takie znów..

DSCN5305

Oto nowości jakie się u mnie pojawiły. Poza Taną French i nowym Knausgardem, wszystko pozostałe od wydawnictw. Super książki. Bardzo się z nich cieszę.

Już na dniach u mnie recenzja „Dziedzictwa Orchana” Aline Ohanesian (przepiękna, wzruszająca historia). Przeczytałam również „Wyspę powrotów” Petera Maya i „Płyń z tonącymi” Larsa Myttinga. O nich również kilka słów w tym tygodniu, o ile wyrobię się z czasem :-)

„Kiedy nadejdą dobre wieści” Kate Atkinson

388213-352x500 „Odchodząc – nie wie się, że się odchodzi –
Nie na serio Drzwi za sobą przymykamy –
Los – tymczasem – zatrzaskuje rygle –
Bezpowrotnie – za naszymi plecami -”

Emily Dickinson.

Ten cytat rozpoczyna książkę Kate Atkinson, trzecią już część z detektywem Jacksonem Brodie. Sięgnęłam po nią nie znając poprzednich, ale w niczym to nie przeszkadzało. Lektura jest przednia. Cytat z pierwszej strony uświadamia nam, że będzie za chwilę jakaś śmierć. I tak jest. Od razu dostajemy mocno „po emocjach”. Wstrząsająca zbrodnia jaka dokonuje się na wiejskiej, spokojnej i pięknej dróżce wśród pól, jest czymś kompletnie nie pasującym do sielskiego obrazu hrabstwa Devon. Sześcioletniej Joannie udaje się uciec w pola. Zupełnie jak ta dziewczynka z okładki, biegnie ile sił w nogach, by uciec przed mordercą jej rodziny. „Uciekaj Joanno, uciekaj” to ostatnie słowa jakie dziewczynka słyszy od swojej mamy… Musi posłuchać.

Trzydzieści lat później poznajemy w Edynburgu 16 letnią dziewczynkę Reggie, samotną, bez rodziców, opiekującą się starszą panią, oraz dzieckiem pewnej bardzo miłej lekarki. Reggie pewnej nocy znajdzie się przy nasypie kolejowym pełnym ludzkich ciał, które tyle co wypadły z wykolejonego pociągu. Przypadkiem uratuje życie pewnemu mężczyźnie. Uciśnie jego mocno krwawiącą ranę i odda kilka oddechów w ramach pomocy usta-usta. On zapamięta zapach fiołków. Kim będzie tajemniczy mężczyzna? To Jackson Brodie, detektyw, który zaplanował sobie pewien wyjazd w pewnym celu, ale znalazł się przypadkiem w pociągu jadącym w zupełnie innym kierunku. Reggie z kolei przypadkiem natknęła się na jego ciało. Życiem głównie rządzi przypadek – zdawałoby się.

Przypadek również sprawia, że Reggie pracuje u wspomnianej lekarki, która nagle znika wraz z dzieckiem. Jej mąż, pan Hunter twierdzi, że wyjechała do chorej ciotki, jednak Reggie ma nos detektywa i w ogóle ta opcja jej się nie wydaje słuszną. Zaczyna prowadzić swoje małe śledztwo, w którym pomoże jej mężczyzna bez dokumentów, leżący w szpitalu i czekający albo na śmierć, albo na poprawę. Jedno z dwóch. Oczywiście będzie to Jackson Brodie.

Losy Brodiego i lekarki, pani Hunter, splotą się w bardzo niespodziewany sposób. Pamięć płata figle i czasem – hops – wyskakuje szufladka ze wspomnieniami sprzed trzydziestu lat. „Wystarczy odwrócić wzrok, żeby coś utracić.” – nie wolno odwracać wzroku. Nie wolno przegapić szczegółu. Życie to plątanina przypadków, zbiegów okoliczności, przecinających się ludzkich dróg i ścieżek. Wiele historii połączy się ze sobą, w trakcie lektury poznamy również kolejne ważne postaci, których życia również w pewien sposób splotą się z tym, co już do tej pory poznaliśmy. Czyta się rewelacyjnie.

I to nie jest stricte kryminał. To powieść, która zmusza do odpowiedzi na pytania: na ile przeszłość kształtuje nasze życie i charakter. Czy człowiek, który przeżył w swoim życiu traumatyczne wydarzenie, rujnujące jego spokój, będzie w stanie podnieść się i żyć normalnie. Czy może jego serce będzie skrywało cały czas ten mrok, który w odpowiednim czasie się ujawni ? Czy zło jakiego doświadczamy przekłada się na zło jakie potem może być w nas?  I odwrotnie?  To książka, która daje siłę w sumie. Patrząc na zmagania Reggie zdajemy sobie sprawę, że w życiu może być naprawdę gorzej, ale da się z tego wyjść.. A może nie?  to zależy tylko i wyłącznie od nas samych.

Ale nie tylko istnieje Reggie (która swoją drogą jak na swój wiek zachwyciła mnie odwagą, walką o sens, uporem i rezolutnością). Każda inna postać również ma swoje problemy, z którymi musi się zmierzyć, niektórzy muszą walczyć z tęsknotą, inni godzić się z żałobą, jeszcze inni bać się chciwości i nieuczciwości bliskiego otoczenia.

Chętnie poznam poprzednie książki Kate Atkinson z Jacksonem Brodie, którego również polubiłam. Polecam.

„Kiedy nadejdą dobre wieści?” Kate Atkinson, wyd. Czarna Owca 2015.

skromnie

DSCN5303Skromny, malutki stosik ale bardzo cieszy.

  • Hakan Nesser „Żywi i umarli w Winsford” („Pewnego listopadowego wieczoru w Winsford, miasteczku w południowo-zachodniej Anglii, pojawia się tajemnicza kobieta. Nikt nie zna jej prawdziwego nazwiska, a cel jej pobytu pozostaje nieznany. Żywi i umarli w Winsford to opowieść o ucieczce od dawnego życia. O próbie rekompensaty. A także o rozpoczynaniu wszystkiego od nowa, mimo że nie ma się już nastu lat.”),
  • Lars Mytting „Płyń z tonącymi” („Poszukiwanie własnej tożsamości w zamęcie dziejów, porywy namiętności, chciwość i śmierć, a także miłość do cennego drewna, która niczym mitologiczna klątwa zawisła nad losami dwóch rodzin”) 
  • Krupa, Mazik, Szpilka „Nieobecne miasto” („To nietypowy przewodnik. Nie opisuje miejsc pięknych, atrakcyjnych i niepowtarzalnych. Prowadzi raczej po ciemnych zaułkach, przestrzeniach zapomnianych i wyrzuconych z pamięci. Pokazuje trzy wymiary Zakopanego, które dotąd traktowano po macoszemu albo pomijano wstydliwym milczeniem. Bo Zakopane nie byłoby takie, jakie jest, bez ciężkiej pracy i wysiłku licznych przybyłych i osiadłych tu ceprów, bez wielu sanatoriów i zaludniających je tysięcy gruźlików, i wreszcie bez społeczności zakopiańskich Żydów, którzy podczas drugiej wojny światowej podzielili los pobratymców w całej Europie.”)

A wy czytacie coś ciekawego teraz? nabyliście coś fajnego? :)

„Słońce nad Tiricz Mirem” Tadeusz Piotrowski

a9bf11f61ba07828a9f8dcbb23624811 „Ponad Tiricz Mirem zawsze świeci jasno słońce”.

Takie zdanie kończy książkę. Można zatem od razu uznać, że opisana w niej wyprawa na ten szczyt w Hindukuszu się powiodła. I tak faktycznie było.

Tadeusz Piotrowski, nieżyjący już himalaista i taternik, znany z wielu wypraw wysokogórskich oraz osiągnięć w Himalajach, Pamirze, Alpach i oczywiście Tatrach, opisał tutaj losy ekspedycji polsko – jugosłowiańskiej (jeszcze wtedy) na Tiricz Mir w 1978r. Kiedyś nie było przecież to takie proste jak teraz zapewne jest. Samo uzyskanie zezwoleń na przekroczenie granic, przemieszczenie się z bagażem błotnistymi, często całkowicie zniszczonymi przez ulewy drogami, które na miejscu trzeba było prowizorycznie odbudowywać, by przejechać jeepem – wymagało niezwykłego samozaparcia. No i koszty! Wtedy wyprawy w tak zwane Góry Indyjskie stawały się bardzo drogie, prawie tak jak w Karakorum czy Himalaje. Hindukusz leży natomiast na trasie, która wiedzie przez Afganistan, a który w roku 1978 przeżywał niespokojne dni po kwietniowej rewolucji, panowała godzina policyjna, więc cała wyprawa musiała odbyć się idealnie na czas, mimo bardzo trudnej i skomplikowanej topograficznie trasy. Koszt przejechania przez Afganistan i dalej był bardzo duży, do tego dochodził koszt tragarzy, a niestety przed ekipą Piotrowskiego, wyruszyła na podbój Tiricz Miru ekipa japońska, która niefortunnie dla Polaków i Jugosłowian zawyżyła stawki dla tragarzy. Potrzebne były bardzo solidne negocjacje, by je obniżyć. 

„Byliśmy dla nich przedstawicielami bogatszej części świata i jedną z nielicznych okazji dobrego zarobku. Chcieli więce wykorzystać do maksimum nadarzającą się sposobność. Skąd mogli wiedzieć, że tak z pozoru bogato i zasobnie wyglądający cudzoziemcy gonią w piętkę. Ich rozumowanie było zapewne bardzo proste – ludzie, którzy przyjechali tutaj aż z tak daleka i chcą, gnani niezrozumiałym dla nich kaprysem, zdobywać góry, muszą być bogaci, bo tylko takich stać na ekstrawagancje. Dla nich, mieszkańców tej ziemi, pokryte lodem szczyty były zawsze jedynie złem koniecznym, nie budziły żadnych tęsknot, nie były też rzuconym przez naturę wyzwaniem. Góry odstraszały swoją surowością i niedostępnością. Były groźne i niebezpieczne. Odwiedzali je jedynie przemykający się dolinami myśliwi i kroczący za stadami owiec i kóz pasterze. Świat skalnych turni i skutych wiecznym lodem szczytów nie budził zainteresowania tubylców”.

Mimo wszystko negocjacje się powiodły i ekipa mogła ruszyć już w kierunku szczytu. Pierwszym do zdobycia był Bindu Ghul Zom (6350m) a potem Tiricz Mir Wschodni (7692m).

tirich-mir-1479323

TIRICZ MIR

Ekipa, w której był Tadeusz Piotrowski składała się z 16 osób : 11 Polaków i 5 Jugosłowian.

„Kierownikiem ekspedycji był Stanisław Rudziński, a jego zastępcą do spraw sportowych Jerzy Kukuczka. Zespołowi Jugosłowian przewodził Slavc Sikonja, Anna Teresa Pietraszek, która miała udokumentować na taśmie filmowej przebieg wyprawy, a Eugeniusz Kołodziejczyk czuwał nad zdrowiem jej uczestników. Reszta to byli ludzie bez stałych funkcji, każdorazowo wyznaczani przez kierownictwo do wypełniania przeróżnych zadań, które sprowadzały się głównie do prac przeładunkowych. Ekipę polską uzupełniali: Jan Jankowski, Bernard Koisar, Jan Mojchrowicz, Jerzy Ożóg, Paweł Pallus, Tadeusz Piotrowski i Michał Wroczyński, a Jugosłowian: Vinco Bercic, Miro Stebe, Janez Sustersic i Matjaz Veselko”.

Wszyscy chcieli pokonać górę nową drogą. Należało więc się dobrze zintegrować i skoncentrować na celu, bez oglądania się na interes narodowy czy też grupowy, chodziło o to by nie rozbić grupy na dwa obozy rywalizujące ze sobą (Polacy vs Jugosłowianie), bo bywało, że w historii himalaizmu dochodziło do fiaska, kiedy rywalizacja w zespole i kłótnie brały górę. A wtedy mogą być już tylko: gorycz porażki i wzajemne oskarżenia o nielojalność.

Oczywiście nie obyło się bez małych sporów, ale sama wyprawa przebiegała dość spokojnie. Szczyt udało się zdobyć. Była oczywiście walka ze słabościami takimi jak: niemożebny upał, bo gorące słońce odbijające się od białego śniegu pali wręcz skórę, były ciężkie przejścia przez lodowiec pełen szczelin, były również męczące poręczowania, wytyczanie szlaku i noce spędzane w towarzystwie wiatru huczącego poza namiotem. Jak to zwykle w wysokich górach.

Sam Piotrowski pisze dość sucho, bez specjalnego rozrzewniania się i emocji, co mi troszkę przeszkadzało, ale przecież nie o to w takich książkach chodzi, by „przeżywać”. Zresztą nie ma co dramatyzować, skoro wszystko przebiegło świetnie, dopisała pogoda i dzięki Bogu nikt nie zginął ani w drodze na szczyt ani w drodze powrotnej, która może być czasem dużo trudniejsza.

imagesDodam tylko na koniec, że Tadeusz Piotrowski zginął w 1986r. na K2, który zdobył razem z Jerzym Kukuczką.

„Podczas zejścia – zwykłą drogą, na której niżej znajdują się obozy innych wypraw – w pogarszającej się pogodzie musieli jeszcze dwukrotnie biwakować, na wysokości ok. 8300 i 7900 m, mając już tylko cienką płachtę biwakową, w dodatku pozbawieni jedzenia i picia. Niedługo po wyruszeniu z drugiego biwaku, wskutek awarii raków (bądź też niewłaściwego ich założenia, prawdopodobnie w wyniku zmęczenia), na zalodzonym odcinku tuż poniżej zwieńczenia Żebra Abruzzów Piotrowski spadł wprost na partnera, który nie był w stanie go zatrzymać przed dalszym upadkiem w przepaść” (wikipedia).

„Słońce nad Tiricz Mirem” Tadeusz Piotrowski, wyd. Sport i Turystyka, 1988r.

a dzisiaj….

zrobiło się jakby jesiennie…. ostatnie dni urlopu… dzisiaj to tylko z książką, pod kocykiem, z dobrą herbatką…. :-) Kilka książek zaczętych, może skończę, a może zacznę jeszcze coś innego. Jak się ma zbyt wiele dobra, to nie wiadomo z której strony je napocząć, bo strach, że ucieknie :-)

udanego dnia.

65c65859b3b26c3c2a577a82155f0a08

ps. oczywiście, szczęście to nie tylko czytanie książek :-) ale dzisiaj akurat tak to właśnie wygląda.

porządki

Po gruntownym wyczyszczeniu z kurzu regału i poukładaniu walających się wszędzie bez składu książek oto fragmencik na którym prezentują się książki wyd. Czarne, które jak wiecie cenię najbardziej. Część z regału, część z półki na ścianie. Cudnie to wygląda, aż sama sobie zazdroszczę ;))

zapowiedzi wyd. Smak Słowa

Bardzo mnie zaciekawiły te książki, których premiera ma mieć miejsce 17 sierpnia. Podczytuję nawet teraz „Izrael oswojony” Eli Sidi. A tu już niebawem kolejna książka tej autorki: „Czcij ojca swego”. „To portret ofiary i jej oprawcy oraz skomplikowanych zależności między nimi, który autorka kreśli z iście reporterskim dystansem.”

I druga pozycja to „Żywopłot” Dorit Rabinyan „oparta na biograficznych wątkach książka opowiada o uczuciu, jakie w Nowym Jorku połączyło dwoje emigrantów – Żydówkę z Tel Awiwu i Araba z Ramallah. W Izraelu powieść wywołała polityczno-obyczajowy skandal – spowodowała falę protestów po tym, jak została przez ministra edukacji usunięta z listy lektur za promowanie „mieszanych” związków.”

Prawda, że brzmi ciekawie ? Dodam jeszcze, że obie Panie będą obecne na Festiwalu Literackim w Sopocie, który odbędzie się w dniach 18-21.08. Więcej szczegółów pod tym linkiem : www.literackisopot.pl

Jeśli ktoś ma okazję być to zazdroszczę :-)