i glogow.pl)

A fabuła? Też niczego sobie. W przedwojennym czasie, kiedy to NSDAP jest już w pełnym rozkwicie, a nienawiść do Żydów (również zamieszkujących tereny opisane w „Górze Synaj”) rośnie, młody wachmistrz Anton Habicht, żyjący wręcz w nędzy ze swoją żoną Frydą, dostaje szansę pracy w Kripo, czyli policji kryminalnej. Przypadkowo zawarta znajomość z sekretarzem kryminalnym Matzke, owocuje tym, że on, jako funkcjonariusz policji porządkowej, będzie mógł pokazać swoje umiejętności śledcze i być może nawet awansować, co pomogłoby wyjściu z biedy. W głogowskim zoo, na wybiegu dla niedźwiedzi, znaleziono zwłoki chłopca. Podejrzewa się wypadek, ale Habicht po pewnym czasie zaczyna uważać, że było to morderstwo. Dlaczego?

Jego bystrość i skrupulatność oraz dedukcja, pozwalają na połączenie kilku innych spraw z podobnymi wypadkami chłopców, jakie miały miejsce w okolicznych miejscowościach. Mniej więcej w tym samym czasie, w Nowej Soli wypadkowi (czy aby na pewno?) również ulega kolejny chłopiec. Tutaj śledztwo prowadzi inny wydział policji i pewna hrabina, która zafascynowana dokonaniami Sherlocka Holmesa i dr. Watsona odkrywa w sobie niezmierzone pokłady umiejętności dedukcyjnych. Poza tym, hrabina Franziska, uwielbia teatr (który odegra w książce niemałą rolę) i jest cudownie porywcza („Wiesz czego Ci życzę, onanisto jeden? – wycedziła. – Żeby cię dupa do samej śmierci swędziała!”).

Habicht zaczyna łączyć fakty, zeznania świadków, dopatruje się szczegółów, które wcześniej pominięto, a do tego, zaczyna się zastanawiać, czy śmierć jego synka sprzed kilku lat, który spadł z wieży na którą panicznie bał się wejść, nie ma czegoś wspólnego z aktualnymi zdarzeniami. Czyżby seryjny morderca grasował po głogowskich okolicach? Akcja się rozkręci, po to by zmylić czytelnika w fantastyczny sposób i znów okaże się, że nie wszystko jest takie jak się wydawało. Bardzo dobre zakończenie!

Postać Matzke jest również warta uwagi. Surowy, wymagający, w nieodłącznych skórzanych rękawiczkach, czasem pocieszny, czasem niebezpieczny…. i cholerny spryciarz. 

Bardzo polecam. Jestem ciekawa, czy będą kolejne części z Antonem Habichtem. Mam nadzieję! Polecam ogromnie! 

„Góra Synaj” Krzysztof Koziołek, wyd. Akurat 2017.