„Tokio Vice” Jake Adelstein

„- Nie chodzi o to, żeby się nauczyć – rzecz w tym, by się oduczyć. Należy zerwać wszelkie związki, odciąć się, pozbyć się uprzedzeń, nie kierować się z góry przyjętymi osądami, zapomnieć wszystko, co się widziało. To pierwsza lekcja dla ciebie. Jeśli chcesz zostać wybitnym dziennikarzem, musisz dosłownie odciąć się od przeszłości. Wyzbyć się dumy, pożegnać się z wolnym czasem, z zainteresowaniami, preferencjami, poglądami. Jeśli masz dziewczynę, odejdzie, kiedy zaczniesz ją zaniedbywać. A zaczniesz. Musisz pożegnać się z dumą, poniweaż mylisz się we wszystkim. Będziesz musiał uśmiechać się do ludzi, z którymi politycznie, społecznie i etycznie będzie ci zupełnie nie po drodze. Będziesz musiał okazywać szacunek starszym kolegom z redakcji. Nauczysz się oceniać nie ludzi, lecz wartość wiadomości, którą ci pokazują. Będziesz musiał ograniczyć godziny snu, aktywność ruchową i czas na czytanie książek. Twoje życie sprowadzi się do wertowania gazet, picia z informatorami, oglądania wiadomości w telewizji, sprawdzania czy ktoś nie podwędził tematu, i pilnowania terminów. Ugrzęźniesz w zadaniach, które uznasz za bezcelowe i bezdennie głupie, ale które i tak wykonasz. Nauczysz się, że prawda nie zawsze wygląda tak, jakbyśmy chcieli, a mimo to musimy ją przedstawiać zgodnie z rzeczywistością. Nasza praca jest ważna. Jedynie dziennikarze w tym kraju trzymają rękę na pulsie władzy. To najważniejsi obrońcy delikatnej japońskiej demokracji. Pozbądź się więc uprzedzeń, godności i dumy i rób, co do ciebie należy. Dopiero wtedy nauczysz się, co to znaczy być wielkim dziennikarzem”.

Jake Aldestein – Amerykanin żydowskiego pochodzenia, dziennikarz śledczy, napisał książkę o swojej pracy. Trudno nazwać ją reportażem, choć niewątpliwie zalicza się do gatunku non-fiction, niemniej narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, więc czyta się to jak dobrą powieść (czasem mocno sensacyjną, czasem obyczajową). Adelstein jako jedyny amerykański dziennikarz śledczy został dopuszczony do tajemnic japońskiego świata przestępczego. Jego droga kariery łatwa nie była, ale znajomość języka i spryt pozwoliły mu szybko zajść dość daleko na swojej ścieżce zawodowej, a do tego zdobyć pewną i sporą siatkę informatorów, którzy dostaraczali mu świeżutkich informacji. Od razu zatrudniony w gazecie „Yomiuri” – jednej z największych japońskich gazet, początkowo pisał o różnych, banalnych wydarzeniach, ale z czasem jego głównym „tematem” stała się przestępczość w Japonii (korupcja, morderstwa, wyłudzenia, przestępstwa podatkowe, no i oczywiście yakuza).

Książkę czyta się bardzo szybko, nie dość, że autor ma lekkie pióro, to potrafi przemycać w swoich opowieściach wiele ciekawostek, a czasem bywa nawet dość zabawny. Podobała mi się jego odwaga i zaangażowanie, a nawet brawura momentami, która w końcu sprowadziła na niego niebezpieczeństwo. Wiadomo, z yakuzą się nie zadziera, można czuć się wręcz chronionym przez jej członków, dopóki okazuje się im szacunek i wywiązuje z danego słowa. Bywa jednak, że pewnych spraw ma się już dość i bardzo pragnie się, by wreszcie wyszły one na światło dzienne, ale wtedy robi sie już niebezpiecznie.

Autor przeżył w Japonii wiele różnych sytuacji, opisuje je ze swojego punktu widzenia, bywa nieco pogubiony, choć kreuje się na odważnego dziennikarza, nie ukrywa swojego strachu, nie pokazuje się czytelnikowi tylko z tej wspaniałej strony. Widać, że wkurzają go mocno wydarzenia, które opisuje, które musi oglądać, lub w których musi brać udział, by pozyskać informacje. Jego początki nie były genialne, był dość „nieopierzonym” reporterem, ale wraz z upływem tych dwunastu lat pracy stał się doświadczonym dziennikarzem, który mimo strachu postanowił pewnego dnia zawalczyć o prawdę. Czy mu się to udało?

Świetnie opisuje też relacje z kolegami, swoimi mentorami, takimi jak policjant Sekiguchi, od którego wiele się nauczył: „przede wszystkim tego, ze najważniejsze są te chwile, które wydają się nieistotne”. To prawda. Adelstein pisze też trochę o swoim życiu osobistym, które nie jest idealnie urządzone, bo jego praca jednak rządziła się swoimi prawami, które związki jednak niszczyły w pewien sposób. Ale czy faktycznie zniszczyły do końca?

Świetna książka. Dowiedziałam się sporo o Japonii – głównie o jej mrocznej stronie, na przykład: czym naprawdę są bary z hostessami i hostami, jakie jest podejście do prostytucji (głównie od strony policji), czym jest tak naprawdę intymność dla Japończyków, co to jest pinsaro, itp, itd. Pojawiają się tu też Polki zwabione pod pozorem dobrze płatnej pracy (tematyka handlu żywym towarem – mocny rozdział),

Jeśli interesuje was japoński półświatek to polecam serdecznie. Ciekawa rzecz.

Tokio Vice” Jake Adelstein, tłumaczenie Jacek Żuławnik, wydawnictwo Poradnia K., 2021

„Mokradełko” Katarzyna Surmiak-Domańska

„- Każda kobieta była w swoim życiu nagabywana przez mężczyzn. Mnie również się to zdarzało za młodu. Ale jeżeli nie chciałam, to zawsze mogłam powiedzieć „nie”. Ja w tej książce nie widzę tego „nie”. Halszka nie zajęła stanowiska szanującej się kobiety, ona się poddawała. Po ludzku nie mogę uwierzyć, że istnieje kobieta, która pozwala się tak zeszmacić i jeszcze ma potrzebę o tym pisać. Jak musi być skonstruowana jej chora psychika? Ona nie rozumie, że godzi sama w siebie. Ja jej nie potępiam. Mnie jest jej autentycznie żal. Zawsze wychodziłam z założenia, że wszelkim nieszczęściom winna jest kobieta. Kobiecie, która się szanuje, która wytworzy wokół siebie odpowiednią atmosferę, tak że nie można jej bezkarnie klepnąć, nie można gdzieś tam pogłaskać, rzadko przytrafiają się podobne przygody. Wbrew temu, co się teraz wszędzie mówi, to do kobiety należy decycja. To ona pozwala albo nie. – Nawet kiedy ta kobieta ma tylko cztery lata? – pytam.”

Wstrząsający reportaż. Został napisany po wydaniu przez Halszkę Opfer (oczywiście to pseudonim) jej słynnej książki „Kato-tata”, w której kobieta postanowiła opisać swoją relację z ojcem. Wykorzystywał ją seksualnie od momentu, kiedy skończyła właśnie 4 latka. Trwało to bardzo długo, matka przymykała oczy, udawała, że nie widzi, co się dzieje, a nawet jeśli widziała, to była tak bezkrytycznie wpatrzona w swojego męża, że i tak nic z tym nie zrobiła. Nie czytałam „Kato-taty” i nie wiem nawet czy chciałabym teraz przeczytać, bo jednak nie jestem odporna na takie rzeczy, jak gwałcenie dzieci i molestowanie seksualne przez rodzica.

W każdym razie, Halszka Opfer wydała tę książkę, osobistą i bardzo szczerą, bo chciała o swojej tragedii powiedzieć światu. Mimo, że jej ojciec już od dawna nie żyje, poczuła potrzebę opowiedzenia historii, by otworzyć oczy, być może, innym matkom, na to, co się dzieje w ich domach. Reportaż Katarzyny Surmiak-Domańskiej to rozmowy z mieszkańcami Mokradełka (nazwa fikcyjna), miasteczka, w którym mieszkała Halszka Opfer. To rozmowy z sąsiadkami, sąsiadami, teściową (to właśnie ona wypowiada się w cytacie z początku mojej notki), koleżankami, bratową, lekarzem pierwszego kontaktu, pasierbicą, i wreszcie matką. Książka już została wydana, reakcje na nią są przeróżne, emocje buzują, szczególnie w Mokradełku.

Co wynika z tych rozmów przeprowadzonych przez autorkę? Niedowierzanie, osądzanie, krytykowanie. Głównie to. Bo przecież prawdziwa ofiara przemocy seksualnej nie chodzi i nie rozpowiada o niej wszystkim, nie pisze o tym książki, nie udziela na ten temat wywiadów w telewizji, najlepiej jakby siedziała zamknięta w swoim domu, płakała w poduszkę i bała się najmniejszego szmeru. Tak ludzie właśnie postrzegają innego, skrzywdzonego człowieka, który według nich, nie ma prawa już ułożyć sobie życia, uśmiechać się i zachowywać normalnie. Bo po co było robić sensację? Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło, skoro Halszka teraz według opinii jednych lubi seks,a według opinii drugich ubiera się nazbyt wyzywająco? To świetny obraz małej społeczności, w której każdy się niby zna, ale tak naprawdę bardziej żyje plotką niż prawdą i widzi tylko to, co chce widzieć.

Dodatkowo genialnie jest pokazana relacja Halszki i jej matki, która nadal nie dopuszcza do siebie całej historii, unika tematu, zbywa Halszkę. Widzimy to oczami autorki, która towarzyszy Halszce w jej spotkaniach z matką. Widzimy, że obie kobiety zachowują się bardzo dziwnie. Jedna zbyt kompulsywnie pragnie miłości i zrozumienia, druga w tej swojej obojętności i niezłomności nieśmiało niby rozumie, niby przytuli, ale w gruncie rzeczy cały czas ucieka od prawdy. Czy faktycznie nie akceptuje tego co się wydarzyło, czy po prostu bardzo się boi przyjęcia odpowiedzialności za swoje „nic niezrobienie”?

Świetny reportaż. Bardzo dobrze napisany, obiektywny, mocny w przekazie. Polecam.

„Mokradełko” Katarzyna Surmiak-Domańska, Wydawnictwo Czarne, 2012.

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer

Jedna z najgroźniejszych organizacji terrorystycznych na świecie – nigeryjska Boko Haram, która w 2014r. uprowadziła z internatu w mieście Chibok ponad 276 dziewcząt i przetrzymywała w pobliskim obozie założonym w lesie Sambisa, to temat, którym zajął się Wolfgang Bauer w swoim przejmującym reportażu. Autor jest dziennikarzem i korespondentem wojennym i przez ponad pół roku rozmawiał z dziewczynami / kobietami, którym udało się od islamskiej organizacji uciec.

Na okładce jest Sadiya, miała 38 lat i pięcioro dzieci, była przetrzymywana w obozie przez dziewięć miesięcy, przymusowo została wydana za mąż, a uciekła będąc w ciąży z jednym ze swoich oprawców. W książce są też zdjęcia innych kobiet czy dziewczynek, których historię poznajemy. Jest między innymi zdjęcie córki Sadiyi: Talatu, która w momecie wywiadu miała 14 lat i została również uprowadzona z matką i wydana pod przymusem za mąż. Historie tych kobiet wzruszają, sprawiają, że człowiekowi się jeży włos na głowie i zastanawia się nad tym, jak bardzo mężczyźni z organizacji terrorystycznych są pozbawieni empatii, sumienia, rozumu??

Autor w tym króciutkim reportażu nie tylko przedstawia historie tytułowych porwanych, ale też historię samej organizacji, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej niebiezpieczna. Porywane kobiety zmuszane są do podporządkowywania się mężczyznom. Są tylko „naczyniami dla genów”, albo „środkiem płatniczym”. Niektóre z nich są szkolone do przeprowadzania zamachów samobójczych. W głowie się to nie mieści. Sama organizacja Boko Haram poprzysięgła wierność Państwu Islamskiemu, a w jej szeregi wchodzą często nieletni chłopcy mamieni wieloma obietnicami. Boko Haram walczy o utworzenie w Nigerii kalifatu, wiele operacji przeprowadzanych przez Boko Haram przypominało akcje oddziałów ISIS w Iraku – szybko, brutalnie. Mamy tu sporo informacji, jak powstała Boko Haram, jak wygląda sytuacja polityczna i społeczna Nigerii, jak żyją ludzie w okolicznych wioskach i miastach, czego się boją i dlaczego myślą tylko o tym, by ratować siebie, często nie patrząc na innych członków rodziny? Reportaż Bauera jest nasycony informacjami i przeplatny wywiadami z porwanymi kobietami.

Jak pisze autor „I każdego tygodnia Boko Haram uprowadza kolejne. Koniec tej książki, to nie koniec historii. Bo właśnie teraz, w tym momencie, wszystko zaczyna się od nowa, w małej wsi, która nie jest zaznaczona na żadnej mapie”. I podobnie jak w epilogu można byłoby użyć słów „a co mnie to obchodzi, jakaś tam wioska w Nigerii”? ale autor ma na to prostą odpowiedź: „Świat zmalał. Fala uderzeniowa odległych eksplozji bombowych też szybko nas dosięgnie”. Warto przeczytać, warto by wstrząsnęło, bo trzeba interesować się światem i rzeczywistością jaka nas otacza. „Kobiety, których historie zbiera ta książka, nadal zmuszone są uciekać z domów i spędzać noc w polach”. Wyobrażacie sobie żyć w ten sposób?

A u nas? Może trochę z innej bajki stwierdzenie ale… uchodźców odgradzamy drutem kolczastym od granicy naszego cudownego państwa i patrzymy jak umierają. Jesteśmy lepsi?

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer, tłumaczenie Elżbieta Kalinowska, wydawnictwo Czarne, 2017

„Droga” Cormac McCarthy

„Przeszukiwali zwęglone ruiny domów, do których dawniej nawet by nie weszli. W piwnicy trup pływający w czarnej wodzie pośród śmieci i zardzewiałych przewodów wentylacyjnych. Stanął w salonie, częściowo spalonym i wystawionym na niebo. Wypaczone od wody deski wypadające na podwórko. W biblioteczce namokłe książki. Wziął jedną, otworzył, a potem odstawił na miejsce. Wszystko mokre. Gnijące, W szufladzie znalazł świeczkę. Nie było czym zapalić. Schował ją do kieszeni. Wyszedł na szary dzień, stanął i przez ułamek sekundy zobaczył absolutną prawdę o świecie. Zimne nieprzejednanie krążące po ziemi pozbawionej jutra. Nieubłagana ciemność. Spuszczone ze smyczy ślepe psy słońca. Miażdżąca pustka wszechświata. I gdzieś tam dwa zaszczute zwierzątka dygoczące jak lisy w kryjówce. Czas dany na kredyt i świat na kredyt, bo go nimi opłakiwać.”

Właściwie ten cytat jest kompletnym opisem całej fabuły. Nie musiałabym dodawać nic więcej, bo z niego wynika wszystko. Post-apokaliptyczny świat, niebezpieczny, przerażająco opustoszały i zniszczony, przemierzają dwie istoty: ojciec i jego mały synek. Wydaje się, jakby tylko oni przeżyli jakąś katastrofę (nie wiemy zresztą jaką) choć zdarzy się, że po drodze spotkają kogoś, lub będą musieli się ukrywać przed kimś. Dziwny to świat, bardzo smutny, właściwie nieistniejący, miasta, domy są opuszczone, przetrzebione w poszukiwaniu jedzenia, wody i innych potrzebnych rzeczy. Człowiek nie zdaje sobie sprawy ile w takiej sytuacji znaczą dobre buty, ciepły koc, czy szklanka gorącej wody, jakiś wózek do trzymania tych wszystkich skarbów, jakie po drodze się znajdzie: puszki z jedzeniem, kawałek plandeki do ochrony przed deszczem czy latarka. Taka dygresja przyszła mi do głowy, gdyby teraz nagle nasz świat obrócił się w pył – co najpotrzebniejszego zabierzesz ze sobą? Torebkę od Luis Vuitton czy jednak ciepły koc? Pieniądze, za które już nic nie kupisz? czy konserwy? Wiem, może przesadzam, ale dochodzą do głowy takie pytania, kiedy czyta się taką powieść, bo człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie ma szczęście żyjąc tu i teraz.

Ta książka to piękna opowieść o poszukiwaniu lepszego życia, jakiegoś ratunku, szansy. Czy oboje to odnajdą? Czy upragnione wybrzeże, które jest celem ich wędrówki da im spokój?

To zresztą nie tylko powieść drogi. To też przepiękna opowieść o miłości rodzicielskiej. Ojciec i syn tworzą niezwykłą relację, ich więź naprawdę wzrusza. Kibicujemy im, płaczemy, chcemy, by przetrwali, nie zmarzli, zjedli coś. Oszczędne dialogi, krótkie zapewnienia w stylu „Będziesz? Będę”, albo stwierdzenia: „My jesteśmy dobrzy ludzie. Tak. I niesiemy ogień”, albo porady ojca : „Pamiętaj, że to co wpuszczasz do głowy, pozostaje w niej na zawsze, powiedział. Warto, być się nad tym zastanowił. – Ale czasem przecież coś zapominamy, prawda? – Tak. Zapominamy to, co chcemy pamiętać, a pamiętamy to, o czym chcielibyśmy zapomnieć”, emocjonalnie mnie rozwalały.

Nie wiem, dlaczego tak długo czekałam z lekturą tej książki. Musiałam kupić wznowienie z brzydką okładką (nie oddaje ona kompletnie klimatu), żeby wreszcie sięgnąć po tę powieść. Cormac McCarthy ma swój niepowtarzalny styl. Czytałam dawno temu „W ciemność” i „Dziecię boże i też pamiętam, że klimatem mnie powaliły. Krótkie i dosadne zdania, często bardzo poetyckie sprawiają, że czyta się „Drogę” cudownie, choć to niezwykle smutna książka, biorąc pod uwagę również zakończenie.

Cóż, polecam, choć nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie czytał, czy choćby nie widział filmu.

„Droga” Cormac McCarthy, tłumaczenie Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie 2021

„Kobieta w Fioletowej Spódnicy” Natsuko Imamura

„Kobieta w Fioletowej Spódnicy wygląda dokładnie tak samo jak ludzie z jej otoczenia. Jednak jeśli ktoś przyjrzałby się bardzo, bardzo uważnie mógłby je dojrzeć. Prawdziwe uczucia Kobiety w Fioletowej Spódnicy. Wcale nie bawi się dobrze, nie robi tego z głębi serca. Jej usta się śmieją, ale oczy już nie. Twarze wszystkich wokół są pełne życia, ale wśród nich tylko Kobieta w Fioletowej Spódnicy roztacza wokół siebie ledwie uchwytną aurę smutku. Tylko udaje radosną, żeby nie zakłócać innym miłego czasu. By wyciągnąć ją z tej duszącej atmosfery, już dwa razy próbowałam się do niej odezwać, „Hej, słuchaj” i „Cześć”. Dwa razy zagadywałam ją akurat wtedy, kiedy rozmowa stawała się głośniejsza, i nikt nie zwrócił uwagi, że w ogóle się odezwałam”.

Powieść na zaledwie 140 stron, można ją przeczytać w jakąś godzinę, ale została mi w głowie na długo. Z pozoru wydaje się niby banalną opowieścią o dwóch kobietach: tytułowej, oraz drugiej: Kobiecie w Żółtym Kardiganie, która jednocześnie jest narratorką. Obie pozostają tu bezimienne. Określa je jedynie ubiór, który przecież niewiele mówi o człowieku. Jednak według mnie, ta Fioletowa Spódnica i Żółty Kardigan (pisane dodatkowo z dużej litery) już jakoś się wyróżniają w tłumie, przez co człowiek już nie jest niezauważany, przezroczysty i nijaki. To ważny element opowieści Imamury, bo obie bohaterki pragną być zauważane. Jedna co prawda jakby może ma większy do siebie dystans, ale druga (narratorka) bardzo mocno czuje się wyalienowana. To dlatego zaczyna obserwować Kobietę w Fioletowej Spódnicy. Powoli zaznajamia się z jej codziennymi czynnościami, zna jej adres, wie co jada, na której ławce w parku lubi siadać, wie, że raczej jest samotna i nie ma pracy. Wielu rzeczy się domyśla, kilku wskazówek niby przypadkiem jej udzieli, co sprawi, że Kobieta w Fioletowej Spódnicy pojawi się w pracy, w tym samym hotelu, w którym pracuje Kobieta w Żółtym Kardiganie.

Można by pomyśleć, że naszej narratorce zrobiło się żal Kobiety w Fioletowej Spódnicy, dlatego naprowadziła ją na nową pracę, ale myślę sobie, że tak naprawdę popadła w straszliwą obsesję i już nie wyobrażała sobie dnia bez obserwacji tej Kobiety. Niezwykłe (i trochę przerażające jednak) jest w człowieku to, że potrafi się tak zatracić, że chce być tak rozpaczliwie blisko drugiej osoby, która go w jakiś sposób fascynuje, intryguje, wszyscy na nią patrzą, podziwiają jej wygląd itp. Jak bardzo samotnym i niedocenianym trzeba się czuć, by chcieć być cieniem drugiej osoby?

Ciekawy w tej książce jest rozwój wydarzeń i ich konsekwencje. Nie mogę już zbyt wiele powiedzieć, bo zdradziłabym całą fabułę, a nie o to przecież chodzi. W każdym razie, widać w tej powieści, jak szybko zmienia się postrzeganie człowieka przez innych, wystarczy jedna chwila, by całkowicie zmienić o kimś zdanie. Autorka fantastycznie pokazała stereotypowość naszego podejścia do drugiej osoby, kiedy to nie znając kogoś dobrze (a nawet w ogóle) zaczynamy go oceniać, podziwiać, a potem nagle nienawidzić (czy też zwyczajnie nie lubić). Dlaczego tak robimy? Zazdrościmy czegoś? Nie trawimy, kiedy ktoś się wyróżnia, lub jest przez kogoś wyróżniany? Czemu jesteśmy tacy wredni i niesprawiedliwi, nie akceptujemy tego, że ktoś może być od nas sprytniejszy? mądrzejszy? ładniejszy? I do czego to wszystko może doprowadzić..?

Świetna książka. Niepokojąca, dająca do myślenia, napisana prosto, ale jest to taka oszczędność i prostota typowo japońska. Zatracenie w szaleństwie i obsesji bywa bardzo niebezpieczne, często nawet dla osoby, którą ta obsesja zawładnęła. Polecam!

„Kobieta w Fioletowej Spódnicy” Natsuko Imamura, tłumaczenie Wiktor Marczyk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego / Bo.wiem.

„Rano cisza” Patryk Fijałkowski

„Na głównym skrzyżowaniu, jakieś pięćdziesiąt metrów od nas, stoi olbrzymi autobus. W jego prawy bok wbił się niebieski samochód osobowy. Nieopodal leży góral z wgiętym widelcem, bękart wśród aut. Z przednim kołem wycelowanym w stronę nieba wygląda jakby ćwiczył jogę. Między szprychami faluje pajęcza sieć i nawet ona wydaje się opuszczona. Wokół latarni przed pensjonatem wiatr owinął jadowicie zieloną skakankę. Po chodniku sunie pusta paczka czipsów. Po ulicy turla się butelka.”

W takich okolicznościach dzieje się akcja powieści Patryka Fijałkowskiego. Lichy pensjonat, brudny i dość zaniedbany, opuszczony podobnie jak całe miasto, które nie wiedzieć czemu wymarło, to miejsce w którym przebywają nasi bohaterowie. Ale zanim o nich coś powiem, to chwilowo zostanę w tym post-apokaliptycznym miejscu, które ogromnie mi się podobało. Nadało całej historii dodatkowej mrocznej i posępnej atmosfery, takiej aury samotności ludzkiej, jakkolwiek to brzmi. Samotności człowieka, który szuka natchnienia, celu, który jest wypalony, niedoskonały, niedostateczny, niewystarczający. Jeden z bohaterów powie: „Cały ten pierdolony kryzys. To, że tak się zafiksowaliśmy. by stworzyć coś pięknego, że pięć lat stoimy w miejscu. Sparaliżowani, nieusatysfakcjonowani. Przerażeni, że jak już jedną szansę spaliliśmy, to spalenie drugiej spali też nas”.

Kim są bohaterowie? To zespół „Kałuże”, który tworzą Ramiro, Wogól i Rafał. Zespół fikcyjny, choć gdy tak czytałam o nich, to chciałam by istnieli. Chciałam móc posłuchać płyty „Rano cisza”, która im wyszła, która była czymś dobrym, o której opowiadają z dumą i nostalgią. Właściwie ta książka jest subtelnym, mrocznym i nietypowym wywiadem z zespołem. Narrator zadaje im pytania o utwory, z których każdy ma swoją historię. Jak powstał, dlaczego, skąd wziął się taki a nie inny tekst, jakie emocje towarzyszyły muzykom przy jego tworzeniu. To wszystko jest niezmiernie ciekawe, dotyka, boli, oddziałuje na emocje i wiele w tym wszystkim jest żalu, smutku, tęsknoty, ale tez miłości dzięki, której powstała dana piosenka. Niemniej jednak bardziej jest to książka o ciągłym poszukiwaniu: sensu, aprobaty bliskich, bliskości, głębi w życiu. To też opowieść o szarej rzeczywistości, o tym jacy jesteśmy/bywamy przygaszeni, samotni, przeciętni, bezsilni, przestraszeni, a chcielibyśmy być wspaniali, pewni siebie i idealni.

„Po raz pierwszy mam ochotę, żeby coś zrobić z tym całym bałaganem, coś zmienić, działać. Czuje jednak, że to płonny zryw, taki, co to karmimy się samym faktem jego istnienia, co szybko wygasa, a my zostajemy w łóżku, usatysfakcjonowani nie tym, że coś robimy, ale tym, że w ogóle o tym pomyśleliśmy. Jutro. Jutro coś zrobię”.

Zespół „Kałuże” pragnie nagrać coś nowego, szuka pomysłu, by stworzyć muzykę jeszcze lepszą od „Rano cisza”, tylko czy jest to jeszcze możliwe? Czy znajdą w sobie na tyle sił i pasji, by się „obudzić” i „urodzić w bólach” nową muzykę? I dodajmy, że niesamowicie ciekawa jest tutaj rola narratora. Kim jest? Okaże się to zaskakujące, zarówno dla czytelnika, jak i dla niego samego.

Podobało mi się. Dobre pióro, płynnie się czyta, jest subtelnie, niebanalnie i prawdziwie. Do tej pory gdzieś w głowie mi siedzi ta książka. Podobnie było z poprzednią „Filip i hydra”, o której pisałam tutaj.

Rano cisza”, Patryk Fijałkowski, wydawnictwo Poradnia K, 2021

„Żywiołaki” Michael McDowell

Dwie rodziny spowinowacone ze sobą: Savage i McCray spotykają się na pogrzebie seniorki rodu Savage’ów: Marian. Pogrzeb nie byłby dziwny, gdyby na jego końcu dzieci Marian nie wbiły jej w serce sztyletu. Dlaczego to zrobiły, dowiemy się w trakcie lektury, niemniej to już zapowiada dość niepokojącą fabułę. Po pogrzebie wszyscy zbierają się w Beldame – miejscu nad oceanem położonym na uboczu, aby spędzić tam lato. Obie rodziny są bardzo bogate, że właściwie mogą sobie pozwolić na taki długi okres nic nie robienia. Nie będę tu pisać, jakie relacje łączą wszystkie postacie, ale dodam, że są one dość istotne. W każdym razie główną rolę odegra w tej książce trzynastoletnia India oraz Odessa – czarnoskóra pomoc i kucharka rodziny Savage’ów, która od lat również przyjeżdża do Beldame.

Samo Beldame to właściwie cypel piachu, zwykle odcinany od lądu przez przypływ, z trzema identycznymi, wielkimi, wiktoriańskimi rezydencjami wybudowanymi w XIX wieku przez rodzinę Savage’ów. Dwie z nich zostały w czasach Wielkiego Kryzysu sprzedane i jedną zakupiła wtedy rodzina McCray, trzecią natomiast – nie wiadomo kto. To ta trzecia właśnie jest opuszczona i od wielu lat stanowi zagadkę. Nieustannie i powoli jest zasypywana niesionym przez wiatr piaskiem, coraz bardziej niknie w oczach. Jednak to nie jest tylko pusty dom…. Coś z nim jest nie tak, gdyż przybywający do Beldame członkowie rodzin robią wszystko, by na niego nie patrzeć, do niego się nie zbliżać, a nawet wybierają pokoje, których okna nie wychodzą na ten trzeci dom. Co poniektórzy nie wierzą w złe moce, które być może nawiedziły rezydencję, inni z kolei coś dawno temu widzieli, poczuli i boją się do tego stopnia, że w nocy robią wszystko, byle tylko nie zasnąć jako ostatni.

Co się w tym domu wydarzyło? albo może, czy coś w nim się dalej dzieje? India – dziewczynka, która pierwszy raz jest w Beldame i nie zna przeszłości tego miejsca, wykazuje ogromną ciekawość poznania historii domu i razem z Odessą, która lata temu w tragicznych okolicznościach straciła w Beldame córeczkę, będzie próbowała rozwiązać tajemnicę trzeciej rezydencji. Co się wydarzy? Czym są tytułowe „żywiołaki”?

Poza warstwą stricte niepokojącą, straszną i duszną momentami, widzę również warstwę mocno społeczną. Autor poprzez postać Odessy pokazuje nam, jak bardzo na „Głebokim Południu” widać było różnicę między ludźmi innej rasy. Nie dlatego, że Odessa jest jakoś źle traktowana przez rodzinę. Bynajmniej! Właściwie ona sama usuwa się w cień, woli pełnić rolę pomocy domowej, kucharki, do tego jest przyzwyczajona, tak ją wychowano i mimo, że wszyscy ją w obu rodzinach uwielbiają, ona sama stawia w tych relacjach pewne granice. Dodam, że obie rodziny są bardzo bogate, co z kolei dość mocno je określa. Ich komiczne i często kompletnie jałowe dyskusje, oparte na plotkach lub wzajemnym przerzucaniu piłeczki stanowią właściwie pierwszą część książki. Akcja się tu toczy dość leniwie. Najpierw omawiają pogrzeb, potem wylegują się w upalne dni na hamakach, werandach, ziewając i leniuchując od śniadania do lunchu, a potem kolacji. Niby okey, bo tak też można żyć na „urlopie”, ale oni wszyscy są pełni jakiejś takiej buty i uważają, że wszystko im się należy, że nie powinni się w niczym ograniczać. Po co na przykład na pogrzebie Marian rezygnować z kwiatów, a w zamian przeznaczyć datki na cele charytatywne, skoro Marian na pewno jest szczęśliwa widząc kościół pełen pięknych kwiatów?

Sama w ogóle istota rodziny jest tu dość kluczowa, dlatego na początku wspomniałam, że relacje między bohaterami są ważne. India mówi „Naprawdę dziwnie jest mieć rodzinę. Wszyscy ci ludzie, z którymi człowiek nie ma nic wspólnego poza tym, że jest z nimi spokrewniony”. To, jak wszyscy się traktują, jak się do siebie zwracają, daje ciekawy obraz wzajemnych relacji. Również postacie poboczne, go uzupełniają. Sam autor o tych rodzinach powiedział „Myślę, że są dominujące i myślę, że są przytłaczające. Uważam również, że potrafią doskonale manipulować ludźmi”.

Wracając natomiast do „Żywiołaków” jako do gatunku, to jest to na pewno literatura grozy. Są momenty, w których można się wystraszyć, a są i takie, w których właściwie nic się nie dzieje, ale ten podskórny niepokój jest cały czas, gdzieś z tyłu głowy, niczym ta osamotniona rezydencja, na którą każdy boi się spojrzeć. Atmosfera staje się coraz bardziej duszna, zupełnie jak ten biały piach zasypujący trzecią rezydencję. I do tego wszechogarniający upał, który odbiera zdolność racjonalnego myślenia.

Polecam. Wyszłam ze swojej strefy komfortu, bo zwykle nie czytam tego typu książek – i podobało mi się. Może znawcy horrorów i literatury grozy spojrzą na tę powieść inaczej, ale ja uważam, że to niezła historia. Interesujące jest też to, że autor dorastał w Alabamie, czyli właśnie w regionie „Głębokiego Południa”, gdzie umiejscowił akcję książki. To w tym regionie Stanów Zjednoczonych było widać zawsze największe spory i nierówności rasowe, biedę, wzmożoną aktywność Ku Klux Klanu, a ludzi z tych rejonów, traktowano generalnie jako „wieśniaków” ze śmiesznym akcentem. W „Żywiołakach” mamy sporo kulturowych odniesień właśnie. Trzeba również dodać, że książka po raz pierwszy została wydana w 1981r. pod tytułem „The Elementals„, zatem klimat lat 80-tych ma tu zdecydowanie rację bytu.

„Żywiołaki” Michael McDowell, tłumaczenie Tomasz Chyrzyński, wydawnictwo Vesper, 2021